Log in
    

Sprężyna na Kotle Kazalnicy Jubileusz, 50-lecie

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

Czasem to ten facebook się na coś przydaje i można znaleźć takie perełki, jak poniższy opis ekskapady na Sprężynę z okazji 50-lecia pierwszego prowadzenia, klawiatury Marcina Tasiemskiego.

Standardowa krótka rozmowa:
- Taśma, trzeba by się rozruszać przed obozem zimowym.
...- A co chcesz robić?
- Sprężynę
- dobra.

Śledzimy pogodę, na poniedziałek 17 stycznia zapowiadają lampę i ciepło.
Kazalnica, Kocioł Kazalnicy. Tyle razy patrzyłem na to urwisko z podziwem dla śmiałków, którzy tam się wspinali. Tyle razy słyszałem anegdotę o starych morskoocznych wyjadaczach, którzy gasili jednym pytaniem młodych przechwalających się wspinaczy:
- a co robiłeś na Kazalnicy?”
Jeżeli zapytany jednak coś robił, padało drugie, tym razem druzgocące pytanie
- a co robiłeś ZIMĄ na Kazalnicy?”

Naszym celem jest „Sprężyna”, szukam w internecie informacji na temat tej drogi. Wyczytuję jedynie, że to klasyk, oglądam topo i oswajam się z przebiegiem. Nie podoba mi się opuszczanie i ponowne wspinanie, no, ale droga ma się kończyć na szczycie, więc potężną barierę zamykającą drogę rozwiązuje się poprzez przerzut w bok.

W Moku spotykamy Memka, który rezyduje od Wigilii, zazdrości nam celu i życzy powodzenia. Nie mogę zasnąć, mam skurczony żołądek z nerwów, zastanawiam się nad naszą drogą i sensem wspinania skoro tak się boję i wpadam na genialny pomysł. Skoro Memek tak nam zazdrości to niech sobie idzie za mnie, rano go obudzę i po sprawie. Gdy się obudziłem o piątej rano, z pewnym rozżaleniem stwierdziłem, że już tak bardzo się nie boję. Niech to szlag, jak mam teraz Memka obsadzić na moim miejscu? Z pewną nadzieją schodzę do kuchni i oświadczam Pawłowi, że się boję i nie chcę iść. No i dupa, On też się boi, i Huber się boi i każdy się boi. Beznamiętnie wiążę buty i odmawiam krótką modlitwę, a raczej wypowiadam życzenie „Chcę, te, buty, rozwiązać, własnoręcznie!”. Pod ścianą Paweł zadaje mi pytanie:

- I jak Taśma, z upływem wieku, taka górska przygoda bardziej Ci się podoba, czy mniej?
- Chyba mniej.

Ostatnia nadzieja na wycof przepada, gdy Paweł rusza do góry związany liną, w tym samym momencie miejsce strachu zastępuje skupienie i koncentracja.

Drugi wyciąg jest naprawdę trudny i długi, znam Pawła i skoro wspina się wolno, to znak, że nie jest łatwo. Na schemacie hakówka A1/A2, latem 7+. Jesteśmy pierwszy raz na Kotle i nie znamy przebiegu drogi z lata, więc Paweł mija stanowisko i ciągnie do drugiego. Gdy dochodzę do niego zziajany, nie mam czucia w dłoniach, cała krew wyciśnięta od zaciskania na dziabach. Było naprawdę trudno, wykorzystuję ostatnią deskę ratunku i ponieważ ten wyciąg był najbardziej syty proponuję zjazd. Nic z tego idziemy dalej. Teraz ma być już tylko łatwiej. Oglądamy ścianę i dostrzegamy wmarzniętą linę w Superściek, zastanawiamy się, kto ją tam zostawił tak wysoko (nawet nie wiemy, jak będzie dla nas cenna). Pod nami kołują kruki, pokrakując na nas z wyczuwalną kpiną:

Paweł Zioło w ścianie Kazalnicy

Paweł Zioło w ścianie Kazalnicy. Fot. Marcin Tasiemski

Popatrz, niby mam ptasi móżdżek, a nic nie robiąc wznoszę się do góry, a Ty homo?

Po chwili bez najmniejszego wysiłku osiągają nasz cel i znikają za krawędzią. Paweł płynnie pokonuje kolejne wyciągi, a ja tylko z niesmakiem przyglądam się... starym taśmom i hakom w stanowiskach. W połowie zacięcia robimy stan, przed nami przewieszka. Paweł próbuje na wszystkie sposoby i nie może rozwiązać zagadki. Dostrzegam pętelkę po prawej stronie i mówię do Pawła, że może tamtędy. Jeszcze kilka przymiarek i w końcu decyzja zapada, po chwili znika ponad nią. Gdy stoję w tym samym miejscu żałuję, że nie ma fotografa, taka piękna lufa, byłoby super zdjęcie, z ledwością dochodzę do stanowiska. Jesteśmy już nieźle zrypani, Paweł narzeka, że go sprało na tym prewisie, a ja wcale się nie dziwię. Na stanowisku zjazdowym, aby się nie rozwiązywać decydujemy, że Paweł mnie opuści. Zmęczenie wkrada się podstępnie w nasze działania, STOP! Źle wpięta lina, poprawka i już bezpiecznie jadę do stanu. Jeszcze jedno przewinięcie i ostatnie zacięcie. Świetnie, jesteśmy już w linii zjazdów, jeszcze tylko ostatnie zacięcie, niby łatwe, ale jedziemy na oparach. Paweł, pomimo że łapią go skurcze w dłoniach, bezbłędnie wyczuwa teren i powoli, ale skutecznie osiąga łąkę. Idąc tym zacięciem kilka razy zachodzę w głowę jak mogła mi zniknąć dziabka, przecież dowiązana była kewlarem, z radością odnajdując ją zawieszoną na swoim barku, ostatnie metry pokonuję po jednym ruchu.

Sprężyna padła zimowo klasycznie OS, całość prowadził Paweł Zioło, trudności M7 na 7+ w około 8-9 godzin, teraz tylko cztery zjazdy i na piwo.

W ciemnościach, zmęczeni zapominamy, że przed chwilą byliśmy w linii zjazdowej i źle interpretujemy strzałkę na schemacie oznaczającą lawiniasto. Szeroka strzałka, szeroko nas zachęca do zjazdów. Szukamy wyimaginowanego stanowiska zjazdowego. Nie ma. No to jedziemy z tego, co jest, a po drodze pewnie się znajdzie. Stare taśmy łączę ze starą liną, nie mamy pojęcia, do czego to jest wbite, bo wszystko zamrożone, nie da się wymienić. Paweł ruszył w kierunku Superścieku, długo nic się nie działo i powoli oswajałem się z myślą, że poczekamy tutaj na śmigło. Nagle lina ruszyła, nawołuję, ale nic nie słychać, odbieram to jako test ściągania, czyli znalazł stanowisko! Szczęśliwy wpinam się w linę, po 60 metrach dojeżdżam do Pawła na małą półeczkę i patrzę:

- Ja pier..le co to ku..a jest?, no to tutaj będziemy czekać na śmigło.

Paweł zapewnia mnie, że szarpał i skakał na nich. Mała fałka i mała gruba łyżka wbite w podchwyt, ustawione na wyrwanie w dół, w kierunku obciążania, nie wzbudzają mojego zaufania. Obok upycham jeszcze kostkę i zaklepuję ostrzem dziabki, całość łączymy pajączkiem, nie gardzimy nitem z blachy chyba po konserwie. Patrząc w dół, instynktownie wyczuwamy przewieszkę, i nie wiemy, co dalej. Dzwonimy na TOPR, wiemy, że dyżur ma Cywka. Jest piękna księżycowa noc, świecimy czołówkami w kierunku dyżurki, aby określić położenie w ścianie.

- Jesteśmy w dupie, pod nami przewiecha i mamy pytanie czy 60 metrów wystarczy do kontaktu ze ścianą?
- Na 90% tak, ale tylko na 90, powodzenia!

Niestety mylił się, brakowało jakieś 5 metrów w poziomie. Pawłowi udało się jednak, dobujać do ściany i złapać wcześniej zauważonych starych wlodzonych lin poręczowych, po których wypałował do góry. Rozbudowujemy stanowisko, to już nie są liny tylko suche badyle, dokładamy nowe taśmy, kostkę i co tylko można. Mówimy do siebie „dużymi literami”,

mamy problemy z zawiązaniem podstawowych węzłów, ratuje nas najprostsza kluczka. Cywka nawiguje z dyżurki.

- Pod Wami PORTAL, teraz musicie w lewo, do Sprężyny.

Topo Kazalnicy

Topo kazalnicy, według Taternik.net. fot. P. Zieliński

Paweł jest kosmitą i wbrew grawitacji zjeżdża i wspina się w bok zakładając dwa ...kierunki po drodze. Podczas mojego zjazdu kilka razy krzyczy „zlikwiduj przeloty”, jestem już tak zmaltretowany psychicznie, że mam gdzieś te parę złotych i zostawiam linę w przelotach. To już piąta godzina ewakuacji. Wisimy na jednym starym haku w drugim wyciągu Sprężyny dodatkowo przyauceni do odstrzelonej płyty, bo ten hak jakiś starawy, a drugi to w ogóle wisiał. Już tak blisko do domu, pojawiają się uśmiechy na twarzach. Uprząż wrzyna się niemiłosiernie a my staramy się na małej krawądce ustawić, chociaż po jednym bucie. Gdy zabieramy się za ściąganie mówię:

- Stop, nie ściągniemy liny, kurwa, zostawiłem ją w przelotach, węzeł nie przejdzie.

Paweł mnie zrugał i nakazał pałować do góry. Niech to szlag, widzimy już metę a tu takie jaja. Dałem dupy na maksa, nie mam siły na pałowanie, bez zbędnych targów kupuję od Pawła linę i odcinam kawałek, który ma iść do góry, może się przyda? Resztę ciągniemy aż do zablokowania węzła nie mając pewności czy naciągniemy wystarczającą ilość do zjazdu. Szczęście nas nie opuszcza i to, co naciągnęliśmy przywiązujemy na sztywno a końcówka dotyka balkonu, zjeżdżamy na pojedynczej linie. Po dowiązaniu resztki, przejazd przez węzeł i dojeżdżamy do plecaka. Po zjeździe odcinam to, co zostało. Zostały 3 metry.

Czekają nas jeszcze poszukiwania dziabki, która postanowiła się przelecieć, zakończone również sukcesem. Na stawie Moka wychwalamy zalety, boulderingu, na którym chcemy się teraz skupić. Na koniec postraszyła nas jeszcze tafla stawu kilka razy pękając, jakby mało dzisiaj było doznań. O 22.10, czyli 10 minut po zapowiedzianym powrocie dokonujemy najprzyjemniejszej ceremonii, siedzimy pod dyżurką i uzupełniamy książkę wyjść „zrobione OS”, chcemy podziękować Szczypiorowi i Cywce za wsparcie, ale chyba już śpią. W Starym dopijamy piwo, i skonany, ale szczęśliwy „własnoręcznie rozwiązałem sobie buty”.

Teraz dokładnie rozumiem słowa:
Lezeni to neni zabawa
Lezeni to je boj, o zivot.

Marcin Tasiemski

Marcin Tasiemski i polski "Jasper" Paweł Zioło. Fot. Marcin Tasiemski

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież