Log in
    

Reklama - pod menu głównym, strona główna

Pierwsze polskie przejście Południowego Filara Szchary

Szchara (5193 m n.p.m.) to najwyższy szczyt Gruzji, a trzeci co do wysokości szczyt Kaukaz. Jest częścią imponującego Muru Bezengi. Celem naszego wyjazdu był jej Południowy Filar, opadający na stronę gruzińską, wyceniony na rosyjskie 5B (ED1), 2200 m, IV, 55°. Droga została wytyczona w sierpniu 1952 roku przez zespół Chiergianiego. Nasze przejście w składzie: Agnieszka Adamczyk (KW Bielsko-Biała), Bruno Józefczyk (KW Kraków) i Paweł Pieńkowski (KW Kraków) było pierwszym polskim przejściem tej drogi.

  • A. Adamczyk i P. Pieńkowski

Mont Blanc – notatki spod szczytu

W 2011 dzięki uprzejmości Jarosława Sobla zamieściłem na drytoolingu praktyczny poradnik na temat zdobywania Mont Blanc. Kilka osób pytało się mnie ostatnio w tym temacie, więc wrzucam ten tekst - stan na rok 2011. Miłej lektury i planowania :-). Polecam jeszcze tą krótką broszurę informacyjną firmy Petzl.

Poradnik ten zawiera informacje przydatne w czasie przygotowywania się do wyprawy na najwyższy szczyt Europy jakim jest Mont Blanc. Dziękujemy autorom za możliwość zamieszczenie tego poradnika na naszej stronie. Wersję pdf poradnika znajdziecie na stronie http://wisproject.wordpress.com/

Autor tego poradnika dołożył wszelkich starań by jego informacje były rzetelne i sprawdzone, nie może jednak wziąć odpowiedzialności za jakiekolwiek skutki wynikające z podanych w nim informacji.

na szczycie Mt. Blanc

Od Autora

Niniejsza relacja nie ma być tylko opisem wejścia na Mont Blanc. Takich streszczeń można znaleźć mnóstwo w Internecie. Natomiast mi zależało na tym, aby oprócz samego opisu przejścia przekazać dodatkowo wskazówki praktyczne (informacje o schroniskach, o cenach oraz o potrzebnym wyposażeniu). Podczas planowania wyprawy szukaliśmy z Gosią przydatnych informacji w Internecie oraz wśród znajomych. W sieci znaleźliśmy tysiące relacji, jednak zazwyczaj były to tylko uogólnione opisy samego przejścia, np. osoby piszą: „wyszliśmy z Les Houches do Tete Rousse” (z którego miejsca dokładnie w Les Houches? jaką trasą? itp.). Nie znaleźliśmy również dość istotnych informacji o cenach, m.in. jakie są opłaty za nocleg w schroniskach, ile kosztuje butelka wody oraz czy można płacić kartą płatniczą.

Stąd też, podczas schodzenia ze szczytu, zrodził się pomysł, aby przygotować taki oto poradnik dla osób chcących zdobyć najwyższy szczyt Europy (kwestię tego, czy Mont Blanc czy też Elbrus jest najwyższym szczytem naszego kontynentu pozostawmy geografom i zwolennikom Messnera). Co więcej, w jednym ze sklepów w Chamonix widziałem przewodnik, w którym na zdjęciach zaznaczone były kolorowymi liniami przejścia poszczególnych odcinków trasy. Zainspirowało mnie to do tego, aby podobne ilustracje umieścić w swojej relacji.

Życzę miłej lektury.

Jarosław Sobel

Dojazd

Nasza wyprawa odbyła się w czerwcu 2011r. Początkowo plan zakładał wyście w dniu 18 czerwca. Niestety prognoza pogody, która zapowiadała burze, powstrzymała nas przed wyjściem i zmusiła do przesunięcia terminu na 22 czerwca. Wybraliśmy drogę „klasyczną” (francuską) od strony Chamonix, a konkretnie z Les Houches. Wiele osób, które dopiero przymierzają się do wspinaczki dowiaduje się, że u stóp masywu leży znany kurort narciarski (Chamonix) stąd też skojarzenie, że trasa rozpoczyna się właśnie tutaj. Jest to jednak błędne założenie, gdyż droga „klasyczna” rozpoczyna się 7 km dalej na zachód czyli w Les Houches.

Całą trasę, której długość to blisko 1500 km udało nam się pokonać w 12 godzin. Wybraliśmy przejazd przez Niemcy oraz Szwajcarię głównie ze względu na koszty (winietki i opłaty za tunele).

Dojazd pod M. Blanc

Dojazd pod M. Blanc, okolice Chamonix

Chamonix

Punkty kontrolne – wysokość oraz koordynaty GPS

Nazwa Opis Wysokość Koordynaty GPS Mapa
Les Houches ([Le Zusz] *) Camping   N45° 53' 29" E6° 47' 19" A
Les Houches Dolna stacja kolejki linowej 996 m N45° 53' 23" E6° 47' 21" B
La Chalette ([La Szalet] *) Górna stacja kolejki liniowej 1801 m N45° 52' 25" E6° 46' 45" C
Col du Mt Lachat ([Kol di mą Lasza] *) Przedostatnia stacja kolejki szynowej 2077 m N45° 52' 04" E6° 47' 44" D
Gare du Nid d’Agile ([Żar di Nid dAżil] *) Ostatnia stacja kolejki' szynowej – niedaleko schroniska 2362 m N45° 51' 30" E6° 47' 54” E
Baraque Forestiere des Rognes ([Barak Forestier de Roń] *) Awaryjny schron (barak) – darmowe noclegi 2768 m N45° 51' 48" E6° 48' 03" 1
Refuge de Tete Rousse ([Refusz dy Tet Rus] *) Schronisko Tete Rousse 3167 m N45° 51' 18" E6° 49' 03" 2
Le Grd Couloir ([Ly grą kulłar] *) Kuluar spadających kamieni - N45° 51' 16" E6° 49' 26" K
Refuge de l’Aiguille du Gouter ([Refusz dy lAgil di Guty] *) Schronisko Gouter 3817 m N45° 51' 11" E6° 49' 48" 3
Aiguille du Gouter ([Agil di Guty] *) Szczyt 3863 m N45° 51' 02" E6° 49' 52” -
Dome du Gouter ([Dom di Guty] *) Szczyt 4304 m N45° 50' 34" E6° 50' 36" -
Refuge Bivouac Vallot ([Refusz Biwak Valot] *) Schron ratunkowy Vallot 4362 m N45° 50' 22" E6° 51' 07" 4
Mont Blanc „Dach Europy” 4810 m N45° 55' 00" E6° 55' 00" 5

* Fonetycznie

Mapka szczegółowa wejścia na M. Blanc

Fragment mapy Kompass nr 85 (skala 1 : 50 000)

M. Blanc dojście szczegółowe - mapka

Fragment mapy IGN 3531 ET (skala 1 : 25 000)

Dzień przed ... (24.06)

Swoją wyprawę rozpoczęliśmy i zakończyliśmy na polu namiotowym w Les Houches (popularnie zwanym „u Babci”). Na camping dotarliśmy 24 czerwca wieczorem, około godziny 21:00. Aby o tak później porze nie nękać już właścicielki „przybytku” zdecydowaliśmy, że kwestię zapłaty uregulujemy rano. Poza tym chcieliśmy się dowiedzieć, czy i gdzie można zostawić samochód. Podczas rozbijania namiotu okazało się, że zaraz obok nocuje grupka Polaków z Lubawki (Mont Blanc ExXxpedition, Team J.D.P). Po krótkiej rozmowie dowiedzieliśmy się, że w dniu następnym planują wspinaczkę na szczyt podobnie jak my (najpierw jednak chcą się zaaklimatyzować na Aiguille du Midi). Ze względu na to, że taką aklimatyzację mieliśmy już za sobą, ustaliliśmy, że spotkamy się w okolicach schroniska
Tete Rousse.

Camping Bellevue w Chamonix

Warto wiedzieć, że na campingu kabiny prysznicowe otwarte są do godziny 20:00, więc jeśli ktoś ma ochotę na prysznic musi to zrobić albo przed godziną 20:00 albo z samego rana. Poniższe zdjęcia przedstawiają opisywany Camping.

Relacja

Dzień pierwszy (25.06)

Wstaliśmy wczesnym rankiem (około godziny 6:30), zjedliśmy śniadanie, uregulowaliśmy rachunki i przystąpiliśmy do pakowania sprzętu. Nasz plan zakładał zabranie namiotu oraz śpiworów aby zaoszczędzić na spaniu w schroniskach. Oczywiście, trasę można pokonać różnymi sposobami: totalnie „na lekko” (jeśli zabierze się odpowiednio wyposażony portfel można nawet nie zabierać ze sobą jedzenia ani śpiwora) lub „oblężniczo”, tak jak w naszym przypadku, z całym sprzętem. Około godziny 10:00 po spakowaniu plecaków ruszyliśmy do znajdującej się niedaleko stacji kolejki Telepherique Bellevue (5-10 minut piechotą od campingu).

Położenie Campingu w Chamonix

Na rysunku powyżej na niebiesko zaznaczyłem położenie campingu a na czerwono stację kolejki oraz trasę dojścia do niej. Wszystko to znajduje się w dzielnicy Les Trabets w Les Houches.

Kolejka wywiozła nas na wysokość 1801 m, a stąd piechotą ruszyliśmy po torach w kierunku schroniska Nid d’Agile (2372 m). Można również uniknąć chodzenia  po torowisku i od stacji kolejki skierować się na „legalny szlak” prowadzący również do tego samego schroniska. Jedyną wadą takiego rozwiązania jest fakt, że  najpierw trzeba zejść dość mocno w dół, by później ponownie wdrapać się na wcześniejszą wysokość.

Trasa na Mont Blanc

Powyższe zdjęcie przedstawia trasę pomiędzy dolną stacją kolejki (30 min. od wyjścia) w kierunku schroniska. Jak widać trasa biegnie obok torów kolejki Tramway du Mont Blanc (TMB). W sezonie, kiedy pociąg jeździ regularnie, należy bardzo uważać (szczególnie, gdy miniemy już przedostatnią stację i szerokość torowiska bardzo się zmniejszy). Na górze zdjęcia zaznaczyłem czerwoną kropką położenie schroniska Gouter.

Po drodze zrobiliśmy krótki postój na przedostatniej stacji kolejki szynowej – lewe zdjęcie (Col du Mt Lachat – 2077 m). Natomiast do ostatniej stacji – Gare du Nid d’Agile (która w tym czasie była w remoncie i jest małą budką położoną niedaleko schroniska Refuge du Nid d'Aigle) – dotarliśmy około 12:30 – prawe zdjęcie. Ponieważ pora zrobiła się obiadowa wypadało coś zjeść. Wyjęliśmy więc nasze Mleczne Starty i przygotowaliśmy sobie posiłek.

Col du Mt. Lachat 

Gare du Nid D'agile

Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy do schroniska Tete Rousse (3167 m) mijając na trasie znany wszystkim barak Forestiere (Baraque Forestiere des Rognes – 2768 m – godzina 15:00).

Ścieżka podejściowa na Mont Blanc

Ścieżka podejściowa na Mont Blanc

Jak się później dowiedzieliśmy, w baraku tym można spokojnie przenocować (jest tam pomieszczenie z łóżkiem piętrowym oraz poddasze, są dostępne koce i przeważnie jest czysto, choć zależy to od sezonu – podobno w roku poprzednim wewnątrz była bardzo duża liczba śmieci pozostawionych przez turystów, których oczywiście nikt nie sprzątał).

Barak Forestiere pod M. Blanc

Wnętrza baraku Forestiere pod Mt Blanc

Wnętrze baraku forestiere pod Mt Blanc

Zdjęcia powyżej przedstawiają budynek oraz jego wnętrze. Jak widać, w środku zbudowane jest prowizoryczne łóżko piętrowe oraz wyodrębnione jest miejsce na sprzęt.

Od baraku, krętą drogą, pomiędzy kamieniami dotarliśmy około godziny 19:00 do schroniska Tete Rousse.

Droga pod Mt Blanc

Powyższe zdjęcie zostało zrobione w połowie drogi, pomiędzy ostatnią stacją kolejki TMB a barakiem Foresteire. Czerwona kreska przedstawia trasę do baraku (czerwona kropka). Natomiast żółta linia to ścieżka od baraku do schroniska Tete Rousse. Dodatkowo, zieloną kropką zaznaczyłem lokalizację schroniska Gouter.

Trasa pod Tete Rousse

Kolejne zdjęcie powyżej prezentuje tę samą trasę z góry, ale już po jej przejściu. Było ono zrobione prawie pod schroniskiem Tete Rousse. Czerwona linia przedstawia przejście z baraku do schroniska, niebieska zaś zejście od baraku do stacji kolejki TMB (której już z tego miejsca widać nie było). Dodatkowo, żółtym kółkiem zaznaczyłem lokalizację górnej stacji wyciągu.

Po dotarciu do schroniska Tete Rousse szukaliśmy miejsca na rozbicie namiotów. Na pierwszy rzut oka nie mogliśmy go nigdzie zlokalizować. Z pomocą przyszła nam jedna z turystek, od której dowiedzieliśmy się, że „pole namiotowe” znajduje się około 50 m powyżej schroniska (tuż za niewielkim wzniesieniem). Lewe zdjęcie zrobione zostało około 100 m przed schroniskiem Tete Rousse (budynek jest akurat za plecami). Natomiast na prawym widzimy schronisko zbudowane na skałach (kwadratowa ramka) oraz „pole namiotowe” (owalna ramka).

Okolice Tete Rousse

Pole namiotowe w pobliżu Tete Rousse

Poniższe zdjęcia przedstawiają wygląd „pola namiotowego”. Jak widać ludzi i namiotów było dość dużo (my naliczyliśmy około 12 „domków”). Na drugim zdjęciu po prawej stronie ze skał wyłania się drewniana toaleta.

Pole namiotowe Tete Rousse

toaleta na Tete Rousse

Mieliśmy szczęście, bo wolna była „platforma” po poprzednim namiocie, w której mogliśmy się usadowić. Po rozbiciu namiotu oraz zabezpieczeniu przed wiatrem (który akurat w ten dzień był bardzo mocny) przygotowaliśmy sobie jedzenie (liofilizaty). Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że toaleta, która znajduje się na tym prowizorycznym polu namiotowym służy nie tylko w jednym celu. W jej przedsionku można gotować wodę, gdyż pomieszczenie to jest dość dobrze osłonięte od wiatru (dzięki temu zaoszczędzamy zarówno czas jak i pieniądze – gaz). Po obiedzie oraz po krótkich oględzinach tego, co nas czeka dnia następnego, przygotowaliśmy sobie posłanie i poszliśmy spać. Była godzina 21:30.

Namiot pod mt Blanc

Widok na wielki Kuluar pod Mt. Blanc

Toaleta na Mt. Blanc

Powyższe zdjęcia przedstawiają (od lewej strony): nasz namiot oraz toaletę; inny namiot (ekspedycyjny) na tle sławetnego kuluaru; ponownie toaletę, ale tym razem z widokiem w przepaść. Należy dodać, że środkowe zdjęcie zrobione było około godziny 22:00 (czerwono-pomarańczowe skały rozświetlone zachodzącym słońcem robią ogromne wrażenie na widzach  tego przedstawienia).

Dzień drugi (26.06)

[przyp. dg (sugestie z FB czytelnieka Jakub Badelek - Bardzo fajny opis niestety niestety mocno nieaktualny o bardzo ważną informację n/t nowego schorniska Gouter - warunki się zmieniły i w schronisku oficjalnie można przebywać tylko i wyłącznie po zrobieniu rezerwacji (co się udaje jedynie z około miesięcznym wyprzedzeniem) - tamtejsza załoga jest niemiła i robi problemy jesli się takowej rezerwacji nie ma (oficjalnie odmawiają noclegu bez rezerwacji - nawet na podłodze), albo kasuje 80euro od osoby jak mają gorszy humor. Dodatkowo jest zakaz spania gdziekolwiek na dziko, za wyjątkiem pola namiotowego pod schroniskiem Tete Rousse, pod groźbą surowej kary wysokości paru tysięcy euro. Miłego wchodzenia na Blanca przez Gouter :-) ]

Budzik ustawiliśmy na godzinę 5:30, jednak wstaliśmy dopiero około godziny 6:00. Szybkie śniadanie, przepakowanie (gdyż dnia poprzedniego stwierdziliśmy, że owszem, wejdziemy, ale bez dodatkowego obciążenia, jakim był namiot i zapas jedzenia, które miało posłużyć na wypadek złej pogody) oraz zweryfikowanie trasy, którą pójdziemy. Pomocni okazali się być wspinacze, którzy wyszli wcześniej. Dzięki nim szybko zorientowaliśmy się, jak przebiega trasa.

Linia przejścia przez Wielki Kuluar pod Mt. Blanc

Na samej górze widoczne schronisko Gouter. Na czerwono trasa przejścia. Natomiast na niebiesko zaznaczyłem miejsce przekraczania kuluaru.  Przy czym klasyczna trasa (ubezpieczona liną poręczową) zaznaczona jest na zielono i chodzą nią głównie przewodnicy. Natomiast większość wspinaczy wybiera „nowe” przejście (kolor niebieski) - trochę trudniejsze, bo trasa nie jest płaska tylko pod górę (trudniej się „przebiega”), ale też nie trzeba się dodatkowo wspinać po kamieniach na końcu tego przejścia.

Przedstawiam ją na  zdjęciu powyżej.  Namiot zabezpieczyliśmy kamieniami oraz obsypaliśmy śniegiem. (który w ciągu dnia trochę stopniał natomiast wieczorem zamarzł co stanowiło dodatkowe ubezpieczenie) i wyruszyliśmy na trasę o godzinie 7:30.

Linia przejścia przez Wielki Kuluar Mt. Blanc

Niestety popełniliśmy błąd, nie sprawdziliśmy aktualnej prognozy pogody, ta w Tete Rousse była nieaktualna (z piątku, a była już niedziela). Dodatkowo, wcześniejsza prognoza, którą dostaliśmy z Polski (SMSem od znajomych) zapowiadała wichury i burze lada dzień, a żadne nowsze wieści do tej pory nie dotarły.
Jednak pomimo to, postanowiliśmy, że spróbujemy przynajmniej podejść do schroniska Gouter. Dojście do kuluaru zajęło nam około godziny (samo podejście
nie jest trudne, jednak miejscami śniegu było dużo i nie był on zbyt stabilny, co powodowało osuwanie się i utrudniało wspinanie). Po dojściu do kuluaru odczekaliśmy około 5 minut, aby skonfrontować to co widzieliśmy wcześniej na zdjęciach i filmikach na YouTube, z tym jak wyglądało to w rzeczywistości.

Wybraliśmy „nową” trasę. Fakt, trudniej biegnie się pod górę niż po płaskim, ale tak jak już wcześniej pisałem, nie trzeba się od razu po przekroczeniu kuluaru  wspinać na skały. Przejście to zajęło nam może 2 minuty. Od tego momentu naszym celem stało się schronisko Gouter, widoczne już coraz wyraźniej.

Spękany lodowiec poniżej Goutera

Widok na schronisko Gouter pod Mt. Blanc

Powyżej, na zdjęciu po lewej stronie, widać spękany lodowiec, który opływa płaskowyż, na którym znajduje się schronisko Tete Rousse. Na zdjęciu po prawej widoczne w oddali schronisko Gouter z wyznaczoną do niego trasą. Jak widać jest to wspinaczka po kamieniach, w dodatku nieubezpieczona. Dopiero na ostatnim odcinku pod samym schroniskiem mamy fragment zabezpieczony linami poręczowymi (niebieska linia).

Około 200 m poniżej schroniska (godzina 11:00) pojawiły się wątpliwości dotyczące pogody, które po chwili sięgnęły zenitu. Spotęgował je fakt, że dwa dni wcześniej miał miejsce wypadek, w którym zginął Polak (z powodu silnych podmuchów wiatru i braku zabezpieczenia spadł spod schroniska Gouter). Po dłuższym zastanowieniu postanowiliśmy zawrócić do naszej „bazy”. O godzinie 14:00 dotarliśmy do namiotu. Przygotowaliśmy obiad i dyskutowaliśmy, czy podjęta decyzja była dobra. Właśnie wtedy dotarł do nas długo wyczekiwany SMS na temat pogody. Prognoza poprawiła się i pokazało się okno pogodowe, które miało trwać do wtorku po południu (później warunki miały się dość mocno pogorszyć). Dawało nam to w sumie dwa dnia na atak i ostatnią szansę na zdobycie góry w tym terminie. Co więcej, dotarli do nas nasi znajomi z campingu (którzy notabene nocowali w baraku Forestiere). W związku z tym, po dokończeniu obiadu (znów te smaczne liofilizaty) ruszyliśmy ponownie w górę. Szliśmy dokładnie taką samą trasą jak rano. Do schroniska dotarliśmy około godziny 19:00. Na zdjęciu poniżej widać trasę, którą przeszliśmy (jak zwykle zaznaczona na czerwono, kuluar – kolor niebieski). Widok z tarasu pod schroniskiem Gouter w dół na nasz namiot.

Samo schronisko to „blaszak”, w którym nie ma oświetlenia (w nocy trzeba się posługiwać latarkami), a spanie bez rezerwacji możliwe jest tylko w kuchni na podłodze (jeśli oczywiście w miarę szybko znajdziemy sobie dobrą miejscówkę).

Schronisko Gouter - Mt. Blanc Schronisko Gouter Mt Blanc

Schronisko Gouter Mt. Blanc

Trzy zdjęcia powyżej przedstawiają (od lewej): wejście do budynku, barierkę nad trasą, którą wchodziliśmy oraz widok jadalni.

Po opłaceniu noclegu oraz zakupieniu wody w butelce (nie mieliśmy już czasu na topienie śniegu) poszliśmy rozejrzeć się po okolicy (to znaczy ustalić, w którą stronę będziemy szli – w końcu wychodzimy w nocy). Dla zainteresowanych toaleta jest w osobnym budynku zaraz obok schroniska.

Gouter Przedsionek

Na zdjęciu widać przedsionek, w którym należy zostawić swój cały „ciężki” sprzęt (plecak, raki, czekan, kask oraz szpej)

Gdy już wszyscy zjedli kolację (nie można wcześniej zajmować miejsc w jadalni) poszliśmy znaleźć sobie dogodną „miejscówkę” na nocleg oraz przygotować sprzęt na wyjście.  Przed wejściem do schroniska buty należy wymienić na gumowe papcie w których chodzi się po całym obiekcie. Swoje buty najlepiej związać sznurówkami (żeby w nocy nie zabrać przypadkowo czyjegoś buta). Wszystko najlepiej przygotować wieczorem (o 2:00 w nocy panuje tutaj chaos, poza tym, po ciemku trudno się szuka swoich rzeczy i najlepiej wszystko mieć dobrze poukładane).

Kupiliśmy jeszcze wody do termosów na rano (oraz do kubeczka na wieczorny kisiel). Zabraliśmy ze sobą do jadalni jeden termos, kaszki na śniadanie, rzeczy wierzchnie, śpiwór oraz czołówki i poszliśmy spać. Na początku było strasznie gorąco, ale w nocy zrobiło się dość zimno – dobrze, że mieliśmy śpiwór pod ręką bo mogliśmy się nim okryć.

Dzień trzeci (27.06)

Tej nocy sen był bardzo krótki. Położyliśmy się spać około godziny 22:00, budzik nastawiony mieliśmy na 1:15. Jednak samo podekscytowanie, zmęczenie oraz  warunki panujące na jadalni nie pozwalały nam zasnąć. Budzik zadzwonił o zaplanowanej godzinie, ale poleżeliśmy jeszcze 15 min zanim wstaliśmy. Poza tym około 1:30 obsługa schroniska zaczęła wszystkich budzić, bo o godzinie 2:00 było wydawanie śniadania dla osób, które je sobie wykupiły. Zebraliśmy więc nasze legowisko, ubraliśmy rzeczy wierzchnie, zjedliśmy śniadanie i przeszliśmy do przedsionka aby zabrać pozostałe rzeczy. Tak jak pisałem wcześniej, panował tam dość duży rozgardiasz ze względu na to, że część osób już wychodziła a inni dopiero co rozpoczynali pakowanie. Z naszymi znajomymi (którzy nocowali w namiocie) byliśmy umówieni około 2:30. Spakowaliśmy więc potrzebne rzeczy, schowaliśmy te, których nie zabieraliśmy ze sobą na górę i poszliśmy nad  schronisko, gdzie (podobnie jak pod Tete Rousse) zlokalizowane było „pole namiotowe”.

Pole namiotowe w pobliżu schroniska Gouter, pod Mt. Blanc

Dome du Gouter

Na zdjęciu po lewej stronie widać schronisko i toaletę oraz trasę przejścia,  która mija pole namiotowe (zaznaczone niebieską linią przerywaną). Na drugim zdjęciu (ta sama lokalizacja, tylko już w kierunku marszu) widać  pierwsze wzniesienie (zakręt ponad grupką wspinaczy), którym jest Aiguille du Gouter (3836 m). Trasa podąża dalej i dochodzi do kolejnego wzniesienia – Dome  du Gouter (4304 m) – z którego widoczny jest już schron Vallot oraz Mont Blanc.

Planowo mieliśmy ruszyć o 2:30 jednak naszym znajomym przygotowania trochę  się przeciągnęły, co w ogólnym rozrachunku opóźniło naszą wspinaczkę o 15 minut. Zaletą tego było to, że dużo ekip szło już przed nami, dzięki temu, ścieżka była dość dobrze wydeptana i widzieliśmy, gdzie mamy iść (w ciemności widać było światło ich czołówek). Noc była całkowicie bezchmurna. Zapowiadało to dobrą  pogodę. Efektem ubocznym tego faktu była dość niska temperatura (nie było jednak konieczności ubierania – przynajmniej na początku – dodatkowej warstwy odzieży). Około godziny 4:00 dotarliśmy na wzniesienie Dome du Gouter z którego widzieliśmy szczyt Mont Blanca. Powoli zaczęło się robić widno. Niestety,  otwarty teren nie chronił przed wiatrem i trochę nas przewiało (musieliśmy ubrać kurtki puchowe).

Widok na Mt. Blanc

Linia wejścia na Mt. Blanc

Powyżej, zdjęcie po lewej stronie zrobione zostało podczas ataku  o godzinie 4:03. Natomiast na zdjęciu po prawej (zrobione w drodze powrotnej mniej więcej w tym samym miejscu) zaznaczona została trasa do schronu Vallot  (czerwona linia) oraz trasa na szczyt (niebieska linia)

Do schronu Vallot dotarliśmy około 5:30. Zakładaliśmy tam postój 10 minutowy, jednak musieliśmy zostać trochę dłużej (około 45 min). Spowodowane było to  moimi problemami z krążeniem w palcach kończyn dolnych (prawdopodobnie ze względu na przemrożenie ich podczas trekkingu na Arktyce – wystarczy więc lekkie przewianie aby zaczęły dawać o sobie znać). Na szczęście, przy pomocy rozgrzewacza chemicznego oraz łapawic puchowych (tak tak, przydają się również na nogi) udało się je odpowiednio ogrzać. Po całej „akcji ratunkowej” zjedliśmy po batonie, wypiliśmy kubek gorącej herbaty i ruszyliśmy dalej.

Schron Vallot pod Mt Blanc

Schron Vallot pod Mt. Blanc

Jak widać na załączonych zdjęciach powyżej, w schronie nie ma zbyt wiele miejsca, a przy 20 osobach robi się tłok

Trzeba uważać na sprzęt, żeby nikt nam rakami nie pociął  liny, bo wchodzi się do środka bez zdejmowania czegokolwiek (niektórzy nawet nie rozwiązują się z liny). W środku niestety nie ma zbyt dużego porządku,  pozostawione są srebrne koce a śmieci upchane są w kąt i przykryte folią. W schronie znajduje się jedna toaleta w której można się było załatwić, natomiast o  toalecie na zewnętrz nie będę nawet wspominał. Po ogrzaniu się i odpoczęciu ruszyliśmy dalej.

Widok na schron Vallot pod Mt. Blanc

Linia wejścia na wierzchołek Mt. Blanc

Na prawym zdjęciu (zrobionym pod Vallotem) zaznaczyłem trasę,  która pozostała do szczytu. Kolejny krótki postój mieliśmy około godziny 7:00 na wypłaszczeniu (widoczne na prawym zdjęciu powyżej – gdzieś w połowie trasy).

Zrobiliśmy kilka zdjęć, zjedliśmy kolejnego batona, wymieniliśmy kilka uwag ze znajomymi i ruszyliśmy dalej.

na szczycie Mt. Blanc

alt

alt

alt

alt

„Dach Europy” zdobyliśmy 27 czerwca 2011 roku o godzinie 8:40. Na niebie nie było ani jednej chmurki a słońce bardzo ładnie oświetlało wszystko w około. Na szczycie spotkaliśmy może 5 wspinaczy (tłoku nie było, raczej rotacja – co chwilę ktoś albo przychodził albo już zaczynał schodzić). Zrobiliśmy trochę zdjęć (zarówno sobie jak i produktom naszych sponsorów), kilka łyków szampana. Tak to prawda, bowiem jedna z polskich ekip, którą minęliśmy podczas wchodzenia powiedziała, że zostawiła butelkę z szampanem na szczycie i jeśli mamy ochotę możemy się napić – wiadomo, grzechem było nie skorzystać z propozycji. Resztą znakomitego trunku poczęstowaliśmy pozostałych wspinaczy, którzy akurat przyszli. Zaczekaliśmy na znajomych z Lubawki (którzy dotarli może po 20 minutach) i niestety, trzeba było się powoli zbierać w drogę powrotną.

Trzeba przyznać, że widoki zapierają dech w piersiach. Świadomość tego, że stoi się na najwyższym szczycie Europy i wszystko w około jest niższe daje ogromną satysfakcję. To, że dokonało się tego samodzielnie, bez niczyjej pomocy (chodzi mi oczywiście o te wszystkie grupki, który wynajmują przewodnika „wciagajacego” ich na sam szczyt) dodatkowo ją potęguje.

Droga powrotna do Vallota upłynęła dość szybko. Nie obyła się jednak bez „przeszkód”. Było to mijanie się z innymi wspinaczami idącymi w przeciwnym kierunku. O ile podczas naszego wejścia osób schodzących nie było jeszcze dużo, o tyle podczas naszego zejścia liczba ta zdecydowanie wzrosła. Szczególnie trzeba było uważać na grani pod samym szczytem, gdyż jest ona w tym miejscu najwęższa i łatwo o pomyłkę. Przy schronie (godzina 10:20) zrobiliśmy 15 minut przerwy – standardowo: toaleta, zdjęcia i jedzenie, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę. Było upalnie. Do schroniska Gouter dotarliśmy w pełnym słońcu około godziny 12:30. Na miejscu odpoczęliśmy 2 godziny, zjedliśmy obiad, dopakowaliśmy resztę rzeczy, które czekały na nas w schronisku i przygotowaliśmy się do schodzenia. I tak zrobiła się godzina 15:00. Mieliśmy tylko dwie obawy: czy nie schodzimy zbyt późno (przejście przez kuluar) i czy ktoś jeszcze będzie o tej godzinie schodził.
Okazało się jednak, że nie byliśmy ostatnimi, którzy szli ta trasą (zarówno w górę jak i w dół).

O godzinie 18:00 doszliśmy do kuluaru i odczekaliśmy 10 minut aby się upewnić, że ilość spadających kamieni nie zwiększy się. Tym razem przechodziliśmy przez kuluar osobno. Najpierw szła Gosia (ja obserwowałem żleb) a po upewnieniu się, że jest po drugiej stronie, przeszedłem ja. To było dobre rozwiązanie, gdyż z racji pory dnia cały śnieg był dość mocno rozgrzany i niestabilny. Do namiotu dostaliśmy się pół godziny później. Pierwszą rzeczą było udanie się do schroniska. Kupiliśmy tam po małej puszeczce piwa (wiadomo, trunek ten w górach jest rewelacyjny zwłaszcza po wysiłku, głównie ze względu na swoją kaloryczność). Co więcej, okazało się, że kilka osób, które poznaliśmy w schronisku Gouter poprzedniej nocy, zeszło i zatrzymało się, podobnie jak my, na wysokości Tete Rousse. Mieliśmy więc okazję porozmawiać i wymienić opinie dotyczące wspinaczki. Po degustacji piwa wróciliśmy do namiotu, zrobiliśmy sobie szybką kolację, wypiliśmy coś regenerującego i poszliśmy spać. Nie wiadomo jak, a zrobiła się już godzina 20:30. Jeśli mam być szczery, to nawet nie pamiętam kiedy zasnąłem - to była dosłownie chwila.

Dzień czwarty (28.06)

Obudziliśmy się około godziny 7:30 (tak tak, 11 godzin spania). Pewnie nie dlatego, że byliśmy już wyspani ale dlatego, że w namiocie robiło się coraz cieplej. Okazało się, że pogoda w dalszym ciągu jest rewelacyjna – nieskazitelny błękit. Czuliśmy lekkie zmęczenie dnia poprzedniego, ale nie dawało się ono zbytnio we znaki. Przygotowaliśmy sobie śniadanie i trzeba było się powoli zbierać. Poza tym, czekaliśmy na naszych znajomych, którzy nocowali w namiocie pod schroniskiem Gouter i musieli do nas dotrzeć.

Osobiście cieszę się, że dnia poprzedniego wykrzesaliśmy z siebie jeszcze trochę energii i zeszliśmy na dół. Podczas składania namiotu okazało się, że jest on bardzo dobrze zakotwiony w śniegu (tak jak już wcześniej pisałem, śnieg w ciągu dnia się lekko stopił natomiast w nocy zamarzł tworząc trudną do usunięcia zmarzlinę). Wiadomo, można było użyć czekana, jednak przecież nie chodziło o to, żeby zniszczyć sobie namiot. Przed godziną 11:00 byliśmy już spakowani i gotowi do drogi. Nasi towarzysze dołączyli po kilkunastu minutach. Ostatnie spojrzenie na kuluar i ruszyliśmy w drogę.

Dojście do baraku Forestiere zajęło nam około 40 min. Po drodze mijaliśmy wspinaczy, którzy podobnie jak my wcześniej, chcieli zdobyć Mont Blanc. Nie wiem, czy wszystkim się udało, gdyż prognoza pogody na dzień następny była już fatalna (burze i bardzo silne wiatry) co na tej wysokości w górach powinno sugerować odwrót. Pod barakiem byliśmy około godziny 11:45. Zrobiliśmy kilka fotek, dojedliśmy resztki słodkości i ruszyliśmy dalej. Pomimo tego, że został nam już nie duży odcinek drogi do pokonania, śpieszyliśmy się, nie chcieliśmy się spóźnić na ostatni wagonik kolejki zjeżdżającej do Les Houches. Nasze obawy okazały się bezzasadne. Do stacji kolejki dotarliśmy przed godziną 14:00, a już o 15:00 stanęliśmy ponownie na campingu.

Nasi znajomi przybyli trochę później (udało im się również zdążyć na wagonik), gdyż zrobili sobie jeszcze przerwę na posiłek (mieli trochę większy odcinek do pokonania – szli przecież ze schroniska Gouter). Po obiedzie i kąpieli (która naprawdę była wspaniała po takiej przerwie) nadszedł czas na wymianę kontaktów oraz pamiątkowe fotografie.

alt

Na zdjęciu uwieczniliśmy naszą piątkę (która poznała się przypadkowo na campingu) - od lewej strony: Jarek, Gosia, Darek, Paweł i Janek. W tle widoczny masyw Agile de Gouter na szczycie którego chowa się, spowity chmurami, budynek schroniska.

Dopiero wtedy tak naprawdę uświadomiliśmy sobie na jakiej wysokości byliśmy i jaką trasę udało nam się przejść.

Zapraszamy do przeczytania poradnika na temat wyposażenia na następnej stronie:


Poradnik

Wyposażenie

1. Ubiór:

a. Bielizna termo - koszulka i spodenki – w zależności od własnego komfortu cieplnego (miałem bieliznę syntetyczną, natomiast Gosia bieliznę z wełny merino)
b. Skarpety - jedna lub dwie pary
c. Buty wysokogórskie – teoretycznie można iść w zwykłych trekkingach, jednak my nikogo takiego nie spotkaliśmy – co więcej, jak wychodzi się o godzinie 2 w nocy, to palce u stóp mogą dość konkretnie zmarznąć
d. Spodnie membranowe lub softshellowe
e. Bluza polarowa lub z Power Strecha
f. Kurtka membranowa
g. Kurtka lub sweter puchowy
h. Chusta na głowę oraz grubsza czapka (np.: polarowa z WindStoperem).
i. Rękawice (łapawice)

2. Akcesoria osobiste - obowiązkowe:

a. Raki – w zależności od sposobu mocowania do butów (od paskowych do automatycznych)
b. Czekan – klasyczny, turystyczny (tutaj raczej „dziabki” wspinaczkowe się nie przydadzą)
c. Stuptuty – przydają się już od schroniska Gouter, poniżej można sobie je podarować (oczywiście, w zależności od warunków śniegowych)
d. Kask wspinaczkowy – potrzebny ze względu na zagrożenie spadającymi kamieniami oraz przy ochronie głowy podczas upadku np.: na lodowcu
e. Czołówka – generalnie, dowolne źródło światła, które rozświetli nam drogę podczas ataku szczytowego o 2 w nocy; jednak, do takiego zastosowania czołówka wydaje sie mieć przewagę nad klasycznymi latarkami ze względu na to, że można ją ładnie zamocować na kasku
f. Okulary – ze względu na bardzo dużą jasność słońca oraz odbijanie się promieni od śniegu najlepsze są okulary przeciwsłoneczne z przeznaczeniem na lodowiec - (kategoria 4), ważne jest, aby dość dobrze przylegały do twarzy i nie pozwalały, aby promienie słoneczne wpadały bokami, dodatkowo, takie okulary dość dobrze chronią oczy przed wiatrem oraz pyłem śnieżnym
g. Uprząż wspinaczkowa – klasyczna uprząż biodrowa (ważne jest to, że musimy mieć w niej tyle luzu, żeby można ją było założyć na całe nasze ubranie – na kurtkę wierzchnią i spodnie)
h. Lina wspinaczkowa do asekuracji lotnej na lodowcu – w zależności od ilości osób w zespole od 20 do 50 m; ważne jest to, żeby była to lina dynamiczna; ostatnimi czasy pojawiły się liny dedykowane do asekuracji na lodowcach (są to liny bliźniacze – kupujemy jedną żyłę), zaletą takich lin jest ich średnica i waga (30m lina o średnicy 8mm waży niecałe 1,2 kg), co w zespole 2-3 osobowym ma dość duże znaczenie Karabinki zakręcane (HMS) – trzy sztuki (np.: do dowiązania liny do uprzęży – poza wpięciem się „ósemką” należy zostawić sobie trochę luzu na ewentualne zbudowanie stanowiska w przypadku wpadnięcia drugiego członka zespołu do szczeliny)
j. Ekspres – jedna sztuka (zawsze może zostać rozłożony na części i odzyskujemy z niego 2 karabinki)
k. Pętle osobiste – dwie sztuki (2 i 2,5m powinno wystarczyć); te pętle to nic innego jak rep sznur (lina pomocnicza o średnicy 5-6mm); będzie służyła do zawiązania prusika (na linie głównej), przy pomocy którego będziemy mogli wydostać się ze szczeliny lodowej
l. Taśmy – jedna sztuka (11mm x 120 cm) i dwie sztuki (16mm x 60-80cm), które pomogą nam zarówno w zbudowaniu stanowiska jak i w wydostaniu się ze szczeliny lodowej (poprzez zawiązanie stopera taśmowego na linie głównej)
m. Śruba lodowa – nam się na szczęście nie przydała, ale można zabrać (na allegro można dostać tanie śruby irbis, które do tego typu asekuracji będą bardzo dobre)
n. Termos – to chyba jest dość oczywisty element, o którym jednak warto przypomnieć, bo w wysokich górach uzupełnianie wody jest bardzo ważne
o. Kubek i łyżka – wiadomo
p. Pojemnik na wodę – można zabrać ze sobą bukłak (camelbag) lub zwykłą butelkę plastikową po wodzie
q. Krem z filtrem + sztyft do ust – my mieliśmy krem z filtrem 50+ (zostawialiśmy lekką warstwę na twarzy aby dodatkowo chroniła skórę a po mimo tego mieliśmy dość mocno spalony nos i usta)

3. Akcesoria osobiste – opcjonalne:

a. ABC lawinowe (detektor lawinowy, sonda i łopata) – pomimo tego, że dla Polaków detektory nie są jeszcze podstawowym wyposażeniem podczas wypraw  górskich, polecamy ich zabranie; owszem, wiem, że cena detektora jest dość duża, ale na rynku pojawia się coraz więcej firm, które umożliwiają wypożyczenie tego sprzętu na kilka-, kilkanaście dni za niewielkie opłaty (zazwyczaj jest to już cały zestaw z sondą i łopatą)
b. Śpiwór – jeśli wybieramy opcję na lekko (czytaj „spanie w schroniskach”) może się nie przydać (zawsze można się okryć kurtką lub czymś, co mamy w plecaku), jeśli jednak planujemy spanie pod namiotem, to powinniśmy rozważyć zabranie śpiwora, który będzie miał komfort termiczny na poziomie min. -5 (-10) stopni Celsiusa
c. Karimata – j/w; przy czym polecamy maty samo pompujące o grubości min 3-4 cm (na wyprawie mieliśmy zarówno matę – spała na niej Gosia, jak i karimatę – ja na niej spałem – niestety, w nocy musiałem pod moją karimatę dodatkowo podłożyć kurtki i spodnie, gdyż izolacja od zmrożonego podłoża była niewielka)

4. Sprzęt wspólny (w przypadku większej liczby osób w zespole)

a. Namiot – jak już wcześniej pisałem, nie przydaje się w opcji „na lekko”; warto, aby namiot miał w miarę zwartą budowę i łatwo się rozkładał nawet podczas silnego wiatru; w namiocie przydają się również fartuchy śnieżne, można je jednak pominąć i obłożyć namiot kamieniami oraz obsypać śniegiem
b. Folia NRC – poza tą, którą mamy w apteczce, powinniśmy mieć jedną do wyłożenia na spodzie namiotu w celu izolacji od podłoża (może to nie daje za dużo, ale jednak, jest to dodatkowa warstwa izolacji, która chroni nas przez przeziębieniem)
c. Łopata – jeśli nie bierzemy zestawu lawinowego, to warto zabrać przynajmniej łopatę, przy pomocy której przygotujemy sobie „platformę” pod namiot a następnie
go okopiemy i zabezpieczymy przed wiatrem
d. GPS – jeśli mamy dostęp do GPSa (nawet takiego najprostszego – ale turystycznego a nie samochodowego) warto go zabrać ze sobą; a jeśli GPS ma dodatkowo funkcję powrotu po zapisanym śladzie, to już bardzo dobra opcja, która może nam uratować życie w przypadku załamania pogody i konieczności powrotu w gęstej mgle (nam, podczas wyprawy na Blanca taka funkcja się nie przydała, natomiast podczas wspinaczki na Grossglockner żałowaliśmy, że go nie mieliśmy ze sobą, bo mieliśmy problem z powrotem do schroniska we mgle, która pojawiła się w przeciągu 30 min)
e. Mapa – generalnie, jeśli na wyprawę wybieramy się w sezonie (lipiec/sierpień) to mapa nie będzie nam aż tak przydatna, gdyż cały czas widzi się innych wspinaczy na szlaku (nawet o 2 w nocy podążamy za kawalkadą światełek na szczyt); jednak sama mapa wiele nie waży i warto zastanowić się nad jej zakupem.
f. Aparat fotograficzny – wiadomo :-P
g. Zestaw kuchenny:
i. Menażka - na dwie osoby wystarczy jedna litrowa; dodatkowo, zamiast pokrywki można zastosować złożoną 3-4 krotnie folię aluminiową (waży o wiele mniej niż klasyczna pokrywka)
ii. Palnik – w zależności od typu kartusza, nakręcany lub przebijany
iii. Kartusz – nam na dwie osoby, na całą wyprawę, wystarczył kartusz 450g (po wyprawie jeszcze trochę gazu w nim zostało); możliwe, że wystarczył by mniejszy kartusz 230g, gdyż w schronisku Gouter kupiliśmy wrzątek do termosu i do kubków (ale zależy to od wielu czynników – temperatury, itp.)
iv. System uzdatniania wody – my osobiście nie stosowaliśmy, tylko topiliśmy lód i uzyskaną wodę gotowaliśmy przez 2-3 minuty, jednak poznane tam osoby miały dodatkowo pastylki do uzdatniania wody

5. Jedzenie i picie:

a. Śniadanie – osobiście na śniadanie polecam kaszki (np.: Mleczny Start) z musli oraz suszonymi owocami (rodzynkami, żurawiną, bananami, itp.); kaszki takie bardzo szybko się przygotowuje a wymienione dodatki bardzo fajnie smakują i dostarczają potrzebnej podczas wspinaczki energii
b. Obiad – najlepsze i najbardziej pożywne są pokarmy zliofilizowane (czyli odwodnione), można je kupić w postaci zestawów jedno lub dwuosobowych; na rynku
jest bardzo duży wybór dań, które możemy zjeść
c. Przekąski – podczas wspinaczki najlepiej raz na jakiś czas przegryźć sobie batonika z dużą zawartością cukru (np.: moje ulubione Snickersy); jednak należy pamiętać, aby z wyprzedzeniem włożyć baton do ubrania w miarę blisko ciała, gdyż w przeciwnym wypadku będzie on twardy i trudny do ugryzienia
d. Napoje – ze względu na to, że na takiej wysokości ważne jest odpowiednie nawodnienie organizmu nie możemy zapomnieć o piciu; standardowo, do termosu
możemy sobie zaparzyć gorącą herbatę, natomiast do butelki napój izotoniczny (najlepiej przygotować go z tabletek lub koncentratu); nie powinniśmy pić samej wody stopionej ze śniegu, gdyż jest ona całkowicie „jałowa” i może powodować ubytek elektrolitów w organizmie
6. Apteczka – opisana poniżej

Apteczka górska

1. Materiały opatrunkowe

a. Gaza wyjałowiona 1m2 – 1 szt.
b. Kompresy jałowe z gazy 9 x 9cm, 5 x 5cm – 2 szt. / (1 op. = 3 szt.)
c. Plastry z opatrunkami różne rozmiary (np. zestaw turystyczny Viscoplast)- wybrać około 8 szt. z 1 op.
d. Plaster bez opatrunku (przylepiec) szer. 2,5cm x 5m – 1op.
e. Opaska dziana (bandaż) szer. 5cm, 10cm – 2op.
f. Steri-Strip (łączenie brzegów ran ciętych lub tłuczonych) – 1 op.
g. Plastry na otarcia (np. na pięty) – 2 szt.
h. Plaster na odciski – 2 szt.
i. Opcjonalnie można się pokusić o Opatrunek Granuflex – 1 szt.

2. Materiały usztywniające

a. Opaska elastyczna 15cm i 8cm – 2 szt.
b. Opcjonalnie: opaska dziana elastyczna - np. Codofix (numeracja: 1 - na palec; 2 – na dłoń; 3 – na dłoń, stopę; 4 – na stopę, ramię; 6 – na kolano, głowę; 8 – na głowę, udo,
10 – na brzuch, biodra; 14 – na klatkę piersiową)

3. Środki odkażające, przyspieszające gojenie oraz inne do stosowania zewnętrznego

a. Peroxygel 3% (woda utleniona w żelu) – 1 op.
b. Dermatol (proszek) – na drobne krwawienia, rany sączące – 1 op.
c. Neomycinum (maść) – 1 op.
d. 2 plastry rozgrzewające (bez kapsaicyny) np.: Ketonal Termo lub Voltaren Thermal
e. Arcalen (maść) lub Ibalgin Sport (krem) – (stany pourazowe-stłuczenia, bóle mięśniowe) – 1 op.
f. Talk (zasypka) lub Maść cynkowa – na odparzenia – 1 op.
g. Alantan Plus (maść), Panthenol (pianka/spray) lub Bepanthen (maść) – coś na lżejsze oparzenia, otarcia – 1 op.
h. Oxycort (aerozol) [TYLKO Z PRZEPISU LEKARZA!!!] - na cięższe oparzenia, odmrożenia, uczulenia, ukąszenia owadów – 1 op.
i. Krople do nosa w postaci żelu - Xylogel – 1 op.
j. Krople do oczu i uszu – Dicortineff (zawiesina) [TYLKO Z PRZEPISU LEKARZA!!!] – 1 op. (tylko do -5 st. C, później krople mogą zamarzać)
k. Opcjonalnie Leko (chusteczki nasączone spirytusem w saszetkach) – 5 szt.
l. Opcjonalnie repelenty (środki odstraszające komary, meszki, kleszcze itd.) –
w zależności od miejsca wędrówki, pory roku itd. np. Off Active (aerozol)

4. Leki do stosowania wewnętrznego

a. Leki przeciwbólowe
i. Aspiryna (tabl.) – ból głowy, gorączka, przeziębienie (jeśli nie jesteśmy uczuleni na salicylany i nie mamy astmy) – 1 op.
ii. Pyralgin (tabl.) – wysoka gorączka, ból głowy, bóle menstruacyjne – 1 op.
iii. Ketonal forte (tabl.) – bóle kostno-stawowe, działanie przeciwzapalne [TYLKO Z PRZEPISU LEKARZA!!!] – 1 op.
iv. Ibuprofen (tabl.) lub ewentualnie Apap (tabl.) – 10 szt.
b. Leki przeczyszczjące (jeśli zajdzie potrzeba)
i. Radirex (tabl.), Alax (tabl.) lub Xenna (tabl.) – 1 op.
c. Leki rozkurczowe
i. No-Spa (tabl.) – bóle brzucha, bóle menstruacyjne – 1 op.
d. Leki stosowane w stanach zapalnych dróg moczowych (zwłaszcza kobiety)
i. Furaginum (tabl.) [TYLKO Z PRZEPISU LEKARZA!!!] – 1 op.
e. Leki przeciwbiegunkowe, stosowane w ostrym nieżycie żołądkowo-jelitowym
i. Loperamid (tabl.) lub Stoperan (kaps.) – 1 op.
ii. Nifuroksazyd (tabl.) – 1 op.
iii. Elektrolity (nawodnienie organizmu) np.: Gastrolit [TYLKO Z PRZEPISU LEKARZA!!!] – 5 sasz. lub Orsalit – 5 sasz.
f. Leki stosowane w stanach zapalnych dróg oddechowych
i. Antybiotyk szeroko zakresowy – (Azitromycinum np. Azitrox, Sumamed lub Cefuroxinum np. Zinant, Xorimax itp.) – [TYLKO Z PRZEPISU LEKARZA!!!] – 1 op.
ii. Leki przeciwkaszlowe: Neoazarina (tabl.) lub Thiocodin (tabl.) oraz wykrztuśne: Mucosolvan (tabl.) lub Flavamed (tabl.) – po 1 op.
iii. Tabl. do ssania (uśmierzające ból gardła) – Tantum Verde, Halset lub Sebidin – 1 op.
iv. Tabl. w leczenie nieżytu nosa i zatok przynosowych – np.: Claritine Activ, Cirrus lub Sudafed – 1 op.
v. Opcjonalnie, indywidualnie jeśli komuś szybko pomagają i będziemy mieli gdzie rozpuścić, można zabrać kilka saszetek typu Fervex lub Gripex Hot Active – 1 op.
g. Leki przeciwuczuleniowe
i. Zyrtec (tabl.) lub Flonidan (tabl.) – 1 op.
ii. Clemastinum (tabl.) (zwłaszcza przy uczuleniach skórnych) [TYLKO Z PRZEPISU LEKARZA!!!] - 1op.
h. Leki stosowane pomocniczo w chorobie wysokościowej
i. Diuramid (Acetazolamidum) – łagodny lek moczopędny w profilaktyce farmakologicznej ostrej i podostrej choroby wysokogórskiej, obrzęku płuc
i obrzęku obwodowego

5. Dodatkowo

a. Zapas leków stosowanych przez podróżującego w chorobach przewlekłych
b. Folia ratownicza NRC (ochrona przed wychłodzeniem organizmu)
c. Rękawiczki z lateksu (podczas opatrywania ran)
d. Nożyczki, scyzoryk
e. Pęseta (wyjmowanie ciała obcego, np. drzazgi)

Sprzęt wypróbowany na wyprawie

Sprzęt, który używaliśmy i który chętnie moglibyśmy polecić innym. Jest to:

  • Namiot Vaude Space Explorer – dwuosobowy namiot wyprawowy, waga około 3,4kg, posiada fartuchy śnieżne, które w tego typu warunkach sprawdzają się  rewelacyjnie, co więcej, sypialnia jest już przymocowana do tropika co ułatwia rozbijanie go w niesprzyjających warunkach; obszerniejsza recenzja oraz test namiotu ukaże się na portalu Ceneria.
  • Łapawice puchowe Guide Pro – łapawice wykonane z nieprzemakalnej tkaniny Thermoactive wypełnione naturalnych puchem gęsim; sprawdzają się w niskich temperaturach oraz w przypadku mocnego wiatru; ja miałem okazję testować je na nogach (przemarzły mi palce u stóp i w schronie Vallot siedziałem z tymi łapawicami założonymi na nogach, pomogło i dzięki temu mogliśmy kontynuować wspinaczkę); obszerniejsza recenzja oraz test łapawic ukazała się na portalu Ceneria.
  • Śpiwór puchowy Cumulus Alaska 1300 – techniczny śpiwór puchowy, którego temperatura komfortowa to -32 stopie C; oczywiście, w naszym przypadku nie był on całkowicie wykorzystany, jednak nie jest to nasza ostatnia wyprawa, więc będziemy mogli go jeszcze dodatkowo przetestować.
  • Termos Fjord Nansen Horner/One Touch – termosy, które zostały zwycięzcami w testach przeprowadzonych przez czasopisma górskie: „n.p.m.” oraz „Magazyn Górski”; ich jakość możemy potwierdzić po naszej wyprawie (do tej pory zawsze się sprawdzały i tym razem nas również nie zawiodły).

Potrzebne umiejętności

Wiadomo, że na Mont Blanc nie można wybrać się od tak po prostu z drogi. Pewne minimalne umiejętności są w tego typu wyprawach wymagane. Trzeba do nich zaliczyć:

  • Dobrą kondycję fizyczną – nawet jeśli wybieramy opcję z wyjazdem kolejką na 1800m to i tak pozostaje nam do pokonania różnica wysokości 3000m; dodatkowo sprzęt, który ma się w plecaku również waży (w zależności od wybranego wariantu może to być od 5-7 do nawet 15kg na plecach); co więcej, nie należy  zapominać o zmęczeniu organizmu spowodowanym dużymi różnicami temperatur pomiędzy dniem a nocą, niewyspaniem oraz dość dużą wysokością.
  • Umiejętność posługiwania się sprzętem zimowym – umiejętność chodzenia w rakach zarówno po śniegu (lodzie) jak i po skale (są odcinki, które trzeba w ten sposób pokonać);
  • Umiejętność posługiwania się czekanem (w przypadku ujechania na śniegu).
  • Umiejętność posługiwania się sprzętem asekuracyjnym – znajomość podstaw asekuracji lotnej, umiejętność wiązania się liną w zespole wspinaczkowym, znajomość techniki wychodzenia ze szczelin lodowych oraz umiejętność budowania stanowisk oraz wyciągarek.
  • Dobrą orientację w terenie – generalnie ważne jest, aby członkowie zespołu wspinaczkowego byli w stanie ocenić w którym miejscu się znajdują (np. na podstawie mapy) oraz w którymkierunku należy iść. Widomo, że warunki w górach mogą się zmieniać bardzo szybko i ważnejest, aby umieć odnaleźć się np.: we mgle czy też śnieżycy.

Miejsca – informacje praktyczne

Pole namiotowe

Adres:
136 Route du Nant Jorland
Les Trabets
74310 Les Houches
+33 (0) 4 50 54 42 30 (telefon jest podany, ale generalnie ciężko się tam dodzwonić, a jeśli już
nam się uda, to rozmowa może być prowadzona tylko w języku francuskim)
GPS: N45° 53' 29" E6° 47' 19"
Ceny:
Osoba dorosła – około 4-5 euro / dobę (w zależności od terminu)
Namiot – 1,6 euro / dobę
Samochód – 1,6 euro / dobę
Jest możliwość zostawienia samochodu na campingu (oczywiście po uiszczeniu opłaty oraz ustaleniu miejsca z właścicielką campingu), ale jest to dobre rozwiązanie biorąc pod uwagę ceny innych parkingów w mieście, poza tym, po powrocie można skorzystać z sanitariatów oraz przygotować sobie coś do zjedzenia.

Inne:
Rozmowa tylko i wyłącznie w języku francuskim (Starsza Pani uważa, że jeśli jest się we
Francji, to trzeba umieć posługiwać się tym językiem) więc warto sobie przyswoić kilka słówek
(namiot, samochód, liczebniki).
Dodatkowo na czas naszego pobytu na campingu możemy otrzymać darmowe vouchery na
przejazdy komunikacją miejską w całym rejonie, czyli możemy wybrać się na zwiedzanie
Chamonix już po powrocie z Mont Blanc.

Kolejka Telepherique Bellevue

Adres:
88 Place de la Fruitière
74310 Les Houches
Tel: +33 (0) 4 50 54 40 32
GPS: N45° 53' 23" E6° 47' 21"
Godziny pracy:
11 czerwiec – 1 lipiec
2 lipiec – 28 sierpień
29 sierpień – 25 wrzesień
8:00 – 17:30
7:30 – 18:00
8:00 – 17:30
Ceny:

Bilet dla osoby dorosłej: w jedną stronę – 10,70 euro, w dwie strony – 13,30 euro (powrót
może być w inny dzień niż wyjazd w górę)

Schornisko Tete Rousse

Adres i kontakt:
Tel: +33 71 06190290 (od 15 kwietnia do końca maja)
Tel: +33 (0) 4 50 58 24 97 (od 1 czerwca do końca września)
GPS: N45° 51' 18" E6° 49' 03"
Ceny:
Nocleg: 26 euro (50% zniżki dla członków klubu)
Śniadanie: 8,50 euro
Obiad: 23 euro
Woda butelkowa: 2-3euro
Małe piwo w puszce: 4 euro
Istnieje możliwość płacenia kartami płatniczymi/kredytowymi (Visa/MasterCard).
Inne:
Schronisko czynne jest od 1 czerwca do 30 września.
W czasie zimy (poza sezonem) udostępnione jest pomieszczenie z 16 miejscami do spania (dostępne są koce) w cenie 6 euro za dobę.
W schronisku są 74 miejsca noclegowe. Konieczna jest wcześniejsza rezerwacja telefoniczna.
Istnieje możliwość spania na jadalni (bez konieczności rezerwacji). W schronisku akceptowane są zniżki dla członków Francuskiego Klubu Alpejskiego oraz Alpenverein.
Powyżej schroniska jest możliwość rozbicia namiotu (oficjalna informacja ze strony schroniska). Jest tam również polowa toaleta. Każda osoba chcąca się rozbić na tym polu powinna zarejestrować się w schronisku (ze względów bezpieczeństwa i dla celów statystycznych – informacje ze strony).

Schronisko Gouter

Adres i kontakt:
Tel: +33 (0) 4 50 54 40 93
GPS: N45° 51' 11" E6° 49' 48"
Ceny:
Nocleg na podłodze w jadalni: 32 euro (50% zniżki dla członków klubu)
Śniadanie: 9 euro
1,5 litrowa butelka wody: 5 euro
Wrzątek do termosu: 3 euro (za 5 euro można dostać wrzątek do termosu oraz 2 kubków)
Istnieje możliwość płacenia kartami płatniczymi/kredytowymi (Visa/MasterCard).
Istnieją zniżki dla członków Francuskiego Klubu Alpejskiego oraz Alpenverein.
Inne:
Schronisko jest czynne od połowy czerwca do końca września.
W schronisku jest około 100 miejsc noclegowych dostępnych jedynie po telefonicznej rezerwacji (bardzo trudno jest tutaj zarezerwować miejsce – najłatwiej jest zarezerwować tutaj nocleg osobom, które idą na szczyt z przewodnikiem). Pobudka dla osób śpiących w jadalni jest już o 1:30 bo o godzinie 2:00 jest śniadanie dla osób, które je wykupiły. Nocleg wygląda tak, że już po zakończeniu kolacji każdy szuka sobie dogodnego miejsca do spania (nam udało się wcisnąć w mały korytarz prowadzący do pomieszczeń gospodarczych). Generalnie na samym początku w jadalni jest bardzo gorąco (duszno – ze względu na gotowane w kuchni posiłki) natomiast im później tym temperatura coraz bardziej spada. W schronisku jest zakaz używania kuchenek gazowych (o tym że tutaj prądu dla turystów nie
ma, to nie muszę pisać). Można gotować przed budynkiem (jest miejsce z ławeczką). Toaleta jest na zewnętrz budynku (w osobnym pomieszczeniu).
Aktualnie budowane jest nowe schronisko (około 300m od istniejącego).

Informacja turystyczna w Les Houches

Adres i kontakt:
51 Place de la Mairie
74310 Les Houches
Tel: +33 (0) 4 50 55 50 62
GPS: N45° 53' 22", E6° 47' 51"
Inne:
Możemy tutaj dowiedzieć się wszystkiego o regionie, otrzymać informacje o noclegach oraz wyżywieniu jak również sprawdzić ceny na usługi turystyczne, np.: cenę za wyjazd kolejką. Najważniejszą jednak sprawą, z punktu widzenia wspinacza, jest to, że w informacji turystycznej codziennie wywieszana jest prognoza pogody (zarówno w języku angielskim jak i francuskim). Jest to informacja ze stacji meteo w Chamonix (link poniżej), która raczej dość dobrze się sprawdza.

Supermarket w Les Houches

Adres:
znajduje się on zaraz obok informacji turystycznej
Ceny:
Produkty nieznacznie droższe niż w Polce, jednak da się tam coś wybrać co nie obciąży zbytnio naszego budżetu. Należy tylko wspomnieć, że francuzi piją głównie wina stołowe (do obiadu) co przekłada się na nasze wina wytrawne (i są one dość tanie). Natomiast dla osób, które tego typu win nie lubią pozostaje zakup droższych win półsłodkich lub słodkich. Wina stołowe można już kupić w baniakach 5 litrowych (to oczywiście w przypadku bardziej licznej wyprawy) za kwotę około 3-5 euro.

Pomysły na trasę

Poniżej przedstawiam kilka pomysłów na to, jak podzielić trasę na kolejne odcinki. Nasza trasa to Wariant 1. Nasi znajomi, jako że wyszli tego samego dnia co my, ale po południu, szli tak jak to jest przedstawione w Wariancie 2. Wariant 3 zakłada bardzo dobrą kondycję, natomiast samo wejście na Mont Blanc jest „robione na lekko”, gdyż atak szczytowy rozpoczynany z pod schroniska Tete Rousse (o północy) i tam też musimy wrócić. W przypadku 3 można po zdobyciu szczytu nocować w/pod schroniskiem Gouter, jednak, jeśli zostawiliśmy namiot niżej, to musimy do niego wrócić.

Pomysły na trasę na Mont Blanc

Fakty i mity

1. Widoczność Mont Blanc z Chamonix lub Les Houches

Niestety, szczyt Mont Blanc nie jest widoczny z żadnego miejsca w dolinie, w której leży Chamonix. Aby go zobaczyć trzeba wyjechać kolejką na szczyt Aiguille du Midi.

2. Potrzebne wyposażenie – raki, czekan

Tak jak już napisaliśmy wcześniej wyposażenie typu raki i czekan są wymagane tak jak w przypadku każdej innej górskiej wyprawy zimowej. Owszem, na podejściu do Tete Rousse w okresie letnim ten sprzęt jest całkowicie nieprzydatny (nawet na podejściu do schroniska Gouter widzieliśmy osoby bez raków) jednak powyżej schroniska raki są już zalecane (można iść bez, ale nie będzie to ani bezpieczne ani wygodne).

3. Spanie w namiotach

Na temat spania w namiocie znaleźć można w Internecie mnóstwo informacji. Wiadomo, chodzi o dwie lokalizacje – schroniska Tete Rousse i Gouter. Znaleźliśmy takie opcje. Można rozbić namiot w obu miejscach. Można rozbić się tylko pod Tete Rousse natomiast powyżej jest to zabronione. Nie można rozbijać się nigdzie i w ogóle jest prowadzona kontrola, czy ktoś niesie namiot czy też nie. Jaka jest prawda, tego nie wiemy, bo nigdzie nie ma takich informacji. Natomiast jeśli chodzi o nas, to zarówno w okolicach jednego jak i drugiego schroniska były rozbite namioty i nikt nie robił z tego afery. My mieliśmy rozstawiony namiot pod Tete Rousse natomiast wyżej już go nie braliśmy ze względu na ilość pozostałego sprzętu do zabrania.

4. Orientacja w terenie

Generalnie w sezonie w czasie dobrej pogody ciężko się zgubić (jest tak dużo ludzi, że nie sposób pomylić drogi). Jednak gdy warunki pogodowe pogorszą się (mgła, śnieżyca) dobrze jest wiedzieć gdzie się jest i dokąd się idzie. Przydaje się GPS z funkcją śledzenia trasy (Track-Back). W przypadku zgubienia drogi przestawiamy urządzenie w tryb powrotu i wracamy po śladzie do miejsca startu (należy pamiętać o zapasowych bateriach).

5. Zasięg sieci komórkowych

Praktycznie wszędzie na trasie jest już zasięg telefonii komórkowej. Owszem, nie sprawdzałem tego cały czas podczas wspinaczki, ale w tych ważniejszych punktach (schroniska, schrony) możliwe było wykonanie połączenia telefonicznego. Również na szczycie jest zasięg telefonii komórkowej.

6. Kuluar – sposoby przechodzenia, itp.

Na jego temat napisano już bardzo wiele. W Internecie można znaleźć filmiki, które pokazują spadające kamienie (stąd też wzięła się inna nazwa kuluaru – „The Rolling Stone”). My, podczas naszej wyprawy, przechodziliśmy przez kuluar 4 razy (rano, w południe i wieczorem).
Wiadomo, że najlepszą porą jest czas kiedy słońce nie zaczęło jeszcze bezpośrednio oświetlać żlebu, gdyż wtedy kamienie są zmrożone i w miarę stabilne. Im później, tym może być gorzej. Ten 30 metrowy odcinek trasy należy pokonywać w możliwie jak najszybszym tempie. No i nieodzowne jest użycie w tym miejscu kasku (powinno się go mieć ubranego już od wyjścia z Tete Rousse). Dodatkowo, należy wspomnieć, że nad kuluarem rozciągnięta jest lina poręczowa do której można się wpiąć. To czy powinno się to robić i w jaki sposób zostawiam już czytelnikowi (na YouTube jest bardzo dużo filmów na który widać, co może się stać, gdy
lina, którą się wpinamy jest za krótka).

7. Woda – topienie śniegu

Ze względu na to, że woda potrzebna jest nam do życia, konieczne jest jej pozyskanie na wyprawie. Można to zrobić na kilka sposobów. Pierwszy – zabranie całej wody ze sobą (nie słyszałem jednak, że ktoś tak postępował). Drugi – zakup wody w schronisku (nie jest ona jednak tania). Trzeci – topienie śniegu. Już od schroniska Tete Rousse śniegu mamy pod dostatkiem. Trzeba go tylko stopić a tak uzyskaną wodę uzdatnić. Do stopienia potrzeby będzie nam palnik z kartuszem. Jeśli mamy możliwość powinniśmy osłonić naszą menażkę od wiatru. Pod schroniskiem Tete Rousse możemy wejść do przedsionka ubikacji (może jest to śmieszne, ale jest to miejsce dość dobrze osłonięte przed wiatrem). Gdy już uzyskamy wodę powinniśmy ją zdezynfekować. Sposobów jest kilka – poczynają od mechanicznego uzdatniania wody na dezynfekcji ultrafioletem kończąc. Ja nie będę tutaj prezentował tychwszystkich metod. Mogę napisać tylko, że nasi znajomi używali do tego celu tabletek (zaleta – waga, wada – długi czas oczekiwania).

8. Załamanie pogody

Wybierając się na taką wyprawę należy pamiętać o odpowiednim ubiorze. Nawet jeśli prognoza wskazuje na to, że mamy 3 dni ładnej pogody zawsze należy pamiętać o tym, że warunki mogą się błyskawicznie pogorszyć. Taką właśnie sytuację miał nasz kolega, który wyruszał na szczyt podczas bezchmurnej pogody (prognoza była obiecująca). Niestety w okolicy schronu Vallot warunki drastycznie pogorszyły się i musiał schronić się pod dachem „blaszaka”. Okazało się, że w środku siedziała już trójka wspinaczy, którzy także czekali na poprawę pogody. Niestety, szli oni totalnie „na lekko” (nie mieli nic ciepłego do ubrania, nie mieli jedzenia i wody). Gdyby nie to, że nasz znajomy (i jego kolega) mieli przy sobie butlę z gazem, parę batoników i śpiwory, to mogło by być z nimi nie wesoło. Tą historyjkę piszę tylko ku rozwadze, aby nie zapominać, że wybieramy się w góry wysokie i pomimo tego, że po drodze mamy schroniska i zawsze możemy zadzwonić po pomoc, należy być rozważnym w tym co się robi (do schroniska możemy nie trafić – w przypadku śnieżycy, a ratownicy nie wyruszą nam na pomoc w przypadku bardzo złych warunków pogodowych).

9. Służby ratownicze

Tak jak w innych rejonach Alp tak i tutaj działają służby ratownicze. Pamiętać należy tylko o jednym. Nigdy nie wolno zakładać, że w sytuacji awaryjnej zadzwonimy  po pomoc, która „ściągnie” nas na dół. Owszem, służby ratownicze zostały powołane po to, aby nieść pomoc osobom, które takiej pomocy potrzebują. Jednak nie będą oni narażali swojego życia podczas niebezpiecznej akcji ratunkowej.

10. Czy trzeba mieć ubezpieczenie

Jak najbardziej tak. Wiadomo, ubezpieczenie nie jest obowiązkowe ale są to góry i do tego wysokie i należy się liczyć z tym, że każdemu może się coś przydarzyć. Jest kilka wariantów ubezpieczenia. Można pójść do agencji i wykupić polisę na określoną ilość dni (polisa turystyczna). Trzeba jednak sprawdzić, czy obejmuje ona wspinaczkę wysokogórską oraz pokrywa koszty ratownictwa śmigłowcem. My mieliśmy wykupione ubezpieczenie euro26 (podniesiono wiek ubezpieczonego do 30 lat) z polisą SPORT.

Karta euro26 SPORT kosztuje obecnie 136 zł. Można je wykupić w dowolnym momencie i ważne jest przez okres roku. Inną opcją jest wykupienie członkostwa w klubie Alpenverein w ramach którego dostajemy ubezpieczenie do wysokości 6000m n.p.m. na całym świecie. Jedynym mankamentem jest cena – 65 euro. Zwraca się to jednak w przypadku korzystania ze schronisk leżących w masywie (są dość duże zniżki zarówno na noclegi jak na wyżywienie).

11. Czy warto mieć ze sobą mapę

Tak jak już pisałem wcześniej, jeśli na wyprawę wybieramy się w sezonie wspinaczkowym (lipiec/sierpień) to mapa jako taka nie jest zbytnio przydatna. Warto jednak rozeznać się dokąd się idzie, jakie jest ukształtowanie terenu. My zakupiliśmy w Polsce mapę niemieckiego wydawnictwa Kompass. Mapa ta ma numer 85 a jej skala to 1 : 50 000. Ważne jest to, że rejon Mont Blanc (Monte Bianco) pokrywa również inna mapa wydawnictwa Kompass (inny numer) jednak nie ma tam zawartego obszaru, który nas interesuje. Mapa ta kosztowała około 25 zł. Dodatkowo chcieliśmy zakupić mapę francuskiego wydawnictwa IGN (1 : 25 000) jednak był problem z dostępnością (cena tej mapy to około 75zł). Numer mapy to 3531 ET. We Francji w kiosku niedaleko dolnej stacji kolejki udało nam się kupić mapę IGNu (w cenie 11 euro). Map tych na miejscu mają bardzo dużo (wiadomo dlaczego). Mapa ta jest dokładniejsza (ale niestety również dużo większa i czasami sprawia trudność jej rozłożenie). Jednak osobiście bardziej przypadła mi do gustu niż wydanie niemieckie.

Przydatne linki

Podziękowania

Chcieliśmy bardzo podziękować poniższym firmom oraz organizacjom zarówno w przygotowaniu nas do tej wyprawy (szkolenia, treningi) jak i we wsparciu materialnym (głównie w formie zniżek na sprzęt).
Dodatkowo, chcieliśmy podziękować Mateuszowi M. oraz Andrzejowi G. za cenne informację dotyczące wspinaczki.

Fundacja im. Anny Pasek

Fundacja, której jednym z celów jest działalność profilaktyczna, informacyjna i promocyjna w zakresie bezpiecznej eksploracji górskiej ze szczególnym naciskiem na eksplorację wysokogórską i polarną.
http://www.annapasek.org/

alt

Ceneria – outdoorowa porównywarka cen - Ceneria to outdoorowa porównywarka cen sprzętu z szeroko pojętej branży sportowej (turystyka, wspinaczka, sprzęt górski, narciarski, rowerowy, wodny, ogólnosportowy, elektronika dla turysty). Jest to pierwszy tego typu projekt w polskiej sieci.

alt Cumulus - Producent śpiworów puchowych
alt Pracownia Sprzętu Alpinistycznego Małachowski - Producent odzieży puchowej
alt Laboratorium Kosmetyczne Floslek - Producent wysokiej jakości preparatów kosmetycznych
alt Polskie Stowarzyszenie Twórców Noży i Broni Białej - Organizacja zrzeszającą osoby zajmujące się wytwarzaniem noży oraz innej broni białej. Celem Stowarzyszenia jest rozpowszechnianie wiedzy o Twórcach, będących niejednokrotnie nie tylko rzemieślnikami lecz wręcz artystami tworzącymi w swych  warsztatach noże, szable, miecze oraz inne elementy historycznego uzbrojenia.
alt WISPORT - Polski producent wysokiej jakości sprzętu outdoorowego
alt Wyszywany Kot - Firma zajmująca się haftem komputerowym
alt Sklep górski Alpamayo - Sklep ze sprzętem górskim i wspinaczkowym. Kraków.
alt Kolba.pl - Sklep ze sprzętem outdoorowym. Będzin.

Uwagi końcowe

Tak jak już pisałem na początku tego tekstu, nasza wyprawa odbyła się w czerwcu 2011r. Jest to dobry czas na wspinaczkę z dwóch powodów. Po pierwsze ludzi nie ma wtedy jeszcze zbyt wiele (owszem, spotkaliśmy kilkadziesiąt grup wspinaczy idących na szczyt), jednak nie było jeszcze „kolejek”, które podobno można spotkać w szczycie sezonu (lipiec/sierpień). Po drugie, na podejściu do schroniska Gouter było jeszcze trochę śniegu a sam kuluar był „wyłożony” śniegiem a co za tym idzie, do południa był dość dobrze zmrożony.

Rybnik, 2011
Numer wydania
1
Mont Blanc – notatki spod szczytu
Spis treści
Od Autora
Dojazd
Punkty kontrolne – wysokość oraz koordynaty GPS
Dzień przed ... (24.06)
Relacja
Dzień pierwszy (25.06)
Dzień drugi (26.06)
Dzień trzeci (27.06)
Dzień czwarty (28.06)
Poradnik
Wyposażenie
Apteczka górska
Sprzęt wypróbowany na wyprawie
Potrzebne umiejętności
Miejsca – informacje praktyczne
Pomysły na trasę
Fakty i mity
Przydatne linki
Podziękowania
Uwagi końcowe

Autor

Jarosław Sobel (jarek.sobel [at] gmail.com)

Zdjęcia

Jarosław Sobel, Małgorzata Kucyniak

Korekta

Małgorzata Kucyniak

Wyposażenie apteczki górskiej

mgr farm. Małgorzata Kucyniak

Copyright © Jarosław Sobel, 2011

Wersja pdf poradnika :)

WiS Project

Sprawdź warunki pogodowe na kamerach internetowych z okolic Mont Blanc

  • Jarosław Sobel

Film z wyprawy: We Khan do It!

Zapraszamy do obejrzenia filmu z wyprawy "We Khan Do It!". Poniżej fragment relacji i filmik:

Wyjazd na Khan Tengri to właściwie pół roku przygotowań każdego  z naszej czwórki – mój, Marcina, Janka i Janusza. Na głębszą jego genezę trudno by się tutaj silić. Większość zostało już wszak napisane czy opowiedziane podczas przygotowań, a co drobniejsze szczegóły pozostaną w naszych głowach i nie warto ich przytaczać. Faktem natomiast  jest, że w wyprawę „We Khan do it” każdy z nas zaangażował się całym sercem i już na kilka miesięcy przed dawał z siebie ile mógł. W założeniu wszystko można było załatwić  łatwiej czy szybciej,  kupić pakiet i po sprawie. Problemem jest, że na takie rozwiązanie nie mieliśmy ani pieniędzy ani chęci. Jak często powtarzam „droga jest celem”, więc nie warto bawić się w szukanie ścieżek na skróty, ale z łatwizny poczynić sobie swego rodzaju wyzwanie.

Dalszą część relacji znajdziecie tutaj.

  • Damian

Miejsce absolutnego oddalenia – Pik Kosmos 2014

To tu wirują na niebie odległe światy, tak wyraźne, że prawie na wyciągnięcie ręki. To tu smukłe i zarazem dzikie delty rzek kreślą skomplikowane krzywe, meandry zwierzęcych ścieżek, które choć ledwo dostrzegalne, są jedynym drogowskazem dla osób przemierzających tą głęboką przestrzeń. To wreszcie tu wysokie szczyty, na czele z Pikiem Dankova (5980 m) i Pikiem Kosmos (5940 m), rozpruwają ciężkie, ołowiane chmury, które swój balast potrafią za jednym zamachem zrzucić na rozległe doliny i lodowce, niwecząc tym samym największe wspinaczkowe plany.

Zachodnie Kokszał Tau (rus. Zapadnyj Kokšaal Tau; ang. Western Kokshaal Too ) to grupa górska o ukształtowaniu pasmowym, która w całości rozciąga się wzdłuż granicy z Chinami, i stanowi naturalną barierę rozdzielającą republikę Kirgiską od komunistycznych Chin. Miejsce dzikie, wyludnione, trudno przejezdne i nieprawdopodobnie rozległe, bo tylko zachodnia część ma długość ok. 100 km, i stanowi raptem niewielki fragment większego pasma Kokszał Tau (ok. 400 km długości), którego kulminacją jest Pik Pobiedy (7439 m). Linia wiecznego śniegu zaczyna się tu na wysokości ok. 3800 - 4000 m., a potężne ściany, jak na tak względnie niewysokie góry, potrafią osiągać (od podnóża lodowca) spektakularne wysokości 2 tysięcy metrów, czyniąc ze wspinaczki skomplikowane zadanie logistycznie.

Z kolei, doliny i równiny Zachodniego Kokszał Tau to suche, bezkresne pustkowia pozbawione wysokiej roślinności, które u podnóża gór ponacinane są gęstą siatką lodowcowych rzek. Poziom ich wód w zależności od pory dnia potrafi diametralnie ulec zmianie. To, co z rana wydaje się łatwe do sforsowania, już w godzinach popołudniowych, gdy słońce mocno operuje, nabiera na sile i nie daje się łatwo pokonać. Otoczaki, niektóre wielkości małego domku, rozrzucone w poprzek na przestrzeni kilkuset metrów, dają oczywiste wyobrażenie, jak zmieniają się tu rzeki, jak potężną siłą dysponują, i jak zmienia się to miejsce, gdy roztopy uwalniają masy wody.

A woda, chociaż latem mało jej na tej wysuszonej ziemi, płynie tu nieprzerwanie, i rozlewa się na olbrzymiej przestrzeni, zamykając dostęp do oddalonych dolin i wysokich szczytów. Dróg tutaj nie ma, mimo że działające od wielu lat agencje turystyczne i ich terenowe samochody ustawicznie próbują drenować tą przestrzeń. Zima bywa tu okrutna i zabiera wszystko, nawet potężne Urale, które potrafią zniknąć pod wieloma metrami świeżego śniegu. Taką właśnie opowieścią uraczył nas Roman, kierowca naszego łazika, który niespełna rok temu był świadkiem rozmowy z szoferem owego Urala. Odmrożony nieszczęśnik ledwo uszedł z życiem, zostawiając radziecką  4,5 tonową ciężarówkę pod masami śniegu. Latem samochód został odzyskany, ale łatwo wyobrazić sobie, jak wiele śniegu potrafi tu zalegać, i jak łatwo można dać się złapać w niebezpieczną pułapkę. Nawet, gdy za sprzymierzeńca ma się pojazd, który w latach sześćdziesiątych podbił całą Azję, i wjeżdżał niemal na wierzchołki gór.

Rozpoczynając długi marsz z bazy Kotur sądziliśmy, że jedynym celem wyprawy jest wejście na szczyt, a transport to tylko formalność, ale gdy te sześć dni planowanych przenosin dobytku rozciągały się,  zaczęliśmy z niepokojem dostrzegać pewien dysonans. Dysonans, który niczym supernowa nabierał siły i wreszcie eksplodował pod ścianą Piku Kosmos, pokazując prawdziwą naturę tego regionu.

ETYMOLOGIA NAZWY KOKSZAŁ TAU

W języku kirgiskim słowo „too”, a w języku kazachskim „tau” oznacza „góra”, natomiast „kakshaal, kakszaal” w języku kirgiskim posiada kilka innych znaczeń. Znaczenia te wywodzą się od czasownika „kaksza, kaszap jatat”, który m.in. można tłumaczyć jako „ból kości” (od zimna). Wydaje się zatem, że  słowo „Kakszaal” w odniesieniu do górskiego środowiska może oznaczać „dziki, surowy”. Łącząc ze sobą oba znaczenia można wysnuć wniosek, że nazwa Kokszał Tau oznacza „zimne góry”.

35 KILOMETRÓW DROGI – 11 DNI UDRĘKI

„Fizycy odkryli, że postrzegalna na pierwszy rzut oka trwałość materii jest iluzją stworzoną przez nasze zmysły. Podobnie jest z naszym ciałem. Postrzegając go jako litą formę nie jesteśmy świadomi, że 99,99% jego powierzchni to pusta przestrzeń. Tak właśnie rozległy jest obszar pomiędzy atomami w porównaniu do ich rozmiaru”. I taka właśnie przestrzeń dzieliła nas fizycznie i duchowo od Piku Kosmos, który pierwszego dnia był jedynym celem naszej wyprawy. Podobno droga jest celem. Pewnie inaczej pisalibyśmy o tym, gdybyśmy weszli na wierzchołek (a może nie), ale przemierzając kirgiski kosmos, przekonaliśmy się, że to, co wydaje się bliskie, wcale takie w rzeczywistości być nie musi, a samo osiągnięcie celu to zaskakująco krótka chwila. I gdybyśmy tylko koncentrowali się na tej jednej krótkiej chwili, to co byłoby z tą przestrzenią, która oddziela jeden cel od drugiego? Byłaby pusta? Pozbawiona sensu?

Dzień pierwszy – Baza Kotur

Baza Kotur to granica poznanego wszechświata. Jeżeli w Zachodnim Kokszał Tau są jakieś drogi, a na niektórych odcinkach tych bezdroży szczątkowo występują utrwalone ślady kół, to właśnie w tym miejscu zamyka się ten rozdział. Potężny płaskowyż, który stromo wznosi się tuż za rozlewiskiem rzeki spływającej z lodowca Kotur, sprawia, że żaden, nawet najmocniejszy wielokołowy pojazd nie jest wstanie przekroczyć tej bariery. Płaskowyż w najwyższym punkcie osiąga wysokość 4381 m n.p.m., i ze wszystkich stron podcięty jest głębokimi wąwozami. Za czasów Związku Radzieckiego, gdy ten rejon był jeszcze strefą militarną, po północnej stronie płaskowyżu, i wzdłuż sąsiedniego pasma górskiego Borkoldoj, istniała droga. Z trudem wydarta naturze, pełniła funkcję tranzytową dla pograniczników patrolujących granicę z Chinami. Po rozluźnieniu napiętych stosunków pomiędzy ZSRR a Chinami, a także później po upadku samego Związku Radzieckiego, droga w ciągu kilkunastu lat wróciła do natury. Teraz, żeby dostać się na lodowiec Grigorieva (u podnoża Piku Dankova), a dalej pod Pik Kosmos, należy cały ten dystans przejść pieszo – 36 kilometrów, pięć rzek lodowcowych, głębokie wąwozy, strome i piarżyste stoki, oraz deniwelacje sięgające 600 m. A wszystko to z ładunkiem 90 kg na jedną osobę.

Dzień drugi, trzeci i czwarty – płaskowyż

Jaki jest najlepszy sport?  Ernest Hemingway mówił, że: "są tylko trzy prawdziwe dyscypliny sportowe. Wyścigi samochodowe, walki byków i alpinizm, reszta to tylko gry". Mylił się. Jest jeszcze czwarty prawdziwy sport – transport. Nic tak nie hartuje, jak niekończące się przerzucanie wyposażenia przez rozłożysty płaskowyż, do oddalonej o 14 kilometrów doliny, która u zbiegu dwóch lodowcowych rzek, znajduje się jakieś 600 metrów niżej, i trzeba tą drogę pokonać wielokrotnie. Przekonali się o tym Michał Kasprowicz, Wojtek Ryczer i Rafał Zając, którzy w 2009 roku eksplorowali lodowiec Fersmana i jedną ze swoich dróg na Piku Granica nazwali właśnie Nordic Walking.

31 lipca rozpoczynamy pierwszą kosmiczną sztafetę. Przekraczamy rzekę lodowcową, u brzegu której rozłożyliśmy obóz, a następnie po dwóch godzinach osiągamy płaskowyż (ok. 4100 m). Naszym oczom ukazuje się rozległa panorama Zachodniego Kokszał Tau, z wyraźnie wybijającym się królem tego regionu, Pikiem Dankova. Kierując się na najwyższy szczyt w regionie przecinamy płaskowyż i schodzimy do głębokiej polodowcowej doliny, przez którą płynie początkowo spokojna rzeka Autal. Kilka kilometrów dalej rzeka nabiera na sile, staje się wartka, a kanion, którym płynie, coraz bardziej przepaścisty i trudny do sforsowania. Wreszcie, wyraźnie zmęczeni docieramy do wąskiej doliny Saryczat (nazwa pochodzi od rzeki wypływającej z lodowca Fersmana), która jest miejscem zbiegu dwóch rzek i zarazem drogowskazem na kolejne dni transportu. Na zielonej łące, przy akompaniamencie przerażonych świstaków, rozkładamy namiot, zostawiamy depozyt i ruszamy w drogę powrotną.

Jest godzina 16. Męcząca wspinaczka na próg płaskowyżu ciągnie się w nieskończoność, i gdy już osiągamy krawędź płaskowyżu rozpoczyna się dramat. Kasia wykazuje pierwsze oznaki wyczerpania fizycznego, i jej stan zaczyna gwałtownie pogarszać się. Po godzinie sytuacja zaczyna być bardzo niebezpieczna, a akcja ratunkowa nabiera dramaturgii. Wojtek i Radek przejmują nasze plecaki i ruszają szybkim tempem do obozu po gorącą herbatę, Jakub prowadzi nas wzdłuż poziomicy i ze wskazaniami GPS-a, omijając jednocześnie strome podejścia, a ja biorę Kasię pod ramię i zaczynam mozolnie prowadzić ją przez płaskowyż. Zapada zmrok. Po kilku godzinach widzimy w oddali światełka, które wprowadzają nas w błąd, i lekko zbaczamy z kursu. Szybko jednak okazuje się, że to chłopaki, którzy, gdy tylko zrobiło się ciemno, zgubili drogę.

Baza Kotur, tak naprawdę, to bardzo umowne miejsce. Od wschodu ograniczona jest rzeką i płaskowyżem, od południa szeroką doliną wcinającą się w głąb pasma górskiego, a od zachodu i północy nie ma żadnych ograniczeń. Suche trawy, jednakowo wyglądające głazy i kilkanaście kilometrów przestrzeni. Idąc po ciemku, i celując w malutkie namioty „gdzieś tam”, i nie mając dookoła siebie charakterystycznych punktów odniesienia, dość łatwo minąć się z celem. Szczęśliwie, mając za przewodnika wskazania GPSa, a zagubiona dwójka nasze światła czołówek, koło północy wszyscy spotykamy się przy rzece. Na jej drugim brzegu mają znajdować się namioty, i chociaż ich nie widzimy, resztkami sił przekraczamy zimny nurt. Po 30 minutach „logujemy się” w modułach mieszkalnych. A chwilę później gorąca herbata leje się strumieniami, niebo na nowo radośnie świeci miliardem gwiazd, a wokół namiotów unosi się wyraźny zapach aromatycznej zupy… z proszku. Jesteśmy na orbicie, wciąż żywi, a za nami pierwsze dokowanie w drodze na wierzchołek Piku Kosmos.

Kolejne dni mijają pod znakiem niekończących się transportów. Niczym juczne kirgiskie konie, pogodzone ze swym losem i świadome, że kolorowo jest tylko na zdjęciach, a wyprawy wysokogórskie to przede wszystkim niekończące się transporty, wielokrotnie zarzucamy na grzbiety ciężkie wory i chodzimy tam i z powrotem. Wreszcie 2 sierpnia, późnym popołudniem, docieramy i zostajemy w dolinie Saryczat, która zamyka pierwszy etap, a więc podróż płaskowyżem (74 km drogi za nami) i otwiera nowy, którego celem jest pokonanie trzech rzek i dotarcie do czoła lodowca Grigorieva.

Wyspa, bo tak nazwaliśmy to miejsce, znajduje się u wlotu doliny Grigorieva, i otoczona jest szczytami tworzącymi potężną bramę wejściową. Owa brama do złudzenia może przypominać wejście do Mordoru. Dominującym szczytem bramy jest Chernogolovka, która niemalże pionowymi ścianami pnie się stromo w górę, i przyprawia o ból karku. Na jej ścianach widać dawne ślady obecności lodowca, które zeszlifowane aż do przesady, teraz świecą niczym łazienkowa glazura. I gdy tak się spojrzy w górę, z trudem można uwierzyć, że kiedyś było tu tysiąc metrów lodu!

Eksploracji ciąg dalszy

Z eksploracją wysokogórską jest jak ze związkiem kobiety i mężczyzny. Stres pierwszej randki, motylki w brzuchu, odkrywanie pierwszych wad, wreszcie narastający konflikt i rozmowy prowadzące do kompromisu lub rozstania. Dolina Saryczat była świadkiem wszystkich tych emocji. Gdy spojrzało się w głąb lodowca Fersmana i widziało stromo opadające lodospady, uczucie ekscytacji było silne, wręcz gotowało się w nas, ale gdy tylko musieliśmy zmierzyć się z rzeką, która w głębokim kanionie, swym silnym nurtem jawnie manifestowała, że „nie da się, bo po prostu nie da się”, a wodospad po drugiej stronie huczał – nie ma przejścia – bijąc o wygładzone kamienie, to uczucie gwałtownie stygło. Niby miało nas to hartować, ale gdy kończy się zaplanowany czas transportów, a nadal tkwi się w połowie drogi, te „motylki w brzuchu” gwałtownie obumierają.

3 sierpnia okazuje się dniem sądu ostatecznego. Przynajmniej tak wtedy myśleliśmy. Rekonesans mający rozpoznać teren po obu stronach rzeki Saryczat przynosi przykre wiadomości. Wygodne łąki po lewej stronie doliny faktycznie okazują się wygodne, ale już rzeka Saryczat puścić nie chce. Sytuacja podobnie wygląda na prawym brzegu, gdzie drogę zastępuje nam wodospad, którego wody opadają z ogłuszającym hałasem poprzez liczne kaskady. I gdy wydaje się, że nie uda nam się dotrzeć do celu, wieczorem postanawiamy raz jeszcze wybadać wodospad. 4 sierpnia zatrzymujemy się u jego brzegów i po szczegółowym badaniu udaje nam się znaleźć słabe miejsce. Zakładamy poręczówkę i przechodzimy na drugą stronę. Droga ponownie staje przed nami otworem, a trzecio-sierpniowy dzień sądu zostaje odwołany. 

Kolejne dni, a więc okres od 5 – 7 sierpnia mija nam we właściwy dla siebie sposób. Homonto, transport, depozyt. Homonto, transport, depozyt. Niekończąca się opowieść, która brutalnie mieli naszą nadwątloną miłość do gór. Wreszcie 7 sierpnia wyruszamy z ostatnim transportem, który na rozlewisku rzeki Grigorieva zamienia się w spektakularną ucieczkę i pogoń. Uciekamy my, a goni nas fatalna pogoda, która siecze po plecach deszczem i drobinkami lodu. Potężne kołtuny pyłu poderwane z rozlewiska rzeki, potęgują wrażenie grozy, tym bardziej uzasadnione, ponieważ kształt goniącej nas chmury zaczyna przypominać typową trąbę powietrzną. Szczęśliwie, mimo wciąż solidnego opadu, wiatr cichnie, a my docieramy do wyspy, gdzie zakładamy awaryjny obóz. Chowamy się w namiotach, a nad nami Pik Dankova, niczym ponury strażnik Mordoru, rwie chmury na strzępy i zapowiada – będzie bolało. 

Izolacja Zachodniego Kokszał Tau

Już po wyprawie ktoś mnie zapytał, „czy nie mogliśmy wynająć tragarzy, koni lub jakieś inne juczne zwierzęta, które pomogłyby nam dostać się do bazy głównej?” Nie mogliśmy, chociaż bardzo tego pragnęliśmy. W latach 50, w wyniku licznych napięć geopolitycznych pomiędzy Związkiem Radzieckim, a Chinami (spór o przebieg granicy, który, de facto, Chiny częściowo wywalczyły w 2011 r.), w regionie tym stacjonowały wojska radzieckie, a nieliczni mieszkańcy zajmujący doliny u tzw. wlotu do Zachodniego Kokszał Tau (ok 30 - 50 km na zachód od regionu, w którym działaliśmy), zostali przymusowo przesiedleni w głąb Kirgizji. Przez kolejnych kilkadziesiąt lat region ten był całkowicie zamknięty, zarówno dla Kirgizów, jak i dla  podróżników z zachodu, co nie wpływało pozytywnie na potrzeby osiedleńcze i rozwój lokalnej społeczności, ukierunkowanej np. na turystykę. Z tego względu większość znaczących szczytów (Pik Dankova, Kyzyl Asker i in.) zostało zdobytych przez rosyjskie i kazachskie wyprawy narodowe (alpiniady), które jako jedyne miały prawo do eksploracji regionu. Obecnie obszar jest otwarty i wciąż eksplorowany (każdego roku region odwiedza kilka wypraw), jednakże nadal kontrolowany przez wojsko. Każdy wjazd i wyjazd jest ściśle rejestrowany i wymaga stosownych pozwoleń.

Inną rzeczą, która ma decydujący wpływ na brak lokalnej ludności, jest surowość tego regionu. Zimą temperatury spadają tu do -40 stopni Celsjusza, a śniegu jest tak dużo, że doliny latem łatwe do rozróżnienia, zimą znikają pod równą pokrywą śnieżną, która maskuje deniwelację. W takich warunkach po prostu nie da się żyć. Zatem, nie sposób wynająć zwierzęta, bo ich tu nie ma, a ciągnąć je z oddalonych o 50 km jurt to dość kosztowna sprawa. Jedyni, najbliżsi mieszkańcy tego regionu są dzicy, gwiżdżą i chowają się w norach, lub mają poroża i na widok ludzi w popłochu uciekają na skaliste turnie.

Chodźmy na lody

„Idzie facet przez pustynię, nie ma nic do picia, a Piciu go i tak dorwał”. I śmialiśmy się wtedy z tego kawału, ale był to raczej histeryczny śmiech, który krył w sobie niepokój. Szczery niepokój wywołany brakiem czystej wody pitnej. Wyspa, jaka sama nazwa wskazuje, jest wyspą, ale na bezkresnym oceanie kamieni. Na samym środku rozlewiska, cudem zachowana i nieprzemielona przez wiosenne spływy, stawia opór siłom natury. Wokół wyspy rozrzucone są miliony ton drobnych kamieni, które wiosną szlifuje rozłożysta rzeka, a wczesnym latem już delikatne cieki wodne, które przefiltrowane przez skalno-piaszczyste podłoże, są krystalicznie czyste. Niestety, późnym latem te cieki wysychają, a jedynym źródłem wody pitnej staje się główny nurt, czyli brudna rzeka, która płynie swoim wąskim korytem, i zawsze jest ohydnie zapiaszczona.

8 sierpnia był dniem, w którym wyraźnie brakowało nam wody. Wcześniejsze próby jej filtrowania przez czyste skarpetki, okazały się bezskuteczne. Mimo że wielokrotnie odrzucaliśmy kilogramy piasku, zawsze coś chrzęściło w zębach. Gnany naturalną potrzebą zamoczenia ust w czystej wodzie, z samego rana udaję się w głąb doliny Grigorieva, i odkrywam – drogę na lodowiec, przepiękne oczka lodowcowe o błękitnym kolorze, i nieśmiałe cieki wodne, które oddalone od wyspy o kilkaset metrów i sprytnie ukryte pomiędzy kamieniami, stają się naszym jedynym czystym wodopojem.

Koło południa jesteśmy gotowi na lodowiec. Plecaki upakowane trzydziestoma kilogramami sprzętu i jedzenia, z tępym wyrazem twarzy zarzucamy na plecy i ruszamy w górę. Wreszcie wchodzimy na lodowiec, ale droga nie jest łatwa. Przez dziesiątki lat wytapiane globalnym ociepleniem, czoło lodowca przybrało kształt litery U. Środkiem i pomiędzy wielkimi serakami płynie rzeka, a jedyna możliwa i niekoniecznie bezpieczna droga wiedzie skrajem lodowca. Przez kolejnych kilka godzin kluczymy między wantami, szczelinami, lodowo-kamiennymi kopcami, aż wreszcie naszym oczom ukazuje się Pik Kosmos. Zatrzymujemy się. Kurwa! To jedyne słowo, na jakie nas było stać, i jedyne, które potrafiło tak obrazowo opisać niezwykłą urodę i potęgę góry. Kosmos jest potężny, to wiedzieliśmy, ale gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy rozłożystą ścianę, która dominowała nad doliną, nie było sposobu na wyrażenie się bardziej lapidarnie i celnie. 

Po godzinnym zachwycie zakładamy depozyt i wracamy na wyspę. Kolejnego dnia, z całym majdanem pokonujemy raz jeszcze tą samą drogę, i idziemy dalej na lodowiec. W odległości 2 km od ściany i 7 km od wyspy, na względnie wygodnym lodowcu (3940 m n.p.m.), wybijamy czekanami platformy i rozbijamy namioty. ABC staje się faktem dokonanym, a wieczorną kolację umila świecący księżyc i prężąca się w skrzącym mrozie północna ściana Piku Kosmos. Do przeniesienia pozostaje nam depozyt, który 10 sierpnia, w pełnym słońcu, przynosimy do obozu. Misja zakończona, 20 kilometrów zrobione, a przed nami tylko 2 tysiące metrów w pionie, i dwa dni zasłużonego odpoczynku, po 11 dniach roboczych.

Status Piku Kosmos

Szczyt po raz pierwszy „zdobyty” został 16 lat temu (12 sierpnia 1998 roku), przez Igora Korsunova (Korsun) i Walerego Bojkę [zob. Kiełkowska Małgorzata, Kiełkowski Jan (red.): Wielka Encyklopedia Gór i Alpinizmu. Tom II, Góry Azji], i jest to jedyna udokumentowana wyprawa działająca na tej górze. Niemniej, wokół tego wejścia narosło sporo niejasności. Ze szczątkowych informacji, do których udało nam się dotrzeć na stronie rosyjskiego klubu alpinistycznego „Chernogolovka” (http://www.alpclub.ru/?p=151), a także na stronie http://www.alpclub.ru/?cat=7, gdzie autorem wpisu jest sam Wiktor Efimov (ówczesny kierownik wyprawy w 1998 r.) wynika, że Pik Kosmos atakowany był północną ścianą przez kilka zespołów, ale żaden z zespołów nie osiągnął wierzchołka. Dwójka najszybszych wspinaczy, która pokonała północną ścianę i była około 100-150 metrów przed wierzchołkiem, na wieść o wypadku drugiego zespołu, wycofała się z ataku i włączyła do akcji ratunkowej. Według danych na stronie uczestników wyprawy, wypadkowi w lawinie uległ Igor Korsun (rzekomy zdobywca Piku Kosmos), który w wyniku ciężkich obrażeń zmarł dwie godziny później. Brak jakichkolwiek danych, czy wypadek zdarzył się w trakcie wspinaczki, czy też w trakcie zejścia, ale z lakonicznego opisu na stronie uczestników wyprawy wynika, że do wierzchołka wciąż pozostawało 100-150 m, a wspinacze, którzy ruszyli na pomoc kolegom, nie dokończyli wspinaczki. Dwa dni później, gdy Igor Korsun został pochowany, wyprawa została odwołana, a uczestnicy wrócili do Moskwy. Mimo, że formalnie – w oparciu o powyższe dane –  wierzchołek Piku Kosmos nie został osiągnięty, rosyjska komisja badająca przyczynę i przebieg wypadku uznała wejście za całkowity sukces, uzasadniając to tym, że wspinacze byli już poza wszelkimi trudnościami, wejście na szczyt łatwą granią nie stanowiło żadnego problemu, a prowadzona akcja ratunkowa, od której zależało życie człowieka, miała ponad wszystko priorytet.

Nasze wątpliwości odnośnie wejścia na szczyt potwierdził również Jerzy Wala, który po zaznajomieniu się ze źródłami, powiedział: „prawdopodobnie Rosjanie rozwiązali ścianę, ale nie osiągnęli wierzchołka”. W trakcie poszukiwania informacji o tym przejściu, natrafiliśmy również na PDF-a magazynu „Climb Magazine” (nr poświęcony tematyce Greater Himalaya), gdzie na stronie nr 5, w opisie dotyczącym rejonu (Kyrghyzstan 2005) pojawia się wzmianka o niepewnym statusie Piku Kosmos.

Jeszcze przed wyprawą udało nam się skontaktować z Wiktorem Efimovem (kierownikiem tamtej wyprawy), ale i on nie rozwiał naszych wątpliwości. Na pytania dotyczące wejścia, odpowiedział, że: „tak, wspinaliśmy się (...) i bardzo będą wam potrzebne cienkie haki”. Po tym lakonicznym e-mailu nie uzyskaliśmy odpowiedzi na kolejne nurtujące nas pytania.

Księżycowy kuluar - 14 sierpień

- Patrzysz?

- Patrzę – odpowiedział Kuba. Stałem na stanowisku w ścianie i z niepokojem rozwiązywałem wyblinkę. Szykowałem się do kolejnego wyciągu, ale jakoś nie mogłem powstrzymać się przed zerkaniem w górę.

- Ale patrzysz? – Zapytałem raz jeszcze, żeby upewnić się. Nie patrzenie było w tym przypadku bardzo niebezpieczne.

- Yhm… tak, patrzę – odpowiedział spokojnie. Obok nas, na osobnym stanowisku znajdowali się Radek i Wojtek, którzy podobnie jak my, szykowali się do dalszego wspinania. Oni nie patrzyli. Gdy zaczynaliśmy wspinaczkę, nie spodziewaliśmy się takich problemów. Sam lód, miejscami przysypany był dość miękką i głęboką pokrywą śnieżną. Dokopanie się do niego i wkręcenie śruby stanowiło nie lada wyzwanie. Niby nie było jakoś kosmiczne stromo, może do 70 stopni, ale bez asekuracji, w takim miejscu, i bez patrzenia, mogło to skończyć się źle.

Zerkam na Kubę. Nie patrzy! – Ale patrz! – Ponaglam go.

- Ok, już patrzę – odpowiedział.

- No to patrz. – Kiwnąłem głową. Sytuacja była kuriozalna. Byliśmy nad dwoma szczelinami brzeżnymi, niemalże w samym środku ściany, każdy miał jakieś zadania do wykonania, a tymczasem zawsze ktoś musiał patrzeć. Ktoś patrzył, żeby inni nie musieli. Warty pełniliśmy na zmiany. Gdy któryś z nas wykonywał jakieś skomplikowane operacje, drugi miał obowiązek patrzeć. Czasami patrzyliśmy wszyscy, ale nie zawsze uważnie, i gdy wydawało się, że ktoś patrzy, nikt nie patrzył. Łapaliśmy się na tym wielokrotnie. A zagrożenie czyhało. Z przeciągłym świstem, albo z basowym buczeniem, z furkotem, który przenikał do szpiku kości, przelatywały pociski. Niektóre były wielkości pięści, inne dużo większe, buczały złowrogo przelatując obok. Czasami zdarzały się płaskie jak talerz, które rozcinały księżycowy kuluar, niczym piła tarczowa tnąca potężną sekwoję, a jeszcze inne, po zderzeniu ze skałą, rozpadały się na drobne i zasypywały nas gradem pocisków. A za wszystko odpowiedzialne było słońce, które wysoko na grani urządzało sobie harce. Kamienie ściśnięte nocnym mrozem, pod wpływem ciepła wyrywały się z objęć i spadały w dół, wzbudzając w nas popłoch. Gdy patrzyliśmy, zawczasu byliśmy gotowi. Lecz, gdy nie patrzyliśmy, mieliśmy zazwyczaj fart.

 

Wspinaliśmy się księżycowym kuluarem. Nie licząc latających kamieni, był on jedyną formacją, która sprawiała wrażenie względnie bezpiecznej. Pozostała część ściany, a w szczególności olbrzymia galeria (pierwotny plan ataku), była broniona przez wiszące seraki, które średnio, co 30 minut organizowały masową zbiórkę pod ścianą. Lawiny seraków były tak powszechne, że w pewnym momencie przestaliśmy na nie zwracać uwagę. Oczywiście, mogliśmy spróbować zrobić diretissimę, ale patrząc na 2 kilometrową ścianę, na lawiny, i niewątpliwe bardzo trudny teren wspinaczkowy, uznaliśmy, że przekracza to akceptowalne ryzyko. Kuluar wydawał się jedyną słuszną formacją, bo po jego pokonaniu wychodziło się na względnie łatwą grań, która długim trawersem prowadziła na kosmiczny szczyt, zaliczając po drodze inny, mniejszy wierzchołek.

Pik Kosmos zwany również jako Pik Schmidta, to drugi najwyższy po Piku Dankova (5980m) szczyt w Zachodnim Kokszał Tau. Znajduje się on w grani głównej pasma i od strony kirgiskiej jest chyba jednym z najtrudniej dostępnych szczytów, do których nie prowadzi łatwa, szybka i oczywista droga. Z podstawy lodowca (ABC na wys. 3940 m) do najwyższego punktu (wierzchołek 5940 m) osiąga wysokość dwóch kilometrów, a sama grań, od najniższej krawędzi galerii (orograficznie po prawej) do przełęczy Palgova (orograficznie po lewej lodowca Grigorieva) osiąga długość ok. 6,7 kilometrów. Jest to zatem niezwykle rozłożysta i eksponowana góra, na wierzchołek której nie prowadzi łatwa droga. Naszym założeniem było osiągnięcie grani nad kuluarem, założenie C1, przeprowadzenie akcji szturmowej, powrót do obozu i zjazd na lodowiec. Łącznie 4 dni akcji.

Panorama Piku Kosmos po opadach śniegu z zaznaczonymi strefami

- Ty jesteś porąbany – powiedział do mnie Kuba. Spojrzałem na niego ze zdziwieniem. Jego mina była bardzo przekonywująca.

– Czterdzieści metrów bez asekuracji?

– Co miałem zrobić? – Wzruszyłem ramionami. Gdy byliśmy bombardowani kamieniami, a kamienie leciały z naszej prawej strony, rozsądnie było uciec na lewo. I tak też uczyniliśmy. Niestety, lewa strona, mimo że przez większość dnia była względnie bezpieczna, znajdowała się w cieniu. Śnieg, który nie ulegał metamorfizacji był miękki i głęboki, a znajdujący się pod nim lód, dziurawy jak sito. Widząc zbliżający się zmierzch, wysoko nad głową skały, a wokół nich wyraźne ślady lodu, zdecydowałem się przemknąć ten odcinek bez zbędnych ceregieli, i udawania, że założyłem dobry punkt. Po osiągnięciu skał założyłem stanowisko, ściągnąłem do siebie Kubę, usłyszałem naganę i spojrzałem w górę. Do szczytowych nawisów wciąż pozostawało kilka wyciągów, ale już wiedziałem, że nie osiągniemy grani przed nocą.

Przez kolejnych kilka godzin, mocno zmęczeni całodniowym wspinaniem, siłą woli wciąż ciągniemy w górę, klucząc między skałami, i szukając dobrego lodu do asekuracji. Jakiś czas później, gdy ciemność ostatecznie pożera ścianę, a nas odcina od kontaktu wzrokowego z nawisami, gwałtownie zmienia się pogoda. Zrywa się silny wiatr i zaczyna sypać śnieg. Opad szybko nasila się, a nas zaczynają atakować pyłówki. Ciężko nam uwierzyć, że załamanie pogody, które miało nastąpić jutro, nadeszło dzień wcześniej. Patrzymy na siebie z niedowierzaniem, i czujemy że to koniec. Radek i Wojtek próbują jeszcze coś urobić, ale zaczyna to nosić znamiona desperacji. Przekrzykując silny wiatr, staram się dowiedzieć, czy widać już nawisy. Odpowiedź jest przecząca. W końcu decydujemy się na odwrót. Opad śniegu jest intensywny, a wiatr miejscami porywisty. Zaczynamy szukać miejsca do zjazdu, i po 30 minutach odnajdujemy kawałek litego lodu. Zaczynamy kręcić „abałakowa”, i gdy mamy już wydrążone otwory, zaczyna się połówkowy koszmar. Z charakterystycznym dla siebie sykiem, raz za razem, małe lawinki zasypują nam stanowisko. Kuba uwija się jak w ukropie, próbuje oczyścić zasypane otwory, ale gdy tylko udaje mu się to zrobić, uderza w nas kolejna pyłówka. Trzęsiemy się z zimna. Półgodzinna walka z wciąż zasypywanym „abałakowem”, i niemożnością przewleczenia liny, wyczerpuje naszą cierpliwość. Kuba próbuje nas przepraszać za to, że nie jest wstanie nakręcić stanowiska, ale każdy z nas dobrze widzi, co się dzieje. W takich warunkach śnieg zachowuje się jak woda – wciska się wszędzie. Bezradnie rozkładamy ręce i w końcu decydujemy się zjechać ze śruby. Z ciężkim sercem zakładamy stanowisko i ruszamy w dół. Przed nami kilkanaście godzin zjazdów (30 godzin akcji w całości).  

Front

Łomot przewala się przez całą dolinę. Basowe wibracje, jakie temu towarzyszą, przenikają do wnętrza namiotu. W ciągu minuty, przez głowę przelatuje mi setka myśli, ale tylko jedna z nich jest wyraźna i niezmiennie natarczywa. „W górach jest wszystko, co kocham.” Autora tego tekstu, najchętniej, zatłukłbym łopatką czekana! Czwarty dzień w namiocie – bez akcji, bez ruchu. I tylko ten śnieg, który wybija znienawidzony rytm o płachtę namiotu, a gdy już zbierze się go wystarczająco dużo, z szelestem zsuwa się w dół. Wtedy trzeba wyjść i odwalić go ze ścianek schronienia, i na nowo można nasłuchiwać. Wtóruje mu podobny dźwięk, ale tysiąckroć potężniejszy i dłuższy, bo ze ściany Kosmosu, a potem zduszone głosy z sąsiedniego namiotu – Ja pierdole, słyszałeś?  I tak w kółko, dzień za dniem.

Jesteśmy wysuniętą rubieżą, czołowym elementem ugrupowania bojowego, które w obszarze walk, zajęło okop, i wciąż go okupuje. Ta wojna przybrała najmniej oczekiwany przebieg – pozycyjny. Czwarty dzień wciąż na tych samych pozycjach, a nad nami niż, który przez klin wyżowy znad Sajan, przykleił się do Zachodniego Kokszał Tau i krąży wokół. Jest niczym natarczywa mucha, która orbituje nad obiadem. Próbuję zaklinać pogodę, i gdy tylko przestaje sypać, wychodzę, obserwuję i błagam Najwyższego o litość. A potem znowu sypie, 30 godzin non stop, modlitwa, i znowu 54 godziny non stop.

Na telefon satelitarny dostajemy smsy z prognozą pogody: „Cześć, sytuacja synoptyczna. Klin wyżu. Na satelitach cały Kokszał Tau w chmurach. Najgorzej nad Kosmosem”. Kilka godzin później dostajemy kolejną wiadomość: „(…) najgorzej w sobotę. Cały dzień opad. Okno pogodowe w niedziele, potem znowu załamanie.” Okno pogodowe. To na nie właśnie czekamy, ale gdy zbliża się ten dzień, dostajemy kolejną wiadomość, „okno we wtorek”. A potem kolejna, „okno pogodowe przesunięte na środę”, a jeszcze potem, „pogodny dzień w czwartek.” I znowu się nie sprawdza.

Front natarcia upada. Ruskie siaty, będące magazynem jedzenia liofilizowanego Lyofood, znikają pod śniegiem - miejscami jest go w okolicach metra. Wyjście za potrzebą staje się górską przygodą, na którą trzeba założyć nie tylko wysokie buty, ale i stuptuty. Czasami wychodzimy w sandałach, ale potem długo rozcieramy zmarznięte stopy. Na palcach odliczamy czas: 11 dni transportów, 2 dni odpoczynku, 2 dni aklimatyzacji, 2 dni akcji w kuluarze, 6 dni opadów, 2 dni na uleżenie się śniegu, i 6 dni na powrót do bazy Kotur. O wiele za mało, tymczasem Komos wciąż nie ruszony. 

Pogoda w Zachodnim Kokszał Tau

Pogodę w Zachodnim Kokszał Tau kształtuje kilka czynników. Pierwszym z nich jest ukształtowanie terenu. Góry Kirgistanu zajmują prawie 93% terytorium kraju, z czego aż 65% powierzchni to góry Pamiru i Tien Szanu. Z tego względu, mimo, że Kirgistan znajduje się w strefie podzwrotnikowej, panują tu warunki klimatu umiarkowanego, ciepłego. Temperatury bywają tu skrajne, na nizinach lata gorące i suche, a w górach zimne i obfite w opady śniegu. Najwięcej opadów notuje się na południowych i zachodnich stokach Tien Szanu, a więc m.in. w Zachodnim Kokszał Tau. W dużej mierze związane jest to z gorącymi masami powietrza, przemieszczającymi się znad rozgrzanej pustyni Takla Makan w zachodnich Chinach, które  ścierają się z chłodnym powietrzem znad Tien Szanu. W wyniku ścierania się tych dwóch mas powietrza, często tworzą się ciepłe i chłodne fronty atmosferyczne, które odpowiadają za długotrwałe opady.

Z takim właśnie zjawiskiem, spotkaliśmy się podczas wyprawy Pik Kosmos 2014. Niestety, w wyniku stabilnego i rozległego klinu wyżowego znad Sajan, front zamiast szybko przejść, został zablokowany i zatrzymał się nad Kosmosem. Ponadto, w okresie od 14 do 19 sierpnia, czyli w okresie najmocniejszych opadów, mieliśmy do czynienia z zachmurzeniem orograficznym. Nasza koleżanka Ola, specjalistka z meteorologii tak napisała o tym typie zachmurzenia:  „Powstaje ono wtedy, kiedy powietrze napotyka na swojej drodze góry, które wymuszają jego wznoszenie się. Podczas takiego ruchu nastąpiła kondensacja pary wodnej,  mimo że masa powietrza była relatywnie sucha (kontynentalna). Okazało się to możliwe z uwagi na wysokie wypiętrzenie masywu.” Więcej szczegółów o nietypowych warunkach pogodywch w Zachodnim Kokszał Tau znajdziecie na naszym blogu (www.kosmos2014.kw.krakow.pl).

Walka z wiatrakami

- Srauuu to pies – wyję z gniewu. Jeszcze kilka godzin wcześniej byłem pełen optymizmu, a ten finalny, ostatni i pełen desperacji atak, postrzegałem bardzo kolorowo. Wciąż wierzyłem. A teraz nie mogę uwierzyć, że wleczemy się tak okrutnie wolno. Zapadam się po pas w śniegu. Pod stopami nie czuję lodowca, tylko miękką poduchę, która przy każdym gwałtownym ruchu wciąga mnie jeszcze głębiej. Padam na twarz i zaczynam „płynąć”. Macham rękami jak szalony, wspieram się na kijach, rozkładam ciężar na wszystkie możliwe strony, na stopy, kolana, kije, czołgam się na goleniach, brzuchu, niemalże z twarzą w śniegu, ale to nie pomaga. Sześciodniowy śnieg całkowicie zmienia zasady gry. Lodowiec, którym idziemy, wcześniej poorany szczelinami, pęknięciami i lodowymi spiętrzeniami, teraz wygląda niczym pięknie wyprasowany obrus na święta. Gładka jak stół pokrywa śnieżna, to w rzeczywistości potężny magazyn śniegu, który sypał, był zwiewany z grani kosmosu, a teraz niczym kosmiczna mgławica, osiadł na lodowcu delikatnym, ale zbitym puchem. Wprasowany w nierówności lodowca wygląda pięknie, ale chyba prościej byłoby w nim drążyć tunele, niż po nim chodzić.

Miejsce, w którym się znajdujemy, to wysokie piętro lodowca, a w zasadzie jego odnoga, która kilkaset metrów powyżej naszego obozu, serakami przewala się na „główny nurt” lodowca Grigorieva. Kocioł lodowcowy, bo w zasadzie tak wygląda to miejsce, znajduje się orograficznie po lewej stronie Kosmosu, i wyprowadza pod kuluar, którym wcześniej prowadziliśmy akcję. Z bazy do miejsca startu, przed opadami śniegu, szliśmy około 1,5 godziny. A teraz idziemy już, bagatela, 6 godzin i nawet nie pokonaliśmy 2/3  drogi. Z namiotów wyszliśmy o 1.30 w nocy, szacując, że droga zajmie nam godzinę więcej, niż normalnie. Niestety, masa puchu, wschód słońca, a potem ciepłe promienie rozmiękczające i tak miękki, nawiany śnieg, dewastują siły, odbierają wolę. Zatrzymujemy się w śniegu po pas i ze zgrozą patrzymy na kilkanaście hektarów przestrzeni. Jest 9 rano. Od trzech godzin powinniśmy być w ścianie.  Kuba i Wojtek patrzą na mnie jak na wyrocznię. Wiedzą, że jestem zdeterminowany, wściekły, agresywny i nie mają odwagi zasugerować mi odwrotu. – Srauuu to pies – w końcu mówię do nich, i zataczam ręką łuk, demonstrując jak wielkie jest to pole nawianego śniegu. - To kompletnie nie ma sensu – po chwili dodaję. Kuba przytakuje skinieniem głowy, a Wojtek przybija mi piątkę. Ciśnienie opada.

Jest 21 sierpnia. Od dzisiaj nie sypie śnieg, a sypał sześć dni non stop. W nocy wyruszyliśmy na ostatni desperacki atak. Do akcji ruszyłem ja, Kuba i Wojtek. W obozie została Kasia i Radek. Radek zawodowo jest fryzjerem, a po ostatniej akcji odmroził sobie palec, i nie chce ryzykować utraty narzędzia pracy. Stoimy niezdecydowani, chociaż decyzja zapadła już dawno, i nie mieliśmy na nią wpływu. Po 30 minutach decydujemy się wycofać, robimy „przepak”, ale żeby nie tracić całego dnia, postanawiamy jeszcze zaatakować mało istotny, pięciotysięczny szczyt, który niczym malutki brat kosmicznego giganta, kuli się u jego podstawy. W ciężkim śniegu, dogrzewani słońcem, szczelnie i ciepło ubrani, ruszamy w górę. Po kilku godzinach docieramy na grań. Śniegu po pas, po kolana, jak w Himalajach. Przemy do przodu zmieniając się na prowadzeniu, i docieramy... do przedwierzchołka. I tu kończy się przygoda.

Dysonans poznawczy, z którym tak długo walczyliśmy, ten stan nieprzyjemnego napięcia psychicznego, definitywnie kończy się. Koniec. Ende. Nie będzie fine prime tempo. Stojąc na grani i spoglądając na Pik Kosmos zarządzamy koniec wyprawy. A słowa, które kołaczą się w myślach - „wymagasz, żeby rozmaite sytuacje, okoliczności, miejsca, czy osoby uszczęśliwiały cię, a potem bolejesz nad tym, że nie dorosły do twoich oczekiwań.” - w całości obrazują  prawdę o rejonie i o tej wyprawie. Z obecnej chwili zrobiliśmy sobie wroga, a stawiając opór temu, co jest, już dawno przekroczyliśmy granicę, nie dostrzegając jednocześnie, że skrajne myśli, emocje, wreszcie wzajemne oskarżanie się o zbyt mały wkład w realizację celu, były kompletnie nieuzasadnione. Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy! Czasami po prostu nie da się wygrać, nawet za cenę 10 kg żywej wagi, którą w ciągu 4 tygodni każdy z nas z gubił.

Już po wszystkim, gdy wylądowaliśmy w domach, i gdy przyszedł czas na głębszą refleksję, Wojtek powiedział znamienne słowa: „(…) z tamtej chwili pamiętam taki moment, że jak już powiedzieliśmy sobie – koniec, idziemy do domu – i jak wrzuciliśmy na luz, to ja złapałem moment zachwytu nad tymi górami. Nagle zauważyłem, jak piękne jest to miejsce. To był ciekawy efekt , bo wcześniej, owszem była fajna miejscówka i klimat, ale jednak była też ostra akcja. Ale dopiero, gdy niczego nie musiałem, to z luzem przyszedł zachwyt nad miejscem, w którym się znalazłem.”

Przeszliśmy drogę, która nie zakończyła się na szczycie, ale ją przeszliśmy, i to był nasz niewątpliwy sukces.  

Podsumowanie

Wyprawa Pik Kosmos 2014 trwała w okresie od 27 lipca do 2 września 2014 roku. W wyprawie wzięli udział członkowie Klubu Wysokogórskiego Kraków: Wojciech Anzel, Jakub Gałka, Katarzyna Kowalska, Piotr Picheta, Radosław Robak.

Od bazy Kotur do bazy pod Pikiem Kosmos, w linii prostej, było około 36 km. Zróżnicowany teren, którym się poruszaliśmy, a także sporo wyposażenia i potrzebnego na wyprawę jedzenia, sprawiły, że transportując rzeczy od bazy do bazy, wielokrotnie pokonywaliśmy te same odcinki. Chodząc tam i z powrotem, łącznie pokonaliśmy 220 km w ciągu 11 dni.

W tym samym czasie, gdy my wspinaliśmy się na Pik kosmos, w Zachodnim Kokszał Tau działały dwie inne wyprawy: brytyjska i niemiecka. Z powodu długich i silnych opadów deszczu i śniegu żadna z wypraw nie osiągnęła zamierzonych celów.

W trakcie wyprawy nie udało nam się wejść na żaden ze szczytów. Akcja aklimatyzacyjna, z powodu późnej pory, zakończyła się na przedwierzchołku góry, oznaczonej kotą 5013 m. Późniejsza próba zdobycia tego samego szczytu załamała się z powodu olbrzymich ilości śniegu.

Pik Kosmos atakowany był dwukrotnie. Pierwszy atak z powodu pogody załamał się pod granią wieńczącą Księżycowy Kuluar. Drugi atak został przerwany z powodu dużej ilości śniegu, jeszcze przed wejściem w kuluar.

Strona internetowa wyprawy: www.kosmos2014.kw.krakow.pl

Galeria 20 – Uczestnicy wyprawy

Podziękowania

Chcemy gorąco podziękować wszystkim naszym sponsorom i osobom, które aktywnie przyczyniły się na rzecz wyprawy, a w szczególności: Portalowi Górskiemu za wytypowanie nas na zwycięzców w konkursie „Łap za dyszkę”, marce Dare2b za odzież techniczną, firmie Lyofood za doskonałe jedzenie liofilizowane, sklepom górskim E-Pamir na czele z kolegą Markiem Wielgusem za sprzętowy wkład, marce Marmot za ciepłe wyposażenie, firmie Wawel za słodycze umilające trudną podróż, Rzeszowskiej Kuźni Szpeju za szpej, Marcinowi Karlikowskiemu (lekarz wyprawy) za konsultacje medyczne; Tomkowi Pawłowskiemu za wsparcie elektroniką.

Szczególne podziękowania dla naszego kolegi Tomka Muchy za redakcję naszych smsów z wyprawy, za aktualizację strony www i za wiadomości z prognozą pogody.

Serdecznie podziękowania chcemy również skierować do naszej koleżanki Aleksandry Tusińskiej, która z pełnym zaangażowaniem przesyłała nam prognozę pogody.

W wyprawę zaangażowana była marka Climbe, która zaprojektowała i wykonała wyprawowe koszulki. Szczególne podziękowania należą się firmie Projektowanie Graficzne Katarzyna Kowalska, która odpowiedzialna była za opracowanie identyfikacji wizualnej wyprawy. 

Serdecznie dziękujemy JM Rektorowi AGH prof. dr hab. inż. Tadeuszowi Słomce za objęcie naszej wyprawy honorowym patronatem.

  • Piotr Picheta

Do kraju wróciła wyprawa Malubiting&Spantik Expedition 2014

Wyprawa wyruszyła 29 czerwca z Polski z zamiarem wejścia na dwa wierzchołki w rejonie lodowca Chogolungma w Karakorum: Malubiting (7458m) i Spantik (7027m).

SnowDome i kopuła szczytowa Spantika. Fot. Arch. wyprawy

7 lipca
Założono bazę pod ramieniem Spantika na wysokości 4330m.n.p.m. Dzień później rozpoczęło się działanie na aklimatyzacyjnym celu jakim był Spantik. Grobel wychodzi założyć depozyt do C1(ok. 5000m) i schodzi do bazy . Następnego dnia wyszła całość ekipy. Po nocy spędzonej w obozie pierwszym, wyprawa przeniosła C1 na 5300m i wróciła do bazy. 

Ramię Spantika. Z lewej na horyzoncie Malubiting 7458m. fot. Arch. Wyprawy.

13 lipca
Po kilkudniowym odpoczynku Mateusz Grobel, Sławomir Pela, Łukasz Szwarczyński i Tomasz Rojek wychodzą z bazy z zamiarem dojścia do wysuniętego obozu C1 i dalszego działania w stylu alpejskim na drodze normalnej, na ramieniu Spantika w celu założenia C2, C3 i jeżeli to się uda wejść na szczyt. Krzysztof Mularski z powodu zatrucia pokarmowego nie wychodzi z pozostałą czwórką. 

Podejście do C1. Fot. arch. wyprawy

14 lipca
Cała czwórka dochodzi do miejsca C2(5800m) pod tzw. Śnieżną kopułą (SnowDome), a dzień później do C3(6300m).
W C3 wszyscy czujemy się całkiem dobrze, nastroje też są dobre, więc postanawiamy spróbować wejść na szczyt. Stąd chwilę przed 2gą w nocy ruszamy na atak szczytowy. Jest zimno. Do przejścia mamy nie mało. Podszczytowe plato ciągnie się niemiłosiernie. Następnie wchodzimy już grań kopuły szczytowej. Tempo miejscami mamy 200m/godzinę, także  są siły i morale by napierać dalej.

O godzinie 9:30 jesteśmy na szczycie. Pogoda psuje się wyraźnie. Totalne „mleko”, silny wiatr i obfity śnieg. Po drodze wiele razy musimy się zatrzymywać  ze względu na zagubienie śladu. Do namiotu przy zerowej widoczności dochodzimy o 17:00, czyli po 15h akcji. Dzień później, przy równie fatalnej pogodzie i śnieg , nieraz do pasa, schodzimy do samej bazy. W dolnej części ramienia ratowały nas pozostawione przez wyprawę japońską trasery i fragmentu poręczy na SnowDomie.

Podejście pod Snow Dome. Fot. arch. wyprawy

Zejście w totalnej mgle. Fot.arch. wyprawy

18 lipca

Dochodzi do bazy Damian Bielecki.

22 lipca
Rusza akcja na Malubiting. Bielecki, Grobel, Pela, i Rojek wychodzą założyć obozy C1, C2 i C3, oraz zaporęczować przełęcz i uskok. Tego dnia nie dochodzą do wyznaczonego miejsca C1, biwakują na lodowcu. Następnego dnia stoi już C1 (4950m). Kolejnego dnia zakładamy C2(5500m) pod przełęczą Polan La. Grobel i Rojek poręczują przełęcz. Dochodzą do ok. 2/3 wysokości i schodzą do C1. Do C2 dochodzą Mularski i Szwarczyński. Następnego dnia mają kończyć poręczować przełęcz ze Sławkiem Pelą.

Damian stawia trasery na podejściu do C1. W tle Polan La i Malubiting. Fot.arch. wyprawy

25 lipca
Bielecki, Grobel, Rojek, Szwarczyński (ostre zatrucie pokarmowe)  schodzą do bazy.  Pela i Mularski rezygnują z poręczowania z powodu pogarszającej się pogody.


28 lipca
Damian Bielecki próbuje samotnie zdobyć Spantik. Próba zatrzymała go na 5900m, powyżej C2. Istniało zbyt duże ryzyko wpadnięcia do odsłaniających się coraz to więcej nowych szczelin.
Przeczekujemy złą pogodę. Bielecki, Grobel wychodzą 2 sierpnia w złej pogodzie zabezpieczać C1 i C2 oraz próbować działać wyżej. Tego dnia dochodzą do C1. Namioty przewiało kilkanaście metrów, ale stoją. Następnego dnia dochodzą do nich Mularski, Rojek, Szwarczyński. Pela nie bierze udziału w dalszej fazie akcji, ze względu na ból kręgosłupa. Tego samego dnia wieczorem Bielecki, Grobel wychodzą do C2. Duży opad śniegu i zła pogoda zatrzymała ich na stokach Malubitingu Północnego. Nie dochodzą do C2. Śpią w jamie. Rankiem 3 sierpnia odnajdują zasypany obóz drugi. Reszta zespołu dochodzi. Widać z daleka że poręcze są pozrywane przez schodzące lawiny. Grobel samotnie schodzi do C1 a potem do bazy. Tomek z Łukaszem podejmują walkę z przełęczą, następnie Damian z Krzyśkiem. Dochodzą niewiele wyżej niż za pierwszym wyjściem. Dostajemy prognozy na najbliższe dni i nie rokują zbyt dobrze. Pogoda ma się zepsuć jeszcze bardziej. Całość zespołu schodzi do bazy Polan La.


9 sierpnia
Postanawiamy schodzić. Ostatnie noce to niemalże ciągły opad.


10 sierpnia
Jesteśmy już ekspresowo w Skardu


13 sierpnia
Islamabad
 

  • Damian

Anna Figura zdobywa Szczyt Lenina – relacja z wyprawy

Sukcesem zakończyła się wyprawa narciarska na Szczyt Lenina, w której brała udział ambasadorka marki DYNAFIT w Polsce, Anna Figura. Zespół w składzie Anna Figura, Anna Tybor (obie KW Zakopane), Jacek Żyłka-Żebracki (KS Kandahar, Grupa Podhalańska GOPR) i Jerzy Zachwieja (Grupa Podhalańska GOPR) wyruszyli w pasmo Pamiru 21 lipca br. z zamiarem zdobycia siedmiotysięcznika.

Przed zjazdem z "trójki" na 6100 m, od lewej: Anna Figura, Anna Tybor, Jurek Zachwieja, Jacek Żebracki. Fot. arch. Anna Figura

Dzień po dotarciu na Ługową Polanę, z pomocą koni przeniesiono 180 kg sprzętu i żywności do Obozu I na wysokości 4300 m n.p.m. wzdłuż lodowca, przez Przełęcz Podróżników. Kolejnego dnia zespół postanowił udać się w kierunku Obozu II (5200 m n.p.m.) w celu przetransportowania części niezbędnych rzeczy. Droga do obozu początkowo prowadzi prosto w górę północną ścianą i usiana jest szczelinami lodowymi.

Ten odcinek pokonywaliśmy z buta z nartami przypiętymi do plecaka. Dopiero po przejściu około
300 m różnicy wysokości zakładaliśmy narty i dalej do dwójki poruszaliśmy się już na foce.”
– komentuje Ania Figura

Po dniu odpoczynku, w ramach dalszej aklimatyzacji, zespół ponownie udał się do Obozu II, w którym spędził dwie kolejne noce. Jak wspominają uczestnicy, w pełnym słońcu temperatura na lodowcu wynosiła ponad 35⁰C, w związku z czym rozbite namioty okazały się nieocenionym schronieniem. Piątego dnia 27 lipca br., miało miejsce kolejne wyjście aklimatyzacyjne, tym razem już do Obozu III, położonego na wysokości 6100 m n.p.m. w kopule szczytowej Razdzielnej, do którego droga prawie cały czas wiedzie szeroką granią, w ostatnim miejscu dość stromą.

W obozie zostawiliśmy depozyt niezbędny do przeprowadzenia ataku szczytowego i w 30 min zjechaliśmy na nartach do dwójki. Następnego dnia zaliczyliśmy jeszcze jedno wyjście w stronę trójki, ale ostatecznie zjechaliśmy z 5600 m na odpoczynek i przeczekanie psującej się pogody” – mówi Ania
i dodaje: „Do tej pory pogoda była wyjątkowo sprzyjająca. Nocami około 0⁰C do -6⁰C, za dnia słońce i słaby wiatr. Po zjeździe do Obozu I warunki uległy znacznemu pogorszeniu. Przez dwa dni, które przeznaczyliśmy na odpoczynek, towarzyszyło nam spore zachmurzenie, mocny wiatr i lekki śnieg.”

Kolejnemu wyjściu do góry towarzyszył lekki opad śniegu i mgła. W nocy wiał mocny, porywisty wiatr, ale całe szczęście, zgodnie z prognozami, już następnego dnia warunki znacznie się polepszyły
i można było udać się do Obozu III.

Atak szczytowy miał miejsce 02.08., czyli w dwunastym dniu akcji górskiej. Uczestnicy wyprawy wyruszyli w dwóch zespołach: Anna Tybor i Jurek Zachwieja o godz. 05:00, Anna Figura i Jacek Żyłka-Żebracki godzinę później. Z kopuły Razdzielnej droga początkowo prowadzi ok. 100 m w dół na przełęcz, a następnie biegnie długą granią na wierzchołek Lenina (około 7km i 1000m różnicy wysokości). Po drodze jest jedno trudniejsze zaporęczowane miejsce, tzw. „nóż”. Z powodu niewystarczająco dobrych warunków śniegowych na grani (wywiany śnieg, wystające kamienie), podjęto decyzję o zostawieniu nart w Obozie III. Na wierzchołek przed południem dotarł Jacek,
a następnie obie Anie i Jerzy. O 12:20 wszyscy rozpoczęli zejście i o 15:00 większość zespołu dotarła już do Obozu III. Trzy godziny później w obozie pojawił się również Jerzy.

Podczas ataku szczytowego pokonaliśmy 1250 m różnicy wzniesień. Drogę utrudniał wciąż wiejący wiatr. Po nocy w trójce, już na nartach, zjechaliśmy praktycznie całkiem do obozu pierwszego. Jazda
z ciężkimi plecakami, na dużej wysokości i omijając szczeliny nie należała do łatwych. Jeszcze tego samego dnia spakowaliśmy część rzeczy w jedynce i zeszliśmy do bazy na Ługowej Polanie, gdzie zafundowaliśmy sobie zupę i sałatkę - pierwszy normalny posiłek od dwóch tygodni oraz „kąpiel”
w wiaderku ciepłej wody. Kolejnego dnia wróciliśmy po resztę sprzętu do jedynki.”



Na wierzchołku Lenina: Ania Tybor, Ania Figura, Jacek Żebracki. Fot. arch. Anna Figura

Ostatnie dni przed wylotem upłynęły na zwiedzaniu Kirgistanu. Zespół odwiedził wioskę Arslanbob, słynącą z wodospadu i lasów orzechowych, ale, jak sami przyznają, główną atrakcją po zejściu z gór okazały świeże, pyszne pomidory, arbuzy i melony.

Jak wspomina Ania:

Wszystko bardzo dobrze się nam udało, przede wszystkim zdrowie i pogoda dopisały. Szczerze mówiąc, obawiałam się i niższych temperatur i mocniejszych wiatrów. Nie raz podczas zawodów
i treningów w Alpach, czy nawet w Tatrach, jest zimniej i wietrzniej - pogoda była dla nas wyjątkowo łaskawa :-) Po raz pierwszy byłam na takiej wysokości i niezmiernie ciekawiło mnie, jak zniesie to mój organizm
.

 

Kolejnym celem Ani miała być trasa ekstremalna biegu Elbrus Race, czyli jednego z najważniejszych wydarzeń w kalendarzu biegów wysokogórskich z 25-letnią historią w tle. Niestety problemy organizacyjne zadecydowały o przełożeniu startu na następny rok. W ramach zastępstwa, zawodniczkę DYNAFIT Polska zobaczymy już w sobotę w Biegu na Babią Górę (40 km, 2200 przewyższenia), a we wrześniu na starcie jednej z tras ultra w Krynicy.

 

Wyprawa w datach:

21.07 - wylot z Polski do Osh

22.07 - dojazd do bazy na Ługowej Polanie

23.07 - dojście do obozu pierwszego na 4300 m n.p.m.

24.07 - wyjście na około 5000 m n.p.m., zostawienie depozytu

25.07 - dzień odpoczynku

26.07 - wyjście aklimatyzacyjne do obozu drugiego na 5200 m n.p.m., nocleg w „dwójce”

27.07 - wyjście do „trójki” na 6100 m n.p.m., zostawienie depozytu, nocleg w „dwójce”

28.07 - wyjście w stronę obozu trzeciego do około 5600 m n.p.m., zjazd do „jedynki”

29.07 - dzień odpoczynku w obozie pierwszym

30.07 - dzień odpoczynku w obozie pierwszym

31.07 - wyjście do obozu drugiego na 5200 m n.p.m.

01.08 - wyjście do obozu trzeciego na 6100 m n.p.m.

02.08 - wyjście na Szczyt Lenina 7134 m n.p.m., nocleg w „trójce”

03.08 - zjazd na nartach do „jedynki”, powrót do bazy na Ługowej Polanie

04.08 - wyjście do „jedynki” po resztę rzeczy

05.08 - powrót do Osz, odpoczynek i zwiedzanie

10.08 - lot do Polski

***

Szczyt Lenina (7134 m n.p.m.) – zwany również szczytem Awicenny i Pikiem Lenina, jeden z najwyższych szczytów Pamiru, położony na granicy między Tadżykistanem i Kirgistanem; zdobyty po raz pierwszy przez wyprawę niemiecką w składzie Karl Wien, Eugene Allwein i Erwin Schneider w 1928 roku. Obok chińskiej Muztagh Aty, najbardziej popularny siedmiotysięcznik w historii alpinizmu. Jeden z pięciu szczytów, których zdobycie wymagane jest dla uzyskania Śnieżnej Pantery – rosyjskiego wyróżnienia alpinistycznego.

  • Damian

Goryonline.com

Źródła nie znaleziono