Log in
    

40 lat minęło, jak jeden dzień…

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 
Byli chłopcy byli, ale się minyli i my się miniemy po malućkiej chwili – odbija się echem piosnka po Tatrach błądząca. Mijają się czasy i ludzie. Lecz wspomnienia pozostają ciągle żywe, ckni się do nich. Siłą przewodnictwa tatrzańskiego jest pamięć o jego korzeniach, sięgających przecież 1875 roku, oraz tradycja przekazywana młodszym pokoleniom przewodników.

– Minęło 40 lat, jak skończyliśmy kurs przewodnicki, rocznik 1970. To był ostatnio kurs, którego kierownikiem był nieodżałowany Witold Henryk Paryski. Na kursie było ok. 60 osób – opowiada Józek Posadzki, z którym gwarzymy sobie o dawnych czasach. – Kurs wtedy nie trwał, jak teraz, jak „uniwersytet przewodnicki”. Kurs zaczął się w sierpniu 1969 roku, a już w połowie czerwca 1970 się zakończył. 4 lipca było „blachowanie” na Gerlachu. Wykładowcami byli sami mecenasi, eksperci, m.in.: Paryski, Stecki, Krupski, Strzeboński, Dziób. Z tamtych czasów z naszych wykładowców pozostał już tylko Jaś Krupski. 12 czerwca 2010 roku zorganizowałem spotkanie absolwentów tamtego pamiętnego kursu. Z 22 osób, które potwierdziły przyjście, było tylko kilkanaście osób. Była miła, skromna i kameralna impreza. Jak się tak patrzy na to wszystko po tylu latach, to jest co wspominać – snuje refleksję Posadzki. –Wojtek Marczułajtis, Kazek Nalepiński, Jasiek Krzeptowski Sabała, Jasiek Komornicki, Władka Strama, Krzysiek Sikorski, Jasiek Dziadosz, Edek Władysiuk, Piotrek Lichaczewski – wymienia z pamięci Posadzki swoich kolegów i koleżanki z tamtych czasów. – Nie pamiętam już wszystkich, czas leci – dodaje. – Kiedy my robiliśmy kurs, były inne czasy. Obowiązywała wtedy „duża” i „mała” konwencja: duża obejmowała teren od Zaborni, przez całą Orawę, do Królewian, wzdłuż Wagu, do Popradu (z ominięciem Kieżmarku), dalej do Smokowca i Tatrzańskiej Łomnicy. Mała konwencja obejmowała teren od Łysej Polany po Szczyrbskie Jezioro i oczywiście cały obszar Tatr. Wtedy szkolenia były czysto tatrzańskie. Wyjazdy na Podtatrze były dodatkiem – wspomina Posadzki. – W tym czasie były głównie wycieczki zakładowe. Dużo było grup w weekendy. W dużej mierze ludzie przyjeżdżali do Zakopanego tylko „na wódkę”, niestety. Szkolnych grup było niewiele. Nie w takim wydaniu, jak obecnie. Wtedy przyjeżdżał pociąg z dziećmi z całej Polski i do tego pociągu szło 10, 15 czy nawet 20 przewodników. Chodziliśmy z nimi w ciągu jednego dnia na Gubałówkę, do Morskiego Oka i na Kasprowy Wierch! Wieczorem wracaliśmy na stację i dzieciaki jechały do domu. To był ogromny przemiał – śmieje się Posadzki. – O indywidualnym chodzeniu po Tatrach z klientami za pieniądze w latach 70. nie było mowy. Ludzi nie było na takie rzeczy stać, to były sporadyczne historie. Wtedy robiło się 2 lub nawet 3 razy Morskie Oko. Dojeżdżano do Włosienicy, spacer do Moka i powrót na Palenicę. Popularne były też wycieczki do Chochołowskiej, gdzie autokarem dojeżdżano do Polany Huciska. Dolina Kościelska zrobiła się modna w momencie, kiedy zlikwidowano dojazd do Morskiego Oka, kiedy trzeba było chodzić na piechotę te 9 kilometrów. Dodatkowym argumentem było zawalenie się drogi w 1987 roku. Powstało pytanie, co robić? I padło na Dolinę Kościeliską. Indywidualne chodzenie zaczęło się po 1989 roku, kiedy można było otworzyć działalność gospodarczą – wyjaśnia Posadzki. – Za naszych czasów było jedno koło przewodnickie przy zarządzie miejskim PTTK i ono regulowało wyjścia przewodników w góry z turystami. Natomiast kursy były organizowane mniej więcej co 5 lat. Kurs i poprawka, i „do pola”. Były dwie stawki: tzw. „duża dniówka” i „mała dniówka”. Mała to było 110 zł, a duża 130 czy 150. Pół litra gorzałki kosztowało w tamtym czasie 103 zł. Dziś te proporcje są o wiele korzystniejsze.

Z naszego kursu pamiętam historię, jak straciliśmy się na Gerlachu w czasie mgły. Wracaliśmy z naszego „blachowania” na szczycie. Szły takie asy, jak Jasiek Krupski, Gienek Strzeboński, Lutek Kaczorowski czy Romek Dąbkowski. Taka była mgła, że w rejonie Małego Gerlacha kompletnie się straciliśmy. Nie mogliśmy odnaleźć Wielickiej Próby. Zeszliśmy do Kotła Gerlachowskiego. A było nas ze 30 czy 40 osób, za nami poszli jeszcze jacyś Słowacy. W końcu szczęśliwie dotarliśmy do Magistrali Tatrzańskiej– wspomina Józek Posadzki. – Mnie to najbardziej zostały w pamięci obozy integracyjne w Tatrach. Dwa razy w roku się odbywały. Na wiosnę i jesienią, po tygodniu. Całymi dniami chodziło się wszędzie po Tatrach, także po drogach wymaganych na II i I klasę. Byłem jednym z nielicznych, który utrzymywał tempo za Włodkiem Cywińskim, świetny był Józek Olszewski.. Zmieniły się czasy, na pewno jest fajniej dziś wziąć w „prawdziwe góry” kilka osób. No i obserwuje się szkolną falę majowo-czerwcową i wrześniową. Osobiście nie cierpię kolonii, gdzie rozpiętość jest od I klasy szkoły podstawowej, aż do końca gimnazjum. Ani „to” prowadzić, ani do „tego” mówić. Opiekunowie to prawie takie same dzieci. Odpowiedzialność jest duża. Dlatego staram się też wyjeżdżać w inne góry, chodzę z ludźmi m.in. wokół Mont Blanc.

 

„Coraz więcej zmarszczek i fałd
coraz więcej kolein bez deszczy
życie płynie ucieka czas
bez gestu
dojrzyj siebie w lustrzanym odbiciu
dojrzyj dzień co obok przemija
plamka słońca tak szybko nie znika
jak Ty”


Fragment wiersza śp. Edka Władysiuka – przewodnika tatrzańskiego, kompana i towarzysza „z tamtych czasów”.

 

więcej czytaj na stronach tygodnika podhalańskiego

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież