Log in
    

"Zginęli bo byli najlepsi!" - lawina pod Mount Everestem w 1989 roku

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

24 lata temu największa tragedia wysokogórska z udziałem Polaków symbolicznie zakończyła „złotą erę” himalaizmu. W cieniu dramatu i spektakularnej akcji ratunkowej pozostały kobiety – żony himalaistów.

Wspinaczka na zachodniej grani Everestu. W dole – namioty obozu I, w którym potem Andrzej Marciniak czekał 5 dni na ratunek. / fot. Artur Hajzer

Wspinaczka na zachodniej grani Mount Everestu. W dole – namioty obozu I, w którym potem Andrzej Marciniak czekał 5 dni na ratunek. Fot. Artur Hajzer

Zanim pod Everestem zeszła lawina, był sukces. Kolejny z serii polskich triumfów.

Grażynę Chrobak informacja o wejściu męża na szczyt zastaje w Poznaniu, w mieszkaniu matki. O zdobyciu Mount Everest słyszy z radia. Jest dumna: Genek od dawna miał porachunki z najwyższą górą świata. Po krótkim świętowaniu Grażyna wraca do rodzinnego Krakowa; nigdy na dłużej nie zostawia córki, gdy mąż jest w Himalajach.

Agnieszka Marciniak, wtedy dwudziestokilkuletnia dziewczyna, o sukcesie narzeczonego słyszy w Indiach. Czeka tam na Andrzeja*: po wyprawie mają spędzić kilka dni w Katmandu.

Gdy kobiety dostają szczęśliwe wieści, jest 25 maja 1989 r. Trwa „złota era” polskiego himalaizmu. Żyje Jerzy Kukuczka – jego żona dopiero za pięć miesięcy przyjmie żałobną delegację z klubu wysokogórskiego. Po górach chodzi Wanda Rutkiewicz – na stokach Kanczendzongi zginie dopiero za trzy lata.

Sukces

Pomysł wiosennej wyprawy na Everest powstaje w środowisku krakowskich wspinaczy kilka lat wcześniej. Wybór pada na trudną zachodnią grań, wyznaczającą granicę między Nepalem a Chinami. Oprócz dziesiątki Polaków jest też dziewięciu cudzoziemców. Szybko okazuje się, że poza późniejszym zdobywcą 14 najwyższych szczytów świata, Meksykaninem Carlosem Carsolio, w dobrej formie są tylko Polacy. Wśród nich gwiazdy himalaizmu.

Eugeniusz Chrobak, kierownik wyprawy. Za kilka dni, 1 czerwca, ma skończyć 50 lat. Należy do grona najlepszych polskich alpinistów. Jego przejście Filara Kazalnicy Mięguszowieckiej rozpoczęło w taternictwie epokę dróg ekstremalnych. Potem są kolejne sukcesy: w Dolomitach, Masywie Mount Blanc, na Kaukazie, w Andach i Pamirze. W Himalajach brak mu szczęścia: do zakończenia nowej drogi na K2 zabrakło 200 metrów; wyprawa pod jego kierownictwem pokonała południową ścianę Dhaulagiri, ale nie dotarła do wierzchołka; zimowa wyprawa na Cho Oyu kończy się sukcesem, ale na szczycie stają inni. Ale największe porachunki Chrobak ma z Everestem: z wyprawy w lutym 1980 r. wyklucza go kontuzja. Nie udaje się też wiosną.

Andrzej Heinrich pseud. „Zyga”, legenda pokolenia, był na pierwszych polskich wyprawach na ośmiotysięczniki. Na koncie miał ich trzy. Chodząca historia, ciepły człowiek. Zaangażowany opozycjonista, zawsze z opornikiem Solidarności na swetrze.

Andrzej Marciniak* – wtedy trzydziestolatek, nowicjusz, który na listę wyprawy dostał się przypadkowo – dziś wspomina innych jej uczestników.

Mirosławie Gardzielewskim powie: – Ikona niedościgła. Najbardziej zdystansowany. Samotnik.

Mirosławie „Falco” Dąsalu: – Zaprzeczenie Mirka. Dusza człowiek. Pełen energii.

Wacku Otrębie: – Dobry duch. Postać najbardziej dla mnie rzeczywista, niepomnikowa.

Do bazy pod Everestem wyprawa dociera na początku kwietnia. Dzięki dobrej pogodzie 21 kwietnia jest już na wysokości 7550 m, gdzie powstaje obóz czwarty.

27 kwietnia. Chrobak pisze do żony i córki: „Wróciłem do bazy i liżę rany, tzn. przybieram na wadze, jeżeli to tutaj w ogóle możliwe (...) Właściwie są tylko trzy zespoły mające szanse ataku (...) Możliwość akcji przedłuża się, choć wszystko będzie zależało od pogody (...) Przypałętał się biały pies, który śpi z nami w namiocie, jest bardzo wierny, wita nas szalenie po powrocie z gór. Ucałowania”.

Andrzej Marciniak: – Jako nowicjusz byłem przekonany, że atak szczytowy będzie zarezerwowany dla Dąsala i Gardzielewskiego. Dalej byli Heinrich z Chrobakiem. Moje szanse były nikłe.

Jednak gdy pierwsza dwójka 22 maja wycofuje się z ataku ze względu na kończący się tlen, tylko Chrobak z Marciniakiem zostają w kluczowym V obozie (na 8200 m).

24 maja, o pierwszej w nocy, wychodzą z obozu. Oszczędzają tlen. Dopiero wyżej biorą po kilka wdechów z butli. Powyżej trudnego pasa Żółtych Skał są tak wycieńczeni, że niewiele brakuje, aby zrezygnowali. Ale idą dalej, zostawiając butle i plecaki.

Marciniak blisko szczytu widzi za sobą zbierające się chmury. – Myślałem, że tak ma być – wspomina. – Szedł Genek, to i ja szedłem.

Z samego szczytu pamięta niewiele: – Fruwały karteczki z modlitwami. Zostawiła je pewnie któraś z wcześniejszych wypraw.

Na wierzchołku stają 24 maja o godzinie 20.

A. Marciniak na szczycie Everestu

Andrzej Marciniak na szczycie Mount Everestu. Fot. Eugeniusz Chrobak

Kobiety

Zanim przyszedł maj 1989 r., było wiele wypraw i rozstań.

Żona Eugeniusza Chrobaka, Grażyna, choć od najlepszych sportowych lat męża minęło ćwierć wieku, pamięta rozstania: – Byłam młoda i zakochana. Ci, którzy wyjeżdżają w góry, mają taki stres i wysiłek, że dla nich rozłąka, samotność i brak życia intymnego nie są tak istotne jak dla kobiet, które zostają w swoim normalnym życiu w mieście.

Grażyna Chrobak, która sama wspinała się w latach 70. i 80., pamięta też strach o męża: – Bałam się otworzyć skrzynkę na listy. Jak nic nie przychodziło, też było źle. Kiedy podczas wyprawy przychodziłam rano do pracy, zaczynałam od obchodu współpracowników. Musiałam się upewnić, czy nie dotarły do nich jakieś złe wieści. Bałam się z obowiązku: wiadomo, złe wiadomości człowieka zaskakują. Myślałam więc, że jeśli nie przestanę się denerwować, mnie los nie zaskoczy.

Pamięta, że martwiła się o córkę. – Ludzie ją pytali, czy się nie boi, że tatuś tam zostanie – wspomina. – Nawet jak wynosiłam śmieci, biegła za mną.

Wyjazdy męża Grażyna przeżywa wraz z córką: na dużej kartce rysują kółeczka. Każde oznacza jeden dzień do powrotu. Zamalowują jedno dziennie. – Rysowałam więcej – wspomina. – Dzięki temu była niespodzianka: on wracał, jak jeszcze kilka kółek było pustych.

Strach Ady Otręby narastał z wiekiem. – Pod koniec już mu źle życzyłam. Liczyłam, że coś źle pójdzie organizacyjnie. Potem, że zachoruje i nie będzie mógł iść wysoko. Albo że będzie zła pogoda.

– Za każdym razem dawałam 40 proc., że się zabije – dodaje. – Uważałam, że prawdopodobieństwo jest duże, ale 50 proc. to jednak zbyt wiele. Nie chciałam się aż tak dołować.

Agnieszka Marciniak o narzeczonego się nie boi: wyprawa na Mount Everest to jego pierwszy wyjazd w Himalaje. – Po prostu nie wiedziałam, co to jest wspinaczka – wspomina.

Podobnie Elżbieta Dąsal, wtedy czołowa polska grotołazka.

– Podchodziłam do wyjazdów męża spokojnie. Przecież wyprawa w góry to nie wyjazd na stracenie – mówi.

A. Heinrich i E. Chrobak

Andrzej Heinrich i Eugeniusz Chrobak Fot. Bogdan Jankowski

Wypadek

Mirosław 25 maja 1989 r. – tuż po sukcesie Chrobaka i Marciniaka – Dąsal z Gardzielewskim wycofują się do obozu I (na liczącej ponad 6000 m przełęczy Lho La). Nazajutrz dochodzą tam Heinrich i Otręba. Następuje załamanie pogody: w góry dociera wcześniejszy monsun. Panuje gęsta mgła, sypie śnieg.

Aby z obozu dotrzeć do bazy, trzeba przejść przez grań szczytu Khumbutse: sama przełęcz, łagodna od chińskiej strony, po nepalskiej urywa się potężną barierą seraków i kruchą skalną ścianą. Cała szóstka wychodzi o 10. Trzy godziny później wspinają się po linach (tzw. poręczówkach) na grań Khumbutse.

Później pojawią się głosy, że w pośpiesznym odwrocie popełnili błąd. Lina poręczowa, do której wpięło się sześciu wspinaczy, nie wytrzymała nagłego przeciążenia.

Marciniak: – Wszystko wydarzyło się kilka metrów przed bezpiecznym terenem. To była ostatnia zmiana. Na prowadzenie wyszedł Mirek Gardzielewski. Staliśmy po pas w śniegu. W tym momencie wszystko ruszyło. Przede mną uniósł się śnieg, zrobił się wał nad moją głową. To jest ostatnia klatka „przed”. Potem obudziłem się już na dole. Czułem krew, potłuczone zęby i ból w żebrach. Zobaczyłem rozsypane rzeczy. Wszyscy byli na wierzchu, tylko Mirek lekko przysypany. Niektórych reanimowałem, ale bez skutku.

Heinrich, Dąsal, Otręba i Gardzielewski giną w wyniku obrażeń doznanych na skutek kilkusetmetrowego zjazdu z lawiną. Prócz Marciniaka żyje tylko Chrobak. – Zeszliśmy na dół lawiniska – wspomina Marciniak. – W nocy przysypało nas czoło kolejnej lawiny. Odkopałem Genka, zeszliśmy niżej. O świcie, kiedy na niego spojrzałem, nie oddychał.

Wieści

Andrzej Do mieszkania Grażyny Chrobak przychodzi delegacja z klubu wysokogórskiego. Genek złamał nogę, mówią. Kobieta spędza noc pod supersamem w Nowej Hucie, przy jedynej pobliskiej budce telefonicznej. Wydzwania do Polskiego Związku Alpinizmu. Nad ranem, bez wieści, wraca do domu. Za chwilę delegacja puka do drzwi po raz drugi. – Joasia składała właśnie teczkę na studia – wspomina. – Szczęście, że byłam już z nią w domu.

Ada Otręba widzi dwóch znajomych mężczyzn przez wizjer. Wie już wszystko: Wacek, jej mąż, chodził w podobnych delegacjach wielokrotnie. Ada zapamiętała: gdy zaczynają przekazywać wieści, jej kilkunastoletni syn podchodzi i przytula się do niej na kanapie.

Dla Elżbiety Dąsal los jest jeszcze mniej łaskawy. Do jej mieszkania w Częstochowie nie przychodzi nikt („W klubie nie mieli odwagi” – mówi). O wszystkim dowiaduje się od prezentera informacji telewizyjnych, które ogląda w nadziei na informacje o wyprawie.

Wiadomość o śmierci mężów dostają też żony Heinricha i Gardzielewskiego.

Tymczasem Agnieszka Marciniak w oczekiwaniu na narzeczonego zwiedza Katmandu.

28 maja znajomy z agencji turystycznej zaprasza ją do centrali łączności na rozmowę z bazą. – To była mała, drewniana kanciapa, zapyziała dziura – wspomina. – Znajomy zaczął po angielsku rozmawiać z Markiem Roslanem, lekarzem wyprawy. I nagle słyszę, że coś mówi o tragedii. Potem wymienia nazwiska. Wyrwałam słuchawkę i pytam: „Co się dzieje!?”. A Marek: „Agnieszka, Andrzej ocalał! Musisz odnaleźć Artura Hajzera i zorganizować pomoc”.

Pomysły

A. Hajzer

Artur Hajzer. Fot. arch. Artur Hajzer

W tym czasie Hajzer bawi się w stolicy Nepalu z przypadkowo poznanymi Włochami (dla 27-letniego himalaisty był to czas odpoczynku, po zakończonej niepowodzeniem wyprawie ­­z Rein­holdem Messnerem na południową ścianę Lhotse; wcześniej wspinał się z wyprawą Chrobaka). Gdy wraca do hotelowego pokoju, w drzwiach zastaje kartkę: czterech nie żyje, Chrobak ranny, Marciniak sam na Lho La.

Agnieszka zostaje z informacją o wypadku sama. – Pierwszy odruch: zadzwonić do kogokolwiek – wspomina. – Połączyłam się z przyjaciółką mamy w Stanach. Ryczałam do telefonu. Musiałam być w szoku, bo powiedziałam, że Andrzej nie żyje.

Pojawiają się pierwsze pomysły na ratunek. Formuje się międzynarodowa ekipa ratunkowa z Carlosem Carsolio na czele. Świeży opad śniegu zmusza ich jednak do odwrotu: droga przez grań Khumbutse, którą członkowie wyprawy Chrobaka pokonywali wielokrotnie, jest zagrożona lawinami. Ostatnią nadzieją wydaje się helikopter. Jednak problemem jest znalezienie kogoś, kto odważy się lecieć przy takiej pogodzie i na taką wysokość. Hajzer odwiedza kolejnych pilotów. Odmowa za odmową.

W agencji Asian Trekking powstaje coś w rodzaju działającego całą dobę sztabu akcji. – Przychodzili wspinacze. – Nie mogłam wyjść z szoku, dlaczego są tacy bezradni – wspomina Agnieszka Marciniak. – Pamiętam scenę w telewizorze: wielka akcja ratunkowa, przy pomocy helikopterów ekipa uwalnia zagrożone wieloryby. Myślałam wtedy: a tu, całkiem blisko, jest mój mąż i nikt nie wie, jak mu pomóc!

Hajzer: – O wypadku zrobiło się głośno w Polsce, ale nie było siły politycznej, która mogłaby na tym skorzystać.

Siły polityczne są zajęte. Jest 29 maja, za kilka dni wybory. W kraju trudno liczyć na pomoc. Próbuje działać Marek Seweryński, przyjaciel Marciniaka z Gdańska. Dzięki niemu oraz Polskiemu Związkowi Alpinizmu zostaje załatwiony radziecki helikopter klasy LAMA (jedyny, jaki ma szanse poradzić sobie w takich warunkach). Ma przylecieć z Mongolii i podjąć ekipę ratowników na terytorium Tybetu. Nie przylatuje.

Elizabeth Hawley, korespondentka Reutersa, która od dziesięcioleci opisuje z Katmandu wyprawy himalajskie, informuje Hajzera o podobnym helikopterze, który jest w Nepalu. Należy do króla. Agnieszka Marciniak: – Nawet myślałam, żeby iść osobiście. Ale to by było absurdalne. Pani Iksińska idzie do króla Nepalu i prosi o helikopter!

Moc przekonywania ma Messner, najsłynniejszy himalaista świata. Powiadamia Hajzera, że helikopter będzie gotów następnego ranka. Nepalczycy mają tylko podać Chińczykom konieczny do przelotu przez granicę numer identyfikacyjny. Ale na to nie chcą się zgodzić.

Akcja

Tymczasem po zejściu lawiny i noclegu na lawinisku Andrzej Marciniak usiłuje odnaleźć namiot w obozie I; przy panującej pogodzie rzecz nierealna. – Szedłem, nie wiedząc, dokąd idę – wspomina. – Miałem stłuczone żebra, kłopoty z kręgosłupem, w ustach krew. Na namiot natknąłem się cudem.

Marciniak ma podwójne szczęście, bo gdy dociera do obozu, doznaje śnieżnej ślepoty. – Obraz miałem zamazany, nie mogłem otworzyć oczu – wspomina.

Jest w kontakcie z bazą, ale baterie w radiotelefonie są na wyczerpaniu. Po omacku wygrzebuje resztki żywności, trafia na zapałki. Instruowany przez Roslana, przetrząsa apteczkę w poszukiwaniu kropel do oczu. Znajduje dwie podobne do siebie fiolki. Nie ryzykuje.

30 maja zrezygnowani Hajzer i reszta siedzą w agencji trekkingowej. Żona jej właściciela, Belgijka, gospodyni domowa, rzuca pomysł: przejazd ciężarówką i marsz do Marciniaka od strony chińskiej. Dwadzieścia lat temu – terra incognita.

Ale teren zna Reinhold Messner. Ocenia go jako łatwy.

Hajzer: – Wypraw tam wtedy nie było, teren nie był nawet zmapowany. Marciniak nie mógł schodzić sam. To była ciemna strona księżyca.

Z powodów politycznych rozwiązanie zaproponowane przez Belgijkę wydaje się nierealne. Od stłumienia przez wojsko marcowych demonstracji rdzennych mieszkańców Tybet jest zamknięty dla obcokrajowców i odcięty od świata. Z pomocą przychodzi konsul USA. Dzwoni do Hajzera. Pyta, czego potrzebują, by dotrzeć do Marciniaka. – Pozwolenia na przekroczenie granicy na przełęczy Kodari i ciężarówki po chińskiej stronie – pada odpowiedź.

Hajzer: – Gdyby nie ta pomoc, akcja nie doszłaby do skutku. Życie ludzkie w takich sytuacjach zależy od narodowości i siły przebicia służb dyplomatycznych.

Agnieszka Marciniak: – Nie zapomnę słów Artura przed wyjazdem: „Jeśli nie dotrę do niego w ciągu 48 godzin, nikt do niego nie dotrze”. Z tym mnie zostawił.

Po 36 godzinach Artur Hajzer – razem z Nowozelandczykami Robem Hallem i Garym Ballem (zginą kilka lat później w Himalajach) – dociera do chińskiej bazy pod Everestem.

Andrzej Marciniak: – Nie wierzyłem w helikoptery ani w to, że dotrze do mnie Artur. Odzyskałem wzrok i podjąłem decyzję, że trzeba iść. Ubrałem buty, wyszedłem z namiotu i usłyszałem dźwięki. Coś jakby niewyraźna rozmowa albo muzyka. Potraktowałem to jako omam słuchowy.

Dźwięki – to zbliżający się Hajzer z Nowozelandczykami. Łączą się z bazą i po krótkim wybuchu radości schodzą w dół. 2 czerwca Marciniakowie spotykają się w Katmandu. – Nie pamiętam z tego spotkania nic – mówi dziś Agnieszka. – W ogóle z całego pobytu niewiele zostało. Jakbym tam nie była!

Pamięć

Andrzej Marciniak z narzeczoną wracają do kraju. Ciała piątki Polaków zostają na zboczach Everestu na zawsze. Po 20 latach od tragedii – nie tylko tej: w latach 80. ginie cała plejada polskich himalaistów – Artur Hajzer zastanawia się nad rolą przypadku w losach polskich zdobywców. – Może jest jakaś logika, że stało się to w 1989 r.? Że młody Marciniak przeżył, a oni zginęli? – zastanawia się. – Taki Zyga Heinrich, gdyby żył, to by w nowym systemie umarł z głodu. On, z brodą, w swetrze z opornikiem Solidarności, te psiaki chodzące za nim... Nie poradziłby sobie w realiach kapitalizmu. On w życiu nie umiał nawet sukienki ze złotą nitką przemycić, żeby coś na tym zarobić.

Teza Messnera brzmiała: „Polacy zginęli, bo byli najlepsi”.

Swoje prywatne bilanse robią żony.

– Nigdy nie rozumiałam sensu chodzenia po górach – mówi Ada Otręba. – Z biegiem lat zwyczajnie przestałam lubić góry i całą otoczkę wypraw.

Nie pogodziła się ze śmiercią męża. – Po raz ostatni widziałam Wacka na klatce schodowej. Stał z ogromnym plecakiem przy windzie. Na odchodne rzuciłam: „Może jednak zostaniesz?”. Uśmiechnął się i wsiadł.

25 kwietnia pisał z bazy: „Czuję się dobrze, ale jest tyle niewiadomych. Jedno wiem i to Ci, Adulka, obiecuję, że nie będę szarżował. Wiem, na co mnie stać, dokąd mogę dojść i gdzie zawrócić”.

Andrzej Marciniak, jedyny ocalały, o górach nie rozmawiał z żoną przez lata. Do dziś Marciniakowie nie świętują jego urodzin, które przypadają kilka dni po rocznicy dramatu. Jednak gdy w 1996 r. pada propozycja wyjazdu na Annapurnę, inny himalajski ośmiotysięcznik, propozycję przyjmuje. – Wysłałem kolegów, żeby przekonali Agnieszkę – opowiada. – Chodzili wielokrotnie i w końcu się udało.

Agnieszka: – Zrobiłam wyjątek. To było mu potrzebne: musiał znów uwierzyć w siebie.

W marcu 1996 r. staje na szczycie Annapurny. Dzisiaj ma 50 lat i, jak deklaruje, nigdy nie mówi „nigdy”. Agnieszka nie pozostawia wątpliwości: – Po tym wszystkim nienawidzę gór. Nie potrafię znaleźć uzasadnienia, po co oni tam chodzą. Dziwię się żonom, które opowiadają o tym z fascynacją. Nawet się tej fascynacji boję. Po Annapurnie powiedziałam: „Jedziesz znów na wyprawę, to ja wystawiam walizki”.

Himalaista E. ChrobakDrugi ze zdobywców Mount Everestu – Eugeniusz Chrobak – gdyby żył, kończyłby 70 lat. – Do dziś nie godzę się ze śmiercią taty – mówi córka Joanna. – Przez lata miałam nieracjonalne myśli: że się zgubił i wróci. Wiele razy zdawało mi się, że go widzę: na ulicy, przystanku.

Dodaje: – Góry to była jego miłość. Gdyby nie jeździł, byłby innym człowiekiem.

Joanna Chrobak kilka lat po tamtej wyprawie pojechała pod Mount Everest: – Patrzyłam na widoki, którymi się zachwycał. Zapaliłam świeczkę na lodowcu.

Grażyna Chrobak: – Nie ma w domu żałoby. Może dlatego, że nie ma grobu. Dla nas Genek żyje. Zabrał swój wszechświat, ale istnieje w naszym: moim i Joasi.

***

Jakiś czas po tragedii do mieszkania Chrobaków przychodzą goście. Oglądają slajdy z wypraw. – Nagle, jak coś nie huknie! – wspomina Grażyna. – Psy zaczęły szczekać. Poszłam do dużego pokoju, a tam cztery górskie grafiki, obrazy przedstawiające pięciu wspinaczy, które dostaliśmy w prezencie ślubnym od znajomego, leżą na podłodze. Pozostałe wiszą na ścianach.

– Genek dotrzymał słowa – wierzy Grażyna Chrobak. – Obiecał, że jak zginie, da mi znak.

Dodaje: – Zginął w pełni kariery, w wieku, gdy zaczyna słabnąć zdrowie. No i w górach, które kochał i bez których byłby nieszczęśliwy. Zginął swoją śmiercią królewską.

Bartek Dobroch, Przemysław Wilczyński

*Przyp. redakcji - Tekst powstał w czerwcu 2009 roku, Andrzej Marciniak zginął 7 sierpnia 2009 roku w Tatrach na Pośredniej Grani. Podczas wspinaczki odpadł z dużym blokiem skalnym.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież