Log in
    

Reklama - pod menu głównym, strona główna

Relacja z Kinti Polish Expedition Peru 2014

Zakończyła się wyprawa Kinti Polish Expedition Peru 2014.  26 lipca powrócili do kraju wspinacze Jurek Czerniec i Piotr Waloszczyk, którzy przez niecały miesiąc działali w górach Kordyliery Białej w Andach peruwiańskich.  Tegoroczne warunki panujące w wysokich górach nie należały do najłatwiejszych. Nieustające zmiany pogody w ciągu dnia, (rano słońce a po południu deszcz lub śnieg)  powodowały ograniczenia i utrudniały osiąganie niektórych celów wyprawy. Czasem jednak sprzyjało nam szczęście…

Widok na Kordylierę Białą oraz miasto Huaraz w dolinie.

Naszą działalność górską rozpoczęliśmy 25 lipca o 9 rano po wcześniejszej całonocnej jeździe autobusem i 15 godzinach podniebnej podróży. Tego ranka wybraliśmy się na pierwszy trekking na okalające miasto Huaraz (3100 m.n.p.m.)   pasmo Kordyliery Czarnej ( Cordiliera Negra) na wysokość około 4000 m.n.p.m. Jak się później okazało,  nie było to najmądrzejsze posunięcie ale byliśmy tak bardzo spragnieni gór, że nie zwracaliśmy uwagi na konieczność stopniowej aklimatyzacji. W kolejne dni odwiedzaliśmy urokliwe zakątki  Białej Kordyliery z przepięknymi Jeziorami Churup i Aquak, osiągając wysokość 4500 m.n. p.m. Niestety tam zauważyłem  pojawiające  się pierwsze symptomy osłabienia. Zbyt szybka aklimatyzacja oraz brak odpowiedniego odpoczynku po podróży spowodowały wystąpienie klasycznych objawów choroby wysokościowej. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się zaatakować pierwszy ze szczytów Nevado Pisco.

Droga do szczytu wiedzie urokliwą doliną Llanganuco z wielkimi jeziorami : Llanganuco Chinancocha  i Llanganuco  Orconcocha.  To tam po raz pierwszy uświadomiłem sobie z jakim ogromem piękna będą musiały poradzić sobie zmysły podczas tej wyprawy. O ile mój zachwyt wzrastał z każdym metrem zdobywanej wysokości, to moje siły ustępowały coraz mocniejszym objawom choroby. Płytki oddech, nudności, zaburzenia widzenia, zawroty głowy i ogólne osłabienie dopadły mnie finalnie w base camp’ie na 4500 m pod Nevado Pisco. Piotrek oraz nasz przewodnik  Cesar Vargas byli w bardzo dobrej formie. Wiedziałem już, że ten szczyt mnie ominie. W noc ataku szczytowego choroba pogłębiła się i dostałem lekkiego obrzęku płuc. Wtedy zdałem sobie sprawę z powagi sytuacji. Pamiętam jak w nocy pełen niepewności o swoje życie, nie mogąc spać ze względu na nieustanny bezdech, który dopadał mnie podczas prób zaśnięcia, wsłuchiwałem się w grzmot spadających lawin i obrywów.  Potęga gór, siła tego żywiołu była w tym momencie dokładnym przeciwieństwem wątłego granicznego stanu, w którym się znalazłem.  Ten kontrast uświadomił mi moje miejsce w hierarchii stworzenia. Gdzieś o bladym świcie cudowne medykamenty Piotrka zaczęły działać i wreszcie zasnąłem. Obudziłem się w znacznie lepszej formie. Wiedziałem, że najgorsze mam już za sobą.



Szlak do Nevado Pisco

29 czerwca o poranku widok na Nevado Pisco był cudowny. Ustawiłem kamerę na tryb Time Laps robiąc zdjęcia w sekwencji co 10 sekund by uchwycić przepiękne chmury przepływające przez szczyt. Wiedziałem, ze Piotrek i Cesar, skoro wyszkli około 2 w nocy, w tym momencie  powinni być na szczycie lub zaczęli już z niego schodzić. Czekałem ze zniecierpliwieniem podekscytowany całą sytuacją. Cieszyłem się, z każdego oddechu. Powróciłem do żywych i tęskniłem do nich teraz bardziej niż kiedykolwiek.  Wreszcie dostrzegłem majaczące gdzieś  na grzbiecie moreny  ludzkie postacie.  Moja radość wzrosła niewspółmiernie a wszelki niepokój ustąpił. Zrozumiałem, że góry pokazały nam swoją moc ostrzegając przed brawurą i brakiem ostrożności. Kiedy nadeszli koledzy czekała na nich już gorąca herbata i gratulacje 

Z relacji Piotrka wiem, że szczyt Nevado Pisco nie należy do najłatwiejszych. Droga jest długa i wiedzie początkowo trudnym orientacyjnie terenem poprzez morenę. Potem na lodowcu znów nie jest łatwo znaleźć właściwe przejścia poprzez szczeliny. „Trudniejszy niż Elbrus” skwitował Piotrek.  Choć tam nie byłem przyznaję mu rację, bo po południu poszedłem na 4700m. na morenę  zobaczyć jak wygląda  droga. Trudno było mi w dzień określić, optymalne przejścia przez spiętrzenia moreny i potem na lodowcu, a co dopiero w nocy w ograniczonej widoczności. Nevado Pisco był ważną lekcją, swoistym chrztem  bojowym. Ciszyliśmy się z pierwszego  sukcesu wyprawy. Uświadomiliśmy sobie też, że teraz będzie już tylko trudniej…

Alpamyo
Po kilku dniach regeneracji wyruszyliśmy po raz kolejny z Huaraz na północ w kierunku doliny Santa Cruz. Tym razem oprócz przewodnika Cesara towarzyszyli nam dwaj porterzy. Po dotarciu do ujścia doliny przeładowaliśmy ekwipunek na osiołki i ruszyliśmy w góry w kierunku Alpamayo.  Trekking doliną Santa Cruz należy obok Annapurny do jednego z najpopularniejszych na świecie. Wędrując można spotkać tu wiele międzynarodowych ekip. Rzeczywiście widoki  zapierają dech w piersiach a przyroda i malownicze uroczyska sprawiają, że ma się poczucie totalnego odrealnienia i oderwania od wszystkiego co dotąd było znane.
 
Tym razem czułem się wyśmienicie i ze współczuciem patrzyłem na cierpiących przez wysokość innych trekkerów. Dotarcie do basecamp’u pod Alpamayo  zajmuje dwa dni. Drugiego dnia po wcześniejszym obozowaniu dociera się do pięknego jeziora Jatuncocha 3800 m.n.p.m. skąd droga dalej wiedzie niesamowitym, bo piaszczystym dnem doliny.

Dolina Santa Cruz

Na przełęczy Alpamayo

Podróż doliną Santa Cruz wprawiła mnie w niecodzienny nastrój. Byłem w stanie euforii i poetyckiego uniesienia. W końcu zmierzaliśmy do najpiękniejszej góry na świecie a droga do niej dosłownie wgniatała w ziemię swoim pięknem. Trudno opisać   uczucie bezpośredniego doświadczania bezkresu niesamowitości. Myślę, że jedynym dobrym określeniem jest szok estetyczny;). W basecamp’ie  4600 m.n.p.m. spotkaliśmy inne  międzynarodowe zespoły a nad nami szybowały orły i kondory. Następnego dnia wyruszyliśmy do wysokiego obozu pod Alpamayo. Droga wiedzie poprzez morenę i lodowiec na przełęcz 5600 m.n.p.m. z której następnie zeszliśmy  150 m niżej na plateau lodowca do podnóża  ściany Alpamayo. Ostatnia faza podejścia na przełęcz okazała się dość wymagająca. W tym roku było tam zdecydowanie trudniej niż dotychczas. Ostatnie 140 m musieliśmy pokonać wspinając się w terenie o nachyleniu 70 stopni. Wieczór pod Alpamayo należał do najpiękniejszych w moim życiu. Sceneria tego miejsca nie ma sobie równych. O 2 w nocy wyruszyłem z Cesarem w kierunku francuskiej drogi. Wspinanie rozpoczęliśmy od wyprzedzenia innego zespołu na podejściu i pokonaniu szczeliny brzeżnej. Początek drogi przeraził mnie. Słabo związany śnieg, który nieustannie sypał się do podstawy ściany sprawiał, że dziaby i raki siadały tylko na słowo honoru. Często osuwałem się, co sprawiało, że dodatkowo spinałem mięśnie i męczyłem się podwójnie. Po dwóch wyciągach weszliśmy w firn i połacie lodu, które odmieniły mój stan. To wspinanie uwielbiam. Poczułem górę, jak partnerkę w tańcu. Dziaby i raki z lekkością niosły mnie coraz wyżej. Pomimo, że nie miałem dobrej aklimatyzacji czułem się świetnie. Z każdym wyciągiem rozkręcałem się. Ścianę pokonaliśmy w bardzo dobrym czasie 5 godzin. Około godziny 7 byliśmy 4 m pod szczytem. Dlaczego nie na szczycie? Ano dlatego, że  nie istnieje fizycznie. W tym roku platforma szczytowa spadła do podstawy północnej ściany zabierając ze sobą dwóch włoskich wspinaczy. Droga francuska kończy się w kuluarze 4 m  pod granią, która zwieńczona jest  sterczącymi poszarpanymi  lodowymi  płytami. Wejście na grań jest niemożliwe lub grozi kolejnymi obrywami.  Droga powrotna wiodła zjazdami w linii drogi. O 10. 30 przywitali nas z otwartymi ramionami przyjaciele w obozie. Nastąpił, krótkotrwały czas radości, który jednoznacznie został przerwany „zwaleniem z nóg” i snem. To dziwne uczucie zatrzymać się tuż przed tym co dla wielu wydaje się najważniejsze… Dziś rozumiem, że od osiągnięcia celu ważniejsza jest droga. Dwa tygodnie mojego życia, które zaprowadziło mnie do tego punktu jest sednem alpinizmu.  Zgadzam się ze słowami Lwowa, że alpinizm  to  „sztuka cierpienia”.  Dla mnie droga na Alpamayo  była naprzemiennym  doświadczaniem  piękna i cierpienia,  akceptacją życia w jego pełni.

Artesonraju i Huascaran w tle

Pod granią Alpamayo

Hatun Machay

W obozie wysokim pod Alpamayo okazało się, że warunki na  Quitaraju są beznadziejne. Szczyt widać dobrze z namiotu. Ze ściany osuwał się nieustannie śnieg, co świadczyło o tym, że warunki śniegowe nie pozwalają na wspinanie. Potwierdził to zespół niemiecki, który zawrócił u podstawy ściany. Dlatego zdecydowaliśmy się odpuścić Quitaraju i wróciliśmy do doliny Santa Cruz do obozu pod  Artesonraju. Pech chciał, że Piotrek w drodze doznał kontuzji kręgosłupa. Nieprzespana noc i brak możliwości regeneracji sprawiły, że podjęliśmy decyzję o odwrocie. Wobec faktu, że  w tym roku padało dużo więcej śniegu niż we wcześniejszych latach,  wiele z dróg nie było po prostu dostępnych. Podobnie z podejściem pod drogę El Escudo na Huascaranie.  W tym roku nikt tam się nie wspinał, ze względu na brak możliwości pokonania dość trudnego lodowca. W Huaraz okazało się, że plecy Piotrka pomimo terapii wykluczają jego dalszą działalność w górach. Dodatkowo dopadła nas grypa żołądkowa, co sprawiło, że właściwie przez tydzień byliśmy wyłączeni z aktywności. Wobec tego zdecydowałem , że w ostatnim tygodniu  powspinam  się w skale. Szybki rekonesans i już wiedziałem, że udam się do Hatun Machay. Ten rejon skalny położony na wysokości 4300 m.n.p.m.  i 70 km na południe o Huaraz to prawdziwy raj wspinaczkowy. Po raz kolejny zostałem rzucony na kolana pięknem i egzotyką Peru. Dodatkowo klimat, jaki tworzyli  ludzie przybyli  ze wszystkich zakątków Ameryki Południowej i nie tylko sprawili, że osiągnąłem najwyższy poziom wyluzowania w swoim życiu . W busie wiozącym mnie do Hatum Machay poznałem Brazylijczyka Vitor’a, z którym przez klika dni eksplorowaliśmy ten malowniczo położony rejon skalny. Jeszcze raz stoję przed trudnym zadaniem opisania miejsca, które przerasta możliwość ogarnięcia zmysłami, a co dopiero zrelacjonowania. Jest to po prostu czakram pozytywnej energii, prehistoryczne święte  miejsce, gdzie natura znów udowodniła, że jest najlepszym artystą. Wędrując przez to skalne miasto, swoisty labirynt, patrząc na formacje i fakturę bazaltowych turni odnosi się wrażenie, że to miejsce jest jakimś „gniazdem smoków”, które odcisnęły na skałach swoje ślady.

W labiryncie skał

Wspinanie w Hatun Machay  to prawdziwa ekstaza. Różnorodność formacji, doskonałe tarcie, długie piękne drogi, wszystko to sprawiło, że wspinałem się dla przyjemności robiąc tzw. metry. W ciągu 3 dni w swoim ulubionym stylu OS poprowadziłem 12 dróg od 6a do 7a wszystkie średnio miały 25 m i należały do miejscowych trzygwiazdkowych klasyków. Na więcej nie pozwoliła mi skóra i zmęczenie. Cieszę się, że sprawdziłem swoją zdolność wspinania na dużej wysokości, gdyż nawet na 6a można tutaj zdrowo się zasapać. Jednym z miłych akcentów było spotkanie kanadyjskiego wspinacza i himalaisty uczestnika zimowej wyprawy na Cho Oyu z 1984 r., który znał wielu z naszych najlepszych... Rozmowa, nie tylko z nim, uświadomiła mi, jak wielkim szacunkiem otaczani są polscy wspinacze w świecie. Przyznam się, że poczułem się dumny z dziedziczenia tak wspaniałej tradycji.  Hatun Machay pozostanie w moim sercu na zawsze. Wieczory przy kominku w schronisku, po całym dniu wspinania w otoczeniu wspaniałych ludzi gór, pozostaną we mnie jako chwile, kiedy znikają językowe i kulturowe bariery. W środku ciągle słyszę głos, który woła mnie z powrotem w te przepiękne miejsca.

Podsumowując naszą wyprawę, uważam, że choć nie udało zrealizować wszystkich postawionych celów, to wyprawa „wypaliła” . Zebrane doświadczenia zarówno organizacyjne jak i wspinaczkowe pozostają bezcenne a zdobyte: Nevado Pisco  i Alpamyo  należą do najpiękniejszych szczytów Białej Kordyliery. Chciałbym w imieniu Piotrka i swoim   podziękować naszym sponsorom za wsparcie wyprawy. Wszystkim którzy nam kibicowali dziękuje z całego serca ! Obiecuje, że to jeszcze nie koniec górskich przygód :-).

  • Jurek Czerniec i Piotr Waloszczyk

Relacja z wyprawy We Khan do it!

Wyjazd na Khan Tengri to właściwie pół roku przygotowań każdego  z naszej czwórki – mój, Marcina, Janka i Janusza. Na głębszą jego genezę trudno by się tutaj silić. Większość zostało już wszak napisane czy opowiedziane podczas przygotowań, a co drobniejsze szczegóły pozostaną w naszych głowach i nie warto ich przytaczać. Faktem natomiast  jest, że w wyprawę „We Khan do it” każdy z nas zaangażował się całym sercem i już na kilka miesięcy przed dawał z siebie ile mógł. W założeniu wszystko można było załatwić  łatwiej czy szybciej,  kupić pakiet i po sprawie. Problemem jest, że na takie rozwiązanie nie mieliśmy ani pieniędzy ani chęci. Jak często powtarzam „droga jest celem”, więc nie warto bawić się w szukanie ścieżek na skróty, ale z łatwizny poczynić sobie swego rodzaju wyzwanie.

Właśnie takim tokiem działania poszliśmy postanawiając wyjazd nasz uczynić jak najtańszym i już po raz drugi obyć się bez zakupu pakietów agencyjnych. Z tego powodu przygotowania kosztowały dużo czasu i wytrwałości, jednak z upływem dni i miesięcy koła zębate zaczynały na siebie nachodzić, a tryby pracować tworząc lepiej lub gorzej działającą całość.

 


Nasze przygotowanie również mogły okazać się płonne  również bez pomocy z zewnątrz. Poprzez poczynione staranie udało nam się pozyskać sponsora. Dzięki firmie Reall, która pełniła tą funkcję wyprawa osiągnęła płynność finansową, a za udzielone wsparcie mogliśmy uzupełnić nasze zapasy  sprzętowe w brakujące a potrzebne elementy.  Kilka dni przed wyjazdem zrealizowaliśmy również nasz projekt na polak potrafi.pl tym samym zapewniając sobie jeszcze trochę grosza. Nie bez znaczenia dla powodzenia wyprawy pozostała również pomoc osób dobrej woli nie wyrażona w pieniądzu – pożyczanie sprzętu, udzielanie porad, konsultacje i wsparcie duchowe szerokiego grona sympatyków.
Widząc tak przychylne nastawienie do naszej, skądinąd szalonej, inicjatywy sami również staraliśmy się dać z siebie po sto dziesięć procent. Przed wyjazdem w góry każdy mocno trenował i wylewał pot na poczet wspólnej idei.
Od połowy czerwca nikt już nie myślał o niczym innym. Cytując Becka „wszystkie sprawy i zagadnienie zeszły na plan dalszy”, a idealnie piramidalny kształt Kahn Tengri popsuł normalne postrzeganie rzeczywistości czwórce zwykłych ludzi. Mieszane uczucia to chyba najlepsze co można powiedzieć o myślach, jakie kołatały się po głowie każdego z członków wyprawy. Z jednej strony radość i podekscytowanie, z drugiej obawa o zdrowie, życie i powodzenie wyjazdu.
Przed wyruszeniem nieraz przeklinałem bezlitosny czynnik obiektywny, jaki ciążył na południowej drodze na Kahn Tengri, którą obraliśmy – kuluar Siemionowa i nieprzewidywalne lawiny, w obliczu których człowiek staje się bezradny i słaby.  Godzinami myślałem, jak wyeliminować albo ograniczyć zagrożenie jakie wiąże się z tym miejscem. Mówiąc krótko, pochłonęło mnie to do reszty, a jedyne co osiągnąłem to świadomość, że co by nie robić to gra w ruletkę o mniejszej lub większej ilości nabojów w komorach.
Ostatnie tygodnie przed wyjazdem upłynęły na domykaniu spraw odstawionych i zakupach. Dodatkowy bagaż do samolotu, rozszerzenie ubezpieczenia, załatwianie ostatnich kwestii, które już dawno powinny być załatwione.
Lipiec i ostatnie dni przed wyprawą nie były dla mnie najszczęśliwszym okresem, a wszystko kręciło się wokół kontuzji, której wtedy się nabawiłem. Z pozoru niegroźne opuchnięcie kolana po treningu, na USG okazało się pęknięciem łąkotki, wymagającym leczenia operacyjnego. Pchanie się z takim urazem w góry wysokie, z dala od cywilizacji pozostawało kwestią otwartą, a na pewno nie oczywistą i rozsądną. Zastanawiałem się nad tą kwestią, choć niezbyt długo, powiadomiłem chłopaków o fakcie i rozwiałem obawy stwierdzeniem, że jednak jadę. Miesięcy przygotowań, włożonego trudu i pieniędzy nie można odpuścić po prostu od tak.
Choć wiedziałem, że moje szanse wejścia na szczyt zmniejszyły się diametralnie już przed startem, to jednak byłem świadomy, że moja obecność na wyprawie okaże się dodatkowym atutem, a przy odrobinie szczęście nawet nie będzie przeszkadzać ;). Jakby nie było zawsze, no może nie przesadzajmy – do pewnego momentu, będę mógł zrezygnować czy wycofać się.
Przez cały lipiec zarzuciłem więc treningi, zastępując je okładami z lodu, maściami i wylegiwaniem. Do połowy miesiąca opuchlizna zeszła, choć zdawałem sobie sprawę, że to tylko przejściowa poprawa.
Poza moim dolegliwościami chłopaki również nie mieli lekko. Janusz na tydzień przed startem wyprawy złapał zapalenie oskrzeli i do Kirgistanu został wyposażony w antybiotyk i naręcze leków. Janek natomiast przy pomocy badań zdał sobie sprawę, że jest bezglutenowcem i rozważał zmianę całego wyprawowego jadłospisu. Tylko Marcin nie zgłaszał poważniejszych dolegliwości.

Z mojej perspektywy wyjazd zaczął rozkręcać się 18 lipca, kiedy wyjechałem busem do Lublina. Już dużo wcześniej umówiliśmy się z Jankiem, że to jego mieszkanie stanie się punktem zbornym przed wyprawą i tam przepakujemy się, sprawdzimy ekwipunek i zaczniemy wyprawę. Gdy dojechałem do Lublina Janusz i Janek już na mnie czekali. Marcin jako miejscowy musiał przejść kilkaset metrów piechotą, aby znaleźć się w naszym centrum zarządzania wyprawą.
Trzeba przyznać, że przepakowywanie miało rozmach. Mieszkanie zostało prawie w całości zarzucone gratami wszelakiej maści i kilkuset kilogramami rzeczy dziwnego pochodzenia i przeznaczenia. Co zaś tyczy się samego tempa pracy - było ono leniwe i bezproduktywne, bardziej przypominając studencką schadzkę na piwo niż realne przygotowania na dzień przed wyprawą w serce Azji. Impreza z popołudnia przeniosła się na wieczór, a dopiero po północy osiągnęliśmy około dziewięćdziesięciu procent gotowości. Nieprzygotwani, niespakowani ale za to zadowoleni i zmotywowani po północy położyliśmy się spać.

Teraz czas przenieść się w ten radosny moment, a narrację przerzucić na barki pierwszej osoby.


19 lipca
Budząc się przed 8:00 po raz pierwszy uświadamiam sobie, że coś zwane „tym dniem” właśnie się zaczęło. Choć za kilka godzin wyjeżdżamy, do ogarnięcia zostało jeszcze kilka ważnych spraw. Po śniadaniu wraz z Jankiem zmierzam do lekarza. To mieszkający niedaleko ortopeda umówiony po znajomości, który ma spojrzeć na moje felerne kolano. Konsultacja na kilka godzin przed wyjazdem wypada stosunkowo pomyślnie – więzadła całe, a łąkotka podczas wyjazdu nie powinna bardziej się zużyć.
- Najwyżej spuchnie i będzie boleć – pada werdykt.
I choć dla innych, w sytuacji wyjazdu „na koniec świata” mógłby wydawać się wyrokiem, mnie uspokaja i wskazuje poważnie zaopatrzyć się w środki przeciwbólowe.
Na mieszkanie wracamy przed południem by wpaść w wir pakowania, sprawdzania i porządkowania. Ostatnie czynności wykonujemy niespiesznie, bardziej skupieni na pamięciowym zbieraniu bagażu w swoich myślach. Jeśli nawet nie uniknąć, to przynajmniej do minimum należy ograniczyć liczbę rzeczy, których mogliśmy zapomnieć.
Niecałą godzinę później, wraz z Januszem i Jankiem zmierzamy już w kierunku PKSu, gdzie wkrótce podjedzie nasz transport. We trójkę zjawiamy się długo przed czasem, a Marcin przychodzi kilkanaście minut przed 14:00. Ostatnie wolne chwile wykorzystuję na zakup zapasowej baterii do smartfona w przypływie świadomości, że może się jednak przydać.



Bezpośrednio przed odjazdem Polskiego Busa odprawia nas kilka osób – są rodzice Janka i Marcin który ma być podczas wyprawy naszym pośrednikiem w łączności z Polską. Ostatnie pożegnania, trudne rozłąki i po chwili oglądamy Lublin zza szyby, dziękując przewoźnikowi za klimatyzację, tak przyjemną w tym gorącym dniu.
Do Warszawy dojeżdżamy o 17:00 ze świadomością, nadmiaru czasu i baraku perspektyw na jego wykorzystanie. Niewiele myśląc, na początku musimy przejechać przez miasto. Poruszanie się z kilkudziesięcioma kilogramami bagażu stanowi nieliche wyzwanie toteż jesteśmy wdzięczni za stacje metra, znajdującą się kilkaset metrów dalej. Tym środkiem transportu przejeżdżamy dokładnie na ostatnią stację i rozkładamy się na pierwszej lepszej ławce położonej nieopodal. Czas jaki pozostał do północy poświęcamy na ostatnie zakupy, jedzenie i kręcenie się w kółko wokół kupy bagażu.
Trzeba wykonać ostatnie telefony jeszcze na polskiej ziemi – tak na wszelki wypadek, gdyż w podróży nic nie wiadomo…



Gdy nastaje zmrok, wraz z całym dobytkiem instalujemy się w poczekalni dworca. Kwadrans przed północą przyjeżdża nasz środek transportu. Na szczęście miejsca na bagaż nie brakuje i bez problemów całość sprzętu pakujemy do luku. Około godziny zero wyjeżdżamy z nocnej stolicy na zachód.


20 lipca
Noc w autokarze mija nadspodziewanie szybko i przyjemnie. Miejsca nie brakuje, ludzi relatywnie mało i korzystając z okazji możemy złapać kilka godzin przerywanego snu. Budzimy się właściwie dopiero u celu, a zaspane oczy wyłapujące napis „Berlin Schönelfeld” tylko nas w tym utwierdzają.



Niewiele po 7:00 rano opuszczamy Polskiego Busa i niezdarnie z plątaniną toreb i plecków kierujemy się na terminale. Nie ma pośpiechu, samolot wylatuje dopiero o 14:00, więc co najmniej do południa mamy wolną rękę. Czas ten spędzamy bardzo leniwie, rozkładając się na ławkach i odsypiając ostatnią noc w  autobusie. Komuś udaje się zjeść, innym podładować telefon i jakoś godziny mijają. Przed odprawą nasze leniwe ruchy trochę się zagęszczają – foliujemy bagaże i ważymy cały dobytek dokonując niezbędnego przepakowania. Okazuje się, że z wykupionym nadbagażem dysponujemy w sumie 132 kg ładunku. W limit wagowy udaje się wcisnąć również buty, co cieszy nas niezmiernie w kwestii wygody podczas lotu.



Odprawa przebiega sprawnie, szybko oddajemy bagaż i czekamy na wejście na pokład. Samolot spóźnia się trochę, choć dla nas nie ma to znaczenia, a nawet oznacza krótsze oczekiwania na przesiadkę. Do Istambułu dolatujemy wieczorem i czekamy na kolejny lot. Przed wejściem na pokład spotykamy trójkę Czechów, wybierających się na Khana od północy. Jeden z nich opowiada o swoim zeszłorocznym trekkingu lodowcem i nie nastawia nas optymistycznie. Kolejny temat przechodzi na lawiny i niebawem trzeba powiedzieć sobie „Cześć” i życzyć wzajemnie powodzenia, aby całkowicie się nie demotywować.
Na rozmyślania na szczęście nie ma czasu, gdyż niebawem wchodzimy na pokład. Liczymy na jakiekolwiek jedzenie lub wodę, ale tanie linie Pegasus nie dostarczają nam takich luksusów. Bez przyjemności siedzimy kilkanaście godzin o suchym gardle, odwracając uwagę słabym i niewygodnym snem. Sam próbują jeszcze przy świetle lampki przeczytać kawałek książki – prawie 400 stron „Wojny Iwana” zmieszczonych na 38  stronach A4 drukiem „maczkowym”.


21 lipca
Przed północą odpływam, a do stanu świadomości przywraca mnie po kilku godzinach stewardesa i nierówna płyta lotniska w Biszkeku. Zupełnie jak rok temu – przychodzi mi na myśl. Kirgistan wita.
Przylatujemy kilka minut przed 5:00 czasu lokalnego, co jest efektem blisko godzinnego opóźnienia. Dla nas to nawet lepiej – mniej czekana na marszrutkę. Na wydanie bagaży czekamy prawie pół godziny, ale na szczęście wszystkie są. Ładujemy je na rozklekotany wózek i za takim taranem przebijamy się przez tłum taksówkarzy-naganiaczy.

 



Na lotnisku ponownie się przepakowujemy, wymieniamy parę groszy i kupujemy pierwszą od kilkunastu godzin wodę, którą pochłaniamy w kilka chwil. Janek zostaje mianowanym „Cash-keeperem” a Janusz ma mu pomagać w rozliczeniach. Na pierwsze koszty robimy szybką zrzutkę po 50 dolarów. Wszystko wydaje się iść sprawnie, gdy w pewnym momencie Janek uświadamia sobie, że nie ma swoich butów. Chwila konsternacji, po czym wraz z Januszem idzie do administracji lotniska. Proceder walki z biurokracją zajmuje chłopakom prawie godzinę, choć kończy się sukcesem. Janek wraca z butami, które jak się okazuje zostawił przy odbieraniu bagażu.
Spokojniejsi udajemy się na przystanek marsz rutek i po chwili oczekiwania jedziemy do centrum stolicy. Po drodze dogaduję się z kierowcą, że za 300som podwiezie nas bezpośrednio na dworzec zachodni. Cena jak za cztery osoby śmieszna, a żeby busik zamienić w taksówkę wystarczy schować tabliczkę. Elastyczność Kirgizów jest niepojęta w naszym rozumieniu, ale skoro można to czemu nie skorzystać.
Na dworcu zachodnim dokonujemy szybkiego podziału zadań. Janek wraz z Marcinem zostają bagażami i wypytują o transport do Karakol, ja wraz z Januszem wychodzimy na miasto. Wraz z mapą i zeszłorocznymi wspomnieniami przechodzimy znajome już miejsca. Poranne miasto powoli zapełnia się ludźmi, a słońce stopniowo daje się we znaki. Ponad godzinę zajmuje nam dotarcie do sklepu Red Fox, gdzie kupujemy gaz. 14 kartuszy za 140 dolców – ceny poszły w górę.  Z racji później pory wracamy już marszrutką. Szczególnie szybko pokonujemy okolice Osz Bazaru, mając w pamięci dawne urazy i ściskając pochowane, świeżo wymienione somy.
Gdy wracamy do chłopaków, okazuje się że pomimo naszej wcześniejszej umowy nie mogli się powstrzymać i zamówili jakieś lokalne jedzenie. Nic dziwnego, że nietrudno się powstrzymać, a cena zachęca. Pozostaje poczekać na reakcje żołądków.

Kilka minut po południu wyjeżdżamy marszrutką w kierunku Karakolu, spławiając po drodze tabuny rozjuszonych taksówkarzy. Transport kosztuje niewiele – 350 som, a w busiku spędzamy następne siedem godzin, gapiąc się za szybę i oglądając tandetne programy telewizji  miejscowej serwowane na przymus.
Do Karakolu docieramy na 19:00, wysiadając na dworcu autobusowym. Otoczenie nie pretenduje do miana kilkudziesięciu tysięcznego miasta, a wkrótce okazuje się, że centrum jest kilka kilometrów dalej. Opinie co do położenia centrum są jednak sprzeczne. Taksówkarze mówią jedno, sklepikarze drugie. Co gorsze – nikt nie wie, gdzie znajdziemy pole namiotowe opisywane w sieci. W międzyczasie pojawia się kolejny kłopot z odbiorem naszych pozwoleń przygranicznych od znajomej Kirgizki. Okazuje się, że w tym momencie są one w Biszkeku i mają przyjechać dopiero jutro rano. Dziewczyna twierdzi również, że w okolicy miasta Enlichek (tam się wybieramy) panuje epidemia dżumy i będziemy musieli się zaszczepić.
Nie wiedząc zbytnio co robić, po pierwsze spławiamy taksówkarzy. Korzystając z GPS kierujemy się bez żadnego  celu w kierunku większego zgrupowania ulic. Dźwiganie całych 130kg bagażu daje się nam ostro we znaki, męczy i zajmuje dużo czasu. Gdy dochodzimy do jednej z głównych ulic trzy kilometry dalej zapada zmrok, a my zostajemy bez perspektyw, z „rękami w nocnikach”.


Pierwszy rekonesans robi Marcin, ale znajduje tylko jakiś guesthouse, który zostawiamy sobie jako furtkę rezerwową. Kolejne rozpoznanie robię wraz z Jankiem. Tym razem trafiamy w dobre miejsce – Turkestan Yurtcamp. Chociaż wszystkie jurty są zajęte, to jednak gospodarz z racji później pory lokuje nas w pokojach po 300 som od głowy.
Nasza sytuacja się powoli gruntuje. Około północy mamy dach nad głową, wi-fi, prysznic i co najważniejsze – perspektywy. Pogłoski o rzeczonej dżumie zostają szybko obalone, a ponad to pojawiają się nadzieje na szybki transport. Zdecydowanie promieniujemy od dobrych informacji. W nagrodę po północy urządzamy sobie spóźnioną kolację i osuszamy połówkę lokalnej wódki. Zdrowotnie, na żołądek oczywiście. Po przyjęciu tak wysublimowanego medykamentu jeszcze weselsi idziemy spać.


22 lipca
Poranki w Karakolu są piękne, a przynajmniej podczas naszego wyjazdu tylko takie się zdarzają. Lokalny klimat jest natomiast odmienny od reszty kraju i to w pozytywnym znaczeniu. Noce i poranki są chłodne i rześkie, odpowiednie dla dobrego snu. Nie sposób porównać ich z okolicami Oszu, gdzie w nocy temperatura nie spada poniżej 25 stopni, a śpi się właściwie z rozsądku. Podobnie ma się sprawa z temperaturą w ciągu dnia. Chociaż słońce pali, to jednak po kilku chwilach w cieniu szybko się ochładzamy i wypoczywamy. Co więcej, klimat staje się bardziej kontynentalny i jest zdecydowanie bardziej pogodny niż „morska” aura nad Issyk Kulem, którą można zaobserwować kilkadziesiąt kilometrów dalej.

Taki też piękny poranek wita nas drugiego dnia w Kirgistanie. Wstaję wcześnie, chcąc jak najwięcej uchwycić z klimatu nowego miejsca. Wraz z Januszem idziemy na zakupy, aby zrobić prowizoryczne zaopatrzenie i popatrzeć trochę na kirgiskie życie o poranku. Przede wszystkim szukamy chleba, choć okazuje się że nie wszędzie można go dostać. Nie ma go na przykład w sklepie nieopodal, gdzie na słowo „chlieb” niespełna piętnastoletnia ekspedientka przecząco kręci głową. Decydujemy się  jednak na dalsze poszukiwania, które przynoszą efekty. Z zakupów wracamy obładowani frykasami uważając aby przez nieuwagę nie zintegrować się z nawierzchnią drogi wpadając w otwartą studzienkę ściekową, czy przewracając o kamień sterczący z klepiska, któremu nie przysługuje zaszczytne miano chodnika.
Około 9:00 robimy śniadanie i delektujemy się internacjonalnym klimatem Yurtcampu. Niedługo potem bez zapowiedzi pojawia się opcja transportu za 8000 som. Cena wydaje się do przeżycia, więc umawiamy się na 12:30. Czas jaki nam pozostaje wykorzystujemy na niedbale i szybko wykonywane czynności – kolejne przepakowania, obszerniejsze zakupy i wysyłanie kartek pocztowych do znajomych i rodziny. Janek i Marcin przemierzają jeszcze miasto w poszukiwaniu zaspanego kierowcy i naszego pozwolenia przygranicznego, co zajmuje im ponad godzinę.


W południe pojawia się transport i zaczyna się rytuał upychania bagażu. Na szczęście maszyna jest duża i wszystko mieści się bez problemów. O zaplanowanym czasie ruszamy. Kierowcą jest Andriej, którego pradziadek sprowadził się tu z Krymu jeszcze w spokojnych carskich czasach. Turystów wozi wraz ze swoim synem, który siedzi razem z nami w samochodzie. Z rozmowy daje się poznać jako przyjazny człowiek i szybko nawiązujemy kontakt. Droga upływa bardzo szybko i jeszcze szybciej pogarsza się stan nawierzchni. Początkowo przemierzamy zielone doliny, przekraczamy rwące potoki i omijamy dziury na drogach pokroju żółtego sera. Okolica jest wprost piękna i zdecydowanie odmienna od południowej części kraju. W okolicach Osz turysta mija spalone słońcem pola i żółto-szare przestrzenie ciągnące się po horyzont. No może to generalizowanie, ale tak je zapamiętałem. Tymczasem otoczenie Karakolu po prostu kłuje w oczy zielenią i świeżością. Soczysty kolor pól, liści i drzew oraz stosunkowo dużo płynącej wody. Od razu przypomina mi się „rajska kraina” Jacka Hugo-Badera. „Zielska” skądinąd brak…



Początkowo jedziemy wzdłuż osiedli ludzkich, bo niebawem skręcić w górską dolinę i wzdłuż potoku systematycznie zdobywać wysokość. Okolica staje się wyludniona, a zieleń przechodzi wkrótce w brąz skał i kamieni. Osiągamy przełęcz, z której widoczna jest dalsza część drogi. Kierowca wspomina, że zimą przywozie się tu turystów na narty, a okolica mimo iż zimna nie należy do zaśnieżonych. Droga natomiast, pomimo słabego stanu i szutrowej nawierzchni jest podobno cały rok przejezdna i odśnieżana zimową porą.
Z przełęczy zjeżdżamy do górskiego wąwozu, który wiedzie kilkadziesiąt kilometrów wąską drogą wzdłuż rzeki i pionowych ścian skalnych. Co jakiś czas mijamy odłamy skalne, które zadomowiły się na drodze po pokonaniu kilkudziesięciu metrów lotem „koszącym”.
Przed 16:00 odległy widnokrąg zapowiada koniec doliny. Zatrzymujemy się na zakręcie drogi, przed zjazdem ze wzgórza. Przed nami rozpościera się przepiękny widok na dolinę i wyludnione miasto – Enlichek. Jak powiada Andriej – za czasów związku radzieckiego były tu kopalnie i kwitł przemysł. Teraz Kirgiski rząd nie widzi sensu inwestowania w to miejsce. Zamieszkuje tu niewiele ponad dwadzieścia rodzin, choć żądnego tubylca nie widzimy po drodze.


Po zjeździe ze wzgórza docieramy do mostu, gdzie przebiega symboliczna granica. Drogę zastawia nam anachroniczny szlaban, a z kontenera obok wychodzi młody żołnierz. W tym punkcie poświęcamy kilka chwil na formalności „mundurowe”, po czym ruszamy dalej. Przejazd przez „miasto duchów” trwa tylko kilka chwil, choć i tak łapiemy jego aurę a Janek i Janusz odgrażają się, że po akcji górskiej chcieliby pochodzić po opustoszałych blokach i silosach.


Ostatni odcinek wiedzie polodowcową, szeroką doliną. Daleki horyzont, teren płaski jak naleśnik, a wkoło pustki. Dawną bazę wojskową widzimy w oddali, a docieramy do niej po kilkunastu minutach. Z naszym kierowcą żegnamy się o 17:00 i na odchodne dostajemy parę ciekawych wskazówek. Z baraków obok  mają podobno przyjść żołnierze do kolejnej kontroli, choć to podobno w ich interesie.  Mayda Adir jest teraz wyjątkowo tłoczna. W bazie koczuje już kilka ekip, które czekają od kilku dni na popsuty śmigłowiec.
Gdy kierujemy się do obiektu z naprzeciwka wychodzi naczelnik bazy. Widać, że to twardy górski człowiek. Gdy dowiaduje się, że nie podróżujemy z agencjami tylko na własną rękę wrogo mierzy nas wzrokiem i wskazuje miejsca na namioty.
Niezbyt ciepłe przyjęcie nie zniechęca nas, gdyż mamy ważniejsze sprawy na głowie. Rozbijamy obozowisko i zabieramy się do podziału bagażu. Po ogarnięciu najważniejszych spraw nagle odczuwam, że moje kolano ma się nie najlepiej, a co więcej – solidnie spuchło. Z racji, że czeka nas pięć dni marszu z ciężkimi plecakami, ten fakt nie napawa mnie optymizmem. Zaczyna się dyskusja z chłopakami, co robić. Janek i Janusz nakłaniają mnie abym raczej poczekał w bazie na śmigłowiec i poleciał do Base Campu. Ja zaś z uporem zostaję przy swoim, że jakoś dojdę i mimo wszystko tak będzie lepiej dla nas wszystkim. Chłopaki niełatwo się przekonują i w końcu zostaje na tym, że odciążą mnie trochę z bagażem i jakoś będę człapał.



Aż do zapadnięcia zmroku dzielimy bagaż. W bazie chcemy zostawić pierwszy depozyt i oddać część bagażu do śmigłowca. Czynności te idą nam bardzo wolno i w końcu w plecakach zostawiamy ok. dwudziestu kilogramów wraz z jedzeniem na siedem dni (w razie czego) a resztę pakujemy do wspólnej torby.
Wieczór spędzamy w budynkach bazowych, pijąc zdrowotne co nieco z dwójką poznanych przed kilkoma godzinami Polaków. Oni jak cała reszta międzynarodowego towarzystwa czekają na śmigłowiec, a oczywiście atakują od północy. Dobijające to trochę, że jeszcze nie spotykamy nikogo, kto wybierałby się drogą pierwszych zdobywców od południa, jak my.


23 lipca
Budzik dzwoni o 7:00 rano. Niezbyt sprawnie, ale i bez ociągania próbujemy wkomponować się w nową rzeczywistość, która będzie towarzyszyć nam przez kolejne kilkanaście dni. Rzeczywistość gór, skał i wielkich, odludnych przestrzeni. Jak zwykle wszystko robimy na ostatnią chwilę i dziś uwijamy się jak w ukropie. Niedokończone przepakowania i kontrola ekwipunku, decyzje co zabrać a co zostawić szczegółowe aż do absurdu i zwykłe kosmetyczne czynności, które zajmują najwięcej czasu. Ostatecznie zostawiamy ok. 10 kg depozytu w bazie, oddajemy na śmigłowiec 46 kg sprzętu (po 2 euro za kg), a resztę bierzemy. Naczelnik, który przywitał nas wczoraj niezbyt przychylnie okazuje się twardym, ale przyjaznym i uczynnym człowiekiem. Z niczym nie robi problemów i zapewnia, że postara się wysłać nasz ładunek jak najwcześniej, jednak może to być 24 lipca, czy 29, a gwarancji też nie może udzielić bo wszystko zależy od zapełnienia śmigłowca i jego stanu.
Naczelnik próbuje również zniechęcić nas do marszu doliną. Ku mającej budzić strach przestrodze podaje przykład Polaka, który ostatnio całą trasę pokonał w 10 dni!

 



W Mayda Adir korzystamy z telefonu satelitarnego (2,5 euro/minuta) i nadajemy szyfrogram do Marcina, aby opisał naszą bieżącą sytuację. Przy pakowaniu Janek i Janusz zgodnie z obietnicą odciążają mnie zabierając namiot, szpej i część jedzenia. W tym momencie mój plecak wazy kilkanaście kilogramów, choć z tego powodu nie jestem szczęśliwy. Lewe kolano ciągle jest spuchnięte i co jakiś czas łypię na niego kontrolnie, sprawdzając jak wypełnia opaskę uciskową.

 



Około 11:00 ostatecznie wychodzimy z bazy, zaczynając trekking na wschód. Pogoda póki co jest piękna. Słońce pali niemiłosiernie, a wiatru niestety próżno szukać. Przed nami rozpościera się szeroka dolina polodowcowa i ciągnie droga szutrowa. Na końcu doliny majaczą już ośnieżone szczyty, choć nie mogą dać nam żadnego pojęcia o odległości. Pozostaje iść przed siebie i być dobrej myśli. Tak też robimy, gnąc się pod ciężarem bagażu, robiąc regularne postoje i konsumując skromne posiłki. Dziś po raz pierwszy przestawiamy się na naszą „postną” dietę ok. 2400kcal. W ekspedycyjnych butach górskich nogi szybko się pocą i po wyciągnięciu z nich stóp, wyglądają one jak po kąpieli. Moje nawet gorzej niż reszty towarzystwa. Już od pierwszych kilometrów czuję, że buty bardzo mnie obcierają, a za kilka godzin mam na piętach solidne pęcherze. Kleję plastry, owijam bandażami i idę dalej, jednak marsz z przyjemnego przeradza się w walkę z samym sobą już na początku przygody. Po 15:00 pogoda zaczyna się psuć. Niebo zasnuwa się ciemnymi chmurami i niewiadomo skąd pojawia się wiatr. Nie upływa pół godziny i  na głowy zaczynają kapać krople deszczu. Do obozu już jednak niedaleko. Właściwie w oddali majaczą namioty i drewniane zabudowania.



O godzinie 17:00 dochodzimy do rzeczonych budynków. Okolica wydaje się opustoszała i w tej aurze lekko przygnębia. Cena 300 som za rozbicie namiotu zniechęca jeszcze bardziej. Osobiście jestem za przejściem dziś  jeszcze kilku kilometrów w kierunku rzeki i namawiam do tego chłopaków.

 



Opinie są podzielone, a w czasie namysłu na miejscu chcemy załatwić dwie sprawy. Po pierwsze znaleźć wodę, gdyż słońce w pierwszej fazie marszu wpłynęło na pragnienie i z zapasów niewiele zostało. Po drugie wypytujemy o pewnego człowieka – Rosjanina Walerego, który jest lokalnym przewodnikiem i przebywa tu razem z grupą niemieckich trekkerów. Poszukiwania nie trwają długo, bo Walery wkrótce sam nawija nam się przed nos. Okazuje się, że Rosjanin w dolinie Enlichka spędził służbę wojskową w czasach związku radzieckiego i tak mus się tutaj spodobało, że po upadku czerwonego kolosa wrócił w te tereny oprowadzać klientów do Base Camp pod Khan Tengri. Walery to typ człowieka ikony, którego polubi chyba każdy i to po pierwszej rozmowie. Około 50 lat na karku, pokaźny brzuszek, gęsta broda i szeroki uśmiech. Przewodnik jest bardzo rozmowny i pomocny. Mamy wiele pytań o dalsza drogę przez lodowiec, a on na każde odpowiada i udziela wielu cennych wskazówek. Walery prognozuje, że trekking zajmie nam około 5 dni marszu jeśli utrzymamy dobre tempo. Bogatsi o nowe wiadomości decydujemy nocować nad rzeką, którą musimy przekroczyć wczesnym rankiem z powodu niskiego stanu wody. Żegnamy się więc i po nabraniu wody w naczynia idziemy w dalszą drogę.
Rzeka jest niedaleko. Po pół godziny marszu zatrzymujemy się około stu metrów od jej brzegów i szumiącego głośno nurtu. Rozbijamy biwak, po czym zajmujemy się zwykłymi obozowymi czynnościami. Chłopaki oglądają jeszcze brzeg rzeki, zastanawiając się, gdzie wiedzie właściwy bród. Potok wydaje się być jednak wszędzie jednakowo rwący i decyzję co do wyboru miejsca przekroczenia go odkładamy na rano.

Dziś do wykonania zostały już tylko przyjemności. Zdjęcie ciężkich butów, legnięcie na karimacie i oddanie

 się rytuałowi jedzenia liofila zanim wieczorny chłód wgania nas do ciepłych śpiworów.


24 lipca
6:00 rano i pierwsze wstające słońce wita nas już przebudzonych. Choć mamy dużą motywację do wyjścia to ogarnianie biwaku nie jest jeszcze zsynchronizowane i nie należy do najszybszych. W pierwszych dniach wyprawy to normalne. Trzeba przestawić się z trybu cywilizacyjnego na wyprawowy i dobrze poznać swój ekwipunek. Po kilku dniach gdy miejsce każdego drobiazgu w plecaku jest znane wszystko przychodzi automatycznie. Teraz jest jeszcze ciężko, przez to i zbieramy się długo. Około 8:00 pakujemy namioty, gdy w okolicy pojawia się znajoma postać. To Walery wraz ze swoja grupką idzie przekraczać rzekę. W tym momencie dalszy pospiech traci sens. Skoro idzie przed nami i zna teren to nie ma co silić się na wyścigi czy udawanie znawców. Niespiesznie więc zbieramy nasz bagaż i idziemy na grupką Niemców i Rosjaninem.
Pomimo wczesnej pory rzeka jest bardzo rwąca. Chyba każdy z nas słysząc o niższym poziomie wody ranną porą nie spodziewał się aż tak wartkiego nurtu. Walery również jakoś nie może zdecydować się na przechodzenie i długo idzie wzdłuż brzegu. Sprawa wydaje się być poważniejsza niż myśleliśmy. Przewodnik wyciąga linę i wiąże się w pasie. Tak asekurowany przez dwóch Niemców przechodzi przez kipiel. Oczywiście po skosie, niwelując opór wody. Mimo to przejście nie idzie mu ławo, a szara beja sięga po pas. Po przejściu na drugą stronę Walery łapie koniec liny i tworzy poręczówkę nad nurtem rzeki. Przewodnik woła nas z drugiego brzegu a my skrupulatnie pomoc wykorzystujemy. Z wyjątkiem Marcina idącego w „adidasach”, rzekę przechodzimy gołymi stopami, w przysłowiowych gaciach. Staramy się nie korzystać z rozstawionej liny, choć nurt jest tak silny, że każdy chwieje się i przynajmniej na chwilę podtrzymuje sznurek. Gdy przychodzi mi zmierzyć się z wodą nie jest to łatwe. Nurt jest bardzo wartki, kamienie przesuwają się pod nogami i stanie w jednym miejscu wymaga nie lada wysiłku. Woda jest lodowata. Już po kilku krokach nie czuję stóp tylko dwa sztywne twory, którymi drepczę po kamieniach.  Po przejściu wszyscy dziękujemy zrządzeniu losu za linę i przewodnika ze swoja grupą. Bez pomocy przejście tutaj stanowiłoby nieliche wyzwanie.

 



Gdy wszyscy jesteśmy już na drugim brzegu pomagamy Waleremu w asekuracji pozostałych Niemców. Widać, że nie zdają oni sobie sprawy z zagrożenia jakie stwarza rzeka i ślepo wierzą przewodnikowi. Jedna z turystek podczas przechodzenia potyka się i wpada w kipiel kurczowo trzymając się liny. Mimo iż wciąga ją nurt, a postawienie na nogi kosztuje dużo nerwów i czasu, petentka jest zadowolona i uśmiechnięta. Z pewnością nawet nie uświadamia sobie, że taki wypadek mógł skończyć się obrażeniami czy śmiercią, gdyby tylko puściła sznurek.
Po przejściu przez rzekę musimy opatrzyć nogi. Każdy ma mniej lub bardziej pokaleczone stopy od bosego stąpania po kamieniach. Moje odciski na piętach a tym etapie porozdzierały się niwecząc szanse na jakiekolwiek szybkie wygojenie.
Mimo wszystko jesteśmy jednak szczęśliwi i z zapałem prześcigamy się w opowieściach kto jak szedł i jak blisko był upadku do wody. Ponowne ubranie się zajmuje sporo czasu i wychodząc grupę Walerego widzimy już tylko na horyzoncie.
Po dwóch godzinach uśmiechy schodzą z naszych twarzy. Przed nami rozpościera się szeroki widok i dwie kolejne rzeki lodowcowe do przejścia. Znowu musimy się przepakowywać i krok po kroku wdrażać procedurę przekraczania rwących strumieni. Pierwszy z nich pokonujemy z łatwością i mamy nadzieję, że gorzej już nie będzie. Jak na złość okazuje się, że kolejna przeszkoda jest gorsza do sforsowania, a na pomoc nie możemy liczyć. Pierwszy przechodzi Marcin, który choć nie bez problemów, sprawnie przeprawia się na drugi brzeg. Janek i Janusz decydują się iść w innym miejscu, choć decyzja ta kosztuje ich spoko wysiłku, nerwów i strachu. Po przejściu każdy z nich przyznaje się, że tylko przysłowiowy włos dzielił go od porwania przez rwący nurt. Ja wracam w miejsce, gdzie przechodził Marcin i tam mierzę się z potokiem. Idzie się ciężko, choć znośnie. Powoli pokonuję kolejne metry, a od drugiego brzegu naprzeciw wychodzi mi Marcin, który pomaga w przeprawie. Ten fragment okazuje się bardziej emocjonujący od osławionej rzeki i na brzegu siedzimy dłuższą chwilę. Każdy musi dać chwilę ulgi kołatającemu sercu i trzęsącym się rękom. Przeszliśmy, ale na samą myśl o powrocie włosy jeżą się na głowie. O samotnym przekraczaniu tego miejsca nawet nie warto myśleć.

 



Na przechodzeniu przez rzeki tracimy dużo czasu, a pogoda już powoli się psuje. Znaczy to, że już minęło południe. Podczas trekkingu codziennie doświadczamy tej prawidłowości. Rankiem niebo jest czyściutkie, a słońce mocno grzeje, zaś po godzinie 12:00 wszystko zasnuwa się chmurami, by ustąpić miejsca wieczornemu deszczowi.
Przez większość dnia kontynuujemy marsz przez pustkowie. Zdecydowanie skończyły się już drzewa, a trawę można znaleźć tylko w nielicznych zagłębieniach i polanach. Ziemię, a raczej kamienie po których stąpamy pokrywają za to wytrwałe badyle i niskie krzewy o twardych i kolczastych łodygach. Większe odludzie wprost trudno sobie wyobrazić, a klimatu miejscu dodają spotykane co jakiś czas fragmenty poroża.

 



Większość dnia idziemy przez ten rozległy i niekończący się padół. Około 15:00 przed nami wyłaniają się namioty obozu. To ostatni lagier przed lodowcem, a na miejscu spotykamy znajomą personę. Dziś właśnie tutaj nocuje Walery razem ze swoja grupą. Przewodnik wita nas z entuzjazmem po raz kolejny i proponuje spędzenie tu nocy. Nasze plany są jednak ambitniejsze i chcąc wykorzystać wczesną porę decydujemy się na dalszy marsz. Przewodnik życzy nam powodzenia i na „odchodne”  rzuca kilkoma cennymi radami. Wspomina o jeziorze Merzbahera, które nieregularnie wylewa początkiem sierpnia zalewając lodowiec i moreny na dobrych kilka dni. Zaleca aby unikać miejsc nisko położonych, gdyż taki biwak może zakończyć się nieszczęściem.

 



Przewodnikowi dziękujemy za pomocne rady i po kilku minutach odpoczynku kierujemy kroki dalej na wschód. Gdy dochodzimy do samego czoła lodowca zaczyna padać. Chowamy się dokładnie pod ostatnią skarlałą wierzbą, która stoi tu nie wiadomo jakim prawem. Dziś mamy szczęście – po pół godziny deszcz powoli przestaje siąpić, a my możemy zagłębić się w koryto wyschłej rzeki lodowcowej. Stabilny grunt pod nogami kończy się do odwołania – zastępuje go ruchomy gruz, piach i lód.

 



Ścieżka, choć niewyraźna daje się odróżnić z szarawo-brązowego krajobrazu. Dodatkowo ciągle idziemy za oznaczeniami – kopczykami z ustawionych na sobie kamieni, niekiedy malowanych w rażące kolory.  Teren jest bardzo urozmaicony. Początkowo wdrapujemy się na morenę czołową, później przechodzimy na boczną. Na niestabilnym podłożu musimy uważnie stawiać kroki, gdyż nieuwaga może zakończyć się zsunięciem kilkadziesiąt metrów razem z toną kamieni.
Po 17:00 znajdujemy odpowiedni miejsce na biwak – niedaleko rzeki i z namiastkami trawy wystającej spomiędzy kamieni. Dziś już dostatecznie wyeksploatowaliśmy swoje nogi czas odpocząć.
Dzielimy się zadaniami – ja wraz z Marcinem rozbijamy namioty, a Janek i Janusz idą po wodę. To co przynoszą nie przedstawia sobą najlepszej jakości – woda lodowcowa jest tak mętna, że osad gromadzi się gruba warstwą na dnie. Nie mamy jednak wyboru – chwilę się odstoi i trzeba używać. Do specyficznego posmaku i zgrzytu pyłu w zębach można przywyknąć, a bez wody daleko byśmy nie zaszli.


25 lipca
O 6:00 rano poza dzwonkiem budzika, ze snu wyrywa nas pełne słońce. Wieczorne chmury rozpłynęły się, a nad lodowcem wstaje nowy, piękny dzień. Z racji iż wczorajsze pakowanie do szybkich nie należało, dziś postanawiamy nie dać się wyprzedzić Waleremu i jego grupie. Jemy śniadanie, zwijamy namioty i za niecałe dwie godziny ruszamy.

 



Po drodze nabieramy wody z rzeki lodowcowej. Rankiem okazuje się dużo bardziej czysta niż wczorajszą porą i nawet zdatna do picia wprost z potoku. Droga wiedzie dalej moreną boczną przez mniejsze i większe rumowiska skalne. Ciągle trzeba uważać, gdzie stawia się stopy, gdyż podłoże jest po prostu ruchome. Po kilku godzinach musimy przekroczyć boczny lodowiec, który swoją odnogą łączy się z Enlichkiem. Tam droga jest zmienna niemal z dnia na dzień. Początkowo idziemy za znakami, a po chwili spotykamy rosyjską kilkuosobową ekipę, z którą wymieniamy spostrzeżenia. Moment nieuwagi i konsekwencji nie wiemy gdzie kierować kroki. Kluczymy więc pomiędzy głazami, lodowymi zboczami i przeskakujemy przez strumienia lodowcowe. Wkrótce udaje się znaleźć drogę i stromym stokiem wyjść z powrotem na morenę. Po kilkudziesięciu minutach marszu docieramy do kolejnego komercyjnego obozu. Zatrzymujemy się tu tylko na suszenie przepoconych stóp i posiłek.

 



Od rana dotkliwie doskwierają mi obtarcia na piętach. Rankiem mam mocne postanowienie, że będę regularnie suszył stopy lecz w trakcie dnia jakoś chęć odchodzi. Procedura ściągnięcia dwóch warstw butów, skarpet, rozwinięcia bandaży, odklejenia plastrów i założenia wszystkiego na nowo zajmuje prawie pół godziny. Lenistwo i brak konsekwencji sprawia, że nie robie tego za często, a w trakcie dnia stopy już nie bolą. Marcin natomiast już trzeci dzień idzie w „adidasach”. Przed lodowcem miał w nich nad nami przewagę, ale na morenie zostaje z tyłu. Kilkukrotnie wspomina, że wkrótce założy wysokie buty, ale konsekwentnie udaje mu się od tego wymigać.

 



Od południa pogoda jak zwykle staje się coraz gorsza. Gdy dreptamy po morenie pełne słońce pali niemiłosiernie, ale z godziny na godzinę jest coraz chłodniej. Głównie za sprawą chmur, które przesłaniają stopniowo cały nieboskłon.  Odmianą dla moreny są kolejne lodowce boczne, których przechodzenie nie jest najprzyjemniejszą rzeczą, a i zapowiedzią warunków przyszłego marszu.
 Około 16:00 przed nami ukazuje się Polana Merzbahera, z oddali wyglądająca niczym usłana kartonowymi pudełkami zielona enklawa. To kontenery pracowników stacji meteorologicznej i namioty agencji turystycznych.



Widok niedalekiego celu motywuje nas do wytężone marszu. Nie bez znaczenia pozostają również burzowe chmury za naszymi plecami i wizja rychłego przemoknięcia.
Po około pół godziny wysiłku meldujemy się na polanie i witamy z młodym naczelnikiem. Skrzętnie korzystamy z możliwości darmowego rozbicia namiotów na ostatnim trawiastym terenie, wszak od jutra nie zaznamy już tej przyjemności.
Gdy zrzucamy na ziemię plecaki przychodzi burza. Namioty trzepoczą w rękach, a deszcz nie ułatwia zadania które wykonujemy już rutynowo. Z powodu silnego wichru mocno kotwiczymy je do ziemi, aby nie pofrunęły z naszym dobytkiem w środku. Wykonawszy zadanie idziemy do namiotu kuchennego, gdzie przygotowujemy kolację. Kilka dni siedzenia na ziemi i kamieniach sprawiają, że człowiek naprawdę docenia ławkę i pomieszczenie nieco większe niż dwuosobowy namiot.

 



W „kuchni” siedzimy aż do nocy delektując się wygodami miejsca. Gotujemy litry wody, rozmawiamy i staramy się wykonać czynności na przyszłość.  Przed wieczorem wychodzimy jeszcze na morenę, aby podziwiać niesamowity spektakl koloru i światłą jaki funduje nam kapryśna pogoda Tien Shanu. Jest po prostu pięknie i tylko wieczorny ziąb wgania nas do namiotów.

 



Wieczór na Polanie Merzbahera ma dla nas duże znaczenie motywacyjne. Zażywamy trochę wygody, regenerujemy siły dłuższym odpoczynkiem i napawamy się widokami, które wprost zachęcają do kontynuowania marszu bez względu na przeciwności.


26 lipca
Noc na Polanie Merzbahera uświadamia nas gdzie jesteśmy. W nocy temperatura spada prawie do zera, a pobudka przed świtem idzie bardzo mozolnie. Jak wskazuje GPS przed nami jeszcze 23 kilometry marszu i choć taką odległość bez problemu pokonuje się do popołudnia, tutaj przeczuwamy że najgorsze przed nami i lodowiec niełatwo odda każdy metr.

 



Pomimo szczerych chęci odrobina  luksusu spowalnia bardzo nasze pakowanie. Można skorzystać z kuchni czy toalety, jest trochę wygodniej niż zwykle i automatycznie człowiek przestaje się spieszyć.
Ja poświęcam dużo czasu na opatrywanie stóp. Wczorajsze niedopilnowanie suszenia doskonale widoczne jest na moich piętach. Na jednych, niewygojonych obtarciach porobiły się kolejne i teraz jakiekolwiek założenie buta sprawia problemy. Z braku lepszych środków próbuję zamieniać się z Marcinem za botki, czy buty ale eksperymenty nie wychodzą. Na stopy zaczyna również narzekać Janek, który dziś również je bandażuje przed założeniem skarpet. Marcin natomiast  po raz pierwszy zakłada swoje wysokie Zamberlany, które z definicji nie należą do najwygodniejszych.




W konsekwencji lenistwa i braku motywacji wychodzimy późno, bo prawie przed 9:00. Początkowo trasa wiedzie trudniejszym odcinkiem moreny bocznej, następnie schodzi na lodowiec. Przed opuszczeniem moreny długo zastanawiamy się, gdzie skierować kroki – znaki z kamieni kończą się, a jakakolwiek ścieżka zaciera.  Po dokładnym prześledzeniu mapy schodzimy prosto na lodowiec, chcąc osiągną pas czarnej moreny, który ciągnie się wstęgą po horyzont, na około ¼ jego szerokości. Dotarcie do celu, który majaczy niespełna kilkaset metrów dalej przysparza nam nie lada przygód. Kluczenie po lodowcu jest bardzo męczące. Z pozoru płaska nawierzchnia w rzeczywistości okazuje się pasem kilkunastometrowych wzgórz pokrytych ruchoma nawierzchnią. Trzeba niezwykle uważać na sypkie kamienie i lodowe zbocza pokryte skalnymi łupkami. Błądzimy, sugerując się tylko ogólnym kierunkiem północno wschodnim, prowadzącym do środka lodowca.
Droga bardzo się dłuży, a świadomość kroczenia po tak niepewnym terenie ciąży każdemu na psychice. W pewnym momencie idąc w awangardzie wchodzę na duże głazy, które momentalnie uciekają mi spod nóg. Kątem oka dostrzegam, że wpadają one w szczelinę, którą zasłaniały. Momentalnie padam na bok i rozbijam kolano tym razem prawe kolano  o głaz leżący nieopodal. Pod sobą ciągle czuje ruchome kamienia nad szczeliną. Na szczęście zaraz za mną jest Janusz, który podaje mi dłoń i wyciąga na w miarę stabilny grunt. Mogło być groźnie ale skończyło się tylko na powierzchownym zranieniu.



Niebawem po tym incydencie docieramy wreszcie do rzeczonej moreny i momentalnie dostrzegamy kopczyki znaczące drogę. Choć straciliśmy dużo nerwów i czasu jesteśmy już spokojniejsi wiedząc że zmierzamy właściwą trasą. Dalsza część dnia upływa na szukaniu drogi i trzymaniu się brązowych skał moreny. Nie jest to trudne, bo oddalać się lekko w innym kierunku od razu trafia się na teren z którego szybko trzeba uciekać.
Dziś już konsekwentnie podchodząc do problemu stóp regularnie poddaję je długiemu procesowi suszenia. Podczas jednego z takich postojów dociera do nas samotny Czech. Jak się okazuje również idzie sobie pod Khan Tengri od południa, tylko że ma wykupione zakwaterowanie w obozach agencyjnych. Przy tym nie wydaje się być zbyt rozmowny i wylewny, toteż po wymianie paru zdań i uśmiechów rozdzielamy się. Jeszcze nieraz przyjdzie nam spotkać się w drodze do Base Camp.

 



Zgodnie  z przewidywaniami po południu pogoda się psuje. Dziś jednak chyba na poważnie. Choć przed nami ośnieżone szyty widoczne są na tle błękitu, to od strony zachodniej lodowiec posępnieje. Zbliża się do nas pas ciemnych chmur i jakby mgła, która najprawdopodobniej jest deszczem. Gdy zachodzi słońce momentalnie robi się chłodno i zaczynamy doceniać, że dziś pierwszy raz założyliśmy nieprzemakalne, długie spodnie.
Przeczuwając nadciągającą zawieruchę staramy się zwiększyć tempo. Mijamy kolejne lodowe wzniesienia przekraczamy potoki, w nieskończoność. Na szczęście burzowy front porusza się wolno i mamy jeszcze trochę czasu. Obóz Komsomoł, jak głosi napis na drewnianej desce, wyłania się niespodziewanie wśród lodu około godziny 16:00. Przed nami widzimy Czecha, który po dotarciu na miejsce od razu zaszywa się w agencyjne namioty.

 



Nasza czwórka nie ma tyle szczęścia co słowiański kolega i swoje apartamenty musi dopiero rozłożyć. Dziś zajmuje to trochę czasu bo zanim zaczniemy bawić się z namiotami musimy wyłożyć „podłogi” z płaskich kamieni. Od lodu ciągnie zimnem, a zbierająca się z deszczu woda mogłaby nas podtopić od podłogi. W biwakowych czynnościach prześcigamy się z naturą. Niebawem przychodzi wiatr i grzmoty. Zaczyna padać akurat gdy kończymy rozkładać namioty. Już w deszczu wraz z Januszem biegniemy po wodę, a potem zaszywamy się w naszych poliestrowych domkach.
Niedługo potem burza szaleje na całego, a wiatr łopocze płótnem namiotu jak szmatą. Nieraz obawiamy się, czy mocowanie wytrzyma, ale ostatecznie konstrukcja pozostaje nienaruszona. W takiej aurze kiblujemy do wieczora, wykonując wszystkie obozowe czynności w namiotach. Nie przestaje lać, więc o jakimkolwiek wyjściu nawet nie ma mowy. Wszystko to możliwe odkładamy na jutrzejszy poranek, po czym idziemy spać.


27 lipca
 

 



Rankiem pogoda się stabilizuje, lecz nie jest już tak słoneczna jak co dzień. Jest za to zimno i wieje, choć z pewnością mogło być gorzej. Bez motywacji budzimy się więc  i załatwiamy wszystko w czym przeszkodził wczorajszy deszcz. Pakowanie znowu się przeciąga i planowane wyjście o 8:00 trzeba trochę przełożyć. Namioty muszą podeschnąć, nogi trzeba starannie zawinąć w bandaże, a po drodze wykonać jeszcze kilka dziwnych czynności.
Ostatecznie wychodzimy przed 9:00 i próbujemy znaleźć właściwą drogę. Najgorszy zawsze jest początek i wyjście z obozu. Na początku musimy zmienić morenę, gdyż ta którą zmierzaliśmy do tej pory urywa się i przechodzi w lodowiec boczny. Od tej położonej głębiej dzieli nas za to strefa bielutkiego lodu w postaci pasa niewielkich wzgórz. Początkowo  nie trafiamy na ścieżkę, ale idziemy po swojemu, lepiej lub gorzej wybierając szlak. Po około pół godziny kluczenia wśród lodu, docieramy wreszcie do brunatnej moreny, gdzie widnieją już kamienne kopczyki. Za nimi kierujemy się dalej na wschód, drogą monotonną jak flaki z olejem, wśród monotonnego krajobrazu. Wkrótce dogania nas i Czech, choć on widocznie ze swoimi problemami i własnym tempem nie chce wchodzić z nami w komitywę.

 



Smętne humory nieco poprawiają się, gdy wychodzi słońce, a chmury trochę rozrzedzają. Niebawem podczas obserwacji okolicznych szczytów, na południu dostrzegam znajomy ze zdjęć kształt. Tak, to on – Pik Pabiedy z charakterystyczną długą granią zakończoną kopułą szczytową. Komunikuję odkrycie chłopakom, którzy jednak nie przejawiają entuzjazmu. Mi natomiast sam widok przynosi dużo satysfakcji i kształtuje przeświadczenie, że już prawie jesteśmy na miejscu. Choć kolana bolą, właśnie dziś czuje przypływ energii. Widzę natomiast, że chłopaki poza Januszem nie są już pierwszej świeżości, a Janek co chwilę zatrzymuje się na odpoczynek. Proponuję mu zamianę plecaków, ale on jest konsekwentny i nie daje się przekonać. Wkrótce okaże się, że zachowanie statusu quo było dla mojego zdrowia wskazane…



Około południa długo zastanawiamy się, czy zbaczać ze ścieżki i odwiedzać przedostatni komercyjny obóz na trasie – tzw. Diki. Widzimy, że w jego kierunku poszedł już Czech i tam również prowadzą znaki. Decydujemy się iść do obozu, choć niebawem przyjdzie nam żałować tego wyboru. Dopiero po pół godziny widzimy namioty położone, około kilometr od głównej ścieżki. Upragnionego odpoczynku w obozie nie będzie, za to pojawia się złość i pretensje do własnej naiwności. Trzeba było jednak iść dalej moreną, teraz pozostaje zacisnąć zęby i szukać drogi na skróty w trudnym terenie. Choć zazwyczaj takie eksperymenty nie popłacają, tym razem mamy szczęście. Choć nie bez problemów i nie bez kluczenia, to jednak w miarę gładko przechodzimy pasy moren i lodu, by wreszcie wgramolić się na tą właściwą. Dalej staramy się iść za znakami i nie kombinować. Idąc według mapy, teraz ponownie musimy zmienić morenę na równoległą. Po chwili z oddali wyłania się również znajoma postać Czecha, który od tego momentu widocznie postanawia tłuc się razem z nami.



Idzie więc w piątkę wyszukując kopczyków i spoglądając na zbawczy wschód. Według GPSu do bazy pozostało już niewiele – bagatela trzy czy cztery kilometry w linii prostej. W normalnym terenie taki dystans pokonuje się w czterdzieści- pięćdziesiąt minut, Jednak zdecydowanie nie tutaj. Przechodzimy kilkaset metrów i ponownie gubimy rzadkie znaki. Postanawiamy więc kierować się bezpośrednio na morenę, widoczną w oddali. Aby do niej dotrzeć musimy pokonać szeroki pas szczerego lodu, który bieli się pofalowanymi wzgórzami. Początkowo nie jest to skomplikowane, gdyż jak to w życiu bywa – łatwiej w trudny teren wejść, niż znaleźć z niego wyjście. Tak jest i tym razem. Wchodzimy na jedno lodowe wzgórze, schodzimy z niego, okrążamy kolejne, przeskakujemy strumień i nagle wyrasta przed nami uskok a pod nim wije się wstęga lodowcowej rzeki. Jednym słowem droga zamknięta. Obejście tego miejsca zdaje się niemożliwe, a kluczenie i wyszukiwanie niewiele pomaga. Nasza sytuacja z przyzwoitej przeistacza się w niezbyt kolorową. Dodatkowo niebo szarzeje i zaczyna kropić deszcz, co na lodowym podłożu oznacza ostrą jazdę. Teoretycznie mamy raki, ale nie chcę ubierać ich z dwóch powodów. Po pierwsze Janek przez pomyłkę wrzucił swoje do depozytu na śmigłowiec, po drugie rzeczony Czech drepcze wesoło w adidasach. Póki nie jest zbyt niebezpiecznie nie ma sensu chłopaków stresować.

 



Aby wyjść z niekomfortowej sytuacji decydujemy, że trzeba zawrócić, znaleźć znaki i iść właściwą drogą. Już zaczynam zawracać, gdy nagle dostrzegam, że wesoły Czech wybrał jednak drogę na skróty. Sam, w adidasach i krótkich spodniach. Chwilę zastanawiam się co robić, ale zaciskam zęby i zawracam. Chłopaki się zgadzają, że szkoda by było gdyby sobie biedak coś zrobił.



Wybieramy więc ciężką drogę na skróty. Wchodzimy na kolejne wzniesienia, schodzimy stromymi lodowymi zboczami i zaliczamy małe poślizgnięcia. Co jakiś czas ktoś pojedzie kawałek, ale nic poważnego się nie dzieje. Od moreny dzieli nas już około stu metrów, gdy trafiamy na barierę nie do pokonania. Wartka lodowcowa rzeka i strome zejście oznaczające drogę w jedną stronę ruchem przyspieszonym z twardym lądowaniem.  Po raz kolejny musimy szukać obejścia, choć i tym razem nie widzimy nic bezpiecznego. Wprawdzie pojawiają się wątpiące głosy i propozycje rozbijania tu biwaku, poza pomysłodawcą chyba nikt nie bierze idei poważnie. Decydujemy się działać i braku lepszej opcji wybieramy ryzykowne przejście wątłym lodowym mostem, który tworzy nad lodowcową rzeką coś w rodzaju szczeliny. Prowadzi Janek wraz z Czechem, ostrożnie badając drogę. Po przejściu na drugą stronę radośnie krzyczą, że stamtąd bezpiecznie da się zejść na morenę. Możemy więc odetchnąć na chwilę, by całkowite wytchnienie znaleźć dopiero po wejściu na jakże przeklinane kiedyś i upragnione teraz – szare kamienie.
W bezpiecznym terenie adrenalina spada i możemy odpocząć. Jesteśmy już na morenie i do obozu mamy „prostą” drogę. Niestety minęła godzina 17:00 a więc czas kiedy zazwyczaj już rozbijaliśmy biwak. Całodzienny marsz piątego dnia trekkingu daje o sobie znać i pomimo zadowolenia wszyscy są mniej lub bardziej zmęczeni.

 



Niewiele ponad dwa kilometry jakie pozostały nam do bazy ciągną się w nieskończoność. Wypiliśmy już całą wodę i zjedliśmy jedzenie przeznaczone na marsz. Nie mamy lepszego wyjścia niż utrzymywać wolne ale stabilne tempo i liczyć, że za kolejnym brunatnym wzgórzem ukażą się namioty. Po niespełna dwóch godzinach marszu nisko nad nami przelatuje śmigłowiec, który potwierdza że baza jest już niedaleko. I faktycznie – osiągając jeden z wyższych punktów zauważamy namioty przebiegające się wśród złomisk moreny wypłowiałą żółcią. Na długiej tyczce powiewa zaś radosna czerwona flaga – aby w międzynarodowym motłochu nie było wątpliwości co do przynależności państwowej tego terenu.
Na widok obozu wszystkim wracają siły. We trzech trzymamy się jakoś razem, za to Marcin widocznie opadł z sił i snuje się raz kilkadziesiąt, a czasem i kilkaset metrów z tyłu. Pewnie jak i my radośnie przyjął wieść o rychłym końcu wędrówki.



Czech który w  niepewnym terenie szedł z nami, teraz wystrzelił bez słowa do przodu i tyle zostało nam z jego towarzystwa. Do bazy dochodzimy zaraz za nim i witamy się z międzynarodowym towarzystwem. Baza wygląda nader komercyjnie, nawet bardziej niż się spodziewałem. Wszystkie namioty jednakowe, a alpiniści błyszczą sprzętem z najwyższych półek. Nie wysilam się w długi konwersację i z takowej wyrywam Janka, gdyż chcę jak najszybciej zrzucić plecak i lec w namiocie. Idziemy do naczelnika obozu, za wskazaniami któregoś z alpinistów. Spotykamy go w centralnym obozie okraszonym wysoką anteną, a rozmowa przebiega raczej niczym poselstwo wśród wrogów.

 



- Dzień dobry, idziemy na Khana i chcieliśmy przenocować u was – mówię zdecydowanie
- A wy z jakiej agencji?
- Bez żadnej agencji, sami idziemy – odpowiadam z nutką dumy w głosie
- To tam jest Khan, i możecie sobie iść! - wskazuje lekceważąco ręką ku górze zbijając mnie z tropu. Starszy, żylasty Rosjanin nie sili się na uprzejmości. Mierząc go wzrokiem pytam jeszcze o nasz bagaż i dowiaduję się, że musiał zapewne trafić do sąsiedniej bazy.
- Tutaj jest jakaś druga baza?
- No jest. Tutaj Ak Sai, a tam Tien Shan Travel – odpowiada Rosjanin machając paluchem w tym samym kierunku co poprzednio.
- A jak długo się tam idzie?
- Po ścieżce będzie z pół godziny.
Ostatnie zdanie jakie wypowiada naczelnik ostatecznie pogrzebuje nasze szanse na szybki odpoczynek. Nie ma czasu do stracenia – musimy iść aby zdążyć przed zmrokiem. Nie pokonujemy jednak nawet kilku kroków, gdy z tyłu odzywa się wątpiący głos. Marcin oświadcza że jest strasznie zmęczony i nie da rady iść dalej. Teraz nie możemy jednak zbyt wiele dyskutować i wiemy, iż musimy jakoś temu zaradzić, najlepiej terapią namawiająco-odciążeniową Każdy z naszej trójki bierze od Marcina część najcięższych rzeczy i pakuje do swojego plecaka. Następnie Janusz ma za zadanie powoli iść wraz z nim, a ja z Jankiem szybko staramy się dotrzeć do Bazy Tien Shan i przygotować nocleg. Do szybkiego marszu ostatecznie zachęca nas mocne tąpnięcie lodowca pod naszymi stopami oznajmiająca potęgę matki natury u której jesteśmy teraz gośćmi.



Ostatni odcinek mierzy dwa kilometry i zajmuje nam faktycznie około pół godziny. Po drodze przechodzimy obok charakterystycznego, powykręcanego wraku śmigłowca i mijamy pozostałości baz z poprzednich lat, które walają się po morenie.
W bazie Tien Shan Travel panuje inny nastrój. Ludzi mniej, spokojnie i kierownictwo młode. Z oddali widzimy grupkę zarośniętych facetów, witamy się ze wszystkimi i zaczynamy rozmowę z około trzydziestoletnim naczelnikiem – Saszą.
- Dzień dobry. My z Polski, na Chan przyszliśmy. Ile kosztuje u was namiot bazowy?
- 5 euro za osobę – nasze oczy zabłysły równocześnie.
- A gdzie woda
- Tam. W beczkach.
- Gdzie kibel?
- Tam
- Nasz bagaż przyleciał do was z Mayda Adir
- Tak, jest w namiocie.
- To bierzemy namioty na cztery osoby. Do widzenia.
I rozmowa zakończona. Nie mamy siły i ochoty na dalsze pogawędki. Jeden z Rosjan wskazuje nam depozyt, kolejny zaś prowadzi do dwóch przestronnych namiotów, które co najważniejsze posiadają prawdziwą cieplutką podłogę z desek.
Kilkanaście minut później przychodzi Marcin z Januszem, a my w międzyczasie poznajemy dwóch Polaków, którzy pomieszkują sobie w obozie. Około pięćdziesięcioletni Irek to człowiek nie do przegadania. Pomimo iż ze stabilizatorem na kolanie, doszedł do obozu drugiego i tyle wystarczyło mu aby osiągnąć cel pokonania swoich słabości. Mariusz zaś po raz kolejny wybiera się na Pik Pabiedy chcąc uprzednio aklimatyzacyjnie zdobyć Khana od południa. Z towarzystwem nie wdajemy się jednak w dłuższe dyskusje, gdyż priorytetem jest ogarnięcie biwaku.
W Base Camp dowiadujemy się przede wszystkim, że dziś miał miejsce wypadek. Około 8:00 rano w kuluarze Siemionowa zeszła lawina, czego efektem była śmierć jednego i poturbowanie kilku alpinistów. Wieść ta jeży nam włosy na ciele i wzbudza niepokój. Póki co chcemy o nie zapomnieć. Świadomość, że za dwa czy trzy dni będziemy przechodzić przez miejsce gdzie dziś zginął człowiek jest dzisiaj zbyt przygniatająca. Lepiej nie myśleć i dać upust zmęczeniu organizmu.
Na miejscu szybko robię miejsce Marcinowi i z nim zajmuję duży, zielony namiot, gdzie upychamy również depozyt. Janek wraz z Januszem kierują się do drugiego.  Wieczorem gotując wodę i przygotowując liofile wspólnie debatujemy nad dalszymi planami. Po chwilowym odpoczynku, przyjęciu ciepłego płynu i żywności, w Marcina wraca życie. Postanawiamy, iż następny dzień przeznaczamy na Rest , a kolejnego wyjdziemy założyć Camp 1. Pomimo zmęczenia nastroje są bardzo dobre. Cieszymy się, że wreszcie znaleźliśmy się na właściwym miejscu i siedzimy w ciepłych śpiworach wśród ludzi naszego pokroju. Z optymizmem na ustach i głowami pełnymi planów idziemy spać przed północą.

Tomasz Duda

Ciąg dalszy niebawem...

Całość relacji ze wszystkimi zdjęciami znajdziecie tutaj.

  • Tomasz Duda

Droga poza strefę komfortu – Pik Kosmos 2014

Eksploracja jest drogą, która odkrywa nieznane obszary naszej ziemi, i nieznane obszary w nas samych. W trakcie odległych wypraw docieramy do źródeł, gdzie wszystko się upraszcza. Wschód i zachód słońca wyznacza ramy naszej ciekawości, a cel, czyli niezdobyta góra, nadaje prosty kierunek tej drodze.

W wywiadzie dla Justyny Sekuły „Pogaduchy w kuchni: Kosmos 2014”, a później podczas naszych długich rozmów, Kuba na pytania o istotę podróżowania, eksploracji, wspinaczki, wypowiedział znamienne słowa: „to nie jest tylko wejście i zejście [ze szczytu], ale bardziej droga, cały proces wyprawy, od momentu wymyślenia celu, poprzez przygotowanie się, analizowanie map, oglądanie zdjęć satelitarnych. Moją motywacją jest motywacja związana z ciekawością. Co będzie za tym kamieniem, za tamtym zakrętem? Nawet, jeżeli samo wspinanie technicznie może być skomplikowane, to proces realizowania swoich potrzeb, takich bardzo organicznych, zdecydowanie upraszcza tam życie. Tak, dla mnie eksploracja to droga, którą muszę przebyć, to droga, której zwieńczeniem powinien, ale nie musi być szczyt, a gdy tego szczytu nie uda się zdobyć, wciąż pozostanę szczęśliwy, że przeszedłem tą drogę”.

I chyba tym jest eksploracja: drogą, która odkrywa nieznane obszary na Ziemi, i nieznane obszary w nas samych. W trakcie takich wypraw docieramy do źródeł, gdzie wszystko się upraszcza. Wschód i zachód słońca wyznacza ramy naszego codziennego życia, a cel, w tym wypadku wierzchołek wciąż „niezrobionej góry”, nadaje prosty kierunek tej drodze. I wiecie co najlepszego jest w takiej drodze? Jej prostota, brak układów, brak relacji opartych na korzyściach, i jej czysty, fizjologiczny poziom, który mocno redukuje oczekiwania wobec innych. Tak żyje się prościej, ale niezmienne wciąż pozostają „oczekiwania w kwestii partnerstwa i współodpowiedzialności”, które nadają wartości tej drodze.

Czy byliśmy cierpliwi? Gdyby tylko takie wyprawy eksploracyjne w najdalsze zakątki naszego świata dało podzielić się na równe proporcje, a więc równe części pomiędzy drogą, a wspinaniem, pomiędzy okresem zakładania obozów, aklimatyzacją, a właściwym zdobywaniem szczytu, to tak, bylibyśmy cierpliwi. My jednak tak bardzo pragnęliśmy zdobyć tą górę, że przez krótką chwilę przestaliśmy dostrzegać przestrzeń i drogę. A przestrzeń, która nas otaczała, była naprawdę niezwykła. Tak bardzo chcieliśmy dotrzeć do podnóża góry, że te 11 dni marszu – tak, szliśmy aż 11 dni, zanim założyliśmy obóz na lodowcu, u stóp góry – były dla nas prawdziwą udręką. Na domiar złego (chociaż dziś tylko pozornie) trudy marszu potęgowały duża wysokość, na której musieliśmy iść z ciężkim ładunkiem, cztery rwące, zimne i niebezpieczne rzeki lodowcowe, mocny wiatr, piekielnie palące słońce, brak czystej wody pitnej, opady deszczu i śniegu, dziwne trąby pyłowe, które ścigały nas na rozlewisku rzeki spływającej z lodowców Palgova i Grigorieva, zepsute maszynki benzynowe oraz liczne ślepe zaułki, które zmuszały nas do cofania się, i ponownego rozważenia potencjalnej marszruty pod Pik Kosmos. Wszystko to było częścią drogi, ale my wówczas nie chcieliśmy tego oglądać, bo cel był  najważniejszy. A przynajmniej dla mnie.

I gdy byliśmy już gotowi działać, gdy obóz stanął u stóp kosmicznej góry, gdy już zrobiliśmy aklimatyzację i bardzo chcieliśmy zacząć się wspinać, przyszło załamanie pogody, które zmusiło nas od odwrotu z potężnego kuluaru na północnej ścianie Kosmosu. Załamanie pogody trwało sześć dni, przyniosło prawie metr świeżego śniegu, i nas uziemiło. Z  lękami, narastającą frustracją, z gniewem, że czas, którego mamy tak niewiele, jeszcze szybciej kurczy się i za nic w świecie, nie chce dać nam szansy na kolejny atak na górę. Cel oddalał się, ale zrozumienie istoty tej drogi, jaką przebyliśmy, było coraz bliżej. To chyba wtedy, gdy zmuszony byłem leżeć sześć dni w namiocie, zaczynałem rozumieć, że osiągnięcie celu nie zawsze jest możliwe, nie zawsze jest najważniejsze, natomiast bardzo ważna jest droga jaką przejdziemy i styl, w jakim ją pokonamy. Teraz biję się w pierś, że jedyną wartością, jaką wówczas dostrzegałem, był wierzchołek góry, a brak wejścia na niego, w moim mniemaniu całkowicie przekreślał sens wyprawy. Tymczasem, pewien nauczyciel fizyki powiadał, że: „nie ważne skąd i dokąd, ważne którędy, i że prawdziwą przyjemność czerpiemy z podróżowania, z drogi, a nie samego faktu dotarcia do celu”. I chyba miał rację, ponieważ cel tak naprawdę kończy i zamyka drogę, a na takiej wyprawie droga niekiedy niesie większą wartość od samego celu.

To, co czytacie, to raptem początek tej wyprawy, małokaloryczny wstęp do większej opowieści, którą pragniemy Wam niebawem opowiedzieć i pokazać. Będąc w górach Zachodniego Kokszał Tau, idąc te 200-220 km (łączny dystans jaki prawdopodobnie przeszliśmy, chodząc tam i z powrotem ze sprzętem i żywnością), taszcząc na plecach 90 kg ładunku, przeszliśmy naprawdę długą drogę, podczas której zarejestrowaliśmy w naszych głowach wiele skrajnych emocji, a na naszym sprzęcie wiele niesamowitych miejsc i krajobrazów. I mimo, że nie weszliśmy na Pik Kosmos, chcemy pokazać Wam tą drogę, bo wierzymy, że każde takie działanie inspiruje innych do dalszego działania, i jeżeli nie my, to może ktoś z was pojedzie na Pik Kosmos i zawojuje tą górę.

Bądźcie cierpliwi. Wysokokaloryczny artykuł już powstaje, i gdy będziemy gotowi, zdamy pełną i obszerną relację z wyprawy, a tymczasem chcemy Wam pokazać małą galerię i przedstawić chronologiczny przebieg wydarzeń z tej niezwykłej przygody. 

Chronologia przebiegu wyprawy Pik Kosmos 2014

  • 27 lipiec – przylot do Biszkeku.

  • 28 lipiec – zakupy na bazarze Osz.

  • 29 – 30 lipiec – podróż w Zachodnie Kokszał Tau, podzielona na dwa etapy (ok. 500 km): Biszkek – Naryń, Naryń – Zachodnie Kokszał Tau. Wjazd do zamkniętej strefy wojskowej.

  • 31 lipiec – 10 sierpień – transporty na lodowiec Grigorieva (u stóp Piku Kosmos). Przechodzimy 35 km od miejsca, w którym zostawił nas kierowca, do podnóża Piku Kosmos (łącznie ok. 220 km, chodząc po 3 razy każdy odcinek).  

  • 11 sierpień – aklimatyzacja na przełęczy Palgova i wejście na przedwierzchołek szczytu oznaczonego wysokością 5013 m n.p.m. (wys. osiągnięta: 4973 m).

  • 12 sierpień – dzień odpoczynku po dwóch tygodniach transportów. Nachodzi załamanie pogody. Sypie pierwszy śnieg.

  • 13 sierpień – dzień odpoczynku. W nocy zaplanowany atak na kuluar Piku Kosmos (wyraźnie widoczny po prawej stronie góry. Orograficznie, po lewej). Plan założenia obozu C1 na grani. Przez tel. satelitarny otrzymujemy prognozę pogody. Za dwa dni przewidywane poważne załamanie pogody.

  • 14 sierpień – atakujemy kuluar. Wychodzimy nad ranem i przez cały dzień wspinamy się śnieżnolodowym kuluarem. Warunki są trudne, słaba asekuracja. Nocą nadchodzi o wiele za wcześnie zapowiadane załamanie pogody. W silnym wietrze, przy opadach śniegu, w lawinach pyłowych wycofujemy się na ok. 30-50 m przed końcem kuluaru (pod nawisami zamykającymi kuluar).  Całą noc  zjeżdżamy ze stanowisk z Abałakowa. 30 godzin akcji. Mamy lekkie odmrożenia. Pogoda na chwilę się poprawia.   

  • 15 sierpień – koło południa wracamy do namiotów. Popopłudniu sypie śnieg.

  • 16 sierpień – 19 sierpieńbardzo silne opady. Przez 54 godziny nieustannie sypie śnieg. Prognozy są fatalne.  

  • 20 sierpień – Przestaje sypać. Planujemy ostatni atak na górę. Grzęźniemy w śniegu po pas. Po 5 godzinach torowania w głębokim śniegu docieramy na lodowiec w pobliżu przełęczy Palgova. Cały lodowiec zasypany śniegiem. Warunki są bardzo trudne i niebezpieczne. Rezygnujemy z ataku. Próbujemy wejść na sąsiedni Pik, ale warunki śnieżne i lawinowe zatrzymują nas na przedwierzchołku.

  • 21 sierpień – Mamy jeszcze dwa dni w zapasie, ale z uwagi na duże ilości śniegu rezygnujemy z dalszej działalności.    

  • 22 sierpień -28 sierpień – Schodzimy z lodowca i mozolnie wracamy do wylotu doliny Kotur. Kończy nam się jedzenie. Zaczynamy głodówkę. 28 lipca nad ranem przyjeżdża nasz kierowca. Późnym wieczorem docieramy do Biszkeku.

  • 29 – 30 sierpień – jesteśmy w Biszkeku.

  • 31 sierpień – 1 wrzesień – lot do Polski z 24 godzinnym oczekiwaniem na przesiadkę w Istambule.

Słów kilka o wyprawie

Wyprawa trwała w okresie: od 27.07.2014 do 01.09.2014.

Cel wyprawy: Pik Kosmos (5940 m), zwany również Pikiem Schmidta, to drugi najwyższy po Szczycie Piku Dankova w Zachodnim Kokszał Tau. Zlokalizowany jest on w grani głównej pasma, i z uwagi na znaczne trudności w dotarciu do jego podstawy, stanowi poważny cel alpinistyczny. Trudności potęgują również: surowy klimat, brak okolicznych mieszkańców, silne zlodowacenie oraz północna wystawa ściany.

Celem wyprawy Kosmos było: pierwsze wejście na drugi pod względem wysokości szczyt (w paśmie Zachodniego Kokszał Tau), o nazwie Pik Kosmos (również zwany jako Pik Schmidta; 5942 m), eksploracja i wspinaczka na dziewicze pięciotysięczniki w grani głównej Zachodniego Kokszał Tau, oraz sporządzenie dokumentacji zdjęciowej i nakręcenie materiału filmowego.

Wyprawa zorganizowana została z ramienia Klubu Wysokogórskiego Kraków i przez markę odzieżową Climbe.

Partnerzy wyprawy

  • Piotr Picheta

Ku nowym terenom wysokogórskim

Klub Wysokogórski Kraków w latach 1960–77 odegrał przodującą rolę w eksploracji gór wysokich, wówczas jeszcze prawie nieznanych. Wokół Klubu Wysokogórskiego i z niego rozrosło się krakowskie środowisko ludzi, którzy poprzez różne stowarzyszenia w Krakowie i w województwie inicjowali i realizowali wyprawy określane wówczas jako egzotyczne. W same tylko góry Hindukusz na 76 polskich wypraw, środowisko krakowskie przeprowadziło 23, w tym sam Klub Wysokogórski Kraków 7 dużych wypraw. Sukcesy odniesione w eksploracji  alpinistycznej sportowej, poznawczej i na polu dokumentowania tej działalności, postawiły nas w czołówce, szczególnie w odniesieniu do Hindukuszu Wysokiego, grupy górskiej Hindukusz Munjan w Hidukuszu Środkowym, gór Kohe Wakhan należących do Pamiru i gór Elburs w Iranie.

Względy polityczne po roku 1978 wyłączyły Hindukusz z dalszego pola zainteresowania, a przeniosły go na Himalaje i Karakorum na najwyższe wzniesienia tych gór. Wyprawy takie stały jednak poza możliwościami krakowskiego środowiska. Czołówka krakowskich taterników mogła włączać się w centralnie organizowane wyprawy Klubu Wysokogórskiego a potem Polskiego Związku Alpinizmu. Także w wyprawy organizowane przez stowarzyszenia i kluby o dużych możliwościach finansowych. Brakło więc silnej motywacji do organizacji własnych wypraw. Wielki postęp w technice wspinaczkowej a za tym idąca realizacja ekstremalnych celów wspinaczkowych na najwyższych urwiskach Himalajów, Karakorum i w innych jeszcze do niedawna odległych, egzotycznych obszarach jak np. Antarktyda czy Grenlandia, stworzyło przekonanie, że dla adeptów alpinizmu i osób bez wysokich aspiracji wspinaczkowych, nie ma już godnych celów w wysokich górach poza trekkingiem. Musiał więc minąć pewien okres czasu, by dopiero na początku XXI wieku młode pokolenie taterników skierowało swoją uwagę na niższe góry, ale jeszcze mało poznane, z wieloma „dziewiczymi” szczytami, owiane pewną tajemniczością, mimo ogromnego postępu w satelitarnym obrazowaniu Ziemi, w tym terenów wysokogórskich.

Uprzytomniło to młodym, że zdobywanie tych niższych dziewiczych szczytów może tak jak dawniej, dawać dużą satysfakcje zdobywcom i mieć znaczenie dla Klubów Wysokogórskich, mimo braku boiskowego charakteru ogarniającego obecnie też sport wspinaczkowy. Przytoczę tu wypowiedź Mariana Bały: „Cieszy mnie szczególnie jako miłośnika gór wysokich, odległych, mało poznanych, pojawienie się w Klubie Wysokogórskim – Kraków grupy młodych wspinaczy, którzy zainteresowali się wyprawami. Naprawdę wspaniałe jest to odkrywanie nowych terenów wspinaczkowych”. Wymienię tu kilka takich celów zrealizowanych przez samodzielne grupy taterników skupionych w Klubie Wysokogórskim Kraków.

Honboro Peak, źródło: wspinanie.pl

Wyprawa Łukasza Depty, Wojciecha Kozuba i Andrzeja Głuszka w 2007 roku uwieńczona bardzo śmiałym i trudnym technicznie wejściem na SW wierzchołek (6430 m) do tego czasu nietkniętego, wybitnego masywu Honboro Peak (6459 m), oraz dodatkowo na dwa inne szczyty z pogranicza grup górskich Shigar Mountains i Honboro Mountains. Był to teren Karakorum zupełnie jeszcze nie eksplorowany przez alpinistów.

Podjęta przez Łukasza Deptę z Piotrem Sztabą i Andrzejem Głuszkiem w 2010 roku próba wejścia na wybitną, monolityczną turnię Changi Tower (c.6500 m). Nazwa nadana przez Austriaków w 1970 roku podczas ich pierwszego wejścia na pobliski K6 (7281 m). Przez bardzo wiele lat turnia ta wznosząca się nad Lodowcem Lachit była zupełnie niedostępna, a jej nazwa przeniesiona została na inną turnie nad Dolina Nangmah. Wyprawa krakowska choć bez sukcesu, postawiła „milowy krok” w rozpoznaniu drogi dostępu do tej turni i przybliżyła ją środowiskom alpinistycznym.

Changi Tower, źródło: wspinanie.pl

W 2011 roku Klub Wysokogórski Kraków w składzie Maciej Chmielecki, Jakub Gałka, Piotr Picheta i Mikołaj Pudo podejmuje eksplorację otoczenia lodowca Sath Marau Glacier w Zachodnim Karakorum. Lecz nie tylko góry Karakorum stały się celem krakowskich taterników. Jeszcze w 2010 roku zostaje przeprowadzona wyprawa KW Kraków w góry Tien Shan, w mało wyeksplorowaną  a przy tym bardzo ciekawą grupę górską Kokshaal Too. Oktawian Cież, Jakub Gałka, Piotr Picheta, Tomasz Owerko, Mariusz Norwecki i Jakub Wrona dokonują w otoczeniu dotąd nieodwiedzanego Lodowca Dzhirnagaktu 12 wejść szczytowych o wysokościach od 4300 do 5370 metrów.

alt

fot. Jakub Gałka - nasz obóz na lodowcu u podnóża Koti Chok

źródło: Batura Muztagh Pakistan 2011

Zapadnyj Koksaal Tau według atlasu: „The World Atlas” Second Edition, Moscow 1967, a Western Kokshaal – Too  według mapy AMG wydanej przez American Alpine Journal w skali 1:150 000, swoim alpejskim, półpustynnym krajobrazem, surowym klimatem i znaczna dzikością i dużą ilością szczytów nietkniętych stopą ludzką, skłonił krakowskich taterników do ponownego przeprowadzenia tam wyprawy w 2014 roku. Tym razem obierając za cel Pik Kosmos (5942 m) drugi najwyższy szczyt w tej grupie górskiej. Wprawdzie w Rosji komisja badająca wypadek wyprawy rosyjskiej na ten szczyt w 1998 roku, uznała próbę wejścia za pełny sukces, to jednak pozostaje faktem, że wycofującemu się zespołowi pozostało około 100 do 150 m łatwego dość terenu do wejścia na sam szczyt.

Zdjęcie z wyprawy z 2010 roku. Źródło: Pik Kosmos 2014

Wejście na sam wierzchołek jak i rozległość masywu z wieloma możliwościami rozwiązań alpinistycznych na nim, stanowi na pewno bardzo interesujący cel alpinistyczny, wymagający dużego doświadczenia, rozsądku i dojrzałości u uczestników podejmujących takie poważne zadania. Inicjatywa przeprowadzenia tej wyprawy przez członków Klubu Wysokogórskiego Kraków jest bez wątpienia godna uznania i wsparcia przez sponsorów z Regionu Małopolska.

Dla członków wyprawy Pik Kosmos 2014, Jerzy Wala, instruktor alpinizmu – senior.

------------------------------------------------------

Słów kilka o wyprawie

Termin wyprawy

Wyprawa rusza 27.07.2014 i będzie trwać do 01.09.2014.

Cel wyprawy

Pik Kosmos (5940 m), zwany również Pikiem Schmidta, to drugi najwyższy po Piku Dankova szczyt w zachodnim Kokszał Tau. Zlokalizowany jest on w grani głównej pasma, i z uwagi na znaczne trudności w dotarciu do jego podstawy, stanowi poważny cel alpinistyczny. Trudności potęgują również: surowy klimat, brak okolicznych mieszkańców, silne zlodowacenie oraz północna wystawa ściany, którą prawdopodobnie prowadzona będzie akcja górska.

  • Celem wyprawy Kosmos 2014 jest pierwsze wejście w ogóle oraz pierwsze polskie wejście na drugi pod względem wysokości szczyt (w paśmie Zachodniego Kokszał Tau), o nazwie Pik Kosmos (również zwany jako Pik Schmidta; 5942 m).

  • Eksploracja i wspinaczka na dziewicze pięciotysięczniki w grani głównej Kokszał Tau, które z racji potężnego sąsiada (Pik Dankova), i zarazem znacznego od niego oddalenia, prawdopodobnie nie były celem poprzednich wypraw (również celem aklimatyzacyjnym).

  • Sporządzenie dokumentacji zdjęciowej i nakręcenie materiału filmowego.

Uczestnicy i organizatorzy

Wyprawa organizowana jest przez markę odzieżową Climbe (www.climbe.pl) oraz Klub Wysokogórski Kraków (www.kw.krakow.pl). W skład wyprawy wchodzą: Wojciech Anzel, Jakub Gałka, Katarzyna Kowalska, Hubert Lipczyński, Bogumił Pawlak, Piotr Picheta, Radosław Robak.

Strona www wyprawy: www.kosmos2014.kw.krakow.pl

Fan Page wyprawy: https://www.facebook.com/WyprawaKosmos201

Strona wyprawy na google+ :

https://plus.google.com/u/0/b/110794372679972327536/110794372679972327536/posts

Partnerzy wyprawy

  • Jerzy Wala i Piotr Picheta

Kinti Polish Expedition Peru 2014

24 czerwca 2014 startuje wyprawa wysokogórska Kinti Polish Expedition Peru 2014. Dwóch alpinistów z Klubu Wysokogórskiego w Toruniu Jurek Czerniec i Piotr Waloszczyk przez miesiąc będą działać w rejonie Białej Kordyliery w Peru. Celem wyprawy jest zdobycie 5 gór w miesiąc.

Fot. arch. wyprawy

Kolejno alpiniści będą starali się zdobyć: Wallunarahu 5686 m, Artesonraju 6025 m, Alpamayo 5947m, Quitaraju 6036 m drogami o trudnościach od PD (peu difficile – dość trudno, UIAA od II) do D + (difficile – bardzo trudno +, UIAA od IV). Głównym celem wyprawy jest dokonanie pierwszego polskiego przejścia drogi El Escudo ( hiszp. tarcza) o trudności D+ (difficile – bardzo trudno) prowadzącą na najwyższy szczyt Peru –Huascarana nazywanym też Tronem Bogów.

Ponad 40 lat temu w rejonie Cordiliera Blanca działali alpiniści z KW Toruń. Dokonali oni wtedy, między innymi, pierwszego wejścia na dziewiczy pięciotysięcznik nazywając go: Nevado Toruń. Obecnie alpiniści chcą podtrzymać wspaniałe tradycje wspinaczkowe swoich starszych kolegów.

Od początku wyprawy towarzyszyć im będzie Kinti (w jęz. Quechua koliber), który symbolizuje niekończącą się radość oraz nektar życia. To symbol osiągania tego, co wydaje się niemożliwe. Zapraszamy do śledzenia losów wyprawy na facebookowym profilu wyprawy: Kinti Polish Expedition Peru 2014.

  • Jurek Czerniec

Wyprawa We Khan do it !

Wyprawa ma na celu zdobycie szczytu Khan Tengri położonego w paśmie górskim Tien – Szan w północno wschodniej części Kirgistanu. Kwestia jego wysokości jest dyskusyjna - 6995/7010 m, choć umownie wszyscy zaliczają go do siedmiotysięczników. Dodatkowo zdobycie szczytu to warunek otrzymania rosyjskiego wyróżnienia alpinistycznego – Śnieżnej Pantery. Przyznawane jest ono zdobywcom pięciu szczytów siedmiotysięcznych leżących w granicach byłego ZSRR. Wyprawa odbędzie się na przełomie lipca i sierpnia 2014 roku.

Organizatorami przedsięwzięcia są przyjaciele z Lublina działający w ramach Uczelnianego Klubu Turystycznego Mimochodek przy Uniwersytecie Marii Curie – Skłodowskiej w Lublinie.

Wyprawa „We Khan do it” ma specyficzny charakter ze względu na preferowany przez nas styl podróżowania oraz ograniczone możliwości finansowe. Całością organizacji zajmujemy się samodzielnie i nie korzystamy z komercyjnych ofert agencji turystycznych. Przygotowania przed wyprawą obejmują wiele obszarów, począwszy od przejścia niezbędnych szczepień, otrzymania stosownych pozwoleń, planowania tras dojazdowych i ustalenia środków transportu, a skończywszy na takich detalach jak rozplanowanie żywności, z uwzględnieniem jej bilansu kalorycznego i wagi.

Przy organizacji przedsięwzięcia korzystamy zarówno z własnego doświadczenia zdobytego podczas licznych wypraw górskich w Alpy, na Kaukaz czy ubiegłorocznej wyprawy na Pik Lenin jak i z rad zaprzyjaźnionych Ludzi Gór. Dodatkowo ogromną pomocą są dla nas Ludzie Dobrej Woli powiązani z Kirgistanem, których poznaliśmy podczas ostatniego wyjazdu.

Działalność górską w ramach projektu rozpoczniemy od trekkingu przez drugi pod względem długości lodowiec na świecie, świadomie rezygnując z możliwości przelotu helikopterem. Da to nam możliwość zminimalizowania kosztów oraz zapewni możliwość stopniowego aklimatyzowania się. Wejście na szczyt drogą klasyczną niesie ze sobą ryzyko w postaci wysokiego zagrożenia lawinowego, zmiennego uszczelnienia lodowca, trudności technicznych w partiach szczytowych oraz częstych załamań pogodowych.

Z tego miejsca chcielibyśmy podziękować serdecznie wszystkim, którzy umożliwili nam realizacji ubiegłorocznego projektu „Pik Lenin 2013” oraz wierzą w nas ponownie w tym roku. Zapraszamy do odwiedzania naszego fanpage’u na facebooku oraz bloga dokumentującego przygotowania do wyprawy. Wszelkie wsparcie będzie dla nas dodatkowym impulsem do wytężonej, zespołowej pracy. Razem damy radę! We Khan do it ! :)

Blog wyprawy

Fanpage na FB
 

  • Damian

Goryonline.com

Źródła nie znaleziono