Log in
    

Kocioł Kazalnicy Mięguszowieckiej / 15.10 Do Yumy V+, A3

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

15:10 Do Yumy V+, A3 - to wymagająca hakówka na Kotle Kazalnicy. Rzadko chodzona. Póki co zamiast opisu zapraszam na opis pierwszego przejścia, piórem Jana Muskata. 

Wycena: V+, A3

Długość:

Czas przejścia: 15h / 5 dni zimą (pierwsze przejście, z poręczowaniem)

Lokalizacja:  Kazalnica / Kocioł Kazalnicy Mięguszowieckiej

Uroda:

Wystawa: NE

Charakter: ?

Zagrożenia obiektywne: ?

Pierwsze przejście zimowe: 1979, 16 marca. Zespół: Andrzej Michnowski, Jan Muskat i Michał Momatiuk.

Pierwsze przejście letnie: 1987, 9 sierpnia. Zespół: Ryszard Kastelik i Edward Tomaszek.

Dojście

Ze schroniska w Morskim Oku podchodzimy czerwonym szlakiem na próg Czarnego Stawu, skąd idziemy w prawdo pod ścianę Kazalnicy Mięguszowieckiej. Czas podejścia to około 1 godzina.

Opis

Nikt jesze nie dodał opisu. Możesz być pierwszy!

Zejście

Sprzęt

Historia zdobywania

Nowa droga między Długoszem a drogą Daga IV+A1. Czas pierwszego przejścia 42 godziny – marzec 1979 r.

Partnerzy: Andrzej Michnowski (Dziadek) i Michał Momatiuk (Włodek Poburka brał udział w poręczowaniu do turnicy). 

Wpisu tego dokonałem osobiście zaraz po przejściu drogi i byłem szalenie dumny. Wpis ten znajduje się w książce „wyczynu” taternickiego członków klubu wysokogórskiego w Zakopanem. Pomysłodawcą tego przejścia był Andrzej Michnowski – niezwykle utalentowany wspinacz, taternik. To właśnie Andrzej dwa lata wcześniej zrobił na Kazalnicy „Kant wielkiego zacięcia”. Towarzyszyli mu Lech Skarżyński, Grzegorz Chwoła i Marek Harasimowicz. Wycenili drogę na IV A2 - czas przejścia 40 godzin. 

Michał Momatiuk to syn Czesława Momatiuka, którego chyba nie muszę Państwu przedstawiać, wybitnego wspinacza i alpinisty. Michał poszedł w ślady ojca. Propozycja wzięcia udziału w tak znakomitej kompanii była dla mnie niesamowitym wyróżnieniem. Drogę poręczowaliśmy trzy dni do turni na Długoszu. Bardzo trudny pierwszy wyciąg prowadził Michał. Towarzyszyłem mu w tym dniu likwidując tzw. przeloty (haki, kostki, friendy). Zrobiliśmy jeszcze dwa – już dużo łatwiejsze wyciągi – i zjechaliśmy pod ścianę. Oczywiście zostawiając linę poręczową. 

W tamtych czasach używaliśmy tzw. podciągów – lin produkowanych w Bezalinie – jedyne w tamtym czasie dostępne liny w Polsce. Nie posiadały rdzenia, były bardzo rozciągliwe (bardzo się rozciągały), ale nie słyszałem o wypadku urwania się, bądź też niebezpiecznego przetarcia się. Drugi dzień poręczowania i kontynuacji drogi należał do Andrzeja Michnowskiego, którego wspierał Włodek Poburka. Zrobili dwa trudne wyciągi i skończyli na tym swoją szychtę. Trzecia szychta przypadła nam w udziale. Prowadził Michał Momatiuk, a wspinanie było bardzo wymagające – padł był środek turnicy na Długoszu, na której to założyliśmy „bazę”. 

Baza na turnicy byłaby naszym, można by rzec, znakomitym miejscem obserwacyjnym. Patrząc do góry, mieliśmy wspinającego się Andrzeja jak na dłoni, kierując zaś wzrok w dół, nic nie mogło ujść naszej uwadze, a zwłaszcza wszelkie poczynania taterników. (Dawniej, kiedy nie było telewizorów – szczęśliwcy, zwłaszcza Ci, których okna wychodziły na ulice, trakty – spędzali wolny czas patrząc z pełnym zainteresowaniem, co się tam dzieje: Gdzie kto jedzie? Gdzie kto idzie?). My na turnicy w podobny sposób spędzaliśmy czas. 

Dalsza część drogi, czyli dojście do dachu – sam dach i skomplikowany teren nad nim to dzieło Andrzeja Michnowskiego (Dziadka). (Ksywki powstały w latach 1969-70 będąc wynikiem miejsca, sytuacji, skojarzenia i zbiegu okoliczności). Jesteśmy w komplecie na turnicy. Andrzej dynda w gładziach dachu, dzień zimny i wilgotny, słyszymy z dołu dochodzące głosy. Pewnikiem ktoś się wspina. To Zbyszek Dudrak i Kazimierz Woźniak podążają drogą Długosza w nasze ramiona. Kazimierz już mości się na stanowisku – wpina się w którąś z naszych lin – zaczyna asekurować Zbyszka Dudraka i krzyczy „możesz iść”.

W tym to momencie Zbyszek Dudrak osunął się naprężając linę, która to zaczęła ściągać Kazimierza w dół. Okazało się bowiem, że Kaziu wpiął się w luźny koniec liny. Tylko dzięki refleksowi Michała Momatiuka, który za przysłowiowy wszarz złapał Kazia, i wpiął go w stanowisko. Szczęśliwie się skończyło coś, co mogło mieć konsekwencje bardzo poważne. W stosunku do Kazia konsekwencje były i to nie byle jakie. Ksywka Kaziu Morderca rozeszło się w „taternickim eterze” bardzo szybko, a powstało na turnicy, chwilę po wyżej opisanym incydencie. 

Andrzej kończy przejście dachu i zostaje opuszczony na turnicę. Pogoda się załamuje. Likwiduję ten wyciąg w dachu, zjeżdżam na stanowisko i postanawiamy zjechać pod ścianę. Jest nasza czwórka plus Kazimierz i Zbyszek. Zjazdy prowadzi Michał – najlepiej obeznany z terenem. W trakcie zjazdów zapada zmrok i robi się ciemno. Jesteśmy z Michałem tuż przy bloku z pętlami (gmatwanina lin, pętli). To już ostatni zjazd. Jesteśmy na ziemi (Matce Ziemi), cali i zdrowi. Czekamy na resztę przyjaciół. Wyzwalamy się z uprzęży i nagle słyszymy jakieś przeraźliwe wrzaski – coś czy ktoś wali się pod ścianę. Jezus Maria! Ktoś spadł – krzyczy Michał. Na szczęście nie ktoś, tylko coś. To duży plecak został zrzucony przez Andrzeja, który wpiął się przez nieuwagę w pierwszą lepszą linę, zaczął zsuwać się, jednak coś go tknęło i zorientował się że lina kończy się tuż, tuż pod nim i do tego nie ma węzła. Ciężki wór/plecak utrudniał mu, powrót na stanowisko i jakiekolwiek działanie, które mogłoby go wybawić z tej niebezpiecznej sytuacji. Wyzwolił się jednak od balastu, wrócił na stanowisko i już bezpiecznie zjechał na dół. 

Dwa dni później wracamy pod ścianę. Po linach poręczowych pniemy się na turnicę (małpujemy). Tym razem jest nas trzech: Andrzej, Michał i ja. Włodek Poburka zrezygnował ponieważ szukał małego zielonego plecaka, w którym miał bardzo ważne rzeczy (dokumenty itp. itd.). Po powrocie z drogi dowiedzieliśmy się, że mały zielony plecak – którego szukał parę dni – był w dużym zielonym plecaku, który miał na plecach. 

Andrzej kontynuuje prowadzenie, jest już w zacięciu nad okapem. To już 10 wyciąg. Nagle dziwne dźwięki docierają do naszej świadomości. Andrzej odpadł, runął, zwalił się – jak kto woli. W trakcie tego lotu spadła mu czapka (dobrze, że nie korona). To jednak dla niego była niepowetowana strata. Mimo tych przeciwności kończy wspinanie i chwilę później kokosi się w swoim hamaku. Zasypiamy dyndając paręset metrów nad czarnym stawem – bardzo przyjemne uczucie.

Następny dzień wita nas lepkimi i ciepłymi podmuchami wiatru, to nie zwiastuje nic dobrego – odwilż. Likwidujemy nasze stanowisko obserwacyjne na turnicy i ruszamy w kierunku sanktuarium. Dwa wyciągi dzielą nas od tego niebezpiecznego kolektora. Prowadzę przedostatni wyciąg – jest to moje pierwsze prowadzenie w zimie na Kazalnicy Mięguszowieckiej. Byłem bardzo przejęty moją wspinaczkową misją. Późnym popołudniem docieramy do miejsca, z którego zjeżdża się do Sanktuarium. Według Andrzeja Michnowskiego jest za ciepło i zbyt niebezpiecznie. Twierdzi, że czekamy do wieczora na ochłodzenie, które być może będzie naszym sprzymierzeńcem.

Już po ciemku, zapadając się w mokrym śniegu po kolana, brniemy w górę Sanktuarium. Będąc pierwszy raz w tym miejscu nie zdawałem sobie sprawy z zagrożenia. Doszło ono do mnie w następnych latach, kiedy pokonywałem do góry wiele razy zdradliwe sanktuarium. Docieramy na szczyt cali i zdrowi. Natomiast schodząc w Bańdziochu, zsuwamy się po śniegu na pośladkach (dupozjazdy). Przed nami formowały się bardzo duże kule śniegu, gotowe do stawiania bałwanów.

 

Stoimy nad Morskim Okiem i patrzymy z niedowierzaniem. Na Morskim Oku nie ma ścieżek, nie ma śniegu – cały pokryty jest wodą. Pokrywa ta nie przekracza 30-40cm – a pod spodem świecący się, niebieski lód. Obejście stawu byłoby dodatkowym utrudnieniem, gdyż nasza energia była już na wyczerpaniu. W tym momencie pada propozycja: „tniemy” przez staw. Lodu jest wystarczająco dużo aby utrzymał on nasz ciężar - mamy taką nadzieję. Wchodzimy do wody, sięga nam do połowy łydek, a momentami pod kolana - iście surrealistyczny widok. W poświacie światła ze schroniska, stąpające środkiem trzy postacie, skojarzyły mi się z Jezusem chodzącym po Jeziorze Galilejskim.

Jan Muskat

oryginalny-schemat-1510-do-yumy-kociol-kazalnicy.jpg

Oryginalny schemat autorstwa Jana Muskata

Ciekawostki

Znasz ciekawostki o tej drodze? Podziel się nimi.

Cytaty

Znasz wypowiedzi ludzi o tej drodze? Podziel się nimi

Topo

Masz topo? Podeślij linka w komentarzach, a chętnie zamieścimy!

Zdjęcia

Masz zdjęcia? Podeślij linka w komentarzach, a chętnie zamieścimy!

Filmy

Wyszperałeś w sieci filmy o tej drodze? Podeślij linka w komentarzach, a chętnie zamieścimy!

Kazalnica Mięguszowiecka „15:10 do Yumy”
 
Nowa droga między Długoszem a drogą Daga IV+A1.
czas pierwszego przejścia 42 godziny – marzec 1979r.
Partnerzy: Andrzej Michnowski (Dziadek) i Michał Momatiuk (Włodek Poburka brał udział w poręczowaniu do turnicy). 
Wpisu tego dokonałem osobiście zaraz po przejściu drogi i byłem szalenie dumny. Wpis ten znajduje się w książce „wyczynu” taternickiego członków klubu wysokogórskiego w Zakopanem. Pomysłodawcą tego przejścia był Andrzej Michnowski – niezwykle utalentowany wspinacz, taternik. To właśnie Andrzej dwa lata wcześniej zrobił na Kazalnicy „Kant wielkiego zacięcia”. Towarzyszyli mu Lech Skarżyński, Grzegorz Chwoła i Marek Harasimowicz. Wycenili drogę na IV A2 - czas przejścia 40 godzin. 
Michał Momatiuk to syn Czesława Momatiuka, którego chyba nie muszę Państwu przedstawiać, wybitnego wspinacza i alpinisty. Michał poszedł w ślady ojca. Propozycja wzięcia udziału w tak znakomitej kompanii była dla mnie niesamowitym wyróżnieniem. Drogę poręczowaliśmy trzy dni do turni na Długoszu. Bardzo trudny pierwszy wyciąg prowadził Michał. Towarzyszyłem mu w tym dniu likwidując tzw. przeloty (haki, kostki, friendy). Zrobiliśmy jeszcze dwa – już dużo łatwiejsze wyciągi – i zjechaliśmy pod ścianę. Oczywiście zostawiając linę poręczową. 
W tamtych czasach używaliśmy tzw. podciągów – lin produkowanych w Bezalinie – jedyne w tamtym czasie dostępne liny w Polsce. Nie posiadały rdzenia, były bardzo rozciągliwe (bardzo się rozciągały), ale nie słyszałem o wypadku urwania się, bądź też niebezpiecznego przetarcia się. Drugi dzień poręczowania i kontynuacji drogi należał do Andrzeja Michnowskiego, którego wspierał Włodek Poburka. Zrobili dwa trudne wyciągi i skończyli na tym swoją szychtę. Trzecia szychta przypadła nam w udziale. Prowadził Michał Momatiuk, a wspinanie było bardzo wymagające – padł był środek turnicy na Długoszu, na której to założyliśmy „bazę”. 
Baza na turnicy byłaby naszym, można by rzec, znakomitym miejscem obserwacyjnym. Patrząc do góry, mieliśmy wspinającego się Andrzeja jak na dłoni, kierując zaś wzrok w dół, nic nie mogło ujść naszej uwadze, a zwłaszcza wszelkie poczynania taterników. (Dawniej, kiedy nie było telewizorów – szczęśliwcy, zwłaszcza Ci, których okna wychodziły na ulice, trakty – spędzali wolny czas patrząc z pełnym zainteresowaniem, co się tam dzieje: Gdzie kto jedzie? Gdzie kto idzie?). My na turnicy w podobny sposób spędzaliśmy czas. 
Dalsza część drogi, czyli dojście do dachu – sam dach i skomplikowany teren nad nim to dzieło Andrzeja Michnowskiego (Dziadka). (Ksywki powstały w latach 1969-70 będąc wynikiem miejsca, sytuacji, skojarzenia i zbiegu okoliczności). Jesteśmy w komplecie na turnicy. Andrzej dynda w gładziach dachu, dzień zimny i wilgotny, słyszymy z dołu dochodzące głosy. Pewnikiem ktoś się wspina. To Zbyszek Dudrak i Kazimierz Woźniak podążają drogą Długosza w nasze ramiona. Kazimierz już mości się na stanowisku – wpina się w którąś z naszych lin – zaczyna asekurować Zbyszka Dudraka i krzyczy „możesz iść”. W tym to momencie Zbyszek Dudrak osunął się naprężając linę, która to zaczęła ściągać Kazimierza w dół. Okazało się bowiem, że Kaziu wpiął się w luźny koniec liny. Tylko dzięki refleksowi Michała Momatiuka, który za przysłowiowy wszarz złapał Kazia, i wpiął go w stanowisko. Szczęśliwie się skończyło coś, co mogło mieć konsekwencje bardzo poważne. W stosunku do Kazia konsekwencje były i to nie byle jakie. Ksywka Kaziu Morderca rozeszło się w „taternickim eterze” bardzo szybko, a powstało na turnicy, chwilę po wyżej opisanym incydencie. 
Andrzej kończy przejście dachu i zostaje opuszczony na turnicę. Pogoda się załamuje. Likwiduję ten wyciąg w dachu, zjeżdżam na stanowisko i postanawiamy zjechać pod ścianę. Jest nasza czwórka plus Kazimierz i Zbyszek. Zjazdy prowadzi Michał – najlepiej obeznany z terenem. W trakcie zjazdów zapada zmrok i robi się ciemno. Jesteśmy z Michałem tuż przy bloku z pętlami (gmatwanina lin, pętli). To już ostatni zjazd. Jesteśmy na ziemi (Matce Ziemi), cali i zdrowi. Czekamy na resztę przyjaciół. Wyzwalamy się z uprzęży i nagle słyszymy jakieś przeraźliwe wrzaski – coś czy ktoś wali się pod ścianę. Jezus Maria! Ktoś spadł – krzyczy Michał. Na szczęcie nie ktoś, tylko coś. To duży plecak został zrzucony przez Andrzeja, który wpiął się przez nieuwagę w pierwszą lepszą linę, zaczął zsuwać się, jednak coś go tknęło i zorientował się że lina kończy się tuż, tuż pod nim i do tego nie ma węzła. Ciężki wór/plecak utrudniał mu, powrót na stanowisko i jakiekolwiek działanie, które mogłoby go wybawić z tej niebezpiecznej sytuacji. Wyzwolił się jednak od balastu, wrócił na stanowisko i już bezpiecznie zjechał na dół. 
Dwa dni później wracamy pod ścianę. Po linach poręczowych pniemy się na turnicę (małpujemy). Tym razem jest nas trzech: Andrzej, Michał i ja. Włodek Poburka zrezygnował ponieważ szukał małego zielonego plecaka, w którym miał bardzo ważne rzeczy (dokumenty itp. itd.). Po powrocie z drogi dowiedzieliśmy się, że mały zielony plecak – którego szukał parę dni – był w dużym zielonym plecaku, który miał na plecach. 
Andrzej kontynuuje prowadzenie, jest już w zacięciu nad okapem. To już 10 wyciąg. Nagle dziwne dźwięki docierają do naszej świadomości. Andrzej odpadł, runął, zwalił się – jak kto woli. W trakcie tego lotu spadła mu czapka (dobrze, że nie korona). To jednak dla niego była niepowetowana strata. Mimo tych przeciwności kończy wspinanie i chwilę później kokosi się w swoim hamaku. Zasypiamy dyndając paręset metrów nad czarnym stawem – bardzo przyjemne uczucie. Następny dzień wita nas lepkimi i ciepłymi podmuchami wiatru, to nie zwiastuje nic dobrego – odwilż. Likwidujemy nasze stanowisko obserwacyjne na turnicy i ruszamy w kierunku sanktuarium. Dwa wyciągi dzielą nas od tego niebezpiecznego kolektora. Prowadzę przedostatni wyciąg – jest to moje pierwsze prowadzenie w zimie na Kazalnicy Mięguszowieckiej. Byłem bardzo przejęty moją wspinaczkową misją. Późnym popołudniem docieramy do miejsca, z którego zjeżdża się do Sanktuarium. Według Andrzeja Michnowskiego jest za ciepło i zbyt niebezpiecznie. Twierdzi, że czekamy do wieczora na ochłodzenie, które być może będzie naszym sprzymierzeńcem. Już po ciemku, zapadając się w mokrym śniegu po kolana, brniemy w górę Sanktuarium. Będąc pierwszy raz w tym miejscu nie zdawałem sobie sprawy z zagrożenia. Doszło ono do mnie w następnych latach, kiedy pokonywałem do góry wiele razy zdradliwe sanktuarium. Docieramy na szczyt cali i zdrowi. Natomiast schodząc w Bańdziochu, zsuwamy się po śniegu na pośladkach (dupozjazdy). Przed nami formowały się bardzo duże kule śniegu, gotowe do stawiania bałwanów. Stoimy nad Morskim Okiem i patrzymy z niedowierzaniem. Na Morskim Oku nie ma ścieżek, nie ma śniegu – cały pokryty jest wodą. Pokrywa ta nie przekracza 30-40cm – a pod spodem świecący się, niebieski lód. Obejście stawu byłoby dodatkowym utrudnieniem, gdyż nasza energia była już na wyczerpaniu. W tym momencie pada propozycja: „tniemy” przez staw. Lodu jest wystarczająco dużo aby utrzymał on nasz ciężar - mamy taką nadzieję. Wchodzimy do wody, sięga nam do połowy łydek, a momentami pod kolana - iście surrealistyczny widok. W poświacie światła ze schroniska, stąpające środkiem trzy postacie, skojarzyły mi się z Jezusem chodzącym po Jeziorze Galilejskim.
 
Jan Muskat

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież