Log in
    

Reklama - pod menu głównym, strona główna

Przekroczyć neoficki próg świadomości, czyli gdzie i czy w ogóle kończy się turystyka, a zaczyna taternictwo

Najbardziej odkrywcze prawdy życiowe nie są głęboko ukryte, a tkwią tuż tuż przy naszej jaźni i streszczają się w trywialnie prostych zasadach. Tak jest też w przypadku wspinania, jak i pokonywania barier własnej niemożności. Toteż podstawowym sformułowaniem które zawiedzie każdego ku najhonorniejszym perciom, zarówno tym turystycznym jaki i wspinaczkowym, jest zdanie - „wszystko jest w głowie”. Kolejne stopnie wtajemniczenia zawierają się już tylko w pewnych niuansach, będących pochodnymi tego nadrzędnego aksjomatu. Tak więc gdy już do naszej świadomości dotrze, że jedynie nasz własny umysł nas ogranicza, to przychodzi czas na zrozumienie takich haseł jak: „to przecież ludzie robili”, czy też w sytuacjach na granicy odpadnięcia: „pograj na nogach!” itd. itp.

Problemy zaczynają się już w chwili stanięcia pod wybraną drogą. Mimo doskonałego rozumienia, że przecież nic poza naszym bystrym i inteligentnym umysłem, nie jest nam niezbędne i śmiało możemy atakować najbardziej strzeliste turnie, najbardziej gładkie ściany, to okazuje się iż sprzętu którego było za dużo gdy wysiadaliśmy z samochodu, jest zawsze za mało kiedy patrzymy na pozbawione rzeźby płyty nad nami. Kiedy w przewodniku Paryskiego lub Cywińskiego czytamy „nieco trudno”, to jednak po trzygodzinnej lokalizacji owego miejsca, nieomylnym umiejscowieniu tego kluczowego punktu dnia, a jak się nam niejednokrotnie zdaje, także naszego życia, stwierdzamy że któryś z mistrzów topografii na pewno się pomylił, albo musiał zaistnieć potężny obryw czy trzęsienie ziemi, gdyż owo miejsce jest co najmniej „bardzo trudne”.

Rzeczywistość stawia opór i nijak nie chce się nagiąć do naszej na wskroś wytężonej wyobraźni, jak i pracy zwojów mózgowych, przekonujących nas o własnej sile zdolnej przekraczać 'niemożliwe'. Wtedy przychodzi pora na doświadczenie. Jest to pewnego rodzaju pojęcie mitologiczne, gdyż nigdy nie jest go za wiele, a jak mamy go w nadmiarze to nas z kolei ogranicza. Gdyby pierwsi zdobywcy wiedzieli co ich czeka za załomem, nigdy by się nie odważyli oderwać od dna doliny. Gdyby z kolei nie mieli wyrobionego w boju pewnego zmysłu orientacyjnego, to w żaden sposób nie dotarli by do owego załomu. Być może właśnie tu się zasadza zrozumienie, gdzie leży ów neoficki próg świadomości.

Podjęcie ryzyka jest krokiem niezbędnym, zarówno w przekroczeniu progu neofickiej niemożności, jak i w zdobyciu doświadczenia. Bez ryzyka nie ma kolejnych szczebli wtajemniczenia i nie ma budowy potencjału wiedzy, która przysłuży się w sytuacjach trudnych, granicznych, niebezpiecznych. I nie ma tu znaczenia stopień owego ryzyka. Dla różnych osób (ale też sytuacji) będzie różny, także w zależności od doświadczenia, ale przede wszystkim od progu psychicznej wytrzymałości. To dla tego dreszczyku emocji, dla tej chwili stanięcia nad przepaścią, spojrzenia w dół północnej ściany, masy turystów stoją w kolejce na Giewont, by potem spoglądając z Gubałówki na 'śpiącego rycerza' sycić się zdobyczą, kontemplować swoją obecność w przestworzach. Także dla tej emocji niebezpieczeństwa, strachu i obaw ludzie wiążą się liną pod zachodnią ścianą Łomnicy i szturmują 'szklaną górę'. Dla przezwyciężenia własnej niepewności i lęków idą niektórzy samotnie na grań Wideł czy Hrubego. Wszyscy po to samo, wszyscy ryzykując.

Mali chłopcy, ale też dziewczynki (zazwyczaj te ceniące sobie towarzystwo chłopów, czy też nie ograniczane zbytnio w wyborze 'męskich zabaw'), wdrapują się na drzewa ze strachem niewyobrażalnym dla ich rodziców. Brną w przerażeniu jak najbliżej wierzchołka, po coraz cieńszych gałęziach ... i schodzą, a ich wychowawcy nie wiedzą nic, o najbardziej ekscytujących przeżyciach swoich pociech, (albo żeby je „uchronić” przed nimi, posyłają je na 'zajęcia dodatkowe' – ale to już osobny temat, wykraczający poza te rozważania). W ten sposób mali odkrywcy sięgają po tabu, zbliżają się do granic swoich możliwości, doświadczają radości z lęku wysokości. Swoją drogą jest to lęk podstawowy z którym się człowiek rodzi i umiera, na każdym poziomie taternickich umiejętności jest odczuwalny, przez większość wspinaczy 'oswojony'. Brudne dzieci, goniące samopas, włażą potem w zamknięte doliny, w odludne rejony. Dzieci z dobrych domów, te po kursach, wynajmują przewodników, albo biorą kolejne lekcje dodatkowe, które i tak nie pomagają im przekroczyć neofickiego progu świadomości, bo zawsze potrzebują kogoś lub czegoś, dla zrównoważonego poczucia bezpieczeństwa.

Co powoduje że dzieci (bez doświadczenia!), narażające się każdego dnia na utratę zdrowia i życia, przeżywają? Po prostu instynkt samozachowawczy, który jest wystarczająco mocno, by sobie nie zrobiły krzywdy. Co chroni dorosłych? Przepisy parkowe, „mądre rady” pseudo fachowców z internetu? Bynajmniej nie, a jedynie ten sam instynkt, zazwyczaj rozbudowywany przez lata, wzmacniany piramidami fobii i lęków. To już jest sfera psychiatrii, ustawy niczego nie uregulują. Druty kolczaste i zasieki nie są potrzebne, kto się chce zabić, zrobi to pomimo wszystkich przeszkód, komu dość wrażeń na wytyczonych drogach, będzie się twardo trzymał linii spitów lub znaków i z niej nie zboczy. Tak jest i będzie i najgorętsze dysputy tego nie zmienią. I bardzo dobrze, i cieszę się z tego, bo czasy coraz wygodniejsze, a leniuchów jeszcze więcej. Wypadki się jednak zdarzają. Czy dotykają po równo, bojaźliwych i odważnych, przygotowanych i nieprzygotowanych? Rozległe zagadnienie. Przychodzi mi na myśl szereg abstrakcyjnych sytuacji, (których nie będę przytaczał, bo nie o nich tu mowa), jak te kiedy ktoś przeżywa trzystu metrowy upadek, czy z dwóch osób na skalnej półce, pozornie silniejszy mężczyzna ginie, kobieta przeczekuje cztery dni do nadejścia pomocy. Jeśli już dochodzi do tragedii, to zazwyczaj z powodu bariery własnego umysłu, z powodu dotarcia do psychicznego progu przekonań o własnych możliwościach. I nie mają tu nic do rzeczy, klapki, gorotexy, stopień trudności. Poza pewnymi wyjątkami natury wyższej, jak te kiedy na przykład w kogoś trafi piorun.

Spotykane nagminnie na różnego rodzaju forach, grupach etc, pytania o ilość kamieni w dolinie, rodzaj asekuracji, kiedy skręcić w lewo a gdzie w prawo, który żleb dokąd i dlaczego akurat tam, czy woda cieknie a śnieg topnieje itd. itp., są jedynie świadectwem wewnętrznej walki pytających, ich rozkroku nad progiem 'neofickiej bojaźni' i Shekspirowskiego dylematu: „iść czy myśleć następne dwa lata”. Ów rozkrok świadczy jedynie, że pytający nie dojrzeli jeszcze, ani do projektowanych wyzwań, ani do odpadnięcia. Pragnienie dojścia do celu po sznurku podpowiedzi, zewnętrznego wsparcia to nic innego jak nadmiernie rozbuchany instynkt samozachowawczy, oraz usilne irracjonalne dążenie do wyeliminowania ryzyka. Jeśli nawet ktoś 'podparty zewnętrznie', czy to przez wynajęcie przewodnika, czy przez pełną informację o rozmiarach friendów na rzeczonej drodze, zdobędzie się na czyn, uczyni krok w „przepaść”, to pozbawia się całej sfery odkrywania, przyjemności płynącej z samodzielnego przenikania nieznanego. Przypomina to wchodzenie na drzewo po drabinie. Chłopiec sięgający konarów po szczeblach, nigdy nie zazna nawet namiastki z gamy przeżyć, jakiej doświadcza jego rówieśnik stąpający po chybotliwych gałęziach pnia.

„Turysta” zagłębiający się samotnie w ostępy Gerlacha, pokonujący Wielicką Próbę (0+), przekracza znacznie więcej progów (łącznie z idiotycznym progiem zakazu i niczym nieuzasadnionej koncesji na ów szczyt), od „taternika” wleczonego przez przewodnika na linie po Mnichu. Stopień zażyłości z Tatrami i neofickiej ekspiacji jest nieporównywalny. Znajduję tutaj przykład wspinacza sięgającego w Tatrach IX stopnia trudności, który po latach eksploracji jednej góry, poznania na niej każdej rysy i każdej połaci bez rys, doznał swoistych iluminacji na nieco trudnych graniach, w dopiero co odkrytych przez siebie zakątkach Tatr; skłonny był przecenić II na III lub więcej, a zdeptane w minionej epoce pionowe trawniki, tchnęły taką ożywczością, iż widział je jako dziewicze. Czy to nie tu zaczyna się taternictwo? Jeśli komukolwiek nasuwa się w tym momencie osoba / osoby z życia wzięte, to jest to tylko dowód na rzeczywiste występowanie takich przypadków.

Pragnienie! Nie to po sławę, które wiodło Kopolda do bicia rekordu. Nie to, zaganiające zziajanych upałem do wodopoju. Pragnienie wypływające z naturalnej i głębokiej potrzeby obcowania z majestatem gór, jest jedynym i prawdziwym motorem, zdolnym napędzić mięśnie i wolę do przekroczenia neofickiej świadomości. Toteż nie panel, a raczej medytację bym zalecał, tym wszystkim, którzy się garną ku perciom uwieszonym przepaści. Wniknięcie w głąb własnych potrzeb i pragnień jest kluczem do zamkniętych dolin, nie karta taternika. Mobilizacja wewnętrzna jest najskuteczniejszą determinantą poczynań, które przenoszą ciało nad wszelkimi progami, zwłaszcza tymi mentalnymi. Nic tak nie zbliża do samoświadomości, do poznawania własnych ograniczeń, jak samotnie przedsiębrane wyprawy, choćby tylko te dość trudne, odległe od wydeptanych ścieżek, lecz bliższe pragnień nieśmiało kiełkujących w głowie. Nie Mont Blanck na początku kariery, ale choćby Szpara z Niewcyrki, uczyni większy pożytek na drodze do taternickiego życiorysu. To umiejętność sprawnego poruszania się w terenie dość trudnym, intuicyjne odnajdywanie przejść i zejść w plątaninie grzęd i filarów są niejednokrotnie znacznie ważniejsze dla bezpieczeństwa, niż zestaw sprzętu wymieniany co dwa lata, czy ekwilibrystyczne ruchy cyrkowca. To zbliżenie do tego czym oddychają góry, do ich martwej ciszy, są skuteczniejszym ubezpieczeniem niż alpenverein.

Jakże tęsknię do tych przeżyć, gdy stawałem naprzeciw progu Doliny Kaczej, z duszą na ramieniu, z WHP w ręku i spoglądałem na Gerlachowskie Spady z błagalnym wejrzeniem - „wpuście mnie proszę, jestem cząstką Waszego Majestatu”... Żadna droga na najtrudniejszej ścianie z wypróbowanym partnerem nie miała już potem w sobie, ani tej mistyki, ani tego strachu. Nie pozbawiajcie się Niepewności, drgań mięśni i serca. Nie pozbawiajcie się takich odczuć i takich zbliżeń, które zabiorą wam drogi na skróty, obecność innych, chełpliwość i niecierpliwość. Poznajcie strach, najbardziej pierwotny, ale i najbardziej życiodajny, powierzcie się sobie, przyznajcie się do siebie .... a pragnienie przejdzie w spełnienie.

Adam Śmiałkowski

www.tatry.przejscia.pl

  • Adam Śmiałkowski

Kurs ekiperski, weryfikacja i unifikacja ekiperska

Komisja Wspinaczki Skalnej PZA zawiadamia o tegorocznych terminach kursów dla osób zrzeszonych w klubach PZA.

Kurs ekiperski odbędzie się 18-19 października 2014, Jura K-Cz.
Kurs unifikacyjny odbędzie się 24-25 października 2014, Jura K-Cz.

 

Szczegóły w osobnym komunikacie. Terminy mogą ulec zmianie. Koszty noclegów i wyżywienia uczestnicy ponoszą we własnym zakresie.

Uczestnicy Kursu Ekiperskiego 2013, wykład “z bagażnika” prowadzi Mikser

Zajęcia praktyczne 2013. Fot. Damian Granowski

Informacje o stażu podajemy po zakończeniu kursu.

Wymagania dla kandydatów na ekiperów PZA:

- rekomendacja klubu zrzeszonego w PZA,
- zaświadczenie klubu macierzystego o opłaceniu składek,
- pisemny wykaz przejść zawierający minimum 10 dróg o trudnościach VI.1+ OS i VI.3 FL

Wnioski wraz z danymi teleadresowymi oraz wykazami przejść należy przesłać na adres Komisji: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. do 30 września 2014. Ilość miejsc ograniczona. Niekompletne wnioski nie będą rozpatrywane.

Uczestnicy obowiązani są do posiadania sprzętu osobistego wraz z kaskiem (KWSk posiada ograniczoną liczbę kasków). Zajęcia odbędą się bez względu na pogodę.

Kursami kieruje kol. Piotr Drobot.

Kadrę stanowią licencjonowani ekiperzy PZA. W tym roku szczególny nacisk oprócz zagadnień technicznych w zakresie sztuki ekiperskiej, chcemy położyć na etykę, bezpieczeństwo, strefy ochronne dróg TRAD, ochronę przyrody oraz know-how ekipera PZA (wykłady monograficzne).

PZA prowadzi kursy unifikacyjne dla licencjonowanych ekiperów w okresach 3 letnich zgodnie z wymogami Regulaminu Ekiperów PZA, kursy ekiperskie odbywają się co 2 lata. W roku 2015, kurs ekiperski nie odbędzie się (następny termin 2016).

KWSk zastrzega sobie prawo do zorganizowania spotkania kwalifikacyjnego dla kandydatów na kurs ekiperski wraz ze sprawdzianem wspinaczkowym.

D.Piętak, KWSk

  • Dariusz Piętak

Alpy / Trawers Silveretty

Silveretta to malowniczy górski masyw na pograniczu Szwajcarii i Austrii. Znajdziemy tam sporo łatwych do zdobycia szczytów (względnie niskich, ok. 3200 – 3300 m. n.p.m) i łagodnie opadających lodowców. W ciągu dnia pokonujemy przewyższenia rzędu 800-900 metrów, a zjazdy są do 40 stopni. Istnieje mnóstwo różnych wariantów trasy, z których każdy będzie mógł wybrać coś dla siebie. Jest to więc, również dobra propozycja na pierwszą alpejską skiturę. Nocujemy w schroniskach (możliwość łatwego zjazdu do doliny).

Silveretta. Fot. alps-adventures.com

Początek: Ischgl

Koniec: Galtür

Czas trwania: 4-6 dni

Najlepszy termin: Marzec-Kwiecień

Wymagana umiejętność poruszania się w terenie wysokogórskim

Narciarstwo przywyciągowe w pobliżu:
wyciągi w Ischgl (238 km tras narciarskich) i St. Anton (341 tras narciarskich).

  • Damian

Jastrzębia Turnia (2139 m n.p.m.)

Jastrzębia Turnia (Jastrabia veža) to charakterystyczny szczyt o kształcie baszty, w słowackich Tatrach Wysokich. Dla Słowaków, jest ona tym, czym dla nas Mnich. Czyli miejscem oferującym wspinanie w świetnej jakości skale. Niestety dla wspinania najbardziej atrakcyjne jest około 200 metrów skały w głównym spiętrzeniu. Reszta to typowe rzęchy. Dojście z nieodległego schroniska zajmuje około 1,5 godziny.

Jastrzębia  Turnia

Jastrzębia Turnia. Fot. goat.cz

Wysokość:  (2139 m n.p.m.)

Lokacja:  Tatry / Dolina Kieżmarska

Pierwsze wejście: ok. 1880 - Maciej Sieczka, z inicjatywy Jana Gwalberta Pawlikowskiego

Pierwsze wejście zimowe: 1909, 10 kwietnia - Tihamér Szaffka, Imre Barcza i Oszkár Jordán

Opis

Jastrzębia Turnia leży w Jastrzębiej Grani, która rozdziela górną część Doliny Kieżmarskiej na dwie części: Dolinę Jastrzębią i Dolinę Jagnięcą.

Jastrzębią Turnię od Jastrzębiego Kopiniaczka oddziela Jastrzębia Przełęcz.

Jastrzębia  Turnia z Doliny Kieżmarskiej

Jastrzębia Turnia z Doliny Kieżmarskiej. Fot. Damian Granowski

Historia zdobywania

Historia zdobywania szczytu

Ważniejsze wejścia

Wpisz ważniejsze wejścia na szczyt

Drogi

Na wierzchołek Jastrzębiej Turni nie prowadzą żadne szlaki turystyczne, toteż – wedle obowiązującego prawa – można nań wejść tylko w towarzystwie uprawnionego przewodnika tatrzańskiego. 

Widok na próg Doliny Jagnięcej
 
Widok na próg Doliny Jastrzębiej. Fot. dg

Najłatwiejsza droga (I) prowadzi z Doliny Jagnięcej, jest to też całkiem niezłe zejście, po zrobieniu dróg na południowych ścianach Jastrzębiej Turni.

Południowo-wschodnia ściana

1.Dlouhý lokty (VI+,A3) 7h
2. Janos Beran Memorial (IV,A2e) 5h 
3.Kesicki-Wielicki (V+,A3, PP 9-/9) 7h
4.Pochylého platňa (VI,A4,RP:8) 4h
5.JETSTREAM (VI+,A3+,PP10-/10) 9-11h
6.Amazónia Vertikál (IX)
7.Belica-Koller (V+,A1, RP:6+) 5h 
8.Gálfy-Koreň (IV-V) 2,5h.     
9.Hefty-Komarnicky (III) 3,5h.    
10. Demjánova cesta (V+,A1, OS VII+) 12h

Południowo-zachodnia ściana


1. Jastrabie sedlo (II-III) 1,5h   
2. Depresiou v ľavej časti (VI-,A4,e
3. Cez Červenú strechu (V+,A3) 14h
4. Oranžový expres (V+,A4,e)
5. Komín Dieškovcov (VI,A4,e RP 8) 8h
6. Pravá hrana komína (V+,A3, RP 7) 15h
7. Chlapcom z Everestu 88 (RP 8+)
8. Pavúci lezú do neba (RP 8-/8)
9. Červené previsy (VI,A4,e RP 7-/7) 5h
10. Sunset Boulevard (RP 9)
11. Stará cesta (III) 1,5h.     
12. Rio Grande (VI,A4,e RP 9-) 13h
13. Pravým zárezom (VI, A?)
14. Machnik-Preyzner (IV+) 4h.
15. Pietrzak-Surdykowski (V) 3h.     
16. Smrť Vegetariánom (VI-)  

Znasz drogi na tej górze? Podziel się nimi.

Widoki w Kieżmarskiej Dolinie
 
Widoki w Kieżmarskiej Dolinie. Fot. dg

Ciekawostki

Jakieś ciekawostki odnośnie góry

Cytaty

Cytaty o górze

Zdjęcia

Widok z Jastrzębiej Turni na południe
 
Panorama z Jastrzębiej Turni na południe (Wspaniały widok na Kieżmarskie Szczyty, Grań Wideł, Łomnicę, Durny Szczyt). Fot. Damian Granowski
 
Widok z Jastrzębiej Turni na północ
 
Panorama z Jastrzębiej Turni na północ. Fot. Damian Granowski

Masz zdjęcia? Podeślij linka w komentarzach, a chętnie zamieścimy!

Filmy

Panorama ze szczytu

Masz filmy? Podeślij linka w komentarzach, a chętnie zamieścimy!

  • Damian

Polacy zdobyli Broad Peak

Dziś o godzinie 9.20 czasu lokalnego Agnieszka Bielecka, Marek Chmielarski i Piotr Tomala zdobyli główny wierzchołek Broad Peak. Zespół aktualnie schodzi do bazy.

Broad Peak, droga klasyczna. Fot. Polskihimalaizmzimowy.pl

Jarosław Gawrysiak, Kacper Tekieli, Grzegorz Bielejec i Krzysztof Stasiak, którzy wcześniej atakowali wierzchołek Broad Peak Middle zawrócili około 100 metrów poniżej szczytu, ze względu na ogólne zmęczenie. o 21.00 dotarli do C3.

Źródło: profil fb Polskiego Himalaizmu Zimowego

  • Damian

Przepraszam, czy będzie Pani jadła to krzesło?

„Nie ma bardziej szczerej miłości, niż miłość do jedzenia”, ale „z jedzeniem jest jak z seksem. To są dwie największe przyjemności w życiu człowieka. (…) I tak samo jak są ludzie nierozbudzeni seksualnie, tak samo są ludzie nierozbudzeni kulinarnie.”

Źródło: serial Glina

Stare polskie przysłowie mówi: „bo zawżdy ci więcej jedzą, którzy bliżej misy siedzą”. A ja siedziałem naprzeciw dziury i czekałem. Byłem cierpliwy, ale miałem uzasadnione podejrzenia, że moją pozycję zdradza nie tyle przenikliwy wzrok potencjalnej ofiary – w końcu miała ciemno – co mój własny zapach. Zapach kilku tygodni dzikich zmagań z dzikimi górami. Któregoś ranka Tomek powiedział mi znamienne słowa: Obudził mnie w nocy straszny smród, i już miałem zwrócić ci uwagę, gdy nagle zrozumiałem, że to ja śmierdzę. To był znak, że muszę wziąć kąpiel. Tak, bez kąpieli na polowanie nie ma co iść, bo podobno jedna trzecia zapachu wydzielanego przez ludzkie ciało pochodzi z ust i z czubka głowy. Zaraz, a co ze skarpetkami? Mniejsza o to.

Gdzieś wyczytałem, że głód wywołuje zachowanie popędowe, ukierunkowane na pobieranie pokarmu. Jedzenie w samotności. Niepohamowane łaknienie cukrów. Kompulsywne obżarstwo. Zjawiska chorobowe typowe dla nizin, gdzie jedzenie już dawno przestało pełnić funkcję wyłącznie pokarmową, oraz zjawiska nieuniknione dla kończących się wypraw wysokogórskich. Wszyscy jedzą w samotności, żeby uniknąć sytuacji: daj gryza. Wierzcie mi, potrafi ona być niezwykle kłopotliwa. No bo, jak tu odmówić partnerowi od liny, a z drugiej strony, jakże tu podzielić się, gdy żałobny marsz kiszek zagłusza zbliżającą się burzę? I znowu przychodzi mi do głowy wszystkim dobrze znany kawał: Co jesz? Mięsko. Skąd masz? Przypełzło. Daj trochę? E tam, same kości. Tak, zachowywaliśmy się trochę jak zwierzęta.

Kirgiskie świstaki są tłuste jak maciory. Przepraszam za określenie, ale widząc tłusty zad potężnego świstaka, który chwilę wcześniej mi nawrzucał, a potem kręcąc opasłym zadem przypominającym pięknie wypieczone udko, uciekał, to znowu przystawał w tej śmiesznej zabawie „co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, nie sposób inaczej się wyrazić. Kirgiskie świstaki pod koniec sierpnia są naprawdę tłuste, mimo że góry Kokszał Tau porasta bardzo skąpa roślinność, typowa dla zimnej pustyni wysokogórskiej, a wspinacze odwiedzający te rejony o tej porze są zazwyczaj bardzo wychudzeni. Może właśnie dlatego siedziałem naprzeciw dziury i czekałem w atawistycznym uniesieniu, w łowczym zapędzie, w dzikiej namiętności, ale chyba bardziej z ciekawości, aniżeli z rządzy mordu wywołanej głodem.

W ogóle, w górach wysokich ciężko jest z jedzeniem. Zużycie energii oscyluje w okolicach 4500 kalorii dziennie, apetyt i czucie smaku ulegają osłabieniu, dodatki, szczególnie te poprawiające smak glutaminianem sodu jakoś nie bardzo smakują, a wizja utraty wagi od 1 do 2 kg na tydzień, tylko przez samą obecność na dużej wysokości, sprawiają, że chudnie się w oczach. Stanowisko Komisji Medycznej Federacji Związków Alpinistycznych stwierdza jednoznacznie: „zakładając, że racje żywieniowe są dostatecznie smaczne, regularnie przygotowywane i spożywane w relatywnym komforcie, spożycie dostatecznej ilości płynów i pokarmów nadal może stanowić problem.” I tu pojawia się kolejny problem, bo chcąc żeby było jak w domu, czyli dużo i smacznie, musielibyśmy targać ze sobą setki kilogramów jedzenia.

Zatem, co bierzemy ze sobą w góry? Po pierwsze, glutaminian sodu. To w ogóle śmieszny dodatek, który wyizolowany z wodorostu listownicy japońskiej sam w sobie nie ma smaku, a jednak intensywnie podkreśla smaki innych produktów. Niestety, wywołuje on tzw. syndrom chińskiej restauracji – świecenie w ciemności, zawroty głowy, palpitacje serca, nadmierną potliwość i uczucie niepokoju – czyli zjawiska typowe dla chińskich zupek i dużych wysokości.
Kolejnym elementem naszej diety jest lokalne jedzenie, czyli różnej maści owoce, warzywa, sery, półsuche kiełbasy (suchych nie uświadczy się) i inne specjały. Niestety, po dwóch tygodniach przechowywania takiej żywności, sery zaczynają uciekać, pomidory pierdzą, a kiełbasa zazwyczaj warczy.

Ostatnim i chyba najważniejszym dla nas specjałem jest jedzenie liofilizowane, zwane potocznie liofami. Kiedyś robione wyłącznie dla kosmonautów, teraz ogólnie dostępne, lekkie, bo pozbawione wody, wysokokaloryczne, smaczne (i tu ukłon w stronę Lyofood) i pozbawione konserwantów. O liofach można byłoby pisać w nieskończoność, i chociaż nie są one zbyt tanie, to jednak na taką wyprawę, gdzie najbliższy supermarket znajduje się tydzień  marszu, są doskonałym rozwiązaniem. Niestety, nawet liofy i inne specjały kiedyś się kończą, dlatego planując wyprawę wysokogórską warto dokładnie sobie przeliczyć minimalne, dzienne spożycie kalorii, w myśl zasady slow food. Inaczej po powrocie czeka Was taki o to smutny obrazek:

I może właśnie dlatego cierpliwie siedziałem naprzeciw dziury i czekałem. Byłem głodny. Po pysznym jedzeniu zostało tylko wspomnienie na podniebieniu, ostatni chińczyk na śniadanie schowany był w plecaku, chłopaki kłócili się o to, czy iść, czy czekać na spóźnionego kierowcę, a ja w głowie miałem tylko świetnie wypieczonego świstaka, z którego kapie lekko słonawy, zarumieniony tłuszczyk. I jak to bywa w takich historiach, godzinę później ze smakiem zajadałem szczypiorek z dzikiej cebuli, która na potęgę rośnie na tych niegościnnych równinach doliny Aksu, ale za żadne skarby nie daje wyciągnąć się z ziemi!

Smacznego obiadu życzył: Piotr Picheta

Post scriptum

W wyprawę zaangażowana jest marka Lyofood, która odpowiada za bardzo smaczne i wysokokaloryczne jedzenie liofilizowane. Lyofood jest polską firmą, zlokalizowaną w Kielcach, a zważywszy na coraz bardziej popularny nurt patriotyzmu konsumenckiego, naprawdę godną polecenia. Walory smakowe ich dań są niekwestionowane, ponieważ jak sami mówią: przed procesem liofilizacji jedzenie jest gotowane, dzięki czemu zachowuje swój oryginalny, wyrazisty smak.

Strona marki: http://lyofood.pl

Fan page marki na FB: https://www.facebook.com/LYOEXPEDITION?fref=ts

  • Piotr Picheta