Log in
    

Reklama - pod menu głównym, strona główna

25 lat z namiotami Marabut - rozmowa z Karolem Rostworowskim

Kto nie zna namiotów Marabuta? W czerwcu upływa 25 lat od uszycia pierwszego namiotu tej marki. Używa już ich obecnie drugie pokolenie turystów górskich i podróżników. Namioty z charakterystycznym ptasim logiem na boku można spotkać w każdym zakątku globu, wszędzie tam, gdzie są podróżnicy i alpiniści z Polski... Zapraszamy do przeczytania wywiadu z jednym założycieli firmy Marabut - Karolem Rostworowskim.


Kamila Gruszka: W tym roku w Polsce obchodzimy hucznie 25-lecie pierwszych wolnych wyborów i symbolicznego upadku komunizmu w 1989 roku. W tym samym roku Marabut zaczął oficjalnie produkować pierwsze namioty, więc również świętuje swój jubileusz. Można powiedzieć, że prowadzona przez Pana firma jest jedną z najstarszych rodzimych firm z branży outdoor. I tak jak kiedyś „maluchy" w PRL-u zmotoryzowały Polskę, tak Marabut w latach 90. dostarczał Polakom całkowicie nowe technologiczne namioty, zupełnie inne od znanych wcześniej brezentowych budek.

Karol Rostworowski: Można tak powiedzieć. Pierwszy namiot powstał już w roku 1988, na zasadzie "Polak potrafi". Wówczas wszystkiego brakowało, a co dopiero mówić o namiotach. Był to towar deficytowy. Coś takiego jak namiot „igloo” prawie w ogóle nie było znane. Pierwszy nasz model powstał na potrzeby własne i do głowy mi nie przyszło, że może być to początek działalności na większą skalę. Test pra przodek namiotu Marabuta przeszedł podczas wakacji w Bułgarii. Nie ukrywam, że wzbudził na kempingu sensację. Rzeczywiście, w porównaniu z ciężkimi brezentowymi modelami wyglądał jak UFO. To nasunęło myśl, aby z przygody zrobić biznes. Takie zresztą były początki wielu wówczas powstających firm.

Jak wyglądały zatem oficjalne początki biznesowe firmy Marabut?

Dzięki ministrowi Wilczkowi nastąpiła spora liberalizacja przepisów i założenie firmy nie było już działaniem na granicy prawa. Pierwsze namioty produkcyjne powstały już na sezon 1989. W te wakacje zatem mija 25 lat, jak je produkujemy i sprzedajemy. Natomiast aby je wyprodukować, musieliśmy zmierzyć się z całkowitym brakiem na polskim rynku właściwych materiałów do ich wykonania. I tak nasze początki to jakieś nędzne ortalioniki o niskiej wodoszczelności , toporne gumowane podłogi i pałąki ze słabej jakości włókna szklanego. Natomiast nasi klienci i tak byli zachwyceni, bo posiadali coś, czego inni nie mieli. Wiedzieliśmy jednak, że bez nowych technologii i właściwych materiałów zabawa ta zakończy się klapą. Dzięki całkowitemu przypadkowi (Internet wtedy jeszcze nie istniał) nawiązaliśmy kontakt z amerykańskim producentem rurek z włókna szklanego, a poprzez raczkującą koreańską Izbę Handlową w Warszawie z koreańskimi producentami tkanin i akcesoriów. I tak już w roku 1990 bazowaliśmy na właściwych materiałach i technologiach. Rynek polski wówczas ciągle był poza zasięgiem zglobalizowanej gospodarki i Marabut posiadał fantastyczną lukę rynkową do wypełnienia.

Jak ruszyła sprzedaż?

Ruszyła lawinowo. Pierwsza partia namiotów trafiła do sklepów w 1989 roku i zniknęła błyskawicznie, podobnie jak kolejne. Namioty sprzedawały się prawie same. W sezonie nasi odbiorcy niecierpliwie wyrywali jeszcze „ciepłe” namioty prosto z produkcji. Często spotykaliśmy się z próbami przekupstwa, aby dostawa odbyła się szybciej lub żeby otrzymać więcej towaru. Takie były czasy...

Pamiętam, że gdy byłam dzieckiem, namioty „igloo” na obozach harcerskich nazywaliśmy „marabutami”…

Tak właśnie było! Wtedy „Marabut” oznaczał nie tylko firmę, ale również produkt. Przez długi czas kolokwialnie nazywano jakikolwiek namiot igloo „marabutem”. Dla nas był to powód do dumy i świetny marketing. Byliśmy w Polsce pierwsi. Zadziałała zasada „marketingowego pierwszeństwa”, podobnie jak np. w przypadku „ksero”, nazwy pochodzącej od firmy Xerox.

Zdobywaliście rynek i serca polskich harcerzy i miłośników kempingowania. Firma dynamicznie zaczęła się rozwijać...

Tak. Zdobywaliśmy też nowe doświadczenia. Już wtedy odwiedzaliśmy targi outdoorowe we Friedrichshafen. Obecność na liczących się zagranicznych targach outdoorowych owocowała nowymi pomysłami, które potem wprowadzaliśmy do produkcji. Nasze namioty stawały się coraz lepsze. Staraliśmy się też poszukiwać optymalnych form dystrybucji. Sklep internetowy mieliśmy już w 2001 roku. Nie wiem czy nie był to pierwszy, a na pewno jeden z pierwszych sklepów on-line w polskiej branży outdoorowej. Od dwóch lat działa nowa wersja pod adresem www.namioty.marabut.com.

Kiedy firma zaczęła odczuwać dalekowschodnią konkurencję?

Pamiętam jak w połowie lat 90. na zagranicznych targach nasze produkty zaczęły być przedmiotem wnikliwych obserwacji milczących skośnookich panów. Ukryte fotografowanie i robienie odręcznych rysunków na początku mocno nas bawiło, ale jak nasze rozwiązania (opatentowane) zaczęły pojawiać się w chińskich namiotach z marketów sprawa stała się poważna. Parokrotnie natrafiliśmy nawet na przekopiowane fragmenty z naszych katalogów z namiotami umiejscowionymi w krajobrazie okolic Rybnej (miejscowość podkrakowska, gdzie produkowane są namioty Marabuta – przyp. red). Był to początek tego, co obecnie stało się rzeczywistością. Cały rynek namiotowy poza małymi wyjątkami jest zdominowany przez producentów dalekowschodnich. Zjawisko to jest bardzo niepokojące nie tylko z powodu eliminacji europejskich producentów, ale również poprzez wprowadzanie na nasze rynki wyrobów, których jakość po pierwszej próbie kempingowania zniechęca młodego człowieka do tej formy aktywności.

Jak więc radziliście sobie z konkurencją namiotów za „99 zł”?

Z namiotami z Dalekiego Wschodu sprzedawanymi w wielkich sklepach, czasem za mniej niż 100 zł, nasza oferta nie mogła wygrać. W drugiej połowie lat 90. postanowiliśmy zastosować strategie ucieczki do przodu, adresując swój produkt do bardzo wymagającego odbiorcy. Dobra jakość i stosunkowo niska cena sprawiły, że nasze namioty zaczął zabierać w Himalaje i Karakorum Andrzej Zawada. Dzisiaj to może wydawać się niesamowite, ale na zimowych wyprawach na Nanga Parbat w 1997 i 1998 roku używane były namioty Polinezja, dzisiaj raczej traktowane jako namioty typowo letnie. Z kolei pamiętna zimowa wyprawa na K2 Krzysztofa Wielickiego używała już przerobionych na warunki zimowe namiotów Gwinea. Tak zresztą powstał namiot K2 Expedition. Na zdjęciach z ekspedycji, publikowanych w branżowych czasopismach i w relacjach telewizyjnych, produkty Marabuta pojawiły się obok modeli renomowanych zachodnich i amerykańskich producentów. Do rzeszy turystów dotarł komunikat: skoro namiot Marabut sprawdza się w tak ekstremalnych warunkach jak himalajska zima, na polskie góry, w Alpy czy Kaukaz wystarczy w zupełności. Tym bardziej będzie pewny na letnim biwaku nad morzem czy na Mazurach. Rynek „zaawansowanych” turystów w Polsce nadal nie jest tak duży ,jak byśmy sobie tego życzyli, ale dzisiaj na pewno można stwierdzić, że dobrze ugruntowaliśmy swoją pozycje w tej niszy.

Podobno namioty Marabuta używane są też przez… hinduską armię?

Tak, to prawda, choć brzmi kuriozalnie, bo to jakby wozić drzewo do lasu i sprzedawać leśnikom. Swego czasu zrobiliśmy dostawę 1,2 tys. namiotów Poligon 2 do Indii - kraju, który zalewa świat takimi produktami… Podobno nasze namioty służą w wojsku na zapalnym pograniczu hindusko-pakistańskim. Hinduscy generałowie szukali produktów najwyższej jakości, co kojarzyło im się wyłącznie z europejskimi produktami. Tak trafili do nas, bo obecnie jesteśmy już jednym z ostatnich producentów szyjących namioty w Europie, a nie zlecającym produkcję w krajach Dalekiego Wschodu.

Co obecnie jest dla Pana najważniejsze w strategii firmy?

Stawiamy na jakość produktu. Temu poświęca się w firmie najwięcej uwagi. Każdy prototyp przechodzi testy w terenie – mamy swoją drużynę testerów, którzy zabierają nasze namioty w możliwie najbardziej wymagające miejsca. Czasami są używane po kilka miesięcy w podróży lub na najbardziej wymagających wyprawach górskich. Z tych testów wyciągamy wnioski i ciągle poprawiamy nasze modele. Staramy się też uświadamiać naszym odbiorcom, że namiot Marabut nie jest „jednorazowy”. Zanim użytkownik podejmie decyzję o zakupie nowego namiotu, może go naprawić w naszym serwisie. Trafiają do nas często namioty po kilkunastu latach intensywnego użytkowania. Ich właściciele są tak do nich przywiązani, że nie chcą nowych. Wpisuje się to poniekąd w antykonsumpcyjne kampanie widoczne już bardzo wyraźnie na zachodzie Europy i w USA, również w naszej branży. Na przykład amerykańska firma Patagonia w kampanii „Nie kupuj tej kurtki” namawia, żeby dłużej nosić ubrania, nawet jeśli są już zużyte. Promuje siebie poprzez produkowanie użytecznej i bardzo trwałej odzieży, tak by nie było konieczne kupowanie nowych rzeczy zbyt często. Pod tym względem jesteśmy trochę podobni do Patagonii.

Jakie cele stawia sobie obecnie firma?

Ciągle podążać za jakością i być tam, gdzie jest przygoda. Swego czasu w naszym katalogu zwracaliśmy się do naszego użytkownika „Szanowny Poszukiwaczu Przygód”. I tak niech pozostanie: szanujemy naszych klientów i chcemy być tam, gdzie oni szukają przygód.

Życzę zatem wytrwałości i bardzo dziękuję za rozmowę.

  • Kamila Gruszka / Ceneria.pl

Kto jest Kto? - Rafał Sławiński

Rafała chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Świetny alpinista, wspinacz lodowy i mikstowy. W zeszłym roku razem z Ianem Welstedem zdobyli dziewiczy K6 West. Wejście to zostało nagrodzone Złotym Czekanem.

Rafał Sławiński. Fot. Ian Welsted

DG: Data ur. i staż wspinaczkowy?

RS: Urodziłem się w 1967. Wspinam się od wczesnych lat 90-tych. Trudno mi powiedzieć dokładnie od kiedy, bo zaczynałem stopniowo.

Najlepszy OS w drytoolingu, oraz lodzie (Klasycznie-zimowo)?

W drytoolu M11+ (Rocky Mountain Horror Picture Show w znanym Cineplex), ale to było w zamierzchłych czasach (2003) i jeszcze z ostrogami. W lodzie nie wiem, czy kiedykolwiek robiłem więcej niż WI6+. W świeżym lodzie na własnej asekuracji jest to cholernie wymagające.

Najlepsze RP w drytoolu, oraz lodzie?

W drytoolu M12 (Piltdown Man w Haffner i Musashi w Cineplex). Na własnej w lodzie nie istnieje dla mnie pojęcie RP.

Jakie dziaby i raki?

To się zmienia. Obecnie dziaby BD Fuel i raki BD Stinger do 80% mojej wspinaczki.

Sponsorzy?

Arc'teryx, Black Diamond i Scarpa.

Rafał Sławiński na Nachtmahr. Fot. arch. Rafał Sławiński

Najlepsze miejsce na zawodach, meetingach drytoolowych?

Trzykrotnie pierwsze miejsce w Ouray na początku lat 2000. Pierwsze miejsce w Festiglace du Quebec. Obecnie już od ponad 10 lat nie biorę udziału w zawodach.

Jak zacząłeś przygodę z dziabami? Czy najpierw wspinałeś się latem, czy zimą?

Zacząłem, w pewnym sensie od dziab i czekana, bo pierwsze kroki we wspinaczce robiłem na nietrudnych, klasycznych drogach lodowych. Potem techniczne wspinanie w lodzie i skale poszło razem.

Rafał Sławiński na 10 KFG. Fot. Wojciech Lembryk / KFG

Niektórzy zimą wspinają się z musu, bo jest to dla nich alternatywa od sklejki, inni po prostu to lubią. A jaki jest twój ulubiony rodzaj wspinu? Co cię przy nim trzyma?

Lubie wszystko. Ta rozmaitość, od panelu po Karakorum, powoduje, że po blisko ćwierć wieku nadal się wspinam. Ale to prawda, że lubię zimę: lód, mikst, drytool, narty, nawet od czasu do czasu zimowe drogi alpejskie. Co jest dobre, bo zima w kanadyjskich Górach Skalistych, gdzie mieszkam, jest długa.

Co jest dla Ciebie najważniejsze we wspinaczce zimowej? Chęć przeżycia przygody, trudności, klimat zimy, czy może sława i kobiety;) ?

Trochę wszystkie powyższe. Przygoda, zimowy krajobraz i trudne wspinanie w takim otoczeniu.

<a target='_blank'  data-cke-saved-href='http://drytooling.com.pl/baza/ludzie/1060-rafal-slawinski' href='http://drytooling.com.pl/baza/ludzie/1060-rafal-slawinski' title='Rafał Sławiński - Biografia, ciekawostki, dokonania górskie, filmy' class='redlinker'>Rafał Sławiński</a> wspina się mikstowo na kluczowym wyciągu The Peach

Rafał Sławiński w akcji na kluczowym wyciągu Second Go at The Peach

Oczywiście nie możemy uciec od serii pytań w stylu "Naj", czyli jaki jest twój ulubiony rejon drajtulowy? Co ma takiego w sobie, że chcesz tam wracać?

Od paru lat rozwijamy z kolegą nowy ogródek, który nazywamy El Dorado. Nic specjalnego, ale jest "mój" i spędzam tam sporo czasu. Ma dwie zalety: jest blisko, więc mogę tam wyskoczyć nawet na popołudnie i w przeciwieństwie do wielu rejonów, nie ma tam wierconych dziur na dziaby i raki.

Abstrahując od możliwości materialnych, to na jaką górę najchętniej byś pojechał powspinać się? Co takiego ma ona w sobie?

Gasherbrum IV. Chyba jedna z najpiękniejszych i najtrudniejszych gór na świecie.

Rafał podczas prowadzenia lodowego wyciągu na K6 West. Fot. Ian Welsted

Najpiękniejsza droga, którą przeszedłeś? Co złożyło się na to, że zasługuje na to miano?

Trudno powiedzieć, było ich tyle. Z nowych dróg to może DTCB (8 wyciągów, M7) na Mt. Andromeda w Górach Skalistych. Zrobiliśmy drogę od strzału, ale niemal do końca nie mieliśmy pewności czy puści.

Sprzęt wspinaczkowy cały czas ewoluuje, umiejętności wspinaczy rosną. Jak myślisz w jakim kierunku w przyszłości pójdzie wspinaczka mikstowa?

Trudno mi powiedzieć, nie udzielam się za bardzo w najnowszych nurtach. Mam wrażenie, że trudny drytool i zawody odchodzą coraz bardziej od "prawdziwej" wspinaczki. Nie ma w tym nic złego, taka jest natura specjalizacji, ale powołując się na Wojtka Kurtykę, mam nadzieję, że w przyszłości mikst nie ograniczy się tylko do cyfry.

Ulubiony zestaw szpeju, który mógłbyś polecić każdemu?

Jak kto lubi. Jak już wspominałem, poza ogródkami mikstowymi wspinam się na BD Fuel i Stinger, i w butach Scarpa Phantom Guide. Ważne jest, żeby sprzęt dobrze działał w rożnych warunkach.

Sławiński Rafał na Spray ON

Rafał Sławiński w przewieszeniach Spray On. Fot. Rafał Sławiński

Podobno poza wspinaniem istnieją inne zainteresowania... Co najbardziej lubisz robić w wolnym czasie, gdy nie wspinasz się? (odpowiedź "czytam portale wspinaczkowe" nie jest prawidłowa)

Hmm, nie mam za bardzo czasu na inne zainteresowania. Życie rodzinne, praca na uniwersytecie, wspinanie i ot już, czas wypełniony.

Najtrudniejsza górska droga, którą pokonałeś? Jakie czynniki składały się na jej trudności? Zachęcasz, czy odradzasz jej powtórzenie?

Dogleg Couloir, nowa droga na pn. ścianie Mt. Chephren w Górach Skalistych. Dolna część nie jest specjalnie trudna, ale górne kominy oferują wymagający drytool, wyciąg po wyciągu. Mieliśmy kiepskie warunki, bo złapała nas burza śnieżna, ale w lepszych jak najbardziej polecam.

Jaka jest według Ciebie najlepsza rada dla początkujących (i nie tylko) łojantów zimowych.

Zdawaj sobie sprawę z potencjalnych konsekwencji tego co robisz, ale z drugiej strony jak wszystko jest OK to napieraj!

Co sądzisz o wycenach zimowych w Polsce. Czy uważasz, że trzeba by coś w nich zmienić?

Niestety, nie znam się.

Zima się już powoli kończy. Wrzucisz szpej do szafy i wrócisz w skałki. Czy może nie poddajesz się i jeszcze będziesz gdzieś szukał warunków do łojenia?

Pytanie o tyle na miejscu, że za mniej niż dwa tygodnie ruszam na Alaskę [ przyp. red. - Rafał na pytania odpowiedział 19 maja, więc gdy wy to czytacie, to on pewnie łoi ;)].

Seria "Kto jest Kto?"

Maciek  Ciesielski

Marcin  Księżak

Jan  Kuczera

Artur  Paszczak

Marcin "Flower"  Poznański

Jakub  Radziejowski

Marcin  Tasiemski

Wojciech Ryczer

Robert Nejman

Tomasz Klimczak

  • Damian Granowski

Kto jest Kto - Tomasz Klimczak

Dziś przedstawiamy Tomka "Klimasa" Klimczaka. Prawdziwy wyznawca zimy w górach. Zobaczcie co ma do powiedzenia na temat konsumpcjonizmu, Janówka, Tatr, for internetowych i paru innych rzeczy.

Rano na szczycie Tocllaraju 6032 po nocnym przejściu Direty wschodniej ściany D+, Peru. Fot. arch. T. Klimczak

D.G.: Data ur. i staż wspinaczkowy?

Tomek Klimczak: 06.10.1981. 12 lat wspinania

Fot. Maciej Ostrowski / maciejostrowski.com

Najlepszy OS w drytoolingu, oraz lodzie (Klasycznie-zimowo)?

W górach na własnej asekuracji robię M7+ OS. W lodzie jako takim wspinam się rzadko (o ile nie napotkam go w ścianie). Zdarzały się AI5 OS ze słabą asekuracją jednak  nie do końca orientuję się w wycenach lodowych bo nie mam tu dużego porównania. 

Najlepsze RP w drytoolu, oraz lodzie?

Drytoolig uprawiam głównie w podwarszawskim Janówku. Tam ciągle trwa spór o wyceny. O ile mi wiadomo robię M8+/M9 RP. Nigdy nie wspinałem się na tym samym lodospadzie dwa razy więc o RP w lodzie wypowiedzieć się nie mogę.

Jakie dziaby i raki?

Dziaby Nomici a raki Lynx i Stinger. Ważna jest lekkość i precyzja. Raki oczywiście tylko w monopoint.

Podczas przejścia drogi Jeagera ED1 na Chacraraju Oeste w Peru. Fot. Maciej Ostrowski / maciejostrowski.com

Sponsorzy?

Testuję sprzęt Montano

Najlepsze miejsce na zawodach, meetingach drytoolowych?

Nie cierpię zawodów. Zawsze fatalnie wypadam bo tracę koncentrację słuchając okrzyków za plecami. Ponadto wspinając się na obitych drogach nie czuję strachu przed lataniem i działam lekkomyślnie. Zwykle kończy się to spektakularnym odpadnięciem. Nie lubię ponadto rywalizacji i sądzę, że nie mam charakteru zawodnika.

Jak zacząłeś przygodę z dziabami? Czy najpierw wspinałeś się latem, czy zimą?

Zaczynałem od letniego wspinania w skałach. Potem był kurs skałkowy. Kiedy już całkiem nieźle mi szło i robiłem fajny progres, oberwałem na ulicy nożem po lewej ręce. To było w 2004r. Zbir przeciął mi dwa kluczowe nerwy u wspinacza: pośrodkowy i łokciowy. Dopiero rok później udało mi się podnieść kubek lewą ręką. Czucie w lewej dłoni nigdy nie wróciło. Funkcja ruchowa to około 50% przez co mam problem z wpinaniem liny lewą ręką. Nie napnę też frienda i nie osadzę nią kostki. O wymacaniu krawądek mogę zapomnieć. Jedyne co wypracowałem w lewej ręce to mocny małpi ścisk - dobrze nadający się do trzymania dziabki :-).

Na Wielkim Okapie podczas przejścia filara Kazalnicy Mięguszowieckiej. Fot. Maciej Bedrejczuk

Niektórzy zimą wspinają się z musu, bo jest to dla nich alternatywa od sklejki, inni po prostu to lubią. A jaki jest twój ulubiony rodzaj wspinu? Co cię przy nim trzyma?

Kiedy byłem dzieciakiem rodzice zabierali mnie czasem w Tatry na narty. Dobrze pamiętam kiedy za Rabką wyjeżdżaliśmy na wzniesienie i odsłaniał się widok skutych lodem tatrzańskich szczytów. Wyglądały tak groźnie i fantastycznie. Na ten widok od razu zapuszczałem w walkmanie jakiś dobry metal. Łażąc po szlakach pare razy widziałem ludzi z przypiętymi do plecaka czekanami. Nie miałem wtedy pojęcia do czego one służą i co się tam wysoko w górach tak naprawdę dzieje. Przeczuwałem jednak, że dzieje się tam coś bardzo ciekawego i chciałem to kiedyś odkryć

Co jest dla Ciebie najważniejsze we wspinaczce zimowej? Chęć przeżycia przygody, trudności, klimat zimy, czy może sława i kobiety;) ?

Trudne pytanie. Dla mnie wspinanie wielkościanowe jest ucieczką od wszechogarniającego nas konsumpcjonizmu i nadmiaru. Bierzemy maks sprzętu i żelaza, które umożliwią nam pokonanie drogi i minimum tego czego potrzeba nam do życia. Nagle odkrywamy, że można się obyć bez wszystkich wygód cywilizacji ciesząc się kubkiem roztopionego śniegu czy ogrzaniem rąk w śpiworze. Przy dłuższym wspinaniu wytwarza się ponadto wspaniały i unikalny stan umysłu, który jest dla mnie po prostu medytacją.

Wytyczając nową drogę Ursa Major TD+ na nienazwanym wierzchołku 5625m w Afganistanie. Fot. Maciej Ostrowski / maciejostrowski.com

Oczywiście nie możemy uciec od serii pytań w stylu "Naj", czyli jaki jest twój ulubiony rejon drajtulowy? Co ma takiego w sobie, że chcesz tam wracać?

Lubię Janówek. Jest niedaleko Warszawy, można tam dojechać w 30min, potrenować i wrócić na obiad. Ponadto czuję się tam jak w domu i znam na pamnięć niemalże każdy chwyt. Obiłem tam 11 nowych dróg z czego 7 przeszedłem jako pierwszy. Janówek jest fantastycznym narzędziem treningowym i kuźnią mocy niezbędnej do pewnego wspinania w górach.

Podczas załamania pogody, wytyczając nowa drogę White Surf na nienazwanym wierzchołku w Afganistanie. Fot. Maciej Ostrowski / maciejostrowski.com

Abstrahując od możliwości materialnych, to na jaką górę najchętniej byś pojechał powspinać się? Co takiego ma ona w sobie?

Moim marzeniem jest zrobienie trylogii Alpejskiej trzech północnych ścian (Jorassów, Eigeru i Matterhornu). Jak powiedział Ueli Steck: jeśli jesteś alpinistą po prostu musisz zrobić te ściany. To mi wystarczy. Pozycja obowiązkowa. W dalszej perspektywie chciałbym bardzo pojechać kiedyś w dziewicze rejony górskie Karakorum.

Najpiękniejsza droga którą przeszedłeś? Co złożyło się na to, że zasługuje na to miano?

Bardzo podobała mi się droga Długosza na Kazalnicy Mięguszowieckiej. Już na starcie oferuje konkretne trudności i wymusza wspinanie do samego końca. Nie jest przy tym zbyt ekstramalna. Kiedy kończyliśmy ją z Kajmanem księżyc był w pełni i wszystko zalewała kosmiczna poświata. Sanktuarium wyglądało zjawiskowo. Schodząc z wierzchołka nie używaliśmy czołówek. Ściany odbijały światło księżyca jak lustra, aż momentami raziło po oczach. Czułem się wtedy jak na innej planecie.

Sprzęt wspinaczkowy cały czas ewoluuje, umiejętności wspinaczy rosną. Jak myślisz w jakim kierunku w przyszłości pójdzie wspinaczka mikstowa?

Trudno powiedzieć. Na pewno pojawią się nowe uklasycznienia poważnych dróg hakowych w niezłych czasach. Będzie dominował styl fast and light aż do granic rozsądku. 

Kluczowy wyciąg na Superkuluarze, wschodnia ściana Mont Blanc do Tacul. Fot. Maciej Ostrowski / maciejostrowski.com

Ulubiony zestaw szpeju, który mógłbyś polecić każdemu?

Nie ma idealnego zestawu. Jeśli chcesz się wbijać w poważną drogę w górach lepiej wypytaj tych którzy tam już byli, co na nią najlepiej zabrać. Przykładowo robiąc Diretę wschodniej ściany Rysów spodziewaliśmy się trudności A3 jak w schemacie. Na tą okazję zabraliśmy dodatkowe 1.5kg cienkich haków, głównie jedynek.

Niezależnie od porad kolegów zawsze zabieram:

·         4 taśmy 120cm, każda z karabinkiem (wieszam je na klacie)

·         12 ekspresów z cienkich taśm 60cm

·         6-10 różnych haków + młotek

·         Zestaw camów

·         Zestaw kości

·         Kontrfifkę na repie

·         Dwa HMSy i przyrząd

·         Jeśli planuję poruszać się na lotnej: zestaw lekkich krótkofalówek

·         Czołówkę i Kamerkę J

Nie używam szpejarki bo mocniej odciąga od ściany w przewieszeniu.

Podobno poza wspinaniem istnieją inne zainteresowania... Co najbardziej lubisz robić w wolnym czasie, gdy nie wspinasz się? (odpowiedź "czytam portale wspinaczkowe" nie jest prawidłowa)

Nic tak nie angażuje jak dobra jatka na forum :-). A tak na poważnie, lubię latać na paralotni, brzdąkać na pianinie, jeździć motocyklem i… łowić ryby.

Parolotnie w Dolomitach. Fot. arch. T. Klimczak

Najtrudniejsza górska droga, którą pokonałeś? Jakie czynniki składały się na jej trudności? Zachęcasz, czy odradzasz jej powtórzenie?

Niewątpliwie filar Croza na Jorassach. Jego trudności wynikały głównie z braku lodu w kluczowych miejscach wobec czego musieliśmy obchodzić je trudnym technicznie skalnym terenem. Podobno w dobrych warunkach  droga ta oferuje piękne i umiarkowanie trudne wspinanie lodowe.

Jaka jest według Ciebie najlepsza rada dla początkujących (i nie tylko) łojantów zimowych.

Porad napisano już wiele. W moim odczuciu sukces we wspinaniu zimowym jest w dużej mierze zależny od charakteru i nastawienia. Zauważyłem, że wielu młodych wspinaczy próbuje „walczyć z górami” i w efekcie góry walczą z nimi. Przekonani o czyhającym wszędzie zagrożeniu przy pierwszej sposobności biorą nogi za pas. Kiedyś Duduś powiedział mi po kilku głębszych sentencję, która do dzisiaj dźwięczy mi w uszach: „Bo wiesz Klimas, mi zawsze najlepiej wspinało się tego trzeciego dnia w ścianie. Byłem już wtedy rozwspinany i czułem, że góry mnie akceptują, tolerują moją obecność i nie mam się już czego obawiać”.

Wspinanie w przyjemnym alpejskim lodzie. Fot. Maciej Ostrowski / maciejostrowski.com

Co sądzisz o wycenach zimowych w Polsce. Czy uważasz, że trzeba by coś w nich zmienić?

Uważam, że nie mamy się czego wstydzić.

Zima się już powoli kończy. Wrzucisz szpej do szafy i wrócisz w skałki. Czy może nie poddajesz się i jeszcze będziesz gdzieś szukał warunków do łojenia?

Wspinanie zimowe w Alpach kończy się w kwietniu i z powrotem zaczyna we wrześniu. Nie ma więc tragedii i jest czas na roztrenowanie. Dużo jednak zależy od danego sezonu i warunków. Pozostaje mieć nadzieję i trzymać formę w gotowości.

Seria "Kto jest Kto?"

Maciek  Ciesielski

Marcin  Księżak

Jan  Kuczera

Artur  Paszczak

Marcin "Flower"  Poznański

Jakub  Radziejowski

Marcin  Tasiemski

Wojciech Ryczer

Robert Nejman

 
  • Damian

Kto jest Kto? - Robert "Kajman" Nejman

Robert Nejman wspina się od przeszło 34 lat. Kajmana możecie spotkać na różnych forach wspinaczkowych, lecz bynajmniej nie jest typowym "wspinaczem forumowym".  W swoim bogatym życiorysie wspinaczkowym trochę dróg złoił :-).   Zapraszamy do lektury.

Na wierzchołku Dome de Neige (4015 m npm). Fot. arch. R. Nejman

DG: Data ur. i staż wspinaczkowy?

Robert Nejman: 17/11/1962,  zacząłem 34 lata temu (wiosna 1980)

Najlepszy OS w drytoolingu, oraz lodzie (Klasycznie-zimowo)?

Nie wspinałem się sportowo DT poza bunkrami. A tutaj trudno mi o OS. W ogóle mało gdzie wiedziałem jaka jest wycena zimowa.

W Fountaibleau, 2008 rok. Fot. arch. R. Nejman

Najlepsze RP w drytoolu, oraz lodzie?

W DT to D9+ (Gimme the Prize).

Na Równowadze (również część Gimme the Prize). Fot. Andrzej Makarczuk

Jakie dziaby i raki?

Dziaby to Cassin X-Dream (od bunkrów po góry).

Raki: sportowo rakobuty M5/RKS. W górach Darty lub Lynxy.

Sponsorzy?

Żona (własna)

Z rodziną gdzieś w Pirenejach. Fot. arch. R. Nejman

Najlepsze miejsce na zawodach, meetingach drytoolowych?

I miejsce (w zespole z Andrzejem Marciszem) w III Memoriale Andrzeja Skwirczyńskiego 2012. II miejsce na II Manewrach Dryboonkrowych 2012

Jak zacząłeś przygodę z dziabami? Czy najpierw wspinałeś się latem, czy zimą?

Zacząłem się wspinać latem, ale szybko potem i zimą. Trudno jednak ówczesny sprzęt nazwać dziabami (prosty czekan Makalu i Kaziowy młotek lodowy). Po kilku sezonach zimowych, zakończonych przejściem całości Stanisławskiego na Małym Kieżmarskim (w 1 dzień) w 1985 r. miałem 23 lata przerwy we wspinaniu zimowym. Ponownie zacząłem w 2008 i jak na razie notuję ciągły progres.

W pokoiku na stacji Eigergletscher, przed wejściem w pn. ścianę Eigeru. Fot. Andrzej Marcisz

Niektórzy zimą wspinają się z musu, bo jest to dla nich alternatywa od sklejki, inni po prostu to lubią. A jaki jest twój ulubiony rodzaj wspinu? Co cię przy nim trzyma?

Lubię właściwie każdy rodzaj wspinania. Może najmniej buldering. Zima daje najwięcej satysfakcji, lato najwięcej przyjemności w trakcie.

Z Juszą na wierzchołku La Meije po przejściu Directe Allain (6a 800 m). Fot. arch. R. Nejman

Co jest dla Ciebie najważniejsze we wspinaczce zimowej? Chęć przeżycia przygody, trudności, klimat zimy, czy może sława i kobiety;) ?

Tak jakoś się dzieje, że zimowe wspinanie wychodzi mi najlepiej. A co jest najfajniejsze? Chyba klimat wielkiej przygody. Nawet w Tatrach są zimą miejsca i ściany gdzie można się poczuć jak na egzotycznej wyprawie.

Oczywiście nie możemy uciec od serii pytań w stylu "Naj", czyli jaki jest twój ulubiony rejon drajtulowy? Co ma takiego w sobie, że chcesz tam wracać?

Oczywiście Janówek. Nie przepadam za sportowym wspinaniem zimowym i jak już mam czas pojechać gdzieś dalej to wolę na wspinanie górskie.

Na wierzchołku Grand Capucin. Fot. arch. R. Nejman

Abstrahując od możliwości materialnych, to na jaką górę najchętniej byś pojechał powspinać się? Co takiego ma ona w sobie?

Nie tylko możliwości materialnych ale i czasu. Chyba Cerro Torre. Tylko nie wiem czy bym nie zwariował wyczekując na pogodę. Jestem niecierpliwy.

Najpiękniejsza droga którą przeszedłeś? Co złożyło się na to, że zasługuje na to miano?

Mam nadzieję, że jeszcze przede mną. A z dotychczasowych to letnio - Oro e Carbone (7a 400 m) w okolicy Przeł. Gardena za wyrównany ciąg trudności, piękną skałę i ekspozycję, a zimowo chyba Filar Ganku za piękne i przyjemne wspinanie oraz fantastyczną lokalizację.

Świt w pn-zach ścianie Dome de Neige des Ecrins (V+ 1100 m). Fot. arch. R. Nejman

Sprzęt wspinaczkowy cały czas ewoluuje, umiejętności wspinaczy rosną. Jak myślisz w jakim kierunku w przyszłości pójdzie wspinaczka mikstowa?

Kierunek ewolucji wyraźnie widać. Np. przejście Stecka na Annapurnie [przyp. red - patrz news].

Ulubiony zestaw szpeju, który mógłbyś polecić każdemu?

Przede wszystkim camy (BD X4 i większe C4). Rzadko używam kości. Ale do ulubionego zestawu tego każdy dochodzi sam.

Gdzieś w Nago koło Arco. Fot. arch. R. Nejman

Podobno poza wspinaniem istnieją inne zainteresowania... Co najbardziej lubisz robić w wolnym czasie, gdy nie wspinasz się? (odpowiedź "czytam portale wspinaczkowe" nie jest prawidłowa)

Czytam książki. Poza tym lubię większość aktywności na łonie natury. Przez kilka lat (kosztem wspinania) byłem wkręcony w maratony MTB.

Najtrudniejsza górska droga, którą pokonałeś? Jakie czynniki składały się na jej trudności? Zachęcasz, czy odradzasz jej powtórzenie?

Zimą to Długosz na Kazalnicy (trudny mikst przy dosyć trudnej asekuracji). Zdecydowanie polecam. Latem to pomyłkowo zrobione Via dell Pilastro na Civetcie (VIII-, 1000 m) ze Zbyszkiem Krośkiewiczem. Pomimo, że mało tam prowadziłem to ciężko tę przygodę przeżyłem. Drogę polecam, ale raczej do świadomego przejścia.

Kajman na trawersie Hinterstoissera w pn. ścianie Eigeru. Fot. Andrzej Marcisz

Jaka jest według Ciebie najlepsza rada dla początkujących (i nie tylko) łojantów zimowych.

Nie dać się ubić. Po kilku sezonach powinno już być lepiej.

Co sądzisz o wycenach zimowych w Polsce. Czy uważasz, że trzeba by coś w nich zmienić?

Warunki zimą są na tyle zmienne, że wyceny wydają mi się mało istotne. Przy bardziej znanych drogach wystarczy jej nazwa i już wiemy o co chodzi. Przy mniej znanych, podanie trudności często niewiele mówi.

Na biwaku na lodowcu pod Mt. Blanc. W tle Dent de Geant. Fot. arch. R. Nejman

Zima się już powoli kończy. Wrzucisz szpej do szafy i wrócisz w skałki. Czy może nie poddajesz się i jeszcze będziesz gdzieś szukał warunków do łojenia?

Dla mnie sezon zimowy jeszcze się nie skończył. W najbliższym czasie chciałbym jeszcze wrócić do Grindelwaldu.  Poza tym, na Bunkrach zostały mi do kompletu jeszcze 2 drogi, a forma jest coraz lepsza. Ale wkrótce czas zacząć przygotowania do lata.

Seria "Kto jest Kto?"

Maciek  Ciesielski

Marcin  Księżak

Jan  Kuczera

Artur  Paszczak

Marcin "Flower"  Poznański

Jakub  Radziejowski

Marcin  Tasiemski

Wojciech Ryczer

  • Damian Granowski

Kto jest Kto - Wojciech Ryczer

Kilka lat temu przeprowadziłem cykl wywiadów/formularzy pt. "Kto jest Kto", mający na celu przybliżenie szerszemu gronu, paru łojantów, którzy działają zimą z dziabami. Można powiedzieć, że wracam do tematu ;). Na pierwszy ogień zapraszam do lektury pytań do Wojtka Ryczera + kilka fotek jego autorstwa. Zaręczam, że warto.

Fot. Maciej Ostrowski

Data ur. i staż wspinaczkowy?

20.03.1980. 14 lat

Najlepszy OS w drytoolingu oraz lodzie (Klasycznie-zimowo)?

M7+, w lodzie WI5+.

Wspinanie lodowe w Cogne

Wspinanie lodowe w Cogne. Fot. Wojciech Ryczer

Najlepsze RP w drytoolu, oraz lodzie?

Nie wstawiałem się do tej pory w próby RP z dziabami. Jakoś się tak układa, że zimowo wspinam się głównie w górach na drogach o wycenie w zasięgu OS. Wyjątkiem są imprezy środowiskowe, które cenię sobie za nutę sportową oraz aspekt towarzyski, tam również rządzi OS.

Jakie dziaby i raki?

Aktualnie Switche, X-Monstery, jeden skrócony Nomic, dwie wyścigowe dziaby kompozytowe o bardziej klasycznej geometrii. Raki to G14 Grivela na monopoincie, para pod lód i para pod mikst, G12 w Alpy.

Vallot po Freneyu
 
W schronie Vallot, po przejściu Freneya. Fot. Michał Dziedzic

Sponsorzy?

Himountain

Najlepsze miejsce na zawodach, meetingach drytoolowych?

Trzy razy trzecie miejsce.

Jak zacząłeś przygodę z dziabami? Czy najpierw wspinałeś się latem, czy zimą?

Zacząłem od wspinania letniego - kursu skałkowego i taternickiego w kolejnym sezonie. Następnej zimy przyszedł czas na pierwsze drogi z dziabami.

Orzeł z Epiru
 
Orzeł z Epiru. Fot. Wojciech Ryczer

Niektórzy zimą wspinają się z musu, bo jest to dla nich alternatywa od sklejki, inni po prostu to lubią. A jaki jest twój ulubiony rodzaj wspinu? Co cię przy nim trzyma?

Jest to trudne pytanie. Na pewno na pierwszym miejscu jest klasyczne wspinanie wielo-wyciągowe, związane z pewnym wyizolowaniem od cywilizacji, ładnymi widoczkami i koncentracją cyfry na więcej niż jednym wyciągu. Pora roku nie ma większego znaczenia.

Filar Leporowskiego
 
Wojtek na Filarze Leporowskiego. Fot. Maciej Ostrowski / maciejostrowski.com

Na chwilowe preferencje i motywację, poza znudzeniem określonym typem wspinania, mają również wpływ różne przyziemne ‘pracowe’ sprawy, bywa więc że mam ochotę na piłowanie letniej cyfry w skałach.

Co jest dla Ciebie najważniejsze we wspinaczce zimowej? Chęć przeżycia przygody, trudności, klimat zimy, czy może sława i kobiety;) ?

Obecność w zimowych górach w piękny dzień, oraz długa wielo-wyciągowa górska cyfra dla własnej satysfakcji. Chęć przeżycia przygody również. Klimat raczej zniechęca.

Pik Plaza w Kirgistanie
 
Na szczycie Pik Plaza w Kirgistanie. Fot. Rafał Zając

Oczywiście nie możemy uciec od serii pytań w stylu "Naj", czyli jaki jest twój ulubiony rejon drajtulowy? Co ma takiego w sobie, że chcesz tam wracać?

Moim ulubionym rejonem drytoolowym jest jura, ale wspinam się tam wyłącznie letnio ;).

Abstrahując od możliwości materialnych, na jaką górę najchętniej byś pojechał powspinać się? Co takiego ma ona w sobie?

Chciałbym pojechać na przepiękną dziewiczą górę w dzikim miejscu, na wyprawę bez ograniczeń czasowych. Idąc na kompromis, zadowoliłoby mnie kilka lat w tybetańskich prowincjach Chin ;), w partiach pięcio i sześcio tysieczników.

Najpiękniejsza droga, którą przeszedłeś? Co złożyło się na to, że zasługuje na to miano?

Ciężko wskazać jedną. Z dróg letnich wytypowałbym „Tout va mal” na Aigule de Roc, za zrównoważony ciąg trudności, scenerię oraz urodę piku. Wytypowałbym również Filar Freney na Mt Blanc Courmayer, za wyizolowanie, długość tury oraz piękne wspinanie na wyciągach skalnych w partii świecznika. Niestety, konieczność targania wora odbiera sporo z przyjemności wspinania klasycznego, degradując moim zdaniem urodę dróg kilkudniowych. Bardzo miło wspominam przejście Filara Walkera, ale byliśmy tam w trójkę, wiec prowadzący miał trochę lżejszy plecak.

Filar Freneya
 
Wspinanie na Filarze Freney'a. Fot. Wojciech Ryczer

Odnośnie dróg zimowych. Według mnie istota występowania warunu ma wpływ na urodę - droga o ulotnych warunkach i pięknej linii wygra w moim w rankingu. Na pierwszym miejscu postawiłbym Łapę na Kazalnicy, za zimową linię, całkiem czujne i rozciągnięte trudności oraz właśnie za wrażliwość na warun - ze względu na wyciąg w górnym kominie.

Sprzęt wspinaczkowy cały czas ewoluuje, umiejętności wspinaczy rosną. Jak myślisz, w jakim kierunku w przyszłości pójdzie wspinaczka mikstowa?

Kierunek rozwoju pozostanie ten sam, w przypadku wspinania alpejskiego: większe trudności pokonywane szybciej, czyli trudniejsze drogi w lepszym stylu. W przypadku drytoolu, poprzez analogię do wspinania sportowego: precyzyjniejsze i bardziej dynamiczne ruchy, bardziej wytrzymałościowe drogi.

Ulubiony zestaw szpeju, który mógłbyś polecić każdemu?

Szpej jest wyłączenie narzędziem, czynienie rekomendacji w oderwaniu od przeznaczenia jest bez sensu. Inny będzie zestaw na drogi tatrzańskie letnie bądź zimowe, inny na alpejskie wielowyciągówki. Bardzo różne są również indywidualne preferencje, np. bardzo lubię korzystać z kości, wiec często zabieram nadkomplet.

Podobno poza wspinaniem istnieją inne zainteresowania... Co najbardziej lubisz robić w wolnym czasie, gdy nie wspinasz się? (odpowiedź "czytam portale wspinaczkowe" nie jest prawidłowa).

W wolnych chwilach zajmuje się zwykle fotografią, konkretniej obróbką materiału z wyjazdów wspinaczkowych. Straszna nuda ;). Lubię sobie również mechanicznie podłubać przy szpeju wspinaczkowo-rowerowym w garażu.

Najtrudniejsza górska droga, którą pokonałeś? Jakie czynniki składały się na jej trudności? Zachęcasz, czy odradzasz jej powtórzenie?

Filar Ganku wariantem Waloszczyka. Trudności, głównie natury psychicznej, wynikały ze słabego warunu lodowego na jednym z wyciągów. Wspinanie było bardzo czujne, asekuracja rzadka i słaba. Jak na to patrzę z perspektywy kilku miesięcy, to należało się grzecznie wycofać na klasyczną linię. Ogólnie odradzam podejmowania prób przejścia dróg lodowych bez lodu ;). Chwała żadna, a może boleć dłużej niż kilka dni.

Filar Ganku
 
Wojtek na Wariancie Waloszczyka. Fot. Maciej Ostrowski / maciejostrowski.com

Jaka jest według Ciebie najlepsza rada dla początkujących (i nie tylko) łojantów zimowych.

Wspinanie zimowe jest znacznie mniej wdzięczne od letniego. Ten ból zimowej egzystencji może złagodzić sprawny partner - mocny i szybki. Niestety dobrze by było się z nim świetnie rozumieć, dogadywać, co niestety bywa trudniejsze od ogarnięcia tempa i cyfry.

Co sądzisz o wycenach zimowych w Polsce. Czy uważasz, że trzeba by coś w nich zmienić?

Trudności górskie zawsze były i będą obarczone dużym błędem. Wiąże się to, nawet w przypadku jednego wspinacza, z dużymi wahaniami dyspozycji na przestrzeni dni bądź sezonów. Dochodzi czynnik niskiej frekwencji – są drogi, które na kolejne powtórzenie czekają po kilka lat – ciężko więc o sensowna bazę do porównań. Dodatkową wisienką na torcie, w przypadku wycen zimowych, są kwestie warunku śnieżno-lodowego oraz temperatury.

Dobrze byłoby w końcu przestać bić pianę wokół tematu i cierpliwie budować bazę wycen w jednej skali :-), najlepiej M, lub przynajmniej utrzymać stan bieżący: skala M dla dróg obitych, skala tatrzańska (cyfry arabskie) dla przejść na własnej, choć uważam, że utrzymywanie dwóch skal jest mylące.

Zima się już powoli kończy. Wrzucisz szpej do szafy i wrócisz w skałki. Czy może nie poddajesz się i jeszcze będziesz gdzieś szukał warunków do łojenia?

Muszę przyznać, że nie mogę się doczekać wspinania w ciepłej skale. Sezonowość we wspinaniu ma dla mnie duży sens: mniej kontuzji, inny wysiłek, brak nudy, również – po prostu – bardzo lubię letnie wspinanie.

Galeria zdjęć

  • Autor: Maciej Ostrowski / maciejostrowski.com
  • Autor: Maciej Ostrowski / maciejostrowski.com
  • Autor: Wojciech Ryczer
  • Autor: Wojciech Ryczer
  • Autor: Michał Dziedzic
  • Autor: Wojciech Ryczer
  • Autor: Fot. Wojciech Ryczer
  • Autor: Wojciech Ryczer
  • Autor: Wojciech Ryczer
  • Autor: Maciej Ostrowski / maciejostrowski.com
  • Autor: Maciej Ostrowski / maciejostrowski.com
  • Autor: Wojciech Ryczer
  • Autor: Rafał Zając
  • Autor: Fot. arch. Wojciech Ryczer

Na koniec kilka informacji o Wojtku

Wojciech Ryczer, Klub Wysokogórski Warszawa, Uniwersytecki Klub Alpinistyczny

Rocznik 80. Podstawę jego egzystencji stanowią wspinanie i fotografia.

Wspina się od 2000 roku. Jest autorem wartościowych letnich oraz zimowych przejść w rejonach sportowych i górskich. Wspinał się w Tatrach, Alpach, górach Kaukazu (grań zachodnia Dych Tau 5204m n.p.m) oraz dwukrotnie w Tien Shan (Khan Tengri 7010m n.p.m drogą normalną). Do alpejskich osiągnięć Wojtka należą drogi w masywie Mont Blanc: Droga Cassina na Grandes Jorasses (lipiec 2006), Ginat na Les Droites (marzec 2009), Droga Długosz-Bonington-Clough-Whillans na Filarze Freney (sierpień 2012). W 2009 roku otrzymał wyróżnienie w Kolosach oraz nominację do już nieistniejącej nagrody 'Jedynka' za wytyczenie drogi 'Nordic Walking' na dziewiczym szczycie Granitsa 5370m n.p.m. w odległym łańcuchu górskim Zachodni Kokszał-Tau w Kirgizji.

Fotografuje pasję. Jest między innymi autorem kalendarza wspinaczkowego 2009 KW Warszawa, zdjęć w katalogach HiMountain, oraz zdjęć w wielu innych publikacjach.

Strona Wojtka www.wojciechryczer.com

Źródło: himountain.pl

Seria "Kto jest Kto?"

Maciek  Ciesielski

Marcin  Księżak

Jan  Kuczera

Artur  Paszczak

Marcin "Flower"  Poznański

Jakub  Radziejowski

Marcin  Tasiemski

  • Damian Granowski

Artur Hajzer: Program Polski Himalaizm Zimowy rozwija się dzięki poparciu społecznemu – głównie z tego powodu nie zrezygnowałem już jakiś czas temu

Już to pisałam, ale powtórzę. Historia Polskiego Himalaizmu Zimowego jako programu sportowego zaplanowanego na lata 2010-2015 to sinusoida. Raz jest on ekstremalnie chwalony i doceniany, raz miażdżąco krytykowany. Po przełomowym sukcesie na Gasherbrumie I każdy był fanem himalaizmu zimowego, po Broad Peaku każdy był jego znawcą i sędzią. Ja z pewnością należałam do fanów, wręcz wyznawców, tej polskiej zimy w Himalajach i Karakorum. Potem ciężko znosiłam kolejne wiadomości z Broad Peaku – opisywanie tych wydarzeń na bieżąco było jak zły sen. Łatwo było się obrazić na rzeczywistość, bo nie tak się umawialiśmy. Nie zazdrościłam też decydowania o dalszych losach programu. Gdy kolejna wyprawa wyruszyła na Dhaulagiri, zrozumiałam, że program będzie kontynuowany, ale jest już inaczej.

Artur Hajzer. Fot. arch. polskihimalaizmzimowy.pl

Polski Himalaizm Zimowy był programem, w którym odnajdowali się nie tylko jego uczestnicy, nie tylko młodzi, aspirujący wspinacze, ale i Polacy – dość gromadnie zapragnęli, aby Euro 2012 rozciągnąć na góry najwyższe. Tragedia na Broad Peaku pokazała jednak, że himalaizm zimowy to nie piłka nożna, więcej wymaga nie tylko od zawodników, ale także od kibiców – przede wszystkim zrozumienia wpisanego w nią ryzyka. Himalaizm zimowy zależy od poparcia społecznego – uważa Artur Hajzer, któremu mogłam zadać nurtujące mnie pytania. Wciąż nie jestem pewna, czy to poparcie społeczne to tylko odruchowa reakcja na sukces/porażkę? Czas pokaże.

A czy było warto? Czy jest warto? – to już pytania, na które każdy musi sobie odpowiedzieć sam.

Trwa właśnie organizowana w ramach PHZ wyprawa na Dhaulagiri (8167), przyznam, że była dla mnie zaskoczeniem…

Wniosek i formalności związane z tą wyprawą zostały złożone przed 15 listopada 2012 roku co udokumentowane jest w odpowiedniej zakładce na stronie PZA. Wyprawa była zaplanowana niemal z półrocznym wyprzedzeniem, jak wszystkie wyprawy unifikacyjne programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015. Warto mieć świadomość logistyki wyprawowej. Najgorszą interpretacją byłby pomysł, że to po Broad Peaku nagle skrzyknięto wspinaczy, żeby jechali na prosty cel – Dhaulagiri. Nie jest to ani pomysł zrodzony ad hoc, ani też prosty. Przez ostatnie pięć lat Dhaulagiri atakowało około 30 Polaków, weszła trójka: Kinga Baranowska, Robert Szymczak i ja. Na niej zginął Piotr Morawski. Góra jest bardzo wymagająca i niebezpieczna, szczególnie w kopule szczytowej, więc nie pomniejszajmy wysiłku wyprawy unifikacyjnej. Trzeba trzymać za nich kciuki, bo przed nimi duże zadanie do wykonania.

To wyprawa wiosenna, która na szczyt planuje wejść drogą normalną, biorą w niej udział w przeważającej liczbie doświadczeni himalaiści – jakie jest więc jej znaczenie dla programu stawiającego na himalaizm zimowy, zwłaszcza w wykonaniu młodych?

Początek poręczówek na 6700 m. Fot. Piotr Tomala/PHZ

Wyprawa na Dhaulagiri jest dla mnie ważna ze względu na dwie postaci, są nimi Piotr Tomala i Jacek Żyłka Żebracki. Bacznie przyglądam się też Agnieszce Bieleckiej. Celem jest zunifikowanie, standaryzowanie, wymiana doświadczeń, ale też po prostu przetestowanie tej trójki uczestników w ramach PHZ. Program potrzebuje więcej utalentowanych wspinaczy. Do tej pory przeszło przez niego około 35 uczestników i ciągle jest tak, że na K2 zimą nie mamy składu – nawet gdyby do Adama Bieleckiego i Artura Małka dołączył Janusz Gołąb, to wciąż mało. Potrzebujemy od 6 do 8 wspinaczy tej klasy. Letnie wyprawy unifikacyjne stwarzają więc szanse młodym wspinaczom, których nie byłoby stać na wyjazd w góry wysokie. Zaledwie dwóch nowych uczestników programu na wyprawie na Dhaulagiri to niewiele, ale od początku zdawaliśmy sobie sprawy, że – przepraszam za słowo – zasoby ludzkie są najbardziej miękkim punktem tego programu. Gdy program powstawał wszyscy pukali się w czoło, kim te ośmiotysięczniki zimą mają być zdobyte. Wiadomo było, że jest luka pokoleniowa i nie ma zawodników. Zarówno sam program, jak i letnie wyprawy unifikacyjne są po to, żeby tę lukę stopniowo zapełniać.

Poza Piotrem i Jackiem, którzy na wyprawie są unifikowani, czyli testowani w górach wysokich, w składzie znalazło się wiele znanych nazwisk – jak wytłumaczysz ich obecność? Chyba nie wysłałeś ich na wysokogórskie wakacje na koszt programu?

Ta wyprawa jest zorganizowana przede wszystkim dla „młodych” – nowych twarzy. To główni beneficjanci skromnego dofinansowania, jakie wyprawa ma, ale nawet oni nie otrzymali 100-procentowego dofinansowania. Jeśli na pierwszy rzut oka ktoś ocenia, że współczynnik młodych uczestników wypada słabo na tle doświadczonych wspinaczy i uważa, że w związku z tym należy krytykować organizację, to znaczy, że nie zna realiów finansowo-logistycznych wyprawy, a zwłaszcza tego, jaki jest udział własny poszczególnych uczestników – co zrozumiałe, choć na stronie PZA zakładka na ten temat jest. Jeśli chodzi o realizowanie założeń programu PHZ to mamy trzech uczestników podlegających na wyprawie unifikacji, jednego kierownika na „pełen etat” (zwrot kosztów) w osobie Jerzego Natkańskiego i na „pół etatu” pomagającego mu Darka Załuskiego. Reszta pojechała w 90-procentach za swoje i gdyby nie pojechała byłoby dla tej wyprawy tylko gorzej – drożej, a przede wszystkim mniej bezpiecznie. Wsparcie doświadczonych wspinaczy jest tu ważne.

Kwestionowano także sportowy charakter tej wyprawy? Czy poprzeczka nie została zbyt obniżona?

Stopień trudności musi być dobrany do możliwości zespołu. Mamy już różne doświadczenia. Wcześniej wydawało mi się, że drogą normalną na ośmiotysięcznik nie można nie wejść. Zwłaszcza gdy pomyśli się o poziomie naszego wspinania z lat 80., jawiło się to jako minimum wszystkich minimów. Tymczasem wyprawa na Makalu nauczyła nas, że kiedy nie ma innych wypraw w okolicy i działamy bez Szerpów i bez tlenu, nawet to może być za trudne. Makalu to był najwyższy stopień trudności, na jaki wyprawa unifikacyjna może sobie pozwolić i z tego stopnia schodzimy. Mamy do czynienia z pewną schizofrenią. Krytycy z jednej strony domagają się większej wagi sportowej wypraw unifikacyjnych – taką wagę miało Makalu – a z drugiej zapewnienia maksymalnego bezpieczeństwa. Gdy po wydarzeniach na Makalu, chłopcy dostali wsparcie Szerpów podczas kolejnej wyprawy – na Lhotse – też pojawiła się krytyka, że obniżamy współczynnik sportowości. A z drugiej strony głosy, że znowu jedziemy na wysoki ośmiotysięcznik. Widać wszystkich się nie zadowoli. Tak czy owak: albo albo. Na szczęście jest coś innego, co dyktuje dobór trudności na wyprawach unifikacyjnych – nie próbuję przypodobać się komentatorom tylko oceniam realne możliwości uczestników i do nich dostosowuję cel. Na Lhotse było wsparcie Szerpów, na Dhaulagiri mamy więcej nestorów. W tej chwili nie mamy w ramach programu uczestników gotowych na nowe drogi. Dzięki wyprawom unifikacyjnym na takim poziomie jest Adam Bielecki, zbliżył się Artur Małek i na pewno stać na to Janusza Gołębia. Ale oni są jedynymi Polakami na dziś z takim potencjałem, a przed programem PHZ nie było nikogo kto mógłby myśleć o atakowaniu nowej drogi na 8000 m.

Ciekawy jest także udział siostry Adama, Agnieszki Bieleckiej. Nie chcesz chyba powiedzieć, że na ośmiu tysiącach zimą liczy się parytet czy równouprawnienie?

Tak, to jest parytet. Udział w programie Agnieszki, i każdej kobiety, jest dla mnie bardzo ważny. Zawsze deklarowałem, że jestem otwarty na uczestnictwo kobiet na moich wyprawach i tak jest. Uważam, że zarzuty, że kobiet nie powinno być w programie, ponieważ i tak nie wejdą na ośmiotysięcznik zimą, są niesłuszne. Najbardziej zmotywowanym uczestnikiem wyprawy Nanga Parbat 2010 była Ola Dzik, a na jesiennej wyprawie na Lhotse podobnym hartem wykazała się właśnie Agnieszka Bielecka, która „przeszła” wszystkich, nawet Bołotowa. Przypomnijmy, że kobieta stała już zimą na ośmiotysięczniku. W 1993 roku zimą zdobyła Cho Oyu Szwajcarka, Marianne Chapuisat. Zimą 2012/13 dzielnie atakowała Nangę Parbat w stylu alpejskim z dobrymi postępami Francuzka Elizabeth Revol. Nawet jeśli teraz nie jest jeszcze powszechne to, że kobiety biorą udział w zimowych wyprawach na ośmiotysięczniki – dożyjemy takiego czasu za dekadę lub trochę dłużej. Obecnie – z pewnym opóźnieniem wobec mężczyzn – kobiety coraz częściej kompletują Koronę Himalajów. Niewykluczone, że już wkrótce zaczną rywalizować między sobą o pierwsze kobiece wejścia zimowe. Dobrze by było, gdybyśmy byli już wtedy krajem, który ma w swojej kadrze dziewczyny, które o himalaizm zimowy się otarły, a być może wiodą w nim prym.

Zawsze wydawało mi się, że w Polsce nie brakuje himalaistów, a zwłaszcza aspirujących himalaistów, którzy mogliby robić ambitne cele, a problemem są finanse. Ty kreślisz inny obraz: finanse są drugorzędne wobec tego, że jednak tych młodych himalaistów i himalaistek wcale aż tylu nie ma.

To prawda. Może dziś nie jest to już aktualne, ale generalnie można powiedzieć, że pieniądze są/były a ludzi jest/było brak. Dokonajmy rachunku matematycznego i podliczmy polskich himalaistów. A przede wszystkim zdefiniujmy ich. Według mojej definicji himalaista to taki wspinacz, który w ciągu ostatnich pięciu lat wszedł na więcej niż jeden szczyt ośmiotysięczny bez tlenu. Na tej liście będzie 5 nazwisk – Robert Szymczak, Paweł Michalski, Artur Hajzer, Kinga Baranowska, Adam Bielecki – a tych, co zdobyli w ogóle ośmiotysięcznik choć jeden bez tlenu dochodzi jeszcze dziewiątka i są to: Darek Załuski, Ola Dzik, Adam Ciućka, Jacek Teler Romuald Palma, Tomasz Wolfart, Marcin Kaczkan, Janusz Gołąb i Artur Małek. Kilkanaście osób, ale większość z nich skupia się na innych niż sportowe celach. Kinga realizuje własny projekt, Robertowi urodziła się córka i ma inne priorytety, Jacek organizuje wyprawy komercyjne i działa poza PZA, Paweł też realizuje własne cele, co do Tomka nie wiadomo, czy będzie wracał w góry wysokie, Ola nie myśli o 8 tysiącach zimą, zaś Romuald jest bardzo mocnym, ale amatorem. W końcu ja i Darek Załuski jesteśmy nestorami.

Zrobienie takiej listy bardzo otwiera oczy i pokazuje, że co jak co, ale potęgą himalaizmu to my aktualnie nie jesteśmy. Proszę mi powiedzieć, kto oprócz Adama Bieleckiego, Janusza Gołębia czy ewentualnie Artura Małka może pojechać na 8000 m nową drogę? Moim zdaniem prawie nikt. Na podnoszenie współczynnika sportowości przyjdzie czas, na tym etapie i z tymi ludźmi, których w ramach PHZ możemy zabrać w góry najwyższe najważniejsza jest unifikacja. I będę to podkreślał: albo wyprawa unifikacyjna albo sportowa. Niech się najpierw wykażą na normalnej drodze na ośmiotysięczniku, dopiero później przyjdzie czas na następny krok. A w międzyczasie – będziemy obserwować każdy ich ruch. Po trzech latach działania programu mogę powiedzieć, że wejście na ośmiotysięcznik bez tlenu nie jest czymś umniejszającym, jest trudnym zadaniem.

Żyjemy w innych czasach. W ogóle wspinaczy porywających się na nowe drogi i cele sportowe w skali świata jest około dziesięciu, maksymalnie kilkunastu. Wyprawy sportowe stanowią może ok 2% wszystkich wypraw w ogóle. Więc proponowanie wyprawom unifikacyjnym PZA atakowanie celów bardziej sportowych jest pomysłem zupełnie kosmicznym. Zobaczmy na portalu explorersweb opis tego, co dzieje się na Dhaulagiri w tym sezonie. Tylko Katalończycy i my napieramy bez tlenu!

Tylko, że na tle dokonań z lat 80. „bez tlenu” nie robi chyba dzisiaj w Polsce wrażenia…

Intencją PHZ w jakimś sensie jest oderwanie się od stylu wspinania lat 80. Żyjemy w XXI wieku i trudno jest akceptować styl lat 80. – szczególnie liczbę wypadków. Ja sam miałem 15-letnią przerwę we wspinaniu – jak piszę w mojej książce „Atak Rozpaczy” – bo nie było i nie ma mojej zgody na czarną serię śmierci z tamtych lat. Wyprawy PHZ są przygotowywane zupełnie inaczej, podchodzimy do zagadnienia bardziej metodyczne, pod lupą jest każdy element przygotowania wyprawy. Niezwykle istotnymi są szkolenia z zakresu medycyny wysokogórskiej, zagadnienia łączności i sprzętowe, przygotowanie sportowe, programy treningowe itd. Program PHZ wypracował swój kodeks zasad, które podczas wypraw unifikacyjnych zdają egzamin.

Jedną z takich zasad jest zasada „klepnięcia siódemki”. To znaczy, że nie atakujemy szczytu jeżeli w poprzednim wyjściu nie została osiągnięta wysokość co najmniej 7000 m. I podczas wyprawy na Manaslu wiosną 2012 roku kierownik nie wydał zgody na atak – i bardzo dobrze – wyprawa wróciła do Polski bez sukcesu – i bardzo dobrze – za to wszyscy wrócili cali i zdrowi . Czynienie z tego zarzutu,że podczas wyprawy unifikacyjnej nie osiągnięto szczytu jest niepoważne. Inna ekipa w tym samym czasie co prawda weszła na szczyt, ale właśnie dlatego że poszła „na skróty” – bez aklimatyzacji i przy użyciu aparatury tlenowej – jeden z jej uczestników – Irańczyk – zginął w zejściu. Więc to chyba nie jest przywoływanie przykładu dobrego do naśladowania.

Co się dzieje z zawodnikami, którzy brali udział w wyprawach unifikacyjnych, ale nie weszli później w skład wypraw zimowych? Czy stanowią jakąś grupę rezerwową?

W tym miejscu warto podkreślić, że choć PHZ wynalazł – jak to mówią w mediach czy Piotr Pustelnik czy Aleksander Lwow – „tylko” jeden ewidentny talent w osobie Adama Bieleckiego, to oprócz tego ewidentnego talentu potwierdzenie swojej światowej klasy znalazł Janusz Gołąb, a dobrze zapowiada się Artur Małek. Jednak ja nie tylko o tym chciałem Chciałbym podkreślić, że PHZ wykształcił i wyłonił zawodników drugiej linii, których można „rzucić” bez żadnych obaw na każdy front jako „grupę wsparcia” czy „żołnierzy” „drugiej linii” (przepraszam bardzo za tę wojenną terminologię) i którzy zawsze sobie poradzą , dużo wniosą, pomogą, nie zawiodą choć niekoniecznie wezmą udział w ataku szczytowym. Są to Marcin Kaczkan, Rafał Fronia, Krzysztof Starek, Kacper Tekieli, Adam Ciućka, Ola Dzik, Agnieszka Bielecka, Mateusz Zabłocki, Tomek Chwastek, Andrzej Bargiel. Jest też talent w osobie Roberta Szymczaka, który nie brał udziału w ostatnich wyprawach z powodów osobistych – urodziła mu się córka.

Przez te trzy lata odbyło się kilka wypraw, które zapadły w pamięć.

Modelową była wyprawa na Nanga Parbat w 2010 roku. Grupa sama zaporęczowała drogę, sama przebywała w masywie, a na szczycie stanęło trzech uczestników. Super wyczynem było wejście Adama Bieleckiego przy wsparciu Marcina Kaczkana na K2. Pokazali klasę. Wyprawa na Makalu nie skończyła się tak, jakbyśmy chcieli, ale byłbym bardzo ostrożny z używaniem słowa tragedia. Wiem, że tego określenia na pewno nie akceptuje Tomek Wolfart, który był na wierzchołku. Na pewno sukcesem Makalu była sprawnie zorganizowana przeprowadzona akcja ratunkowa i to, że skończyło się tylko na odmrożeniach. Zespół dał sobie radę i zdał egzamin. Gasherbrum I to oczywista oczywistość, sukces sukcesów. Jesień 2012 na Lhotse wyłoniła nowego, mocnego zawodnika – Artura Małka.

Pojawiały się głosy, że na Lhotse nie powinno być nocnych ataków.

Szczerze mówiąc nie rozumiem tych głosów, ponieważ nocne ataki nie tyle, że być powinny, co są standardem. Rocznie na Everest wchodzi 500 osób i wszystkie one wchodzą metodą na atak nocny. Tłok na Evereście się nasila, żeby nie stać w korku trzeba być nocą na szczycie. W XXI wieku nocny atak to standard – dysponujemy zupełnie innym sprzętem, mamy elektryczne grzałki, kombinezony puchowe, płyny w camelbackach, żele, skarpety uciskowe, bajery. Nocą się chodzi. By być bardziej wiarygodnym przytoczę cytat z najnowszej książki, wywiadu-rzeki „Ryszard Pawłowski 40 lat w górach”: „…przyszedł do nas Szerpa i oznajmił, że o godzinie ósmej wieczorem wychodzimy na szczyt. Na nasze protesty, że to za wcześnie odpowiedział, że teraz wychodzi się o tej porze i wszyscy tak startują….” oraz „Nigdy o tej porze nie wychodziłem na szczyt. …. Zarówno w 1999 roku z Jackiem Masełko i Tadziem Kudelskim, jak i z Piotrem Pustelnikiem w 1995 roku, wychodziliśmy nad ranem… . …Kiedy wyruszyłem, zobaczyłem nad sobą szereg światełek – było jasne, że wiele osób wyruszyło wcześniej.” Dzięki nocnym atakom zdobyliśmy zimą GI i K2 – dlaczego wtedy nikt nie lamentował, że nocny atak to błąd? Jeśli czegoś na Lhotse nie powinno być, to śmierci Szerpy, który był tam z nami, ale to on był głównym orędownikiem nocnego wyjścia. Jest mi bardzo przykro, ponieważ podczas schodzenia odpadł od stoku w nietrudnym terenie. Korzystał z tlenu, nie potrafię powiedzieć, co się stało, że nie utrzymał równowagi, być może był to zawał czy udar. Jedyne co mogłem zrobić to starać się objąć finansową opieką jego rodzinę, czyli trójkę dzieci. Na stronie Fundacji Kukuczki można wesprzeć dzieci Temby Szerpy.

Kolejną wyprawą był Broad Peak i nie ukrywajmy, że dzisiaj wszelkie rozmowy o himalaizmie, nie tylko zimowym, toczą się w cieniu Broad Peaku. Wyprawa na Dhaulagiri przez niektórych odczytana została jako brak żałoby. Możesz się do tego odnieść?

Wciąż jesteśmy w szoku i nie wiemy, co tam się stało. Dlatego zwróciłem się z prośbą o powołanie komisji w tej sprawie. Jeśli chodzi o moją ocenę, atak na Broad Peaku był przeprowadzony w stylu lat 80. Zawodnicy poszli na całość, jak to się wówczas mawiało „pojechali po bandzie”, ale należy to uszanować.

Co do żałoby, to jak pisałem wcześniej, wyprawę organizuje się z dużym wyprzedzeniem i w momencie wypadku wiadomo było, że wyprawa na Dhaulagiri ma zapłacone bilety, zaliczki i siedzi na bagażach. Po wypadku szczerze powiem, że nie miałem zagadnienia wyprawy na Dhaulagiri w ogóle w głowie, ale nie wyobrażam sobie, że idę do tak uznanych postaci jak Darek Załuski i mówię mu – Darku! Odwołujemy wyprawę! Zostańcie w domu! Nie znam z historii takiego przypadku. Gdy ginął człowiek na wyprawie to zawsze był dylemat, czy wyprawę kontynuować. Zawada nauczył nas by kontynuować. Ten dylemat moralny szeroko opisuję w mojej książce. Ale nigdy nie stawiano spraw tak, by wstrzymywać kolejne wyprawy.

Czy złota era polskiego himalaizmu, która była też Twoim udziałem, jakoś uodporniła na śmierć w górach?

Po śmierci Jurka Kukuczki dochodziłem do siebie 15 lat. Myślę, że wszyscy wspinacze z tamtego okresu musieli odreagować cenę, jaką przyszło zapłacić za sukcesy. Pewnie w jakiejś części było to przyczyną regresu lat następnych i luki pokoleniowej. Himalaizm sportowy, o który się tak niektórzy upominają, jest dziś w jakimś sensie też z powodu tamtych wypadków – passe. Moim zdaniem będziemy potrzebowali kolejnych lat, żeby dojść do siebie po tragedii na Broad Peaku i żeby ta rana w środowisku górskim się zagoiła. W latach 80. wspinacze wielokrotnie odpierali zarzuty, że „chodzą po trupach”, bo tych wypadków w górach było wtedy tak wiele, żeby przypomnieć chociaż dylematy Andrzeja Zawady na wyprawie na Kunyang Chhish. Również wtedy dziennikarze atakowali himalaizm. Odsyłam wszystkich do wydawnictwa Bularz i artykułu „Szczyt gliwicki” – w Gliwicach Zawada zwołał kryzysowe zebranie w temacie etyki – po śmierci Andrzeja Czoka. Cytaty Andrzeja Wilczkowskiego z tamtego spotkani krążą teraz po forach przy okazji wypadku na Broad Peaku. Jako świadek historii i tamtego spotkania mogę zaświadczyć, że jeżeli chodzi o etykę to gorzej już było, a teraz jest tylko lepiej i tego też jest świadectwem, jak działała wyprawa zimowa na Broad Peak – niezwykle zgrany, zaprzyjaźniony zespół .

W latach 80. głośny był nawet spór jednego z dziennikarzy z Wandą Rutkiewicz, którą takie negatywne oceny bardzo denerwowały. Napisał: „Wando! Nie rzucaj mi rękawicy, bo odmrozisz sobie ręce”. Dziś dziennikarze nie atakują już tak poetycko, a każda kontrowersyjna czy negatywna wypowiedź w mediach odcina programowi prąd. Wiem, że to naturalny mechanizm działania mediów i mówię trudno, szkoda tylko, że w pogoni za sensacją i „klikalnością” podcina się skrzydła uczestnikom programu PHZ.

Wracając jeszcze do lat 80. i czarnej serii wypadków – czy należało zaprzestać wtedy wypraw? Ja osobiście miałbym problem z oceną, czy warto było płacić taką cenę. Byłem w szoku, gdy po jednej z moich prelekcji na Krakowskim Festiwalu Górskim i po wystąpieniu Bernadette McDonald ludzie mówili mi, że warto było tę cenę zapłacić. Z dzisiejszej perspektywy patrzymy na złotą erę polskiego himalaizmu jak na erę bohaterów, których już nie ma. Czy warto było? Wanda Rutkiewicz, Jerzy Kukuczka, Andrzej Czok, Tadeusz Piotrowski, Eugeniusz Chrobak, Mirosław Dąsal i wszyscy inni, którzy mieli w górach fantastyczne osiągnięcia, ale z gór nie wrócili. Cały świat górski pamięta Polaków jako Lodowych Wojowników. Czy warto było? Dziś stoimy wobec śmierci Maćka i Tomka i zadajemy sobie te same pytania. Mówimy: nie warto było, ponieważ nie warto poświęcać nawet paznokcia. Wiemy jednocześnie, że następni pójdą w góry. Rozumiem ciężar bólu, ale wiem też, że trzeba organizować kolejne wyprawy i pomagać młodym się szkolić, ponieważ podejmą to wyzwanie tak czy inaczej.

Był Andrzej Zawada, który dał początek idei zimowego himalaizmu, Krzysztof Wielicki, który apelował swoim „Zimowym Manifestem” i w końcu Artur Hajzer, który powołał Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015, aby ten rozdział zamknąć. Kiedy po raz pierwszy o tym pomyślałeś?

W programie było i jest dużo pozakulisowych sytuacji, które powinny przejść do historii polskiego himalaizmu – może w formie anegdot. Powinienem chyba przygotować prezentację lub napisać książkę na temat Polskiego Himalaizmu Zimowego widzianego zza biurka, ponieważ to, że program istnieje zależy w 90 procentach od pracy biurowo-menadżerskiej. Wszystko zaczęło się 14 listopada 2009 roku, kiedy dzień przed upływem składania wniosków do PZA o dofinansowanie, przyszła do mnie trójka kandydatów na himalaistów mówiąc, że chcieliby gdzieś pojechać i poradzić się, co napisać w podaniu, żeby dostać dofinansowanie na normalną drogę na ośmiotysięcznik. Wiadomo było, że PZA nie da ani złotówki na normalną drogę nawet zimą, jeżeli sukces nie rokuje (dopiero co dostałem odmowę: ja i Szymczak na zimowy Broad Peak 2008/09). Wtedy wymyśliłem, że napiszę program, w którym nie tyle chodzi teraz o normalną drogę, co o zimowe wejścia w latach następnych. Tak jak wymyśliłem, tak napisałem i nazajutrz złożyłem. Ten dokument wciąż można znaleźć we wnioskach na stronie PZA, a tymi kandydatami na himalaistów byli: Arek Grządziel, Jacek Czech i Irek Waluga. Dobraliśmy jeszcze kilku zawodników i w takich składzie pojechaliśmy w maju 2010 na Nanga Parbat. Byłem przekonany, że to dofinansowanie wtedy to taki łup na jeleniu i że to jest pierwsza i ostatnia wyprawa programu, bo nikt nam na dłuższą metę nie zaufa. Wejście na Nanga zaowocowało i kolejne wyprawy stały się możliwe, w tym też wyjazd na zawody na Elbrus, a potem także wyprawa zimowa, ponieważ bez większego oporu materii biurokratyczno-ludzkiej idea padła na dobry grunt, zyskała wielu sprzymierzeńców i pojawiły się pieniądze. Wyprawa zimowa 2010/11 na Broad Peak zakończyła się brakiem sukcesu, więc znowu byłem przekonany, że to ostatnia wyprawa. I każda wyprawa w dalszym ciągu wywołuje u mnie przekonanie, że jest ostatnia. Na Gasherbrum I jechałem z nastawieniem, żeby tylko wyjść z tego programu z twarzą, ponieważ już się nie dało nie jechać. Baza już stała, pieniądze były wydane, a rokujących zawodników niestety brakowało. Ostatecznie rokujących udało się skompletować w ostatniej chwili tylko dwóch: Adama i Janusza. Do tego ja, który nie powinienem wtedy jechać, ponieważ miałem przymrożony paluch po Makalu, ale jak wspominałem – nie dało się nie jechać. W momencie wyjazdu byliśmy bardzo mocno zaatakowani przez artykuł Moniki Rogozińskiej, który mnie przynajmniej – podciął wszelkie skrzydła. Był strzałem wyjątkowo poniżej pasa, z dala od uczciwości dziennikarskiej, pełen bzdur typu „kurorty, termofory, dywany” i „rozpaczliwe wzywanie pomocy na Makalu” podczas gdy zrobiliśmy modelową, udaną (rzadkość) akcję ratunkową. Jechałem z nastawieniem, że jestem głównym porządkowym, który ma to wszystko pozamiatać, zamknąć, nisko się ukłonić i podziękować wszystkim za uwagę.

Tymczasem Adam Bielecki i Janusz Gołąb weszli na szczyt, a po powrocie witała ich orkiestra góralska, prezydent i narodowa euforia.

I nie dało się programu zamknąć – albo powiedzmy inaczej – dało się, ale byłoby szkoda nie wykorzystać okazji zdyskontowania sukcesu, odcięcia kuponów i dania szansy kolejnym wyprawom. Była duża presja na kontynuację i na szczęście pojawiły się kolejne, ciut większe pieniądze, ponieważ zakres współpracy rozszerzył PKN Orlen. W efekcie poszły kolejne wyprawy: wiosenna Manaslu, letnia K2 i jesienna na Lhotse. Trzy wyprawy unifikacyjne w ciągu jednego roku! Nigdy w historii polskiego himalaizmu nie było takiego dostępu do gór najwyższych. Właściwie kto tylko miał motywację, wykaz przejść i minimum niezbędnego doświadczenia, mógł jechać na ośmiotysięcznik. Prawie nikt nie spotkał się z odmową. A gdyby ktoś napisał wniosek, że chce jechać na nową drogę i sportowy cel – byłby po nogach całowany – ale, jak mówiłem wcześniej, w Polsce takich „zasobów ludzkich” nie mamy – no wtedy na 100% nie mieliśmy. Trzy wyprawy unifikacyjne to był szczytowy – z dzisiejszej perspektywy – okres programu. Wyprawa na Manaslu nie weszła na szczyt decyzją kierownika i bardzo dobrze, ponieważ aklimatyzacja nie była dokończona. Podczas tej wyprawy testowani byli dobrze zapowiadający się zawodnicy tacy jak Rafał Fronia (aktualnie na wyprawie z Kingą Baranowską na Makalu – przyp.), Jarek Gawrysiak, Andrzej Bargiel. Wyprawa na K2 miała potwierdzić pozycję Adama Bieleckiego i Marcina Kaczkana. A na wyprawie na Lhotse sprawdzałem aż siedmiu nowicjuszy. Z tej dużej grupy sprawdził się Artur Małek. Trzeba mieć doświadczenie ośmiu wcześniejszych wypraw unifikacyjnych, żeby z dużą pewnością móc wskazać palcem i powiedzieć: ten zawodnik rokuje i ma szansę zimą na szczyt.

Kim jest Artur Hajzer w ramach PHZ. Himalajskim selekcjonerem, głównym menadżerem, a może rodzicem, który przelewa swoje zimowe ambicje na dzieci?

W dużej części program toczy się poza mną. Nie jestem jedynym sprawcą i facetem, który ma czarodziejską różdżkę i napędza ten program. Zdarzało się, że szedłem na spotkania, co do których nie widziałem szans, że coś uzyskamy, a wychodziliśmy z pieniędzmi. Nie podchodzę do programu tak emocjonalnie, że muszę o niego walczyć za wszelką cenę. Nie muszę. Od pierwszej wyprawy podchodzę do tego z dystansem. Ten program kręci się ku mojemu zaskoczeniu. Oczy mi wychodziły ze zdziwienia nad tą narodową zgodą na himalaizm zimowy. Wystarczyło, że mówiłem, że Polacy byli już na tylu szczytach zimą jako pierwsi i chcemy, żeby na pozostałych wówczas pięciu też byli. Nie musiałem się naginać ani stosować trików. Od pierwszych rozmów załapało. Wszyscy kwitowali, że to piękna idea i że tak trzeba. Potem czasami były momenty, że chciałem to przerwać, zakończyć, powiedzieć nie jadę, ponieważ wszystko było na nie. Oddać pieniądze i podziękować, ale nie dało się. Po Gasherbrumie – był szczyt i zapotrzebowanie na kolejne sukcesy. Ta atmosfera wokół programu zasysała jak pompa ssąco-tłocząca. Ja sam nie byłbym w stanie nadać programowi takiej dynamiki, jaką miał w 2012 roku. To nie jest program autorski Artura Hajzera. Polski Himalaizm zimowy to w 70-procentach przychylność i współdecydowanie innych sił. Za programem stoi także Marek Wierzbowski z PZA, Janusz Onyszkiewicz, Piotr Xęski, nasze departamenty w ministerstwie sportu, ministrowie, posłowie, którzy głosowali za programem w komisji sportu w sejmie, przede wszystkim szefowie tej komisji, sponsorzy i pracownicy ich działów marketingu, projektanci sprzętu. Sztab ludzi. Program to nie tylko ja, to ogólnośrodowiskowa zgoda. Sam wyszedłem przed szereg, ale trafiłem na niespodziewanie podatny i przychylny grunt.

Wciąż chcemy zimowych sukcesów, ale grunt się zmienił…

Jeszcze nigdy himalaizm nie był tak popularny, można powiedzieć, że stał się meanstreamowy – w dużej mierze za sprawą wypadku niestety. Przez pewien czas działał na Polaków podobnie jak Euro 2012. Gdy program startował miał ogólnonarodową zgodę, a gdy urósł i stał się przedsięwzięciem rozpoznawalnym i działającym z rozmachem – przybyło mu też przeciwników, czy takich którzy w swoim działaniu górskim się od niego strategicznie odcinają – taki pomysł na dywersyfikację. W moim odczuciu to nierozerwalnie wiąże się z tym, czy jest sukces czy jest porażka. Można popełnić milion błędów, ale gdy wszystko kończy się sukcesem – zwycięzców się nie sądzi. To było bardzo dobrze widać przy okazji sukcesu na Gasherbrumie I. Wszyscy krytycy programu się pochowali. Gdy mamy do czynienia z porażką, czy tak jak w przypadku Broad Peaku z tragedią; kiedy jesteśmy słabsi, czy wręcz na kolanach, o ile łatwiej wówczas wstać i nas kopnąć. I myślę, że dopiero kolejny ewentualny sukces pozwoli wyjść z pozycji bycia w ogniu krytyki. Mam do tej krytyki dystans, chociaż nie mogę znieść, gdy ktoś atakuje PHZ w sposób niemerytoryczny, by z premedytacją czy niechcący, ale zniszczyć wizerunek himalaizmu jako dyscypliny sportowej lub pogłębić podziały środowiskowe.

Może osłabieni, ale mówi się wręcz o lobby PHZ w ramach PZA. Jak wygląda sytuacja PHZ w ramach budżetu PZA?

PZA mieści się w pokoju mniej więcej takiego rozmiaru, w jakim teraz rozmawiamy. Działa w oparciu o półtora etatu, a reszta to siły pracujące społecznie. To średnio ok. 900/1300 tys. złotych państwowych pieniędzy na pięć dyscyplin: wspinaczkę sportową, speleologię, narciarstwo wysokogórskie, wspinaczkę wysokogórską i skalną. Komisja wspinaczki wysokogórskiej rocznie dostaje średnio ok. 90/120 tys. złotych na alpinizm i himalaizm. Wnioski składa kilkadziesiąt osób. Gdy robiłem w 2008/09 roku wyprawę zimową na Broad Peak z Robertem Szymczakiem i Kanadyjczykiem Donem Bowie złożyłem wniosek o dofinansowanie w wysokości 15 tys. złotych (a liczyłem na 5 tys.). Wniosek przeszedł drogę formalną. Dzielenie pieniędzy od zarania dziejów PZA budzi ogromne emocje, więc odbywa się przy otwartych drzwiach przy okazji festiwalu krakowskiego. Komisja prezentuje wnioski i wszyscy wnioskodawcy mogą się wypowiedzieć , by następnie w toku publicznej dyskusji dojść do konsensusu. Właśnie podczas takiej debaty nasz wniosek zupełnie przepadł. Na zimowy Broad Peak 2008/09 nie dostaliśmy ani złotówki. Mogłem się na PZA obrazić i po części tak zrobiłem – zarzucając wtedy organizacji, że nie finansuje himalaizmu na 8000 m wcale. Wytknąłem, że od ostatniej zimowej wyprawy Zawady na Nanga Parbat PZA nie dało żadnej dotacji na ośmiotysięcznik. Z tego wyciągnąłem wniosek, że jedyna ścieżka to osobne pieniądze, bo budżet PZA jest za mały. Wszystkie pieniądze, które PZA ma na Polski Himalaizm Zimowy to pieniądze ekstra z dotacji celowej i głównie od sponsorów. Nikomu niczego nie zabraliśmy, udało się „wykreować” to dofinansowanie, a stanowi ono aż ¼ rocznego budżetu PZA. Jednym słowem do budżetu PZA wpłynęły dodatkowe pieniądze ze wskazaniem na PHZ. Na bazie tych doświadczeń podobnie działa program Kobieca Korona Himalajów Kingi Baranowskiej.

Co dalej?

Będziemy jeździć, a Polacy albo będą chcieli dalej popierać himalaizm zimowy albo nie. Śmierć w górach budzi złość – naturalną – ale niestety kierowaną w stronę tych, którzy przeżyli. Program bierze tę złość na klatę. Odczuwamy ją i jeśli z jakiegoś powodu się pod nią nie uginamy to dlatego, że wierzę w wizję Zawady. Trzy lata temu nikt nie sądził, że możliwe będzie zdobycie zimą dwóch ośmiotysięczników, a jeśli nawet to, że dokonają tego młodzi Polacy. A teraz? Nigdy od lat 80. himalaizm nie był tak mocno obecny w świadomości Polaków i nigdy wcześniej młodzi ludzie nie mieli takiego dostępu do wypraw na 8000 m. W ramach programu miało miejsce 13 wejść na ośmiotysięczniki. Ustanowiliśmy do dziś nie pobite rekordy trasy w zawodach na Elbrusie.

Źle się stało, że mainstreamowość sportów górskich wynika z wypadków. Oprócz atmosfery wokół himalaizmu, dużo też zależeć będzie od finansowania programu. Do tej pory bardzo pomagała mu ta ogólnonarodowa zgoda, o której wspominałem, i entuzjazm wywołany możliwością zdobycia niezdobytych zimą szczytów. Obecnie ta ogólnonarodowa zgoda osłabła i jest w kryzysie. To przełoży się na trudność w finansowaniu, ale nawet przy założeniu, że dofinansowanie wyniesie 0 złotych to program jako program będzie istniał choćby w osobach paru entuzjastów, którzy niech stanowią nawet tylko grupę dyskusyjną na witrynie internetowej. Ja w każdym razie eutanazji programu nie zamierzam przeprowadzać. I nikt nie planuje programu zamykać. Przymierzamy się do letniej wyprawy na Gasherbrumy. Czy będzie wyprawa zimowa w najbliższym sezonie? Nie wiadomo. Trwają przymiarki, ale decyzje nie zapadły.

Wywiad przeprowadziła Jagoda Mytych

Wywiad pochodzi z bloga Jagody: goryksiazek.pl. Polecamy go :-)

Przeczytaj inne wywiady z Arturem Hajzerem:

- A. Hajzer: Żona nie zgodziła się na kochankę, ale zgodziła się na góry

- Zima dla zuchwałych!

- Lodowi wojownicy atakują - rozmowa z Arturem Hajzerem

  • Jagoda Mytyk / goryksiazek.pl

Goryonline.com

Źródła nie znaleziono