Log in
    

Moje lodowce, mój czas – wspomnienia Mariana Bały

Ocena użytkowników: 4 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Kocham lodowce, ale dziewczyny też lubię – zwierza się Marian. – Też są zmienne i pełne niespodzianek. Zapraszamy serdecznie do przeczytania wspomnień naszego kolegi klubowego Mariana Bały (KW Kraków), człowieka z niezwykle bogatą górską historią i niebywałymi osiągnięciami!


alt

Zdjęcie Mariana wykonane w 1959 roku. Fot. arch. Marian Bała

Moje lodowce, no cóż, ja je po prostu kocham. Te małe, strome, spiętrzone w nieprawdopodobnym chaosie szczelin i seraków, i te wielkie jak morze, połacie lodu pocięte labiryntem niewidocznych, zdradliwych szczelin. Znaleźć drogę – tą najlepszą, najbezpieczniejszą, najkrótszą. To jest frajda. Wiedza teoretyczna jest tu przydatna, ale gdy chcemy rozsądnie się poruszać trzeba jeszcze czegoś więcej. Instynktu. Nosa.

alt

Wspinaczka na Kohe Tez (7015 m) w Hindukuszu. Fot. arch. Marian Bała 

Lodowiec prawie co roku zmienia swą postać. Bo lodowce żyją. Zmienia się mozaika szczelin i pęknięć. Czasem słychać głuche odgłosy, jak gdzieś głęboko przesuwają się masy lodu. Lodowce można znać jak własne podwórko, ale i tak zawsze potrafią czymś nas zaskoczyć. Szczeliny znikają, inne się tworzą.

Kiedyś w czasie jednego z biwaków pękł lód pod naszym namiotem. Pełni niepokoju zerwaliśmy się ze śpiworów. Może to akurat pod nami otworzy się szczelina i nas połknie – zastanawialiśmy się wówczas. I na tym chyba polega urok lodowców. Nigdy nic nie wiadomo.

alt

Wspinaczka na kaukaski szczyt Bżeduch (4271 m). Fot. arch. Marian Bała

Na lodowcu pokrytym śniegiem asekurujemy się liną nie z powodu trudności. Te są względne, zależne od formy, pogody i wielu innych aspektów. Asekurujmy się na lodowcu od niebezpieczeństwa wypadku. Wiele szczelin jest niewidocznych i nigdy nie wiadomo naprawdę, co jest pod nami, zwłaszcza wtedy, gdy lód pokryty jest warstwą śniegu – jak gruby i wytrzymały jest most, po którym musimy przejść, nie wie nikt.

alt

Przekraczanie wielkiej szczeliny podczas wspinaczki na Kohe Tez (7015 m). Fot. arch. Marian Bała

alt

W trakcie wspinaczki na szczyt Kohe Tez (7015 m) w Hindukuszu. Fot. arch. Marian Bała

Mój pierwszy lodowiec to Bosons w Chamonix. Stroma rzeka lodu, najeżona serakami „urodzonymi” gdzieś pod szczytem Mont Blanc, spływająca prawie do samej doliny. Pierwsze emocje. Zgrzyt raków, lód pryskający przy uderzeniach czekana. Cudowne! Wtedy właśnie poczułem, że to świat lodu będzie na zawsze moją miłością. To były jeszcze czasy, gdy czekan służył głównie do wyrąbywania stopni, więc z zapałem waliłem wówczas w pionowe ścianki czekanem. I pierwszy rozbity nos kolegi o twardy lód, jako przestroga.

alt

Na lodowcu Bossons. Alpy. Fot. arch. Marian Bała

Potem były lodowce Kaukazu, Pamiru, ciągnące się kilometrami lodowce Karakorum i Himalajów. Każdy inny. Jak ludzie, niby podobni do siebie, ale każdy o innym charakterze. I bezkresne połacie lodu w Arktyce. Błądzenie z kompasem w dłoni w poszukiwaniu drogi we mgle, gdy jedynymi drogowskazami są wystające z grubej warstwy lodu skalne nunataki.

alt

Lodowiec Khumbu w Himalajach, u podnóża Everestu. Fot. arch. Marian Bała

alt

Lodowce Tirich Mir w północno-wschodniej części Pakistanu. Hindukusz. Fot. arch.  Marian Bała

Kiedyś lodowiec skarcił mnie za zbytnią pewność siebie. To było na Spitsbergenie. Przymierzając się do efektownych zdjęć zapomniałem, że potrafi być groźny. Kamień wielkości dużego jabłka, spadający z topniejącego w słońcu seraka, uderzył mnie dokładnie w policzek. Klasyczny nokaut. Ocknąłem się po chwili, gdy kumple odciągali mnie w bezpieczne miejsce. Nie bardzo wiedziałem gdzie jestem i co dzieje się dookoła. Właściwie to miałem szczęście. Gdybym dostał trochę wyżej pewnie pękłaby mi czaszka, trochę niżej, kamień złamałby mi szczękę. Najbardziej nieprzyjemnym skutkiem „ciosu” była opuchnięta twarz i zamknięte oko. Nie mogłem otworzyć ust przy jedzeniu więcej niż na centymetr. Świetne konserwowe ogórki, których mieliśmy sporo, mogłem konsumować tylko pocięte na cieniutkie plasterki. To było pierwsze ostrzeżenie.

Lodowiec oszczędził mi przykrości związanych ze szczelinami. Nigdy nie wpadłem do żadnej, a było ich na moich drogach bardzo wiele. Inni nie mieli tego szczęścia. Wielokrotnie zaglądałem do mrocznego wnętrza lodowców. Były nieraz tak wielkie, że spokojnie mogłaby się w nich zmieścić wieża Mariacka. Wielokrotnie przechodziłem nad nimi po zdradliwych mostach, i nic. Udawało się, a może coś nade mną czuwało i dzięki temu wybierałem bezpieczne przejścia – tego nie wiem i myślę, że wiedzieć nie będę. Jeżeli szczelina zagradzała mi dalszą drogę to szukałem sposobu, aby ją pokonać. Solidny most lub wspinaczka po lodowej ściance, czemu nie.

alt

Wspinaczka na Uszbijskim Lodospadzie. Fot. arch. Marian Bała 

Jakże ja kochałem lodowce, i wydaje mi się, że ze wzajemnością, bowiem kilka razy nie chciały mnie wypuścić. Pamiętam jak przez 3 godziny szukałem drogi wyjścia z rzeki lodu lodowca Hispar w Karakorum. Strome, utkane ledwo trzymającymi się głazami, sypiące się zbocza moren bocznych absolutnie nie pozwalały na jego opuszczenie. Podobnie było na Spitsbergenie, gdy przez pięć godzin szukaliśmy możliwości bezpiecznego przekroczenia szczeliny brzeżnej.

alt

Widok na Lodowiec Samarin i masyw Mehestenu na Spitsbergenie. Fot. arch. Marian Bała

alt

Wędrówki na Spitzbergenie. Fot. arch. Marian Bała

W tropikach, gdzie powietrze jest suche, na lodowcu często tworzą się tzw. „neves penitentos”, czyli pola penitentów, powstałe pod wpływem silnego promieniowania słonecznego (m.in. w godzinach południowych). Są to wysokie, sięgające często ponad metr słupy lodowe, które pokrywają całą powierzchnię lodowca – koszmarne do przejścia i niesłychanie wyczerpujące. Nie wiadomo, czy się przez nie przerąbywać, czy kluczyć między nimi. To tak jakby się szło przez lodową szczotkę. Przynajmniej tyle, że nie sposób polecieć nawet na stromym stoku.

alt

Lodowa szczotka, czyli pola penitentów. Wyszukiwanie drogi. Fot. arch. Marian Bała   

Ciekawostki? Oczywiście i te się zdarzały. Kiedyś rozbiliśmy namioty na lodzie, a kawałek dalej mieliśmy tzw. ”gównopole”. Uczciwie załatwialiśmy swoje potrzeby w wykopanych do tego celu dołkach. Jednakże, gdy po parodniowym wypadzie wróciliśmy do obozu, jakież wielkie było nasze zdumienie. Namioty owszem stały, ale każdy na wysokim słupie, jakby na katafalku, a na naszym „gównopolu” stały szeregi penitentów. Na ich szczycie nasze pozostałości. Tak z nami bawiło się słońce. Przynajmniej dowiedzieliśmy się jak powstają penitenty.

Czekan. To najważniejsza część wyposażenia alpinisty na lodowcu. Mój pierwszy był jak na współczesność dosyć prymitywny. Robiony w krakowskim prywatnym warsztacie ślusarskim przez niejakiego Noszkę. Nadawał się dobrze do rąbania stopni, ale zupełnie był nieprzydatny do pokonywania ścianek lodowych. Ostrze wchodziło w lód stosunkowo łatwo, ale też bardzo łatwo wychodziło. Dziś z zazdrością i podziwem patrzę na wymyślne konstrukcje współczesnych czekanów. To prawie doskonałe konstrukcje. Gdybym kiedyś miał taki czekan!

Autor: Marian Bała


alt

Marian Bała - krótka biografia

Urodzony 1931 roku, w Krakowie. Studiował chemię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po studiach zaczął pracować jako asystent na wydziale Chemii Organicznej. Tam też zrobił doktorat. Po 25 latach przeniósł się do Instytutu Farmakologii PAN w Krakowie, gdzie aż do emerytury pracował jako adiunkt. Spotkanie ze sportem rozpoczął w 1948 roku, jako biegacz narciarski. Biegi zawodniczo uprawiał do 1962 roku. Później biegi narciarskie traktował wyłącznie jako trening (aż do 2005 roku). Jako sporty uzupełniające uprawiał także narciarstwo zjazdowe (zawodniczo), a także kajakarstwo wyczynowe i siatkówkę.

Instruktor taternictwa od roku 1954. W 2008 roku przestał szkolić, po 54 latach pracy instruktorskiej! Na swoim koncie ma liczne wspinaczki w górach na całym świecie. Nie sposób streścić tak olbrzymie doświadczenie, dlatego przytaczamy tylko kilka najciekawszych przejść:

Tatry latem: Łomnica „Hokej”; Kazalnica Mięguszowiecka (Droga Łapinskiego), Wschodnia ściana Mnicha, Jaworowy Szczyt (filar Cermana), Grań Tatr (I przejście od zachodu), Zadnia Jaworowa Turnia. (wytyczenie nowej drogi).

Tatry zima: Diretissima i Filar Mięguszowieckiego Szczytu Wielkiego (MSW), Wschodnia ściana MSW, Niżnie Rysy zachodnią ścianą. Mały Durny Szczyt (3 przejście środka północnej ściany), północna ściana Koziego Wierchu (Filar Leporowskiego), drogi na wschodniej i zachodniej ścianie Kościelca, drogi na północnej ścianie Mięguszowieckiego  Szczytu Pośredniego.

Alpy: Grań Peuterey na Mount Blanc (2 przejście całości),

Kaukaz: Dych Tau środkiem północnej ściany (3 przejście), Nakra Tau środkowym filarem (1 jednodniowe), wejście na Uszbę (nazywaną Matterhornem Kaukazu).

Wyprawy: Spitsbergen - Horsundtind w 1959 r. (nowa droga), Gnalberget (pierwsze „6” na Spitsbergenie),15 pierwszych wejść. Hindukusz – KoheTez (1 wejście), Noszak (IV wejście), Kohe Bandaka (4 wejście), Szachaur (nowa droga i trawers do Nadir Szacha), Ararat (solo), Pamir Pik Lenina (kierownik wyprawy).

Himalaje: Sanktuarium Annapurny (kierownik), Nanga Parbat z doliny Rupal (uczestnik), Przejścia lodowców Hispar i Batura, Everest (jako trekers).

 

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież