Log in
    

Księgowa w strefie śmierci

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

dscf0447Małgorzata Pierz jest na co dzień dyrektorem finansowo-księgowym w Grupie TRIP. Jej 24-letni syn Daniel Mizera studiuje w Szczecinie. Obydwoje fascynują się różnymi niezwykłymi sportami i przedsięwzięciami. 24 maja 2010 roku jako pierwsi w historii himalaizmu – matka i syn zdobyli Mount Everest. Daniel jest najmłodszym Polakiem, który tego dokonał.

– Pamiętam, że gdy Martyna Wojciechowska kręciła zdjęcia do swojego programu, w którym nurkowała na Polinezji w metalowej klatce wśród rekinów, ja robiłam to samo, tylko że bez użycia klatki. Wtedy z grupy 16 osób zeszło tylko 3 mężczyzn i ja jedna, cała reszta zdezerterowała. Pamiętam też, jak kiedyś znany w środowisku górskim Andrzej Blacha („Blaszka” – przyp. red.) sprowokował mnie mówiąc, że będzie miał grupę, z którą będzie skakał ze spadochronem, i zaprosił mnie. Pamiętam jego minę, kiedy ja faktycznie przyjechałam na płytę lotniska w Nowym Targu. Nie miał wyjścia, musiał ze mną polecieć i skoczyliśmy. Zawsze pociągały mnie ekstremalne wyzwania. Od dzieciństwa. Obecnie praca zawodowa jest w pewien sposób monotonna, choć czasem potrafi też być przyczyną niezłego stresu – śmieje się pani Małgosia, opowiadając o swoich niecodziennych pasjach. Górami interesowała się już od młodości. Zawsze dużo chodziła po Tatrach Polskich i Słowackich. Któregoś dnia po zejściu z Lodowego czy Baranich Rogów, podczas rozmowy z przyjaciółką, Zosią Rumińską, uświadomiła sobie, że może spróbować czegoś więcej. Przyjaciółka wymieniała: może Mont Blanc, może nawet Korona Ziemi? I taki był początek.

 

dscf0528

Fot. arch. prywatne

 

Przygoda z Koroną Ziemi zaczęła się 8 lat temu. Pierwszym szczytem był właśnie Mont Blanc (4810 m n.p.m.). Gdy oznajmiła to w domu, 16 letni syn oświadczył, że nigdzie nie pojedzie sama i że on też chce jechać. W naturalny sposób stał się partnerem podczas tych wypraw. Mogła mu zaufać, bo od dziecka uprawiał różne sporty, m.in. narciarstwo czy judo. Po Mont Blanc zdobyli Kilimandżaro (5895 m n.p.m.) w Afryce, następnie Aconcagua (6962 m n.p.m.), później Elbrus (5642 m n.p.m.) w Kaukazie oraz Mc Kinley (6194 m n.p.m.) na Alasce. Teraz przyszła pora zmierzyć się z Mount Everestem (8848 m n.p.m.). Przygotowywali się około pół roku. Bieganie, siłownia, narty, pływanie – dwie godziny aktywności – to grafik każdego dnia. Małgorzata w Zakopanem, Daniel w Szczecinie. W ramach komercyjnej wyprawy wylecieli z kraju pierwszego dnia po świętach wielkanocnych. Na szczycie byli dokładnie 24 maja.

 

dscf0408

Fot. arch. prywatne

 

– Dolecieliśmy do Katmandu, stamtąd przedostaliśmy się do Lhasy, następnie wynajętymi jeepami po bezdrożach jechaliśmy około tygodnia. Potem nastąpiła półtoramiesięczna aklimatyzacja. Wchodząc i schodząc, pokonywaliśmy coraz to wyższe etapy Doliny Khumbu. Base Camp był na wysokości 5200 m n.p.m. Wszyscy czekaliśmy na to tzw. „okienko pogodowe” – które powinno mieć co najmniej te 3 dni, by bezpiecznie wejść i zejść z góry. Ważne jest też, aby nie natrafić na huraganowe wiatry, które objawiają się tym słynnym pióropuszem znad wierzchołka. Generalnie pogoda w tym roku była bardzo ciężka w rejonie Everestu i spadło dużo śniegu. Każdy z nas miał Szerpę i w zasadzie od 7 tys. tlen był prawie cały czas w użyciu – opowiada dzielna księgowa. – Mieliśmy termiczne buty, nawet potrójną warstwę rękawic, puchowe ubrania. Osobiście nie miałam problemów z wychłodzeniem, choć miałam odmrożenia na twarzy na skutek używania trochę za dużej maski tlenowej, która była luźno przymocowana do twarzy. Inni ludzie, którzy w tym czasie zdobywali Everest, mieli różnego rodzaju kłopoty z odmrożeniami. Był nawet jeden Rosjanin, który w niezrozumiały dla mnie sposób zamroził sobie jedno oko, a potem, gdy drugie zaczynało mu szwankować, zawrócił ok. 100 metrów od wierzchołka.

 

Dość osobliwe jest spotykanie zamarzniętych sylwetek ludzkich. Takie przeżycia nie należą do najmilszych. Nie wiadomo, czy tacy „ludzie” siedzą tu rok, 5 czy 15 lat. Poprzednia grupa widziała 6 osób, ja osobiście – 2. Któregoś dnia nalewałam sobie herbatę siedząc na śniegu i nagle wiatr odsłonił obok mnie zamarzniętą rękę. Zrezygnowałam z herbaty od razu – wspomina pani Małgosia. – Wejście na Everest wybraliśmy od strony północnej, czyli tybetańskiej, a nie nepalskiej. Szliśmy oczywiście po poręczówkach. W moim przypadku szczególnie uciążliwe było nieustanne podciąganie się na przyrządach asekuracyjnych na linie, co powodowało, że miałam bardzo zmęczone ręce. Tego aspektu podczas treningów nie doszlifowałam i od razu to odczułam. Drugą rzeczą, która wpływała na mnie negatywnie podczas wyprawy, była monotonia oraz otoczenie skał – surowych, bez życia. Pamiętam swoją wręcz euforyczną reakcję, gdy zobaczyłam zieleń na wysokości 3 tys. metrów – wspomina pani Małgosia. – Dobrze, że wychodziliśmy w nocy. Dzięki temu człowiek nie widzi tych straszliwych spadków, przepaści. Po prostu się idzie i wpada się jakby w trans. Wyszliśmy o godz. 11 w nocy, a o 9 rano byliśmy na szczycie. Ja spędziłam u góry ok. godziny. Za dużo wysiłku mnie to kosztowało, aby poczuć radość.

p5220068

Fot. arch. prywatne

 

Na samym szczycie Everestu czułam się normalnie. Niestety, pogoda była fatalna, więc nie było widoków. Pułap chmur był powyżej 7 tys. metrów. Być może dlatego nie miałam jakichś niesamowitych przeżyć. Ważne jest tylko, aby bezpiecznie zejść do bazy. Dla mnie trudna była chwila, kiedy musiałam w obecności 4 mężczyzn na śnieżnej półce na wysokości 8300 po ataku szczytowym załatwić potrzeby fizjologiczne, dlatego że wszędzie indziej było bardzo stromo. Podczas zejścia Danielowi udało się dotrzeć do bazy na 6400, a ja musiałam zostać na 7700. Wiatr był huraganowy, o mało nas stamtąd nie zwiał – i przez całą noc nie zasnęłam, ciągle coś robiłam, ruszałam się, byle tylko nie zasnąć i nie „odpłynąć”, jak chociażby Hiszpan i Japończyk z innych wypraw na 8300. Bardzo łatwo jest umrzeć na tej wysokości, szczególnie po skrajnym wycieńczeniu organizmu. Po prostu gdy się „da na luz”, wtedy śmierć bardzo szybko sięga po ludzkie życie…

 

dscf0497

Fot. arch. prywatne

 


Jeśli uda się pani Małgosi uzyskać urlop, to jesienią chce wyruszyć na Borneo, żeby zdobyć Piramidę Carstensz (4884 m n.p.m.). Potem zostanie już tylko i aż Antarktyda i Mt. Vinson (4892 m n.p.m.) Ona sama traktuje to jako całościowy cykl, który wtedy zamknie. W góry chce jeździć dalej, ale raczej już nie w Himalaje. – Są dla mnie zbyt gigantyczne, zbyt surowe, brakuje mi w nich życia, zieleni, a do tego ta monotonia bazowa. W ciągu dnia w namiocie robi się „sauna”, po kolacji namiot zmienia się w lodówkę z temperaturą minus 15 stopni. I tak nieustannie. Oczywiście im wyżej, tym zimniej i możliwość ruchów staje się ograniczona. Przeczytałam trzy grube książki, ale poza tym „wariowałam”.

Daniel studiuje ekonomię w Szczecinie. Studiował również socjologię. Od 6 roku życia mieszkał w schronisku na Kalatówkach, więc z górami „zżył się” bardzo. – Gdybym miał to powtórzyć, to bym się nie zdecydował. W 20. urodziny na Acconcagua czułem się fatalnie, miałem odmrożenia na twarzy, bóle głowy. Wtedy powiedziałem sobie, że już nigdy tego nie chce przeżywać. Jednak po jakimś czasie niechęć minęła. Przed tym wyjazdem dużo biegałem, uprawiałem wspinaczkę, chodziłem na basen i siłownię. Przez pół roku zero alkoholu, papierosów – teraz zaczynam odreagowywać – śmieje się Daniel. – Do tej pory działaliśmy zespołowo z mamą. Podczas tej wyprawy mieliśmy swoich Szerpów i praktycznie przez 3 dni ataku szczytowego w ogóle się nie widzieliśmy. Szliśmy 24 godziny non stop. Do góry i na dół. Z obozu na 8300 szliśmy 11 godzin, a tlenu mieliśmy na 12 godzin. Zatem opatrzność czuwała nad nami. Na szczycie byłem ogromnie szczęśliwy, ale miałem też obawy – zamarznięci ludzie to przecież ci, którzy schodzili – więc z jednej strony euforia, a z drugiej świadomość, że przy zejściu można jeszcze zamarznąć. Gdy wszedłem na szczyt, mój aparat i baterie zamarzły. Kolega Zdravko z Macedonii zrobił mi zdjęcia. Wspólnego zdjęcia z mamą niestety nie mamy. Natomiast zostawiłem w małej dziurce na szczycie swój „nieśmiertelnik” – który podczas rytualnej mszy (pujy) mnisi poświęcili.

 

Jakub Brzosko

 

Ciąg dalszy artykułu do przeczytania na stronie tygodnikpodhalanski.pl

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież