Log in
    

Przekroczyć neoficki próg świadomości, czyli gdzie i czy w ogóle kończy się turystyka, a zaczyna taternictwo

Ocena użytkowników: 3 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Najbardziej odkrywcze prawdy życiowe nie są głęboko ukryte, a tkwią tuż tuż przy naszej jaźni i streszczają się w trywialnie prostych zasadach. Tak jest też w przypadku wspinania, jak i pokonywania barier własnej niemożności. Toteż podstawowym sformułowaniem które zawiedzie każdego ku najhonorniejszym perciom, zarówno tym turystycznym jaki i wspinaczkowym, jest zdanie - „wszystko jest w głowie”. Kolejne stopnie wtajemniczenia zawierają się już tylko w pewnych niuansach, będących pochodnymi tego nadrzędnego aksjomatu. Tak więc gdy już do naszej świadomości dotrze, że jedynie nasz własny umysł nas ogranicza, to przychodzi czas na zrozumienie takich haseł jak: „to przecież ludzie robili”, czy też w sytuacjach na granicy odpadnięcia: „pograj na nogach!” itd. itp.

Problemy zaczynają się już w chwili stanięcia pod wybraną drogą. Mimo doskonałego rozumienia, że przecież nic poza naszym bystrym i inteligentnym umysłem, nie jest nam niezbędne i śmiało możemy atakować najbardziej strzeliste turnie, najbardziej gładkie ściany, to okazuje się iż sprzętu którego było za dużo gdy wysiadaliśmy z samochodu, jest zawsze za mało kiedy patrzymy na pozbawione rzeźby płyty nad nami. Kiedy w przewodniku Paryskiego lub Cywińskiego czytamy „nieco trudno”, to jednak po trzygodzinnej lokalizacji owego miejsca, nieomylnym umiejscowieniu tego kluczowego punktu dnia, a jak się nam niejednokrotnie zdaje, także naszego życia, stwierdzamy że któryś z mistrzów topografii na pewno się pomylił, albo musiał zaistnieć potężny obryw czy trzęsienie ziemi, gdyż owo miejsce jest co najmniej „bardzo trudne”.

Rzeczywistość stawia opór i nijak nie chce się nagiąć do naszej na wskroś wytężonej wyobraźni, jak i pracy zwojów mózgowych, przekonujących nas o własnej sile zdolnej przekraczać 'niemożliwe'. Wtedy przychodzi pora na doświadczenie. Jest to pewnego rodzaju pojęcie mitologiczne, gdyż nigdy nie jest go za wiele, a jak mamy go w nadmiarze to nas z kolei ogranicza. Gdyby pierwsi zdobywcy wiedzieli co ich czeka za załomem, nigdy by się nie odważyli oderwać od dna doliny. Gdyby z kolei nie mieli wyrobionego w boju pewnego zmysłu orientacyjnego, to w żaden sposób nie dotarli by do owego załomu. Być może właśnie tu się zasadza zrozumienie, gdzie leży ów neoficki próg świadomości.

Podjęcie ryzyka jest krokiem niezbędnym, zarówno w przekroczeniu progu neofickiej niemożności, jak i w zdobyciu doświadczenia. Bez ryzyka nie ma kolejnych szczebli wtajemniczenia i nie ma budowy potencjału wiedzy, która przysłuży się w sytuacjach trudnych, granicznych, niebezpiecznych. I nie ma tu znaczenia stopień owego ryzyka. Dla różnych osób (ale też sytuacji) będzie różny, także w zależności od doświadczenia, ale przede wszystkim od progu psychicznej wytrzymałości. To dla tego dreszczyku emocji, dla tej chwili stanięcia nad przepaścią, spojrzenia w dół północnej ściany, masy turystów stoją w kolejce na Giewont, by potem spoglądając z Gubałówki na 'śpiącego rycerza' sycić się zdobyczą, kontemplować swoją obecność w przestworzach. Także dla tej emocji niebezpieczeństwa, strachu i obaw ludzie wiążą się liną pod zachodnią ścianą Łomnicy i szturmują 'szklaną górę'. Dla przezwyciężenia własnej niepewności i lęków idą niektórzy samotnie na grań Wideł czy Hrubego. Wszyscy po to samo, wszyscy ryzykując.

Mali chłopcy, ale też dziewczynki (zazwyczaj te ceniące sobie towarzystwo chłopów, czy też nie ograniczane zbytnio w wyborze 'męskich zabaw'), wdrapują się na drzewa ze strachem niewyobrażalnym dla ich rodziców. Brną w przerażeniu jak najbliżej wierzchołka, po coraz cieńszych gałęziach ... i schodzą, a ich wychowawcy nie wiedzą nic, o najbardziej ekscytujących przeżyciach swoich pociech, (albo żeby je „uchronić” przed nimi, posyłają je na 'zajęcia dodatkowe' – ale to już osobny temat, wykraczający poza te rozważania). W ten sposób mali odkrywcy sięgają po tabu, zbliżają się do granic swoich możliwości, doświadczają radości z lęku wysokości. Swoją drogą jest to lęk podstawowy z którym się człowiek rodzi i umiera, na każdym poziomie taternickich umiejętności jest odczuwalny, przez większość wspinaczy 'oswojony'. Brudne dzieci, goniące samopas, włażą potem w zamknięte doliny, w odludne rejony. Dzieci z dobrych domów, te po kursach, wynajmują przewodników, albo biorą kolejne lekcje dodatkowe, które i tak nie pomagają im przekroczyć neofickiego progu świadomości, bo zawsze potrzebują kogoś lub czegoś, dla zrównoważonego poczucia bezpieczeństwa.

Co powoduje że dzieci (bez doświadczenia!), narażające się każdego dnia na utratę zdrowia i życia, przeżywają? Po prostu instynkt samozachowawczy, który jest wystarczająco mocno, by sobie nie zrobiły krzywdy. Co chroni dorosłych? Przepisy parkowe, „mądre rady” pseudo fachowców z internetu? Bynajmniej nie, a jedynie ten sam instynkt, zazwyczaj rozbudowywany przez lata, wzmacniany piramidami fobii i lęków. To już jest sfera psychiatrii, ustawy niczego nie uregulują. Druty kolczaste i zasieki nie są potrzebne, kto się chce zabić, zrobi to pomimo wszystkich przeszkód, komu dość wrażeń na wytyczonych drogach, będzie się twardo trzymał linii spitów lub znaków i z niej nie zboczy. Tak jest i będzie i najgorętsze dysputy tego nie zmienią. I bardzo dobrze, i cieszę się z tego, bo czasy coraz wygodniejsze, a leniuchów jeszcze więcej. Wypadki się jednak zdarzają. Czy dotykają po równo, bojaźliwych i odważnych, przygotowanych i nieprzygotowanych? Rozległe zagadnienie. Przychodzi mi na myśl szereg abstrakcyjnych sytuacji, (których nie będę przytaczał, bo nie o nich tu mowa), jak te kiedy ktoś przeżywa trzystu metrowy upadek, czy z dwóch osób na skalnej półce, pozornie silniejszy mężczyzna ginie, kobieta przeczekuje cztery dni do nadejścia pomocy. Jeśli już dochodzi do tragedii, to zazwyczaj z powodu bariery własnego umysłu, z powodu dotarcia do psychicznego progu przekonań o własnych możliwościach. I nie mają tu nic do rzeczy, klapki, gorotexy, stopień trudności. Poza pewnymi wyjątkami natury wyższej, jak te kiedy na przykład w kogoś trafi piorun.

Spotykane nagminnie na różnego rodzaju forach, grupach etc, pytania o ilość kamieni w dolinie, rodzaj asekuracji, kiedy skręcić w lewo a gdzie w prawo, który żleb dokąd i dlaczego akurat tam, czy woda cieknie a śnieg topnieje itd. itp., są jedynie świadectwem wewnętrznej walki pytających, ich rozkroku nad progiem 'neofickiej bojaźni' i Shekspirowskiego dylematu: „iść czy myśleć następne dwa lata”. Ów rozkrok świadczy jedynie, że pytający nie dojrzeli jeszcze, ani do projektowanych wyzwań, ani do odpadnięcia. Pragnienie dojścia do celu po sznurku podpowiedzi, zewnętrznego wsparcia to nic innego jak nadmiernie rozbuchany instynkt samozachowawczy, oraz usilne irracjonalne dążenie do wyeliminowania ryzyka. Jeśli nawet ktoś 'podparty zewnętrznie', czy to przez wynajęcie przewodnika, czy przez pełną informację o rozmiarach friendów na rzeczonej drodze, zdobędzie się na czyn, uczyni krok w „przepaść”, to pozbawia się całej sfery odkrywania, przyjemności płynącej z samodzielnego przenikania nieznanego. Przypomina to wchodzenie na drzewo po drabinie. Chłopiec sięgający konarów po szczeblach, nigdy nie zazna nawet namiastki z gamy przeżyć, jakiej doświadcza jego rówieśnik stąpający po chybotliwych gałęziach pnia.

„Turysta” zagłębiający się samotnie w ostępy Gerlacha, pokonujący Wielicką Próbę (0+), przekracza znacznie więcej progów (łącznie z idiotycznym progiem zakazu i niczym nieuzasadnionej koncesji na ów szczyt), od „taternika” wleczonego przez przewodnika na linie po Mnichu. Stopień zażyłości z Tatrami i neofickiej ekspiacji jest nieporównywalny. Znajduję tutaj przykład wspinacza sięgającego w Tatrach IX stopnia trudności, który po latach eksploracji jednej góry, poznania na niej każdej rysy i każdej połaci bez rys, doznał swoistych iluminacji na nieco trudnych graniach, w dopiero co odkrytych przez siebie zakątkach Tatr; skłonny był przecenić II na III lub więcej, a zdeptane w minionej epoce pionowe trawniki, tchnęły taką ożywczością, iż widział je jako dziewicze. Czy to nie tu zaczyna się taternictwo? Jeśli komukolwiek nasuwa się w tym momencie osoba / osoby z życia wzięte, to jest to tylko dowód na rzeczywiste występowanie takich przypadków.

Pragnienie! Nie to po sławę, które wiodło Kopolda do bicia rekordu. Nie to, zaganiające zziajanych upałem do wodopoju. Pragnienie wypływające z naturalnej i głębokiej potrzeby obcowania z majestatem gór, jest jedynym i prawdziwym motorem, zdolnym napędzić mięśnie i wolę do przekroczenia neofickiej świadomości. Toteż nie panel, a raczej medytację bym zalecał, tym wszystkim, którzy się garną ku perciom uwieszonym przepaści. Wniknięcie w głąb własnych potrzeb i pragnień jest kluczem do zamkniętych dolin, nie karta taternika. Mobilizacja wewnętrzna jest najskuteczniejszą determinantą poczynań, które przenoszą ciało nad wszelkimi progami, zwłaszcza tymi mentalnymi. Nic tak nie zbliża do samoświadomości, do poznawania własnych ograniczeń, jak samotnie przedsiębrane wyprawy, choćby tylko te dość trudne, odległe od wydeptanych ścieżek, lecz bliższe pragnień nieśmiało kiełkujących w głowie. Nie Mont Blanck na początku kariery, ale choćby Szpara z Niewcyrki, uczyni większy pożytek na drodze do taternickiego życiorysu. To umiejętność sprawnego poruszania się w terenie dość trudnym, intuicyjne odnajdywanie przejść i zejść w plątaninie grzęd i filarów są niejednokrotnie znacznie ważniejsze dla bezpieczeństwa, niż zestaw sprzętu wymieniany co dwa lata, czy ekwilibrystyczne ruchy cyrkowca. To zbliżenie do tego czym oddychają góry, do ich martwej ciszy, są skuteczniejszym ubezpieczeniem niż alpenverein.

Jakże tęsknię do tych przeżyć, gdy stawałem naprzeciw progu Doliny Kaczej, z duszą na ramieniu, z WHP w ręku i spoglądałem na Gerlachowskie Spady z błagalnym wejrzeniem - „wpuście mnie proszę, jestem cząstką Waszego Majestatu”... Żadna droga na najtrudniejszej ścianie z wypróbowanym partnerem nie miała już potem w sobie, ani tej mistyki, ani tego strachu. Nie pozbawiajcie się Niepewności, drgań mięśni i serca. Nie pozbawiajcie się takich odczuć i takich zbliżeń, które zabiorą wam drogi na skróty, obecność innych, chełpliwość i niecierpliwość. Poznajcie strach, najbardziej pierwotny, ale i najbardziej życiodajny, powierzcie się sobie, przyznajcie się do siebie .... a pragnienie przejdzie w spełnienie.

Adam Śmiałkowski

www.tatry.przejscia.pl

Komentarze   

0 #3 Asia 2016-07-27 11:27
Dobry artykuł! Wsiadając na nieznanego konia nigdy nie pytam jego właściciela czy bryka w galopie
Cytować
0 #2 Jaub 2015-06-30 11:20
A właśnie że filozuj! Nie ma lepszej filozofii niż ta płynąca z doświadczenia. Powodzenia!
Cytować
0 #1 Nieadam 2014-08-02 20:42
Adam wracaj szybko do zdrowia!
I nie filozuj tyle, lepiej bardziej uważaj!
Cytować

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież