Log in
    

Premiera internetowa filmu Marcina Tasiemskiego "Historia drytoolingu"!

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

historia drytoolinguPremiera "Historia drytoolingu"

Zapraszamy wszystkich serdecznie do obejrzenia Histori Drytoolingu, filmu Marcina Tasiemskiego, wraz z krótkim wywiadem z Marcinem, na temat kulisów powstawania filmu!

Marcin jak po KFG? Jak publiczność zareagowała na Historię Drytoolingu?

Spontaniczne brawa ;), to największa nagroda dla twórcy, to jest „najczystsza forma uznania” podyktowana emocjonalnym odbiorem danego widowiska. Bardzo cenię sobie luźne rozmowy w kuluarach o dalszych odcinakach i poklepywanie po plecach. Jednak najbardziej cenne chyba są te wysyłane z domu, gdy emocje już opadną, to że się komuś chce, tym bardziej gdy są od innego reżysera (który, jest dla mnie autorytetem): „Obejrzałem twój film na KFG, gratulacje za kreatywność i niebanalne przedstawienie prostego tematu. Twoje filmy ewoluują w interesującym kierunku, czekam na kolejne odsłony :)”

Skąd pomysł na film? I dlaczego w technice "prawie" animowanej :)?

Pomysł jest absolutnie niewytłumaczalny, bo jest kompletnie abstrakcyjno-kreacyjny ;). Miejsce akcji, to składowa: restowej półki na mojej pierwszej drytoolowej drodze w Dolinie Wrzosy. Łąka, po której toczy się butelka, to łąka u mnie w Beskidach, w drodze na Leskowiec. Ta łąka, to moje marzenie o prostej pracy het wysoko na hali i odpoczynek w stylu obrazu Chełmońskiego „Bociany”, gdzie oprócz dwojaków, jest jeszcze butelka francuskiego wina, co daje wyraz narracja muzyczna Yanna Tiersena. A samo powstawanie dziabek, w uproszczony sposób ilustruje, jak opracowuję swoje opatentowane wynalazki. Jak widzisz to taki tygiel wielu moich pasji.
A aktor? Na początku miał być człowiek, bo najprościej z nim pracować, mówisz do niego, a On to robi ;)). Ale skoro opowieść jest abstrakcyjna, to niezręcznie jest podpinać do tego realnego człowieka i uratował mnie, mój syn Kuba podsuwając mi ….. pluszaka.

Mógłbyś opowiedzieć trochę o kulisach powstawania filmu? Czy były jakieś trudności, czy może wszystko poszło gładko.

W tym filmie skorzystałem ze wszystkich swoich pasji. Do scenografii wykorzystałem obrazy, które malowałem specjalnie pod ten film. Kopaczkę, siekiery i dziabki, zrobiłem u siebie w warsztacie, jako modelarz. Składając muzykę z trzech utworów i ruch do tego, korzystałem ze swoich doświadczeń jako tancerz i choreograf. To mój pierwszy film, gdzie mogę powiedzieć, że jestem producentem, a mojego autorstwa jest: pomysł, produkcja, scenariusz, scenografia, storyboard, oświetlenie, animacja i reżyseria, z dialogami słabo – bo nikt nic nie mówi ;))). Oczywiście wszystkie te przymioty muszą być poprzedzone jednym słowem „amator”, bo żadnej z tych sztuk nie studiowałem. Film był opisany na 49 ujęć, podczas pracy powstało sporo więcej, a wykorzystałem 148. Niektóre ujęcia trwają ¼ sekundy, a ostatnie 15 sekund kręciliśmy 3 godziny. Moja córcia Kaja, zajęła się rekwizytami z gliny i małymi detalami, natomiast mój syn Kuba był niezmordowany podczas grania kilkunastu dubli tej samej sceny. Nad filmem myślałem 2 lata, a produkcja trwała 1,5 miesiąca. Najbardziej w pamięci zapadła mi scena, gdy dogasał nam żar w kominku i rozgrzany metal z białego zamieniał się w szary. Robiliśmy kolejną i kolejną próbę, gdy żar był coraz mniejszy, a na zewnątrz pełnia lata + 22* nie ułatwiała nam pracy. Gdy już wszystko było ustalone, ostatni raz zagraliśmy scenę perfekcyjnie, a żar prawie zgasł i okazało się, że graliśmy na „pauzie”! Panikę, Dramat i Porażkę ujęcia improwizując szybko przekuliśmy w sukces zaprzęgając odkurzacz, który jak miech w prawdziwej kuźni ponownie rozniecił żar i dzięki temu nagrałem spontan ujęcie z rozgrzewania metalu jak w prawdizej kuźni ;))

Jak ma na imię główny bohater i ile robi w skałach? Oczywiście z dziabkami ;)

Te informacje mam od Kuby, bo to jego pluszak – nazywa się Maurycy. Jednak wcześniej nie posiadał rąk, tylko pomarańczowe dłonie, podobnie jak stopy. Poświęciłem więc swój zielony ręcznik i odcinając część, przeznaczyłem na jego ręce, dzięki temu dołączył do naszego drytoolowego teamu i jak było widać na filmie potrafi zapiąć „czwórkę” ;)))

W filmie przysłowiową "marchewką" była butelka z niewiadomą substancją ;) W twoim życiu była przysłowiowa "marchewka", która sprawiła, że drajtulujesz?

„Marchewka” ? ;)) moją „marchewką” jest „WOLNOŚĆ” szeroko rozumiana, ale oczywiście zamyka się w kanonach przyzwoitości ;)). Przygodę z dziabkami zacząłem oczywiście od lodu, jak każdy przyzwoity wspinacz. Potem przyszedł czas na potyczki z zimą w Tatrach, na zmianę lód, skała, trawa. O ile w trawie i lodzie można się intuicyjnie odnaleźć, tak drytoolowo bez treningu w skałach człowiek zostaje upokorzony przez Tatry. Niestety znam to z autopsji. Niegdyś po owocnym sezonie lodowym wybraliśmy się na drogę mikstową – łatwe V. Po pierwszym wyciągu urobionym po 1.5 godziny zjechaliśmy do podstawy. Musiało potrwać kilka lat treningu na skałkach, oraz zmianie partnera, jak zaczęło, się od odhaczenia „szarego zacięcia” na MSW 7+, poprzez „warianty słoweńskie” wariantem za 7+ i „alternatywny lodospad” za WI 6 – wszystkie te drogi prowadził Paweł Zioło z naszego KW BB. Ale, ale… oczywiście można, nadal tradycyjnie zdobywać ściany. Kiedyś solo zasmakowałem tego tradu, ławy na wietrze wisiały poziomo, a w połowie wyciągu wypstrykałem się ze szpeju i zmarzłem na kość, nie mówiąc o strachu patrząc na czym wisiałem, na szczęście miałem dziaby ze sobą i resztę przedrajtulowałem do topu. Od tego czasu uprawiam tylko „hakówkę dynamiczną” do czego i innych gorąco zachęcam.

Zapraszamy do obejrzenia Historii Drytoolingu 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież