Log in
    

Nanda Devi East (7434 m n.p.m.) - pierwszy himalajski sukces Polaków

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Nanda Devi East to boczny wierzchołek Nanda Devi, który został zdobyty przez polską wyprawę w 1939 roku. Zapraszamy do lektury historii pierwszego zdobycia.

nanda devi east

Masyw Nanda Devi. Fot. ach. Jana Kazimierza Dorawskiego

Wysokość:  7434 m

Lokacja:  Indie Himalaje Garhwalu

Pierwsze wejście: 1939, 2 lipca - Jakub Bujak i Janusz Klarner

Historia zdobywania

Fragment "Polskich Himalajów" z opisem wyprawy (źródło: polskie himalaje fb)

"Polacy a Himalaje"

Fascynacja najwyższymi górami świata, wywołana brytyjskimi bojami o Everest, nie ominęła i Polski. Prekursorem polskiej wyprawy w Himalaje był warszawski alpinista Adam Karpiński. Będąc pod świeżym wrażeniem epopei Mallory'ego i Irvine'a, już w 1924 roku wystąpił z projektem zaatakowania Everestu. Był już przygotowany skład ekspedycji i nawet znaleziono fundatora. Pomysły Karpińskiego spotykały się początkowo z niezrozumieniem w kręgach taternickich, a nawet podkpiwano sobie z nich. Fanatyk gór - tak koledzy klubowi mówili o Adamie i w tym określeniu nie było ani odrobiny przesady.

Zresztą wkrótce stało się jasne, że dopóki Everest jest jeszcze nie zdobyty, Anglicy, od których w dużym stopniu zależało pozwolenie na wyprawę, nie dopuszczą, aby jakakolwiek inna nacja podejmowała próbę ataku. Wtedy Karpiński wyznacza polskiemu alpinizmowi nowy, równie ambitny cel: „Namawiam na K2: góra olbrzymia, obronna, więc tym większa chwała dla narodu, który na niej walczy. Nawet po osiągnięciu wierzchołka Everestu będzie pierwsze wejście na K2 zaliczone do wielkich czynów… Namawiam z całym rozmysłem. Wiem, że Polacy mogą robić wielkie rzeczy - tylko musi przed nimi stać wielki cel” - pisał zabierając głos w toczącej się w Klubie Wysokogórskim Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego dyskusji nad wyborem przyszłej ekspansji polskiego alpinizmu egzotycznego.

Wiosną 1936 roku powołany został Komitet Himalajski Klubu Wysokogórskiego, na czele z Adamem Karpińskim. W skład jego weszli jeszcze Stefan Bernadzikiewicz i Jakub Bujak, również wielcy entuzjaści wyprawy w Himalaje. Komitet opracował długofalowy program przygotowań do wyprawy na K2. Obejmował on:
1) treningowy wyjazd w Alpy;
2) trzyosobową wyprawę rekonesansową na lodowiec Baltoro w Karakorum;
3) sześcioosobową wyprawę treningową w Centralny Kaukaz;
4) cztero-lub sześcioosobową wyprawę w Himalaje Garhwalu. Dopiero potem miano wysłać właściwą wielką wyprawę na K2.

Rozpoczęto starania w brytyjskim Foreign Office, organizatorów spotykały jednak kolejne niepowodzenia. Jesienią 1937 roku nadeszła wiadomość, że spomiędzy kilku państw występujących z projektem ekspedycji w rejon lodowca Baltoro, pozwolenie otrzymał jedynie American Alpine Club. W 1938 roku załamał się amerykański atak na K2. Znów odżyły dawne nadzieje. Po poprzednich przykrych doświadczeniach, teraz plany były ostrożniejsze, przewidujące kilka alternatyw. Komitet Organizacyjny Polskiej Wyprawy w Himalaje otrzymał zadanie przygotowania ekspedycji w trzech wariantach: na K2 w Karakorum, albo w Himalaje Garhwalu oraz do Tybetu na Gurla Mandhata (7728 m), wreszcie - tylko w Himalaje Garhwalu. W końcu lutego 1939 roku nadeszła niecierpliwie oczekiwana odpowiedź z Londynu. Anglicy zgodzili się tylko na wariant trzeci - wyprawę do Garhwalu. Nieudzielenie pozwolenia na K2 motywowali wcześniejszą prośbą drugiej wyprawy amerykańskiej.

"Wyprawa na Nanda Devi East"

Dwuwierzchołkowy masyw Nanda Devi jest najwyższym wzniesieniem Himalajów Garhwalu, a jednocześnie całych Indii w jej obecnych granicach terytorialnych. Obydwa wierzchołki są właściwie samodzielnymi szczytami, połączonymi trzykilometrowej długości wyniosłą granią. Główny szczyt (7816 m) wznosi się we wnętrzu trudno dostępnego ogromnego kotła górskiego, zwanego Sanktuarium Nanda Devi, zamkniętego ze wszystkich stron ścianami o wysokości paru tysięcy metrów. Zdobycie go w 1936 roku przez wyprawę brytyjsko-amerykańską przyniosło rekord wysokości, poprawiony dopiero po 14 latach przez Francuzów na Annapurnie.

Wybór Polaków padł na dziewiczą Nanda Devi East (7434 m). Na kierownika wyprawy został powołany jej największy entuzjasta - Adam Karpiński (Akar), a w jej skład weszli ponadto Stefan Bernadzikiewicz (Siam) i Jakub Bujak (Kuba) - doświadczeni alpiniści i podróżnicy. Czwartym uczestnikiem został Janusz Klarner, młody i sprawny sportowiec, ale raczej narciarz i żeglarz niż taternik. Ta kandydatura wywołała początkowo sprzeciw gdyż Klarner uważany był za taternickiego nowicjusza. O jego udziale zadecydowały głównie względy finansowe. Klarner pochodził z zamożnej rodziny i wniósł sporą kwotę, umożliwiając w ten sposób w ogóle dojście wyprawy do skutku.

Skład wyprawy w 100% tworzyli ludzie o wykształceniu technicznym. Cały sprzęt wyprawy, z wyjątkiem butów zakupionych w Austrii, został zaprojektowany przez Karpińskiego. Rozterki organizatorów przy wyborze celu i opóźnienie w nadejściu pozwolenia sprawiły, że działalność wyprawy przypadła na okres monsunu, który, na szczęście, w Garhwalu ma przebieg dość łagodny. Z końcem kwietnia 1939 roku uczestnicy opuścili kraj, udając się morską drogą do Indii. Z Bombaju Polaków czekała 40-godzinna, wyczerpująca z powodu upału i dokuczliwego kurzu, podróż koleją do podnóża gór. Po dalszych 8 godzinach spędzonych w autobusie, wyprawa dotarła do stolicy dystryktu Almora, leżącej już w górach na wysokości 1800 m. Do szczupłego składu dołączyło tu 6 Szerpów z Dardżylingu oraz oficer łącznikowy mjr J. R. Foy, który łączył swoje normalne obowiązki ze sprawowaniem funkcji lekarza.

Czas 10-dniowej karawany był wytchnieniem od upałów i dawał możliwość treningu po długiej podróży. Trasa wiodła wygodnymi ścieżkami przez szereg dolin i grzbietów, to zniżając się do poziomu 1000 m, to znów wspinając się na wysokość ponad 3000 m. 25 maja założona została baza (4050 m) w dolinie Lawan, u podnóży wysokiej na 3000 m wschodniej ściany Nanda Devi East.

Już następnego dnia zaczęto akcję zakładania obozów i transportu ekwipunku i żywności. Na wysokości 4900 m stanął obóz I. Podczas gdy tragarze nosili do niego ładunki, Karpiński i Klarner weszli 28 maja na przełęcz Nanda Devi Khal (dawniej Longstaffs Pass, 5910 m), gdzie znaleźli dobre miejsce na obóz II.

Tymczasem nastąpiło osłabienie wyprawy: ciężko zachorował Bujak. Z objawami zatrucia pokarmowego i temperaturą ponad 39 stopni na szereg dni został wyłączony z akcji. Unieruchomiony był też jeden z Szerpów, który poważnie zakaził zwykłe otarcie stopy od buta. Na dodatek Bernadzikiewicz i Klarner cierpieli na silne bóle głowy a Karpiński miał dolegliwości żołądkowe. Mimo to już 31 maja akcja została wznowiona. Alpiniści pokonali i zaporęczowali trzy trudne turnie skalne wznoszące się nad przełęczą. Następnie sforsowali stromy uskok lodowy, by po przebyciu Śnieżnej Kopy i łatwiejszej lecz długiej partii grani, założyć obóz III (6250 m). Karpiński z Szerpą Dawą Tseringiem zrobili jeszcze wypad rekonesansowy do wysokości 6350 m. Trafili na olbrzymie nawisy śnieżne, grożące oberwaniem. Pogoda zaczęła się psuć, wreszcie nadszedł typowy monsunowy opad śniegu, trwający nieprzerwanie przez ponad dwie doby. Po ponad tygodniu stan zdrowia Bujaka poprawił się na tyle, że mógł wziąć udział w akcji górskiej. To znacznie poprawiło szanse wyprawy. Polacy mogli odtąd działać dwoma samodzielnymi zespołami i szybciej założyć górne obozy. Pogoda poprawiła się i 12 czerwca można było wyruszyć w górę.

Warunki na grani okazały się bardzo niekorzystne. Masy świeżego śniegu wymagały wyczerpującego torowania szlaku, na ostrzu grani wisiały wielkie groźne nawisy, gdy natomiast obniżali się na zbocze - ryzykowali wywołanie lawiny. Szczególnie ryzykowna była droga powyżej Śnieżnej Kopy. Masy świeżego śniegu zakrywały szczelinę, biegnącą tuż pod granią po stronie Sanktuarium. Wybór rodzaju ryzyka był trudny: albo wpadnięcie w szczelinę, albo lot z oberwanym nawisem… Tu właśnie 14 czerwca przeżył przygodę Janusz Klarner:

„Zbliżam się na dwa metry do krawędzi. Pomimo to zapadam się znowu. Klnę szczelinę. Lecz nie… lecę! Wpadam w kozły. Otaczają mnie wirujące zwały zlodzonego śniegu i nieprzenikniony tuman puchu. Przez głowę przebiegają myśli szybkie jak błyski. Muszę przeciwdziałać, lecz nie wiem, gdzie jest ziemia, gdzie niebo ani gdzie ściana, po której spadam. Wściekłe uczucie absolutnej bezradności. Nagle ostre, bolesne szarpnięcie w piersiach. Spokój. Zasłona śnieżna rozpływa się. Przez chwilę obserwuję lecące w dół bryły, za którymi gonią moje rękawice. Mija długie kilkadziesiąt sekund, a potem słyszę stłumiony łoskot, gdzieś spod progu lodowca leżącego dwa tysiące metrów pod mymi stopami - kurzy się tam niewielki tuman śnieżny, znaczący drogę niedoszłego przeznaczenia.

Wyrąbuję w ścianie stopnie. Staję. Luzuję zaciśniętą na piersiach linę. Nareszcie mogę swobodnie odetchnąć. Ze zdziwieniem i radością widzę, że nie straciłem czekana ani plecaka. Jedynie rękawice zatknięte za linę nie okazały przywiązania do mnie. Wiszę około dwunastu metrów poniżej grani. Ściana jest nieomal pionowa. Gdy tak deliberuję nad niewesołą robotą, jaka mnie czeka, lina wypręża się. Towarzysze powoli wyciągają mnie. Dojeżdżam w ten sposób pod grań. Lecz tu poważna przeszkoda. Pozostały szczątek nawisu tworzy potężną przewieszkę - jak gdyby dach, do którego dociśnięto mnie liną głęboko w śnieg werżniętą. - Poluzować - krzyczę. Opuszczają mnie cokolwiek. Zyskuję swobodę ruchów. Zaczynam ponad sobą przerąbywać szczątkowy nawis. Powstaje nowe poważne niebezpieczeństwo. Ciężkie bloki zlodowaciałego śniegu zaczynają się obrywać i zwalają mi się na głowę i ramiona. Grozę sytuacji odczuwam obecnie silniej niż w czasie upadku. Obawiam się, czy lina wytrzyma. Wreszcie, po wielu wysiłkach i rąbaniu czekanem przejście jest wolne. Wyciągają mnie. Gdy głowa moja wyjeżdża ponad grań, widzę trzy zwarte postacie w skupieniu ciągnące linę. Siam podniecony opowiada, że w momencie oberwania się nawisu Dawa, idący za mną, znalazł się na samej krawędzi obrywu. Przytomnie uskoczył w dół na stronę basenu, zapewniając sobie w ten sposób wytrzymanie szarpnięcia. Poklepuję przyjacielsko Dawę, wyrażając mu po polsku słowa uznania. Śmieje się radośnie całą gębą, odpowiadając coś w swoim narzeczu, co, jak rozumiem z jego miny, miało znaczyć: a to był dobry kawał.”

Mimo tej przygody i ciężkich warunków akcja posuwała się naprzód a nawet uległa przyśpieszeniu. 17 czerwca na wysokości 6250 m stanęły namioty obozu III. Już w dwa dni później czterej Polacy założyli na polu śnieżnym u stóp tzw. Wielkiego Uskoku obóz IV (6400 m). 20 czerwca Bernadzikiewicz i Bujak pokonali i ubezpieczyli dwie trzecie uskoku, w tym pionowy próg skalny. Osiągnięta wysokość - 6700 m - napawała optymizmem i dawała nadzieję na bliski już moment ostatecznego szturmu.

oboz pod nanda devi

Obóz IV (6400 m) i główny szczyt Nanda Devi. Fot. arch. Jana Kazimierza Dorawskiego

 Następnego dnia Bernadzikiewicz i Klarner z Szerpami Dawą Tseringiem i Indżungiem wyruszyli z obozu IV do ataku szczytowego. W świeżym śniegu, przy sporych trudnościach technicznych, pokonali resztę Wielkiego Uskoku, po czym ostrą granią z nawisami dotarli do wysokości 6950 m. W czasie przygotowań do rozbicia namiotów obozu V, pod Inżungiem urwał się olbrzymi nawis śnieżny. I znów szarpnięcie poszło na związanego z nim Dawę Tseringa. Ten klęcząc nad samym brzegiem obrywu czynił rozpaczliwe wysiłki, by utrzymać towarzysza, który wisiał 15 m niżej. Klamer rzucił się ku Tseringowi i gwałtownymi szarpnięciami pomógł mu utrzymać równowagę. Zszokowany Indżung nie potrafił pomóc towarzyszom, toteż wyciąganie go na grań trwało blisko pół godziny. Załamany psychicznie Indżung nie był zdolny do samodzielnego zejścia, wspinacze musieli odłożyć szturm i zająć się sprowadzeniem Szerpy na przełęcz.
Atak próbowali teraz podjąć Bujak i Karpiński. 23 czerwca śnieżyca przeszkodziła im nawet w dotarciu do miejsca planowanego obozu V. Karpiński, który od dawna już odczuwał dolegliwości przewodu pokarmowego, zrezygnował ostatecznie z wierzchołka i zszedł do bazy.

Pozostała trójka rozpoczęła od nowa upartą walkę z niepogodą i ciężkim śniegiem na grani. 30 czerwca wraz z Szerpami Dawą Tseringiem, Boktejem i Nyimą założyli oni obóz V. Stanął on zaledwie 50 m wyżej od miejsca wypadku Indżunga, na skalnej platformie na grani (7000 m). W obozie razem z alpinistami został Dawa Tsering, zaś pozostała dwójka Szerpów odeszła dół.

l lipca szalała nad Nanda Devi huraganowa wichura przy temperaturze -14°C. Zmusiła ona wszystkich do przeczekania w szarpanych wiatrem namiotach. 2 lipca o 5 rano wiał znów silny wiatr, ale niebo było bezchmurne. Było jeszcze zimniej niż poprzedniego dnia, wkrótce jednak słońce zalało grań i temperatura szybko się podniosła. To pomogło podjąć decyzję. Cała czwórka wyruszyła do ataku szczytowego. Prowadzili Bujak z Dawą Tseringiem, rąbiąc stopnie w zlodowaciałym śniegu. W pewnym momencie Bujak stracił czucie w stopach, musiał zdjąć buty i długo nacierać palce aż do przywrócenia normalnego krążenia krwi.

Bujak odzyskał ochotę do wspinaczki, jednak Bernadzikiewicz był w bardzo złej formie. O godzinie 11, u stóp Środkowego Uskoku (7200 m) był już tak wyczerpany, że postanowił zawrócić. Wraz z nim zszedł Dawa Tsering.

Bujak i Klamer pokonali Środkowy Uskok w trudnej wspinaczce po niekorzystnie uwarstwionych zaśnieżonych płytach skalnych. Dalsza część grani wymagała pracowitego rąbania i wybijania stopni w firnie o zmiennej konsystencji. Zaczął się wyścig z uciekającym szybko czasem. Późnym już popołudniem stanęli pod skałami uskoku szczytowego. Z dołu wyglądał on bardzo groźnie, teraz okazał się dosyć łatwy, ze względu na dobre uwarstwienie skał. Prowadzący Klamer po dwóch długościach liny niespodziewanie wynurzył się ze stromizn uskoku na olbrzymią śnieżną rówień. To był szczyt Nanda Devi East!

Obaj wspinacze brnęli teraz zataczając się w głębokim nierównym śniegu i walcząc z silnym wichrem. O godzinie 17 doszli do kulminacyjnego punktu. Przenikliwy wiatr skłonił ich do szybkiego odwrotu. Zrobili zdjęcia panoramy i przemarznięci ruszyli w dół. 20 m poniżej kopuły szczytowej, wśród wystających ze śniegu skałek zostawili metalową puszkę z notatką stwierdzającą wejście. Wkrótce zaskoczyła ich ciemność. Posrebrzoną światłem księżyca granią dwójka zdobywców dotarła o godzinie 21 do namiotów obozu V.

Tak został osiągnięty cel wyprawy i na długie lata największy sukces polskiego alpinizmu oraz polski rekord wysokości. Niestety radość z tego sukcesu szybko uległa przyćmieniu. W czasie próby zdobycia szczytu Tirsuli (7074 m), w nocy z 18 na 19 lipca, pod zwałami lawiny, która zasypała obóz III (6150 m), zginęli Bernadzikiewicz i Karpiński. Ciała ich nie zostały odnalezione.

Taki był - triumfalny i tragiczny - początek polskiego himalaizmu, o którego sukcesach głośno potem było w świecie. Drogo okupione zdobycie Nanda Devi Wschodniej - podówczas szóstego co do wysokości ze zdobytych szczytów - miało być początkiem serii wielkich wypraw. Tymczasem wojna zaprzepaściła na długo wszelkie szanse nowych zdobyczy, a powojenne pokolenia polskich alpinistów musiały od nowa zdobywać doświadczenia na drodze ku wysokim szczytom.

Drugiego przejścia polskiej drogi południową granią Nanda Devi East dokonał w 1951 roku nie kto inny jak późniejszy zdobywca Everestu Tenzing Norgay. Był on uczestnikiem francuskiej wyprawy zamierzającej dokonać trawersowania obydwu szczytów Nanda Devi. Dwójkę szturmową tworzyli świetni wspinacze skalni Roger Duplat i Gilbert Vignes. Weszli oni na główny wierzchołek Nanda Devi i rozpoczęli zuchwały kilkukilometrowy trawers urwistej grani w kierunku Nanda Devi East. Od kilku dni jednak Duplat i Vignes nie dawali znaku życia. Podejrzewano najgorsze. Zadaniem Tenzinga i jego towarzysza Luisa Dubosta było wyjście im naprzeciw poprzez wejście na wschodni wierzchołek.

Wspinaczkę tę wspominał Tenzing Norgay w swojej książce: „Po większej części szliśmy granią - przeciwległą do tej, którą trawersować mieli Duplat i Vignes. W miarę jak posuwaliśmy się naprzód, grań stawała się coraz to węższa i bardziej eksponowana, oblodzona lub też pokryta sypkim, niezwiązanym śniegiem. Nie byliśmy pierwsi na tej drodze. Dwanaście lat temu robili ją alpiniści polscy zdobywając szczyt. Kilkakrotnie napotkaliśmy pozostawione przez nich liny i haki tkwiące jeszcze w lodzie, jednak zbyt już stare i zniszczone, aby można im było zawierzyć. Musieliśmy więc iść własną drogą - poprzez ogromne uskoki i turnie, to znów wąską krawędzią nad 3 kilometrową przepaścią, a przez cały czas po stopniach tak niepewnych, iż w każdej chwili groziły obsunięciem.

Ostatnimi laty zapytywano mnie nieraz, która z moich dróg była najtrudniejsza i najbardziej niebezpieczna. Spodziewano się usłyszeć, że Everest. Ale to nie był Everest. To Nanda Devi East.”

"Klątwa bogini Nanda?"

Dramatyzm losów pozostałych przy życiu uczestników wyprawy sprawił, że zaczęto mówić o fatum prześladującym tych, którzy naruszyli spokój straszliwej bogini Kali. Bowiem Nanda to jedno z imion, a właściwie przydomek bogini śmierci i zniszczenia Kali, małżonki Śiwy.

Początkowo Bujak i Klarner wracają razem do kraju. W Bombaju dotarła do nich wiadomość o napiętej sytuacji w Polsce i przygotowaniach do wojny. 23 sierpnia odpłynęli z Bombaju statkiem „Victoria”, pozostawiając część ekwipunku wyprawy pod opieką polskiego konsulatu. Na Morzu Czerwonym doszła ich wieść o wybuchu wojny. 4 września zeszli na ląd w Port Saidzie, skąd przez Aleksandrię, Constanzę i Bukareszt dotarli 11 września do Lwowa.

Jakub Bujak ruszył ponownie przez Rumunię, a następnie przez Francję trafił do Anglii, gdzie wpierw był mechanikiem w zgrupowaniu lotniczym w Blackpool, a później jako ceniony specjalista od budowy samolotów został przeniesiony do brytyjskiego przemysłu lotniczego. Pracował początkowo w Laleham pod Londynem, następnie w oddziale doświadczalnym zakładów Rolls Royce'a w Derby. W czasie pobytu w Anglii nie zapominał o górach, został nawet członkiem Alpine Clubu. Jednak tutejsze górki nie dają zbyt wielu okazji do bardziej ambitnych dokonań. W pierwszych dniach lipca wyruszył na kolejną wycieczkę w góry Kornwalii.

Ostatni ślad po nim - to opuszczony namiot między osiedlem Zennor a brzegiem morskim, około 5 km na południowy zachód od St. Ives. Nigdy nie znaleziono ciała i władze w końcu przyjęły wersję, że utopił się 5 lipca podczas kąpieli morskiej (te góry były położone przy brzegu morza). Inni mówią, że Jakub Bujak, który pojechał na wycieczkę prawie w przeddzień powrotu do kraju, gdzie pozostała żona, Maria Łomnicka-Bujakowa, również taterniczka, po prostu wiedział zbyt wiele o tajemnicach brytyjskiego przemysłu lotniczego…

Jakub Klarner dotarł do Warszawy, działał w podziemiu, walczył w Powstaniu Warszawskim, w którym był ranny w ramię. Po wojnie mieszkał w Warszawie i jeździł po kraju z odczytami o wyprawie na Nanda Devi. Napisał również książkę o wyprawie. Zimą 1947 roku wspinał się w Tatrach w towarzystwie Bolesława Chwaścińskiego. 17 września 1949 roku wyszedł ze swego mieszkania w Warszawie i wszelki ślad po nim zaginął.

Krótko po upływie 10 lat od zdobycia szczytu żaden z uczestników wyprawy już nie żył. Wtedy zaczęła urastać legenda o zemście krwawej bogini Kali. Gdy niemal dokładnie w 18 lat po tragicznej lawinie na Tirsuli, 17 lipca 1957 roku w Tatrach zginął Marek Karpiński, syn Adama, niektórzy twierdzili, że to kolejna ofiary klątwy góry.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

--- Adam Karpiński (1897–1939) z zawodu był inżynierem mechanikiem i konstruktorem lotniczym. W czasie I wojny światowej służył w lotnictwie jako obserwator. Później ukończył studia na Politechnice Warszawskiej i stał się jednym z pionierów polskiego lotnictwa sportowego i szybownictwa (m. in. badał możliwości zakładania lotnisk szybowcowych pod Tatrami i w Beskidach). W 1930 roku brał udział w Międzynarodowym Rajdzie Lotniczym dookoła Europy. Taternictwo zaczął uprawiać w 1922 roku. Szczególnie upodobał sobie Tatry zimą. Najbardziej odpowiadały mu przejścia długie, wielodniowe, pionierskie w tych górach.

W zimie 1925 przeszedł samotnie grań Tatr Zachodnich od Bobrowca do Tomanowego Wierchu Polskiego, z czterema biwakami w namiocie. Były to pierwsze noclegi w Tatrach w zimie na tak dużej wysokości. W zimie 1928 wraz z Konstantym Narkiewiczem-Jodką przeszedł jednym ciągiem główna grań Tatr Wysokich od Przełęczy pod Kopą do Białej Ławki z 11 biwakami w namiocie.

W roku 1925 odbył szereg wypraw w Alpy, także w zimie, a w 1933–34 uczestniczył w I Polskiej Wyprawie w Andy, gdzie dokonał m. in. I wejścia na Mercedario (6720 m).

Karpiński był też zapalonym konstruktorem nowych modeli sprzętu alpinistycznego, m. in. świetnego namiotu wysokogórskiego Akar-Ramada, śpiwora oraz nieco mniej udanej konstrukcji - tzw. rako-butów.

Adam Karpiński ożenił się z lekarką, narciarką i taterniczką Wandą Czarnocką (1894–1971), która towarzyszyła mu w wielu zimowych wejściach tatrzańskich. Z tego związku urodziło się dwóch synów, Jacek i Marek. Obydwaj zostali bardzo wcześnie wprowadzeni przez rodziców w góry. Na przełomie lat 40. i 50. bracia ukończyli kurs taternicki i odbywali wspólnie swoje pierwsze samodzielne wspinaczki. Przy taternictwie dłużej pozostał tylko młodszy z nich - Marek, przechodząc w latach 1952–56 szereg poważnych i długich dróg tatrzańskich. Zginął 17 lipca 1957 roku wskutek obrażeń odniesionych w lawinie kamiennej pod Młynarzową Przełęczą.


--- Stefan Bernadzikiewicz (1907–1939) był inżynierem mechanikiem, asystentem na Politechnice Warszawskiej. Trzykrotnie brał udział w wyprawach na Spitsbergen, w tym dwukrotnie jako kierownik, uczestniczył także w wyprawie na Grenlandię i na Kaukaz, gdzie brał udział w trawersowaniu Burdżuli i wejściu na Szcharę.

Poważniejszą działalność tatrzańską rozpoczął w 1929 roku, a w następnych dwóch latach powtórzył liczne wielkie nadzwyczaj trudne tury tatrzańskie. M. in. jest współautorem nowej drogi na pn.-zach. ścianie Niżniej Wysokiej Gierlachowskiej. Intensywnie uprawiał też taternictwo zimowe. Brał udział w pierwszych wejściach zimowych na Żabi Szczyt Wyżni (1930), Pośrednią Śnieżną Turnię (1935) oraz przez Śnieżną Dolinę na Lodowy Szczyt (1935).

Brał żywy udział w pracy organizacyjnej polskiego taternictwa i polarystyki. Od 1930 r. był pierwszym przewodniczącym Koła Wysokogórskiego Oddziału Warszawskiego PTT, a po zjednoczeniu polskiego ruchu wysokogórskiego, w latach 1936–37 był prezesem Klubu Wysokogórskiego PTT. Był współzałożycielem i wiceprezesem (1936) Polskiego Koła Polarnego w Warszawie. Za zasługi w badaniu Spitsbergenu został udekorowany norweskim Krzyżem Kawalerskim św. Olafa I klasy.


--- Jakub Bujak (1905–1945) również z zawodu był inżynierem mechanikiem. W 1930 r. ukończył Politechnikę Lwowską i w tej samej uczelni w 1937 r. uzyskał tytuł doktora nauk technicznych. Był wybitnym specjalistą - konstruktorem silników spalinowych, współautorem (wraz z Adamem Wicińskim) metody doładowania silników spalinowych i jednym z konstruktorów silnika, który zamierzano wprowadzić w kolejnictwie. Bujak miał na swoim koncie wiele nowych, wspaniałych dróg w Tatrach i Alpach, wspinał się w górach Skandynawii i na Kaukazie.

W Tatrach działał głównie w zimie, dokonując m. in. pierwszych wejść zimowych: z Dzikiej Doliny na Durną Przełęcz (1934) i wprost z Suchej Doliny na Lodowy Szczyt (1939). W 1931 roku wszedł samotnie na nartach na dwa najwyższe szczyty Skandynawii: Galdhöppingen (2468 m) i Glittertind (2481 m).

Jakub Bujak odznaczał się wielką erudycją i świetnym teoretycznym przygotowaniem do każdej wyprawy. Mówiono o nim „chodząca encyklopedia”, gdy zaskakiwał kolegów znajomością gór Kaukazu, w których, podobnie jak oni, był po raz pierwszy.


--- Janusz Klarner (1910–1949?), także inżynier mechanik, młody i sprawny sportowiec, ale raczej narciarz i żeglarz niż taternik. Ta kandydatura wywołała początkowo sprzeciw gdyż Klarner uważany był za taternickiego nowicjusza. O jego udziale zadecydowały głównie względy finansowe. Klarner pochodził z zamożnej rodziny i wniósł sporą kwotę, umożliwiając w ten sposób w ogóle dojście wyprawy do skutku. Próbą dla Klarnera była zimowa wspinaczka z Doliny Suchej północno-zachodnią ścianą na Lodowy Szczyt, na którą zabrali go Bujak i Karpiński. Spisał się dobrze, wspinaczka trwała tylko jeden dzień. Karpiński zaufał mu i nie popełnił błędu. Na wyprawie Klarner okazał się nie tylko doskonałym towarzyszem, ale wykazał ogromną determinację i wolę zwycięstwa.

Janusz Kurczab

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież