Log in
    

Reklama - pod menu głównym, strona główna

Desert Ice :-)

Jest już dostępny w sieci film "Desert Ice" pokazujący "abstrakcyjne" lodowe wspinanie na pustyni Zion w USA. W październiku 2014 Scott Adamson i Jesse Huey wybrali się do Zion w poszukiwaniu lodospadów. Na miejscu znaleźli lodospady do wysokości 230 metrów. Rekordowy okazał się The Zicicle (WI5, 68 m).

Na zachęte dodajmy, że "ekwiwalent" cama #1 jest ciekawy...

  • Damian

Recenzja - "Bezpieczeństwo i ryzyko w skale i lodzie", Tom II

Wiosną 2014 roku nakładem wydawnictwa Sklep Podróżnika ukazał się drugi tom książki Pita Schuberta "Bezpieczeństwo i ryzyko w skale i lodzie".

Autor w drugim tomie porusza m. in. kwestie niebezpieczeństw grożących na ferratach i w obszarach krasowych oraz na bardzo ważną problematykę właściwej autoasekuracji i bezpiecznych zjazdów na linie; zwraca też uwagę na wytrzymałość sprzętu wspinaczkowego i jego prawidłowe użytkowanie. W rozdziałach poświęconych groźnym zjawiskom pogodowym czy trudom związanym z pracą ratowników górskich powraca do tematyki poruszanej w pierwszym tomie. Przedstawia rozterki związane ze zwracaniem uwagi na błędy niedoświadczonych wspinaczy; wreszcie opisuje cały szereg wypadków, do których doszło z najbardziej nieprawdopodobnych przyczyn.


Pierwszy tom mam już w swoim archiwum (jego recenzję możecie przeczytać tutaj), więc naturalnie chciałem zobaczyć co będzie w drugim. Jej firmowy opis znajdziecie tutaj.

W sumie książka trzyma poziom poprzedniego tomu, więc recenzja pierwszej części swobodnie mogłaby odnosić się do drugiej.

Ponownie chciałbym tutaj zacytować fragment z książki (str. 8):

"O swoich badaniach Pit Schubert pisze niepodrabialnym, rzeczowym i zwięzłym stylem, który okrasza solidną porcją czarnego górskiego humoru. Niniejszy tom jest drugim z serii, w której Schubert opowiada o swojej pracy i analizuje przykładowe wypadki, wychodząc z założenia, że najmądrzej jest się uczyć na cudzych błędach, a własnych unikać".

Można powiedzieć, że w drugim tomie więcej jest napisane o wypadkach podczas trekkingu, via ferrat i innych wędrówek, a mniej podczas samego wspinania. Aczkolwiek i tak jest sporo o wypadkach wspinaczkowych

Ważnym zagadnieniem, które zostało podjęte były kwestie prawne przy wypadkach (lub wydarzeniach mających znamiona wypadku). W rozdziale "Wtrącać się czy trzymać język za zębami?" zostało parę takich tematów omówionych.

W poszczególnych rozdziałach znajdziemy sporo "zabawnych" anegdotek. Autor pokusił się też o dodanie rozdziału "Niezwykłe i zabawne".

Sama książka ma 345 stron. Jest dłuższa w stosunku do poprzedniego tomu. Wydrukowana w miękkiej oprawie.

Podsumowując jest to ciekawa książka, w której omówiono sporo możliwych wypadków wraz z ich przyczynami. Z jednej strony możemy potraktować ją jako dobry poradnik po przeczytaniu którego będziemy bardziej ostrożni i wyczuleni w górach na potencjalnie groźne sytuacje. Z drugiej strony może będzie nam z nich łatwiej się wykaraskać :-). Podziękować należy jednak autorowi za jego pióro, a Sklepowi Podróżnika za wydanie. Poradnik czyta się jak dobrą książkę i to jest zdecydowanie jego wielka zaleta.

Dla Kogo? Zdecydowanie dla miłośników wspinania, nart pozatrasowych lub trekkingu. Bezpieczeństwo i ryzyko... rekomenduję wszystkim instruktorom wspinania i przewodnikom. Sporo książkowych anegdotek będzie można wykorzystać podczas szkolenia.

Damian Granowski

  • Damian Granowski

Stephan Siegrist gościem 12. Krakowskiego Festiwalu Górskiego

W dniach od 5 do 7 grudnia 2014 roku na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie odbędzie się 12. edycja Krakowskiego Festiwalu Górskiego. Jednym z festiwalowych gości będzie wybitny wspinacz - Stephan Siegrist.

Stephan Siegrist to doświadczony wspinacz, alpinista. Który ma na koncie parę naprawdę mocnych wspinaczek. Specjalizuje się głównie w trudnych mikstowych drogach umiejscowionych w trudno dostępnych górach.

Stephan Siegrist

Stephan Siegrist. Fot. arch. Stephan Siegrist

Data i miejsce urodzenia: 1972

Biografia

Urodzony w 1972 roku Stephan Siegrist, jest alpinistą i przewodnikiem górskim, mieszkającym w pobliżu Interlaken w Szwajcarii. Swoje pierwsze kroki w skale stawiał w wielu 16 lat na obozie wspinaczkowym. Od tego momentu wspinaczka zaczęła pochłaniać go coraz bardziej. W wieku 20 lat przechodzi po raz pierwszy północną ścianę Eigeru i to od razu zimą. Od tamtej pory przejdzie ją łącznie 29 razy różnymi drogami latem i zimą, w tym trzema, których jest współautorem: La vida es silbar 7c, The Young Spider EX+, 7a/A2, WI6/M7 i Paciencia 8a.

Stephan Siegrist na 12. wyciągu drogi „Eiszeit”, Holtanna, Ziemia Królowej Maud, Antarktyda. Fot. huberbuam.de / visualimpact.ch

Związki Siegrista z Eigerem – górą, z którą jest chyba najbardziej kojarzony w środowisku wspinaczkowym, wykraczają poza aspekt wyłącznie sportowy. Brał udział w dwóch ciekawych projektach związanych z Eigerem. Pierwszym było zrealizowane w 1999 roku przedsięwzięcie „Eiger-live”, czyli dwudniowa telewizyjna transmisja na żywo z przejścia północnej ściany. Drugim, cztery lata później, przejście Drogi Klasycznej z 1938 roku na Eigerze w stylu „retro” tj. z użyciem całego sprzętu wzorowanego na tym z epoki.

Myliłby się jednak ten, kto łączyłby wspinaczkowe dokonania Szwajcara wyłącznie z Eigerem. Równie piękną kartę zapisał on w innych górach świata: głównie w Patagonii i Indiach. W tej pierwszej na czoło wysuwa się dokonane w 1999 roku pierwsze zimowe przejście zachodniej ściany Cerro Torre.

Stephan może się też poszczycić niewątpliwym sukcesem, jakim było skompletowanie - jako pierwszy człowiek - zimowych wejść na wszystkie główne wierzchołki masywu Cerro Torre. Natomiast w indyjskich Himalajach błysnął takimi przejściami, jak: północno-zachodnia grań Thalay Sagar, północna ściana Arwa Tower, czy pierwsze w ogóle wejście na Cerro Kishtwar. Aktywnie wspina się nie tylko w górach typu alpejskiego, ma na swoim koncie szereg przejść trudnych sportowych dróg lodowych i mikstowych.

Stephan Siegrist i Ralf Weber podczas pierwszego przejścia RP drogi „Magic Mushroom” 7c+. Wspinacze pokonali drogę zespołowo, a Stephan prowadził najtrudniejsze wyciągi. Po osiągnięciu wierzchołka Stephan wykonał basejump. Fot. Cory Richards / visualimpact.ch)

Swoje doświadczenia opisał w trzech książkach, których jest autorem lub współautorem. Można go też zobaczyć w kilku produkcjach filmowych i telewizyjnych, z których najbardziej znana była wspomniana powyżej telewizyjna realizacja „Eiger-live”. W ostatnich latach poza kolejnymi wyprawami, których plany Stephan ma zawsze w nadmiarze, Szwajcar realizuje się także na polu bardzo popularnej ostatnio dyscypliny, jaką jest slackline, a właściwie w przypadku Stephana highline.

Stephan Siegrist podczas przejścia drogi „Sound of Silence” na północno-zachodniej grani Ulvetanna (2931 m), Ziemia Królowej Maud, Antarktyda. Fot. Max Reichel / visualimpact.ch

Szwajcar ma na swoim koncie m.in. highline na Matterhornie i najwyższy highline w Europie, który przeszedł w 2013 roku na Dufourspitze. Niedawno wraz z członkami szwajcarskiej wyprawy wrócił z rejonu Kishtwar w Indiach, gdzie dokonał wejść na trzy szczyty. O tej ostatniej wyprawie, jak i o wcześniejszych wspinaczkach Stephana będzie można posłuchać 5 grudnia podczas prelekcji na KFG.

Mariusz Wilanowski/KFG

Dokonania górskie

Alpy

  • 2001 - The Young Spider.  7a A2 WI6 M7, 1100m. Zespół: Ueli Steck, Stephan Siegrist.
  • 2004 - Alpejska Trylogia. 3 północne ściany w 25 godzin: Eiger, Mönch i Jungfrau. Zespół: Ueli Steck, Stephan Siegrist.
  • 2007, 7 X - Herbstzeitlose, 7c. Pierwsze powtórzenie. Zespół: Ines Papert, Stephan Siegrist

Patagonia

  • 1999, lipiec - Pierwsze zimowe wejście na Cerro Torre. Zespół: Thomas Ulrich, David Fasel, Stephan Siegrist Greg Couch.
  • 2010, 3 sierpnia - Torre Egger (2658m), pierwsze zimowe wejście. Zespół: Stephan Siegrist, Dani Arnold i Thomas Senf.
  • 2012, sierpień - Cerro Standhardt. Zimowe wejście. Zespół: Stephan Siegrist, Thomas Senf, Ralf Weber. Patrz news

Himalaje

  • 2007 - Nowa droga na Arwa Tower
  • 2011, 30 IX - Cerro Kishtwar, nowa droga Yoniverse. Drugie wejście na zachodni szczyt (patrz news). Zespół: David Lama, Stephan Siegrist, Denis Burdet, Rob Frost

Antarktyda

  • Nowe drogi wraz z Huberami

Wiesz o przejściach danej osoby? Podziel się swoją wiedzą z nami. Dodaj przejście na dole w komentarzu!

 

 

Ciekawostki

  • Przeszedł po rozpiętym Highline pomiędzy włoskim i szwajcarskim wierzchołkiem Matterhornu. Patrz film.

Znasz ciekawostki o tej osobie? Podziel się z nami nimi ;)

Cytaty

Dorzuć cytaty tej osoby w komentarzach ;)

Zdjęcia

Podrzuć linki do zdjęć tej osoby, a z chęcią zamieścimy

Filmy

Nie ma jeszcze filmów o tej osobie. Możesz dorzucić linki w komentarzach, a zamieścimy!

  • Mariusz Wilanowski, DG

Black Diamond: „Jeśli jeszcze się nie zepsuło - zepsuj to!”

Black Diamond słynie z tego, że nieustannie wymyśla nowe sposoby „znęcania się” nad sprzętem, zanim trafi on w ręce użytkowników. Tej jesieni firma planuje wypuszczenie na rynek kolejnych produktów mocno doświadczonych w tej swoistej „szkole tortur”.

Heike Schmitt w cruxie na jednym z wyciągów drogi  Hydnefossen (WI 6), Hemsedal, Norwegia. Zdjęcie: Thomas Senf

Dr Zagłada

Na początku lat 90. XX wieku w laboratorium Black Diamonda w Salt Lake City, grupa inżynierów i ekspertów do spraw jakości skupiła się wokół maszyny służącej do rozszarpywania sprzętu, który w „realu” nie może zawieść – szczególnie w chwili, kiedy ma od niego zależeć czyjeś życie. Karabinki, śruby lodowe, uprzęże… Ta maszyna (o dumnej nazwie „Tester Wytrzymałości na Rozciąganie” Instron 3300) jest w stanie wytworzyć ciąg o sile ponad 8 ton – czyli ekwiwalent sił wywieranych przez ciężar trzech samochodów terenowych Toyoty. Powód do rozrywania sprzętu wspinaczkowego jest prozaiczny: należy go zniszczyć, zlokalizować jego słabe punkty, a następnie stworzyć nową, mocniejszą wersję.

Ogólnie mówiąc, większość przedmiotów szybko rozpada się w konfrontacji z potęgą Instrona. Karabinki pękają przy obciążeniu około 2,7 tony. Metalowe linki, stosowane w niektórych mniejszych rozmiarach Camalotów, rozrywają się przy dwukrotnie mniejszej sile, co i tak jest o wiele większym obciążeniem niż to, jakie ludzkie ciało wywiera na sprzęt nawet przy najgorszym locie. Jednak tego pamiętnego dnia Instron w końcu trafił na godnego przeciwnika. Maszyna przykładała coraz większą siłę – 4 tony, 5 ton, 6 ton… Instron powoli zaczął „jęczeć”. Wszyscy cofnęli się o krok do tyłu.

Wewnątrz maszyny, zamocowany pomiędzy dwoma punktami przypominającymi imadła, znajdował się niedorzecznie wyglądający czekan. Stylisko miało około 15 cm, było pomalowane na kolor wściekle pomarańczowy i wykonane z tłoczonego aluminium. Do jednego końca tego nietypowo krótkiego styliska przymocowano, jak można się było spodziewać, ostrze czekana oraz łopatkę, jednak na drugim końcu, gdzie normalnie powinien znajdować się ząb do wbijania w twardy śnieg, zamontowano kolejną, bliźniaczą głowicę z ostrzem i łopatką. To był „dwugłowy” czekan – najbardziej bezużyteczny przedmiot, jaki można sobie wyobrazić.

Specami od jakości byli ludzie Dr. Zagłady − mówi Kolin Powick, szef działu wspinaczkowego w Black Diamondzie. − Nieustannie kombinują, jak wspinacze będą używać danego rodzaju szpeju. W jaki sposób mogą go uszkodzić? Co może zawieść? Hardkorowcy w pięć godzin mogą zużyć sprzęt w sposób odpowiadający pięciu latom standardowego użytkowania.

Mężczyźni stojący wokół maszyny tamtego pamiętnego dnia nie byli jednak zainteresowani symulacją zużywania sprzętu. Nigdy w życiu nie spróbowaliby sprzedać tak dziwacznego czekana. Testowali coś, co Powick określa mianem „supertajnego kleju” − kleju tak mocnego, że prawdopodobnie można by go użyć do przyklejenia skrzydeł do samolotu. Projektanci chcieli użyć kleju do zamocowania głowicy czekana do styliska zamiast stosowania nitów, których otwory osłabiały wytrzymałość materiału. Jeśli ta tajna substancja byłaby równie mocna jak oczekiwano, pozwoliłoby to na zastosowanie nowych konstrukcji oraz materiałów, co uczyniłoby czekan Black Diamonda najbardziej wytrzymałym w stosunku do jego wagi na całym rynku wspinaczkowym. Jednak trudno było stwierdzić, czy eksperyment się powiódł, gdyż grot na spodzie czekana były zamocowany za pomocą nitu, który pękał szybciej niż klej na głowicy. Dlatego eksperci postanowili stworzyć dwugłową wersję czekana.

Dopiero przy obciążeniu 7,7 tony klej w końcu się poddał. Nawet w obliczu tak potężnej siły nie doszło do dezintegracji ani wybuchu elementów czekana. Szrapnele nie przeleciały przez pomieszczenie. – Usłyszeliśmy tylko ciche pyknięcie − wzrusza ramionami Douglas Heinrich, wiceszef działu sprzętu oraz były wspinacz lodowy startujący w X Games. Jednak to „ciche pyknięcie” doprowadziło do powstania Black Prophet, pierwszego na świecie czekana wykonanego z włókien węglowych. Jego późniejsza wersja, Cobra, zawiśnie pewnego dnia w Instytucie Smithsona jako dowód na to, jak daleko zaszła ewolucja czekanów.

Opisany eksperyment stanowił sedno tego, co uczyniło firmę Black Diamond jednym z najbardziej szanowanych producentów outdoorowych na świecie. Firma miała swoje początki w skromnym garażu Yvona Chouinarda, gdzie kuto toporne haki wspinaczkowe za półtora dolara za sztukę. Obecnie firma warta jest 200 milionów dolarów, posiada główną siedzibę w sercu jednych z najpiękniejszych gór Ameryki, a do tego prężnie się rozwija i jest notowana na giełdzie. Niewiele innych firm outdoorowych zatrudnia więcej inżynierów (32 na 296 pracowników) lub poświęca tyle czasu i zasobów na rozrywanie, zgniatanie i masakrowanie swojego własnego sprzętu w celu sprawdzenia tego, co działa, a co nie.

Dzięki temu wspinacze i narciarze z całego świata mogą obecnie używać czekanów, które są kompatybilne z kijkami narciarskimi oraz mocnych czołówek, które praktycznie nic nie ważą. Plecaki wyposażone w system zwany JetForce Technology po pociągnięciu rączki błyskawicznie pompują 200-litrową poduszkę, 7 razy większą od ich własnej objętości, której celem jest ratowanie życia ofiar wypadków lawinowych. Wystarczy zajrzeć do dowolnej szafy wspinacza lub skialpinisty, aby znaleźć jakiś sprzęt, który przeszedł mordercze testy przeprowadzone przy pomocy Instrona lub innego narzędzia „tortur” opracowanego przez inżynierów Black Diamonda.

Choć czekan Black Prophet robił wtedy duże wrażenie, to od tamtego czasu minęło już 20 lat i w międzyczasie miało miejsce dużo magicznych wydarzeń. Ludzie zjechali na nartach z Everestu. Fakt, że dwóch facetów robi w jeden dzień dwie największe ściany Yosemite, nie jest już tak imponujący, biorąc pod uwagę, że Alex Honnold jest w stanie przejść trzy ściany – samotnie i bez liny − w tym samym czasie. Nie ma wątpliwości, że naukowcy Black Diamonda odegrali dużą rolę w przesuwaniu tych granic, a wszystko to przez stworzenie sprzętu, któremu fani firmy mogą w pełni zaufać.

− Innowacje powstają w przestrzeni pomiędzy obecną pozycją sportu a tą, do której dana dyscyplina zmierza − podkreślił Peter Metcalf, dyrektor generalny firmy. Wypowiadając te słowa, Metcalf siedział akurat w swoim biurze udekorowanym starymi karabińczykami, drewnianym czekanem, którego używał w 1970 r. podczas kursu National Outdoor Leadership School oraz stroną wydartą z magazynu „Outdoor”, która w niezbyt subtelny sposób przypominała o misji jego firmy: „Pain is temporary. Suck is forever” (Ból mija. Dziadostwo nigdy).

− Jest wiele ścieżek, które wiodą donikąd w sferze innowacji − dodaje. − Cała sztuka polega na tym, aby odkryć te, które zaprowadzą nas do doskonałego sprzętu, jednak to wymaga zaangażowania ludzi, którzy sami uprawiają daną dyscyplinę sportu.

Black Diamond ma największy zespół profesjonalnych sportowców i testerów w porównaniu do jakiejkolwiek innej innowacyjnej firmy próbującej udoskonalić swoje produkty. Ci profesjonalni sportowcy wspinają się na gnejsowe klify Grenlandii, używając magnetycznych karabinków lub zjeżdżają na nartach z dziewiczych szczytów Antarktydy, testując prototypy nart oraz foki, które pewnego dnia trafią na rynek. Każdego dnia pracownicy z Salt Lake City sami również ruszają w góry Wasatch w towarzystwie stworzonych przez siebie prototypów. Każdy w firmie jest „użytkownikiem”. O świcie projektanci zjeżdżają na nartach freeride'owymi liniami Scotties Bowl lub Pink Pine, podczas gdy po południu marketingowcy wspinają się na wygrzane w słońcu niedalekie skały.

400 tysięcy skanów

Tej jesieni Black Diamond zamierza rozszerzyć swoją krucjatę przeciwko „dziadostwu” poprzez wprowadzenie szeregu nowych produktów, które zostały stworzone zgodnie z firmowym credo: „USE, DESIGN, ENGINEER, BUILD, REPEAT” (Używać, projektować, konstruować, budować, powtarzać). Wszystkie nowe sprzęty przeszły przez firmową „wyżymarkę”, jednak dwa z nich wyróżniają się spośród pozostałych.

Szczerze mówiąc, jeden z tych produktów nie jest pojedynczym przedmiotem, a całą linią produktów. Kilka lat temu Black Diamond przeniósł te same metody testów, które stosuje do hardware’u, i zastosował je do odzieży męskiej. Tej jesieni firma wprowadziła damską linię odzieży technicznej, która stanowi efekt lat eksperymentowania na tkaninach, statystycznego modelowania oraz niezliczonych godzin spędzonych na testach laboratoryjnych i terenowych. W celu zapewnienia optymalnego dopasowania projektanci wykonali 400 tysięcy skanów ciał ludzkich, a następnie przeanalizowali te dane w celu dopasowania wymiarów odzieży do sportowej, atletycznej sylwetki. − Do dopasowywania należy podchodzić bez emocji − mówi projektantka Tara Latham. − Dotyczy to każdego, również naszego dyrektora generalnego. Wydaje mu się, że jest średniej budowy, a tak naprawdę jest dość niski i ma szerokie plecy.

Kolekcja odzieży zewnętrznej ProShell i Active Shell zawiera takie modele jak Sharp End Shell – kurtkę z Gore-Tex Pro zaprojektowaną z myślą o ekstremalnych ekspedycjach. Inne modele, uszyte z Windstopper Active, takie jak Convergent Down, zostały stworzone do działania podczas jednodniowych, wyjątkowo zimnych oraz wymagających akcji, jak np. wspinaczki lodowej lub wypadu na narty. Kurtka Convergent jest wiatroszczelna, wysoce wodoodporna, a do tego ocieplona dzięki zastosowaniu nowej mieszanki włókien syntetycznych i naturalnego puchu od firmy PrimaLoft. To wypełnienie nie zamaka tak szybko, a do tego zachowuje 95 proc. swoich właściwości grzewczych nawet po nasiąknięciu wodą.

Najciekawsze jest to, że większość modeli w tej kolekcji zawiera proste ale efektywne rozwiązania techniczne, w tym wyróżniający się, innowacyjny system regulacji Cinch-Tab, składający się ze zintegrowanych komponentów od firmy Cohaesive, która współpracuje z Black Diamondem. Ten dyskretny system – składający się z udoskonalonych i zminimalizowanych ściągaczy – pozwala na łatwe mikro-dopasowania odzieży nawet za pomocą jednej ręki odzianej w rękawicę. Co ważne, jest to pierwszy produkt niepochodzący od W. L. Gore & Associates, który skrajnie wymagająca firma Gore pozwoliła zalaminować bezpośrednio w swoją wodoodporną i oddychalną membranę.

Inne modele, takie jak na przykład kurtka Induction Shell, zostały stworzone z podklejonych w 100 proc. membran Windstopper oraz specjalnie zaprojektowanych materiałów szwajcarskiej firmy Schoeller, które zacierają granicę pomiędzy tkaninami hardshell i softshell. Firma Gore zabrania ujawniać dokładnych parametrów membrany Windstopper, jednak projektanci i inżynierowie z Black Diamond spędzili trzy dni w centrum badawczym Gore w New Jersey, gdzie polewali materiały strumieniami wody i zbierali dane – wyniki są imponujące, co może mieć znaczenie dla każdego, kogo na przykład złapie ulewa o kroplach padających… poziomo.

Oczywiście − wszystkie te modele przeszły mordercze testy wykonane na Instronie oraz innych niezliczonych maszynach, które rozdzierały, ścierały oraz prały materiał (np. w słonej wodzie). Zanim Black Diamond zdecydował się na wykorzystanie systemu Cohaesive, inżynierowie Black Diamond zbudowali komicznie wyglądającego, choć wysoce efektywnego robota o czterech ramionach, który nieustannie pociągał za ściągacze, nawet po 2000 razy, aby sprawdzić, jaka jest wytrzymałość tego rozwiązania.

− Mogę pójść do laboratorium i zapytać, czy są w stanie wymyślić sposób na przetestowanie danego materiału lub jakiegoś fragmentu kurtki. A oni zawsze są w stanie to zrobić − mówi Lauren Deuser, inżynier tekstylny. − Mają bardzo zróżnicowane wykształcenie i doświadczenie; są trochę jak ekipa szalonych naukowców.

Odzież dostępna w Polsce w najlepszych sklepach specjalistycznych i wspinaczkowych:

Jednak odsuwając odzież na bok, możemy teraz powrócić do hardware'u. Tej zimy wspinacze lodowi dostaną do rąk dalekiego kuzyna legendarnego Black Propheta – nowy czekan Fuel.

Ta dziaba została stworzona w oparciu o poprzedni model, Fusion, którego celem było wspomaganie tak ekstremalnych przedsięwzięć, jak walka o zwycięstwo w Pucharze Świata w wykonaniu Willa Gadda. Czekan Fuel jest przeznaczony dla bardziej „umiarkowanego” użytkownika – lżejszy, łatwiejszy w operowaniu i pozwalający na popełnianie błędów. Inżynierowie zwiększyli kąt ostrza, aby lepiej siadało w lodzie, skrócili odrobinę stylisko oraz zredukowali wagę do imponujących 638 g. Zamiast styliska z włókien węglowych, jak w przypadku Black Propheta, Fuel wykorzystuje hydroformowane aluminium – tego samego materiału używa się w wyczynowych rowerach kolarskich oraz samochodach sportowych. A do tego dodano odrobinę sławnego kleju, o którym pisaliśmy na początku artykułu.

Heinrich, wiceszef działu produktów oraz były zawodnik we wspinaczce lodowej na X Games, wyznał nam szczerze, że czekany takie jak Fuel stanowią jedynie produkty „marginalne”, przeznaczone dla entuzjastycznego, jednak wysoce wyspecjalizowanego użytkownika. To nie są masowe produkty, takie jak iPhone’y (choć ponoć projektanci Apple’a trzymają pod ręką produkty Black Diamond w celach inspiracyjnych), a raczej wyspecjalizowane systemy, od których zależy życie na przykład astronautów w przestrzeni kosmicznej. Tego typu produkty napędzają potrzebę eksplorowania oraz pozwalają kolejnym pokoleniom wspinaczy przesuwać granice tego co możliwe. Jednak nawet laik może wziąć do ręki czekan Fuel, zachwycić się jego doskonałym wyważeniem oraz precyzją wykonania, a do tego poczuć ogromną chęć wbicia go w coś, nawet jeśli miałoby to być tylko biurko faceta, który ten czekan stworzył.

  • Informacja prasowa od dystrybutora

Peter Croft będzie gościem 12. KFG

W ramach 12. Krakowskiego Festiwalu Górskiego odbędzie się spotkanie z żywą legendą amerykańskiej wspinaczki klasycznej, Peterem Croftem. Croft znany jest przede wszystkim ze swojego bezkompromisowego podejścia do wspinaczki, mrożących krew w żyłach solówek i łańcuchówek.

Peter Croft. Fot. www.sierramtnguides.com

Peter Croft urodził się w 1958 roku w Ottawie w Kanadzie. Jako dziecko przeprowadził się z rodzicami na zachodnie wybrzeże Kanady, gdzie zamieszkali na wyspie Vancouver. Tu w wieku 17 lat Croft zetknął się po raz pierwszy ze wspinaczką. Początkowo były to bouldery niedaleko rodzinnego domu. Później zaczął się wspinać z liną w jednym z najbardziej znanych rejonów, słynnym Squamish.

W wieku 21 lat odwiedził po raz pierwszy Dolinę Yosemite, a podpatrzone tam standardy wspinania powoli przenosił na swoje podwórko w Squamish. Szybko zaowocowało to podniesieniem poziomu wpinania w tym rejonie, czego wyrazem było szczytowe, jak na tamte czasy klasyczne przejście University Wall (V, 5.12b) – jednej z najtrudniejszych klasycznych wspinaczek na świecie w tamtym czasie.

Już na początku swojej kariery w Squamish Croft okazjonalnie przechodził solówki. Po Squamish przyszedł czas na Boogaboos, co było naturalną koleją rzeczy na Yosemite. W 1983 roku przeszedł w Dolinie drogę Steck-Salathe na Sentinel Rock i Northeast Buttress na Higher Cathedral w ciągu jednego dnia. Był to początek jego bliższej znajomości, jaką zawarł na długie lata ze ścianami Yosemite.

 

Peter Croft. Fot. www.climax-magazine.com

W 1987 roku pokonał na żywca Astroman (500 m 5.11c) na Washington Column w Yosemite. To przejście zapewniło mu stałe miejsce w annałach wspinaczki. Redaktorzy poczytnego amerykańskiego czasopisma „Climbing” umieścili ten wyczyn na liście najważniejszych przejść XX wieku.

Kanadyjczyk znany był także z bezkompromisowej taktyki wytyczania od dołu swoich ekstremalnych dróg. Z czasem mieszkający już wtedy na stałe w Kalifornii Croft dał się poznać jako specjalista od łańcuchówek. W 1990 roku wraz z Davem Schultzem przeszedł The Nose i Salathe Wall na El Capitanie jednego dnia.

W ostatnich latach Croft bardzo aktywnie działa w górach High Sierra w Kalifornii, gdzie pracuje jako przewodnik górski. Wielokrotnie podkreślał, że są to jego ulubione góry, czemu dał wyraz w swojej książce opisującej najlepsze skalne wspinaczki tego regionu. Jest autorem kilku poradników i przewodników wspinaczkowych. Wystąpił w wielu produkcjach filmowych m.in. w znanym w środowisku wspinaczkowym cyklu Masters of Stone. W 1991 roku został uhonorowany nagrodą The American Alpine Club’s Robert & Miriam Underhill Award.

  • Mariusz Wilanowski/KFG

Recenzja "Zimnych Wojen" Andy'ego Kirkpatricka

Dostając do recenzji "Zimne Wojny" autorstwa Andy'ego Kirkpatricka nie wiedziałem czego się spodziewać. Z jednej strony recenzja księżniczki na wspinanie.pl, nie była zbyt entuzjastyczna. Z drugiej należałem do tej "nielicznej" grupy osób na polskim podwórku, które kojarzyło nazwisko Kirkpatrick.

Szybkie wertowanie książki i fragment wyrwany z kontekstu:

"Pies.
Ucieka.
Szaleje.
Na drodze.
Nie-da-się-go-ominąć"

Sprawiło, że bezwiednie wyrwało się "O kurwa!", Czyżby Ilona miała rację?... 19 rozdziałów książki połknąłem w całkiem niezłym czasie dla mnie i mogę ze swojej perspektywy powiedzieć co nieco na obronę tej książki.


Autor jak sam przyznaje jest dyslektykiem, co w zawodzie pisarza jest raczej rzadkim połączeniem. Do tego grona należeli  Agata Christie i Hans Christian Andersen. Wychował się w Hull w Wielkiej Brytanii (aktualnie mieszka w Sheffield). Upodobał sobie wspinanie wielkościanowe i tutaj odniosł największe sukcesy: m. in. Reticent Wall na El Capitanie, Fil a Plomb na Col du Plan, Droga Lafaille'a na Petit Dru, czy północna ściana Les Droites.

Żyje z pisania o wspinaniu i wystąpień motywacyjnych dla firm. Do tej pory napisał Psychovertical, Cold Wars i kilka krótkich poradników sprzętowych. Więcej o Andy'm przeczytacie na jego stronie i blogu.

"Zimne Wojny. Wspinaczka na krawędzi ryzyka i rzeczywistości" (w oryginale: "Cold Wars. Climbing the Fine Line Between Risk and Reality") to dziewiętnaście rozdziałów podczas któych zimowe wspinanie jest przeplatane z  życiem osobistym/rodzinnym bohatera. Mamy tutaj wspinanie na El Capitanie, Petit Dru, Fitz Roy'u, Ścianie Trolli i Diamond. Głównie w zimowej scenerii, co przekłada się na krótkie dni, trzaskający mróz, zimne biwaki i niezbyt przyjemny nastrój. Wszystkie te ściany to "potwory" które warunkach letnich są wyzwaniem, a zimą trudności (i ciężar plecaków) tylko rosną.

Właściwie każda z tych linii wymaga wielkiego wysiłku psychicznego i skomplikowanej logistyki. Opowiadania z TAKICH dróg nie są typowymi bujdałkami, lecz opisem prawdziwych przygód.... Może i tak byłoby gdyby, nie to, że autor pochodzi z Wysp, więc tekst jest okraszony angielskim humorem. Bohater i jego partnerzy bynajmniej nie są prawdziwymi "Herosami wspinania". Andy zazwyczaj ma nadwagę, jest w słabej formie (powiedzmy, że systematyczny trening nie nie jest jego najlepszą stroną). Ogólnie co rusz zdarzają się im jakieś problemy ze sprzętem (zgubienie torby z karabinkami, rozprucie się wora transportowego), ktoś zachoruje, zgubi się. Team Ian-Andy, to niemalże jak Flip i Flap. Na pierwszy rzut oka człowiek się dziwi, jak takim patałachom udaje się coś załoić :-). Jednak tam gdzie niejeden zespół dawno by odpuścił oni napierają.

"Zawsze miałem poczucie, że romantyczne spojrzenie na góry było jedynie dla tych, którzy dawno przeszli na emeryturę lub takich, którzy tylko sobie wyobrażali, jak mogłoby w nich być; dla poetów, nie wspinaczy. Dla mnie - góry to po prostu walka, i tak tylko można o nich pisać" Andy Kirkpatrick

Z drugiej strony też są ludzmi i nierzadko trąbią do wycofu. Autor wielokrotnie podkreśla, że jest tylko zwykłym człowiekiem i... wspinaczkowym egoistą, który chce załoić wymarzoną drogę. Zazwyczaj na przeszkodzie ku temu stoi kasa, czas i poczucie obowiązku wobec rodziny (żony i dwójki dzieci).  Temu zagadnieniu zostało poświęcone kilka rozdziałów. Wydaje mi się, że może to być pouczająca lektura dla wspinających się ojców (ew. przyszłych?).

Nie chciałbym aby ta recenzja okazała się streszczeniem "Zimnych Wojen", więc postaram się ją podsumować.

Czy musi to być literatura najwyższych lotów, aby się ją dobrze czytało? Jeśli ktoś chce taką książkę, to niech sobie sprawi "Moje Góry" Bonattiego. Zimne Wojny świetnie się czyta, język jest barwny i mocno doprawiony angielskim poczuciem humoru (głośne wybuchy śmiechu podczas lektury tylko to potwierdzały). Spora ilość anegdotek o znanych wspinaczach tylko ją uatrakcyjnia. Wspinacze, którzy mieli kontakt z zimą od razu się pozytywnie dostroją. Dla innych dostrajanie może okazać się dłuższe, lecz nie powinni mieć z nim problemów.

Po jej lekturze znacząco wzrosła ilość myśli o zbliżającym się sezonie zimowym.

Książka jest w miękkiej oprawie (307 stron). Nie lubię gdy w książce jest duża czcionka i długie odstępy między wierszami. Wydaje mi się to marnowaniem papieru. W tym wydaniu nie ma tego problemu. Ilość słów w książce jest spora, czcionka wygodna w czytaniu. Osobiście wolałbym aby było trochę więcej zdjęć.

Co do tłumaczenia to nie mam żadnych uwag. Jedynie trochę dziwne wydało mi się słowo "kamloty", czyli kamienie w tekście.

Kończąc w jednym zdaniu: "Zimne Wojny" to dobra lektura na kilka (-naście) godzin w zimny jesienny wieczór.

Damian Granowski

  • Damian Granowski