Log in
    

Lodowi wojownicy atakują - rozmowa z Arturem Hajzerem

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

artur-hajzerPięć ośmiotysięczników wciąż nie zostało zdobytych zimą, trwa wyścig o palmę pierwszeństwa, w którym biorą udział także Polacy. W ramach programu Artura Hajzera "Polski...

 

W ramach programu Artura Hajzera "Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015" jeszcze tej zimy zostanie zaatakowany Broad Peak. Dotychczas, przygotowując się do działalności zimowej, uczestnicy programu zdobyli Nanga Parbat i Pik Pobiedy.

 

artur-hajzer

Artur Hajzer

 

Aneta Żukowska: Za nami pierwsze wyprawy w ramach programu "Polski himalaizm Zimowy", pierwsze zdobyte szczyty. Czy można już mówić o nowo odkrytych talentach, które przywrócą dawną świetność polskiemu himalaizmowi?

Artur Hajzer: Pamiętajmy, że ten program zaplanowany jest na pięć lat, a my musimy wychować nowe pokolenie od zera. W sześć miesięcy tego się nie da zrobić. Na podstawie wyprawy unifikacyjnej mogę stwierdzić, że z tych 12 zawodników tak naprawdę wyłonił się jeden dobry, w porywach dwóch. Ale to nie są nazwiska nowe. Nadzieja każe mi widzieć całkiem nowe talenty na bieżni wśród chłopaków, którzy na katowickim AWF-ie zrobili teraz badania wytrzymałościowe, wydolnościowe i pomiary VO2Max. Są niespodzianki. Trafił się wynik powyżej 70 (!), no więc mamy talent. Żeby tylko chciało mu się dalej rozwijać.

 

Możesz powiedzieć o kim mowa?

Ze "starej" gwardii są to Marcin Kaczkan i Robert Szymczak. Oni rzeczywiście mają tzw. ciąg do gór. Należy tu jeszcze wymienić Aleksandrę Dzik, która może powinna trochę podszkolić się we wspinaniu tatrzańskim, ale charakterologicznie jak najbardziej się nadaje. Ta trójka ma wyśmienite wsparcie w postaci mocnych, chętnych do pracy: Gawrysiaka, Kaźmierskiego i Froni. Co do talentów, które objawiają się na bieżni, na tym etapie wolę milczeć. W sumie obecnie opiekuję się trzema grupami: zupełnie początkującą, nieco zaawansowaną i zupełnie zaawansowaną. I ci początkujący jadą teraz na Elbrus. Jeśli sprawdzą się zimą w Tatrach, to pojadą latem na wyprawę unifikacyjną na ośmiu tysiącach i wtedy się zobaczy, kto z nich rokuje na kolejną zimę. Początkująca grupa pojedzie na wyprawę zimową dopiero za dwa, trzy lata.

 

No właśnie, 23 września bierzecie udział w The Elbrus Race. Czy jest to jakiś rodzaj treningu?

Bieg na Elbrus nie jest treningiem, jest raczej etapem poznawania naszych zawodników i ich selekcji. Jeśli ktoś sobie tam nie poradzi, to będzie musiał się poprawić - więcej popracować, zaangażować czasowo w profesjonalny trening, wybiegać.

 

W takim razie, w jaki sposób przygotowujesz swoich zawodników do wypraw?

Według mnie himalaizm jest sportem i element treningu jest tu bardzo ważny. Współpracujemy z Akademią Wychowania Fizycznego w Katowicach i wraz z nimi robimy naprawdę dobrą robotę. Wspólnie dr. Zbigniewem Borkiem opracowaliśmy plan, rodzaj treningu i na tej podstawie wymagamy od zawodników pewnego reżimu i wyników. Pomagają nam badania wydolnościowe, w których mamy jasne kryteria. Ja uważam, że kto nie ma VO2Max większego niż 60, na zimową wyprawę nie za bardzo się nadaje. Kto nie robi maratonu poniżej 4 godzin też raczej nie. Testy robimy dwa razy do roku. Pierwszy jest na początku, żeby znać poziom, z którego się startuje, potem następne, kontrolne, żeby sprawdzić do czego się doszło.

 

W programie nie ma też czego szukać ktoś, kto nie wspina się zimą w Tatrach.

Zawada mówił: powiedz mi co zrobiłeś zimą w Tatrach, a powiem ci kim jesteś. I ja się z tym zgadzam, bez dobrego wykazu zimowych przejść w Tatrach, w Himalajach się nie powalczy. Trzeba mieć też oczywiście ukończoną "zimową Betlejemkę", czyli kurs PZA. Pamiętajmy, że nie trzeba być super dobrym taternikiem, żeby się kwalifikować do himalaizmu, bo himalaizm to mniejsze trudności techniczne. Jednak trzeba być aktywnym. Taternictwo zimowe kształtuje psychikę, uczy samodzielności, umiejętności podejmowania decyzji, czytania terenu,  oczywiście także całej sfery technicznej i wielu innych rzeczy niezbędnych w górach wysokich; kiedy widzimy szczelinę, to bez zastanowienia dobieramy do niej hak, nie kombinujemy, nie tracimy czasu. Trzeba mieć parę średniej klasy dróg, czyli Filar Mięgusza, Filar Ganku, Filar Wołowego Grzbietu, jakieś dłuższe drogi po stronie słowackiej. Ostatniej zimy warunki nie pozwalały na Filar Mięgusza, ale ludzie zdołali coś zrobić, Północna Mięgusza, czy Korosadowicz na Kazalnicy - też nie jest źle. Do trenowania poganiam batem. Doszło do mnie nawet, że przykleili mi ksywkę - Toranaga, z serialu "Szogun":-)

 

Jakie macie plany na nadchodzącą zimę i kto pojedzie?

Będziemy atakować Broad Peak. Nasze zasoby ludzkie są skromne. Na pewno pojedzie ktoś z tzw. grupy krakowskiej, która brała udział w wyprawie na Pik Pobiedy w Tien Szan. Motywacją błysnął także Krzysztof Starek, który ma szansę objawić się jako filar wyprawy. Zdaje się, że w porównaniu do potencjału, jaki obecnie reprezentuje młodzież, to i ja coś znaczę:-) Jest więc czterech mocno zmotywowanych zawodników (Starek, Kaczkan, Szymczak i ja). Do tego dochodzi 4-5 niezwykle mocnych wspinaczy (Gawrysiak, Fronia, Kaźmierski, Kozub, Grządziel). Trudno orzec, czy jak dotąd brak im było motywacji, może na ostatnich wyprawach po prostu im zabrakło szczęścia albo dopiero nabierali doświadczenia himalajskiego, które teraz już mają. Kierownikiem bazy, ciągnącym wiele spraw organizacyjnych jest weteran - Jerzy Natkański. Krzysiek Wielicki się waha, ale zakładam, że suma sumarum nie pojedzie. Ola Dzik nie może się przełamać, ale drzwi do himalaizmu zimowego ma otwarte.

 

Który szczyt ma paść jako następny?

Zimą 2011/2012 planujemy już K2, żeby tego już nie odkładać, bo nam go Rosjanie w końcu podkradną. Oczywiście, jeżeli ta góra nie padnie już tej zimy. Tego roku jest aż pięć zimowych wypraw, więc może być i tak, że wszystkie niezdobyte ośmiotysięczniki zimą padną właśnie teraz.

 

15artur-hajzer-nanga-parbat

Artur Hajzer na szczycie Nanga Parbat (fot. polskihimalaizmzimowy.pl)

 

Co wtedy? Bo przecież według założeń programu, to Wy macie je zdobyć.

To jest dobre pytanie. Mój kolega z komisji himalaizmu wymyślił już, co wtedy zrobimy. Wymyślił zimową wyprawę na Yalung Kang, który praktycznie jest takim 15 ośmiotysięcznikiem, ale przez geografów nie jest traktowany jako osobny szczyt, tylko jako Kanczendzonga Zachodnia. To jest dość dziwne, bo jest bardziej niezależny niż np. Lhotse od Everestu. A więc Yalung Kang jest ewentualnym celem. Poza tym jest też Lhotse Shar, na którym Polacy nigdy nie byli ani latem ani zimą.

 

Powróćmy jeszcze do tego, co już się wydarzyło. Jak się czujesz w roli kierownika?

Bardzo dobrze się czuję. Kierownik to nie jest stanowisko, to jest stan ducha. Mam wzorzec kierowania wyniesiony z wypraw z lat 80., robionych przez KW w Katowicach. Uczyłem się od Jurka Kukuczki i jest to styl kierowania, który opiera się na tym, żeby w nic za bardzo nie ingerować, dawać wolną rękę, nie śpieszyć się. Wyprawa, która jest centralnie kierowana nie przystaje do wspinania, które wynika z poszukiwania idei pewnej wolności i niezależności. Wyprawa z silnym, autokratycznym kierownikiem ma po prostu ciężko w górach. Ja preferuje model elastyczny, otwarty. Podjąłem na wyprawie jedną, może dwie decyzje. Reszta toczyła się sama sobie. Uważam, że danie ludziom wolnej ręki wyzwoliło w nich energię, dzięki temu faktycznie poradzili sobie z tą ścianą.

 

A propos podjętej decyzji. W sprawozdaniu z wyprawy napisałeś o kontrowersjach wokół zakazu ataku szczytowego grupie osób bez wcześniejszej aklimatyzacji.

Tak, chciałem, żeby ta wyprawa odbyła się bezwypadkowo, bo wtedy byłby to także koniec dla tego programu. To po pierwsze. Po drugie, jeśli ma się wejść na osiem tysięcy, wcześniej zawodnik musi "klepnąć siódemkę", musi dojść do siedmiu tysięcy, a oni tego nie mieli, byli tylko na sześć i pół tysiącach. Dopuściłem tylko Roberta Szymczaka. Kwestia braku aklimatyzacji jest ważna, ale to temat na zupełnie inną dyskusję. Otóż młodzi ludzie nie mają himalajskiej opieki w klubach wysokogórskich. Jadą potem powiedzmy w taki Pamir, za 3-4 tysiące, wchodzą na Pik Lenina z bazy, z marszu, metodą non stop i umierają albo męczą się tak bardzo, że się zniechęcają. Nie mają pojęcia o konieczności aklimatyzacji - o konieczności zejścia do bazy i ponawiania wyjść. I co roku giną, aż przykro patrzeć, aż mnie korci, żeby trzasnąć ręką w stół i opublikować gdzieś jakąś odezwę, umieścić reklamę w "Górach". Co roku są jeden, dwa polskie trupy na "głupim" Khan Tengri właśnie przez brak aklimatyzacji. Ci ludzie nie umieją potem zejść, tracą świadomość, umierają gdzieś na siedząco. Idą jak baranki na rzeź. I w tym przypadku mogło być podobnie, dlatego zadziała jasno zdefiniowana reguła - kto nie dotknie siódemki, ten nie atakuje.

 

Resztę artykułu znajdziecie na : wspinanie.pl

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież