Log in
    

Artur Hajzer: Program Polski Himalaizm Zimowy rozwija się dzięki poparciu społecznemu – głównie z tego powodu nie zrezygnowałem już jakiś czas temu

Ocena użytkowników: 4 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Już to pisałam, ale powtórzę. Historia Polskiego Himalaizmu Zimowego jako programu sportowego zaplanowanego na lata 2010-2015 to sinusoida. Raz jest on ekstremalnie chwalony i doceniany, raz miażdżąco krytykowany. Po przełomowym sukcesie na Gasherbrumie I każdy był fanem himalaizmu zimowego, po Broad Peaku każdy był jego znawcą i sędzią. Ja z pewnością należałam do fanów, wręcz wyznawców, tej polskiej zimy w Himalajach i Karakorum. Potem ciężko znosiłam kolejne wiadomości z Broad Peaku – opisywanie tych wydarzeń na bieżąco było jak zły sen. Łatwo było się obrazić na rzeczywistość, bo nie tak się umawialiśmy. Nie zazdrościłam też decydowania o dalszych losach programu. Gdy kolejna wyprawa wyruszyła na Dhaulagiri, zrozumiałam, że program będzie kontynuowany, ale jest już inaczej.

Artur Hajzer. Fot. arch. polskihimalaizmzimowy.pl

Polski Himalaizm Zimowy był programem, w którym odnajdowali się nie tylko jego uczestnicy, nie tylko młodzi, aspirujący wspinacze, ale i Polacy – dość gromadnie zapragnęli, aby Euro 2012 rozciągnąć na góry najwyższe. Tragedia na Broad Peaku pokazała jednak, że himalaizm zimowy to nie piłka nożna, więcej wymaga nie tylko od zawodników, ale także od kibiców – przede wszystkim zrozumienia wpisanego w nią ryzyka. Himalaizm zimowy zależy od poparcia społecznego – uważa Artur Hajzer, któremu mogłam zadać nurtujące mnie pytania. Wciąż nie jestem pewna, czy to poparcie społeczne to tylko odruchowa reakcja na sukces/porażkę? Czas pokaże.

A czy było warto? Czy jest warto? – to już pytania, na które każdy musi sobie odpowiedzieć sam.

Trwa właśnie organizowana w ramach PHZ wyprawa na Dhaulagiri (8167), przyznam, że była dla mnie zaskoczeniem…

Wniosek i formalności związane z tą wyprawą zostały złożone przed 15 listopada 2012 roku co udokumentowane jest w odpowiedniej zakładce na stronie PZA. Wyprawa była zaplanowana niemal z półrocznym wyprzedzeniem, jak wszystkie wyprawy unifikacyjne programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015. Warto mieć świadomość logistyki wyprawowej. Najgorszą interpretacją byłby pomysł, że to po Broad Peaku nagle skrzyknięto wspinaczy, żeby jechali na prosty cel – Dhaulagiri. Nie jest to ani pomysł zrodzony ad hoc, ani też prosty. Przez ostatnie pięć lat Dhaulagiri atakowało około 30 Polaków, weszła trójka: Kinga Baranowska, Robert Szymczak i ja. Na niej zginął Piotr Morawski. Góra jest bardzo wymagająca i niebezpieczna, szczególnie w kopule szczytowej, więc nie pomniejszajmy wysiłku wyprawy unifikacyjnej. Trzeba trzymać za nich kciuki, bo przed nimi duże zadanie do wykonania.

To wyprawa wiosenna, która na szczyt planuje wejść drogą normalną, biorą w niej udział w przeważającej liczbie doświadczeni himalaiści – jakie jest więc jej znaczenie dla programu stawiającego na himalaizm zimowy, zwłaszcza w wykonaniu młodych?

Początek poręczówek na 6700 m. Fot. Piotr Tomala/PHZ

Wyprawa na Dhaulagiri jest dla mnie ważna ze względu na dwie postaci, są nimi Piotr Tomala i Jacek Żyłka Żebracki. Bacznie przyglądam się też Agnieszce Bieleckiej. Celem jest zunifikowanie, standaryzowanie, wymiana doświadczeń, ale też po prostu przetestowanie tej trójki uczestników w ramach PHZ. Program potrzebuje więcej utalentowanych wspinaczy. Do tej pory przeszło przez niego około 35 uczestników i ciągle jest tak, że na K2 zimą nie mamy składu – nawet gdyby do Adama Bieleckiego i Artura Małka dołączył Janusz Gołąb, to wciąż mało. Potrzebujemy od 6 do 8 wspinaczy tej klasy. Letnie wyprawy unifikacyjne stwarzają więc szanse młodym wspinaczom, których nie byłoby stać na wyjazd w góry wysokie. Zaledwie dwóch nowych uczestników programu na wyprawie na Dhaulagiri to niewiele, ale od początku zdawaliśmy sobie sprawy, że – przepraszam za słowo – zasoby ludzkie są najbardziej miękkim punktem tego programu. Gdy program powstawał wszyscy pukali się w czoło, kim te ośmiotysięczniki zimą mają być zdobyte. Wiadomo było, że jest luka pokoleniowa i nie ma zawodników. Zarówno sam program, jak i letnie wyprawy unifikacyjne są po to, żeby tę lukę stopniowo zapełniać.

Poza Piotrem i Jackiem, którzy na wyprawie są unifikowani, czyli testowani w górach wysokich, w składzie znalazło się wiele znanych nazwisk – jak wytłumaczysz ich obecność? Chyba nie wysłałeś ich na wysokogórskie wakacje na koszt programu?

Ta wyprawa jest zorganizowana przede wszystkim dla „młodych” – nowych twarzy. To główni beneficjanci skromnego dofinansowania, jakie wyprawa ma, ale nawet oni nie otrzymali 100-procentowego dofinansowania. Jeśli na pierwszy rzut oka ktoś ocenia, że współczynnik młodych uczestników wypada słabo na tle doświadczonych wspinaczy i uważa, że w związku z tym należy krytykować organizację, to znaczy, że nie zna realiów finansowo-logistycznych wyprawy, a zwłaszcza tego, jaki jest udział własny poszczególnych uczestników – co zrozumiałe, choć na stronie PZA zakładka na ten temat jest. Jeśli chodzi o realizowanie założeń programu PHZ to mamy trzech uczestników podlegających na wyprawie unifikacji, jednego kierownika na „pełen etat” (zwrot kosztów) w osobie Jerzego Natkańskiego i na „pół etatu” pomagającego mu Darka Załuskiego. Reszta pojechała w 90-procentach za swoje i gdyby nie pojechała byłoby dla tej wyprawy tylko gorzej – drożej, a przede wszystkim mniej bezpiecznie. Wsparcie doświadczonych wspinaczy jest tu ważne.

Kwestionowano także sportowy charakter tej wyprawy? Czy poprzeczka nie została zbyt obniżona?

Stopień trudności musi być dobrany do możliwości zespołu. Mamy już różne doświadczenia. Wcześniej wydawało mi się, że drogą normalną na ośmiotysięcznik nie można nie wejść. Zwłaszcza gdy pomyśli się o poziomie naszego wspinania z lat 80., jawiło się to jako minimum wszystkich minimów. Tymczasem wyprawa na Makalu nauczyła nas, że kiedy nie ma innych wypraw w okolicy i działamy bez Szerpów i bez tlenu, nawet to może być za trudne. Makalu to był najwyższy stopień trudności, na jaki wyprawa unifikacyjna może sobie pozwolić i z tego stopnia schodzimy. Mamy do czynienia z pewną schizofrenią. Krytycy z jednej strony domagają się większej wagi sportowej wypraw unifikacyjnych – taką wagę miało Makalu – a z drugiej zapewnienia maksymalnego bezpieczeństwa. Gdy po wydarzeniach na Makalu, chłopcy dostali wsparcie Szerpów podczas kolejnej wyprawy – na Lhotse – też pojawiła się krytyka, że obniżamy współczynnik sportowości. A z drugiej strony głosy, że znowu jedziemy na wysoki ośmiotysięcznik. Widać wszystkich się nie zadowoli. Tak czy owak: albo albo. Na szczęście jest coś innego, co dyktuje dobór trudności na wyprawach unifikacyjnych – nie próbuję przypodobać się komentatorom tylko oceniam realne możliwości uczestników i do nich dostosowuję cel. Na Lhotse było wsparcie Szerpów, na Dhaulagiri mamy więcej nestorów. W tej chwili nie mamy w ramach programu uczestników gotowych na nowe drogi. Dzięki wyprawom unifikacyjnym na takim poziomie jest Adam Bielecki, zbliżył się Artur Małek i na pewno stać na to Janusza Gołębia. Ale oni są jedynymi Polakami na dziś z takim potencjałem, a przed programem PHZ nie było nikogo kto mógłby myśleć o atakowaniu nowej drogi na 8000 m.

Ciekawy jest także udział siostry Adama, Agnieszki Bieleckiej. Nie chcesz chyba powiedzieć, że na ośmiu tysiącach zimą liczy się parytet czy równouprawnienie?

Tak, to jest parytet. Udział w programie Agnieszki, i każdej kobiety, jest dla mnie bardzo ważny. Zawsze deklarowałem, że jestem otwarty na uczestnictwo kobiet na moich wyprawach i tak jest. Uważam, że zarzuty, że kobiet nie powinno być w programie, ponieważ i tak nie wejdą na ośmiotysięcznik zimą, są niesłuszne. Najbardziej zmotywowanym uczestnikiem wyprawy Nanga Parbat 2010 była Ola Dzik, a na jesiennej wyprawie na Lhotse podobnym hartem wykazała się właśnie Agnieszka Bielecka, która „przeszła” wszystkich, nawet Bołotowa. Przypomnijmy, że kobieta stała już zimą na ośmiotysięczniku. W 1993 roku zimą zdobyła Cho Oyu Szwajcarka, Marianne Chapuisat. Zimą 2012/13 dzielnie atakowała Nangę Parbat w stylu alpejskim z dobrymi postępami Francuzka Elizabeth Revol. Nawet jeśli teraz nie jest jeszcze powszechne to, że kobiety biorą udział w zimowych wyprawach na ośmiotysięczniki – dożyjemy takiego czasu za dekadę lub trochę dłużej. Obecnie – z pewnym opóźnieniem wobec mężczyzn – kobiety coraz częściej kompletują Koronę Himalajów. Niewykluczone, że już wkrótce zaczną rywalizować między sobą o pierwsze kobiece wejścia zimowe. Dobrze by było, gdybyśmy byli już wtedy krajem, który ma w swojej kadrze dziewczyny, które o himalaizm zimowy się otarły, a być może wiodą w nim prym.

Zawsze wydawało mi się, że w Polsce nie brakuje himalaistów, a zwłaszcza aspirujących himalaistów, którzy mogliby robić ambitne cele, a problemem są finanse. Ty kreślisz inny obraz: finanse są drugorzędne wobec tego, że jednak tych młodych himalaistów i himalaistek wcale aż tylu nie ma.

To prawda. Może dziś nie jest to już aktualne, ale generalnie można powiedzieć, że pieniądze są/były a ludzi jest/było brak. Dokonajmy rachunku matematycznego i podliczmy polskich himalaistów. A przede wszystkim zdefiniujmy ich. Według mojej definicji himalaista to taki wspinacz, który w ciągu ostatnich pięciu lat wszedł na więcej niż jeden szczyt ośmiotysięczny bez tlenu. Na tej liście będzie 5 nazwisk – Robert Szymczak, Paweł Michalski, Artur Hajzer, Kinga Baranowska, Adam Bielecki – a tych, co zdobyli w ogóle ośmiotysięcznik choć jeden bez tlenu dochodzi jeszcze dziewiątka i są to: Darek Załuski, Ola Dzik, Adam Ciućka, Jacek Teler Romuald Palma, Tomasz Wolfart, Marcin Kaczkan, Janusz Gołąb i Artur Małek. Kilkanaście osób, ale większość z nich skupia się na innych niż sportowe celach. Kinga realizuje własny projekt, Robertowi urodziła się córka i ma inne priorytety, Jacek organizuje wyprawy komercyjne i działa poza PZA, Paweł też realizuje własne cele, co do Tomka nie wiadomo, czy będzie wracał w góry wysokie, Ola nie myśli o 8 tysiącach zimą, zaś Romuald jest bardzo mocnym, ale amatorem. W końcu ja i Darek Załuski jesteśmy nestorami.

Zrobienie takiej listy bardzo otwiera oczy i pokazuje, że co jak co, ale potęgą himalaizmu to my aktualnie nie jesteśmy. Proszę mi powiedzieć, kto oprócz Adama Bieleckiego, Janusza Gołębia czy ewentualnie Artura Małka może pojechać na 8000 m nową drogę? Moim zdaniem prawie nikt. Na podnoszenie współczynnika sportowości przyjdzie czas, na tym etapie i z tymi ludźmi, których w ramach PHZ możemy zabrać w góry najwyższe najważniejsza jest unifikacja. I będę to podkreślał: albo wyprawa unifikacyjna albo sportowa. Niech się najpierw wykażą na normalnej drodze na ośmiotysięczniku, dopiero później przyjdzie czas na następny krok. A w międzyczasie – będziemy obserwować każdy ich ruch. Po trzech latach działania programu mogę powiedzieć, że wejście na ośmiotysięcznik bez tlenu nie jest czymś umniejszającym, jest trudnym zadaniem.

Żyjemy w innych czasach. W ogóle wspinaczy porywających się na nowe drogi i cele sportowe w skali świata jest około dziesięciu, maksymalnie kilkunastu. Wyprawy sportowe stanowią może ok 2% wszystkich wypraw w ogóle. Więc proponowanie wyprawom unifikacyjnym PZA atakowanie celów bardziej sportowych jest pomysłem zupełnie kosmicznym. Zobaczmy na portalu explorersweb opis tego, co dzieje się na Dhaulagiri w tym sezonie. Tylko Katalończycy i my napieramy bez tlenu!

Tylko, że na tle dokonań z lat 80. „bez tlenu” nie robi chyba dzisiaj w Polsce wrażenia…

Intencją PHZ w jakimś sensie jest oderwanie się od stylu wspinania lat 80. Żyjemy w XXI wieku i trudno jest akceptować styl lat 80. – szczególnie liczbę wypadków. Ja sam miałem 15-letnią przerwę we wspinaniu – jak piszę w mojej książce „Atak Rozpaczy” – bo nie było i nie ma mojej zgody na czarną serię śmierci z tamtych lat. Wyprawy PHZ są przygotowywane zupełnie inaczej, podchodzimy do zagadnienia bardziej metodyczne, pod lupą jest każdy element przygotowania wyprawy. Niezwykle istotnymi są szkolenia z zakresu medycyny wysokogórskiej, zagadnienia łączności i sprzętowe, przygotowanie sportowe, programy treningowe itd. Program PHZ wypracował swój kodeks zasad, które podczas wypraw unifikacyjnych zdają egzamin.

Jedną z takich zasad jest zasada „klepnięcia siódemki”. To znaczy, że nie atakujemy szczytu jeżeli w poprzednim wyjściu nie została osiągnięta wysokość co najmniej 7000 m. I podczas wyprawy na Manaslu wiosną 2012 roku kierownik nie wydał zgody na atak – i bardzo dobrze – wyprawa wróciła do Polski bez sukcesu – i bardzo dobrze – za to wszyscy wrócili cali i zdrowi . Czynienie z tego zarzutu,że podczas wyprawy unifikacyjnej nie osiągnięto szczytu jest niepoważne. Inna ekipa w tym samym czasie co prawda weszła na szczyt, ale właśnie dlatego że poszła „na skróty” – bez aklimatyzacji i przy użyciu aparatury tlenowej – jeden z jej uczestników – Irańczyk – zginął w zejściu. Więc to chyba nie jest przywoływanie przykładu dobrego do naśladowania.

Co się dzieje z zawodnikami, którzy brali udział w wyprawach unifikacyjnych, ale nie weszli później w skład wypraw zimowych? Czy stanowią jakąś grupę rezerwową?

W tym miejscu warto podkreślić, że choć PHZ wynalazł – jak to mówią w mediach czy Piotr Pustelnik czy Aleksander Lwow – „tylko” jeden ewidentny talent w osobie Adama Bieleckiego, to oprócz tego ewidentnego talentu potwierdzenie swojej światowej klasy znalazł Janusz Gołąb, a dobrze zapowiada się Artur Małek. Jednak ja nie tylko o tym chciałem Chciałbym podkreślić, że PHZ wykształcił i wyłonił zawodników drugiej linii, których można „rzucić” bez żadnych obaw na każdy front jako „grupę wsparcia” czy „żołnierzy” „drugiej linii” (przepraszam bardzo za tę wojenną terminologię) i którzy zawsze sobie poradzą , dużo wniosą, pomogą, nie zawiodą choć niekoniecznie wezmą udział w ataku szczytowym. Są to Marcin Kaczkan, Rafał Fronia, Krzysztof Starek, Kacper Tekieli, Adam Ciućka, Ola Dzik, Agnieszka Bielecka, Mateusz Zabłocki, Tomek Chwastek, Andrzej Bargiel. Jest też talent w osobie Roberta Szymczaka, który nie brał udziału w ostatnich wyprawach z powodów osobistych – urodziła mu się córka.

Przez te trzy lata odbyło się kilka wypraw, które zapadły w pamięć.

Modelową była wyprawa na Nanga Parbat w 2010 roku. Grupa sama zaporęczowała drogę, sama przebywała w masywie, a na szczycie stanęło trzech uczestników. Super wyczynem było wejście Adama Bieleckiego przy wsparciu Marcina Kaczkana na K2. Pokazali klasę. Wyprawa na Makalu nie skończyła się tak, jakbyśmy chcieli, ale byłbym bardzo ostrożny z używaniem słowa tragedia. Wiem, że tego określenia na pewno nie akceptuje Tomek Wolfart, który był na wierzchołku. Na pewno sukcesem Makalu była sprawnie zorganizowana przeprowadzona akcja ratunkowa i to, że skończyło się tylko na odmrożeniach. Zespół dał sobie radę i zdał egzamin. Gasherbrum I to oczywista oczywistość, sukces sukcesów. Jesień 2012 na Lhotse wyłoniła nowego, mocnego zawodnika – Artura Małka.

Pojawiały się głosy, że na Lhotse nie powinno być nocnych ataków.

Szczerze mówiąc nie rozumiem tych głosów, ponieważ nocne ataki nie tyle, że być powinny, co są standardem. Rocznie na Everest wchodzi 500 osób i wszystkie one wchodzą metodą na atak nocny. Tłok na Evereście się nasila, żeby nie stać w korku trzeba być nocą na szczycie. W XXI wieku nocny atak to standard – dysponujemy zupełnie innym sprzętem, mamy elektryczne grzałki, kombinezony puchowe, płyny w camelbackach, żele, skarpety uciskowe, bajery. Nocą się chodzi. By być bardziej wiarygodnym przytoczę cytat z najnowszej książki, wywiadu-rzeki „Ryszard Pawłowski 40 lat w górach”: „…przyszedł do nas Szerpa i oznajmił, że o godzinie ósmej wieczorem wychodzimy na szczyt. Na nasze protesty, że to za wcześnie odpowiedział, że teraz wychodzi się o tej porze i wszyscy tak startują….” oraz „Nigdy o tej porze nie wychodziłem na szczyt. …. Zarówno w 1999 roku z Jackiem Masełko i Tadziem Kudelskim, jak i z Piotrem Pustelnikiem w 1995 roku, wychodziliśmy nad ranem… . …Kiedy wyruszyłem, zobaczyłem nad sobą szereg światełek – było jasne, że wiele osób wyruszyło wcześniej.” Dzięki nocnym atakom zdobyliśmy zimą GI i K2 – dlaczego wtedy nikt nie lamentował, że nocny atak to błąd? Jeśli czegoś na Lhotse nie powinno być, to śmierci Szerpy, który był tam z nami, ale to on był głównym orędownikiem nocnego wyjścia. Jest mi bardzo przykro, ponieważ podczas schodzenia odpadł od stoku w nietrudnym terenie. Korzystał z tlenu, nie potrafię powiedzieć, co się stało, że nie utrzymał równowagi, być może był to zawał czy udar. Jedyne co mogłem zrobić to starać się objąć finansową opieką jego rodzinę, czyli trójkę dzieci. Na stronie Fundacji Kukuczki można wesprzeć dzieci Temby Szerpy.

Kolejną wyprawą był Broad Peak i nie ukrywajmy, że dzisiaj wszelkie rozmowy o himalaizmie, nie tylko zimowym, toczą się w cieniu Broad Peaku. Wyprawa na Dhaulagiri przez niektórych odczytana została jako brak żałoby. Możesz się do tego odnieść?

Wciąż jesteśmy w szoku i nie wiemy, co tam się stało. Dlatego zwróciłem się z prośbą o powołanie komisji w tej sprawie. Jeśli chodzi o moją ocenę, atak na Broad Peaku był przeprowadzony w stylu lat 80. Zawodnicy poszli na całość, jak to się wówczas mawiało „pojechali po bandzie”, ale należy to uszanować.

Co do żałoby, to jak pisałem wcześniej, wyprawę organizuje się z dużym wyprzedzeniem i w momencie wypadku wiadomo było, że wyprawa na Dhaulagiri ma zapłacone bilety, zaliczki i siedzi na bagażach. Po wypadku szczerze powiem, że nie miałem zagadnienia wyprawy na Dhaulagiri w ogóle w głowie, ale nie wyobrażam sobie, że idę do tak uznanych postaci jak Darek Załuski i mówię mu – Darku! Odwołujemy wyprawę! Zostańcie w domu! Nie znam z historii takiego przypadku. Gdy ginął człowiek na wyprawie to zawsze był dylemat, czy wyprawę kontynuować. Zawada nauczył nas by kontynuować. Ten dylemat moralny szeroko opisuję w mojej książce. Ale nigdy nie stawiano spraw tak, by wstrzymywać kolejne wyprawy.

Czy złota era polskiego himalaizmu, która była też Twoim udziałem, jakoś uodporniła na śmierć w górach?

Po śmierci Jurka Kukuczki dochodziłem do siebie 15 lat. Myślę, że wszyscy wspinacze z tamtego okresu musieli odreagować cenę, jaką przyszło zapłacić za sukcesy. Pewnie w jakiejś części było to przyczyną regresu lat następnych i luki pokoleniowej. Himalaizm sportowy, o który się tak niektórzy upominają, jest dziś w jakimś sensie też z powodu tamtych wypadków – passe. Moim zdaniem będziemy potrzebowali kolejnych lat, żeby dojść do siebie po tragedii na Broad Peaku i żeby ta rana w środowisku górskim się zagoiła. W latach 80. wspinacze wielokrotnie odpierali zarzuty, że „chodzą po trupach”, bo tych wypadków w górach było wtedy tak wiele, żeby przypomnieć chociaż dylematy Andrzeja Zawady na wyprawie na Kunyang Chhish. Również wtedy dziennikarze atakowali himalaizm. Odsyłam wszystkich do wydawnictwa Bularz i artykułu „Szczyt gliwicki” – w Gliwicach Zawada zwołał kryzysowe zebranie w temacie etyki – po śmierci Andrzeja Czoka. Cytaty Andrzeja Wilczkowskiego z tamtego spotkani krążą teraz po forach przy okazji wypadku na Broad Peaku. Jako świadek historii i tamtego spotkania mogę zaświadczyć, że jeżeli chodzi o etykę to gorzej już było, a teraz jest tylko lepiej i tego też jest świadectwem, jak działała wyprawa zimowa na Broad Peak – niezwykle zgrany, zaprzyjaźniony zespół .

W latach 80. głośny był nawet spór jednego z dziennikarzy z Wandą Rutkiewicz, którą takie negatywne oceny bardzo denerwowały. Napisał: „Wando! Nie rzucaj mi rękawicy, bo odmrozisz sobie ręce”. Dziś dziennikarze nie atakują już tak poetycko, a każda kontrowersyjna czy negatywna wypowiedź w mediach odcina programowi prąd. Wiem, że to naturalny mechanizm działania mediów i mówię trudno, szkoda tylko, że w pogoni za sensacją i „klikalnością” podcina się skrzydła uczestnikom programu PHZ.

Wracając jeszcze do lat 80. i czarnej serii wypadków – czy należało zaprzestać wtedy wypraw? Ja osobiście miałbym problem z oceną, czy warto było płacić taką cenę. Byłem w szoku, gdy po jednej z moich prelekcji na Krakowskim Festiwalu Górskim i po wystąpieniu Bernadette McDonald ludzie mówili mi, że warto było tę cenę zapłacić. Z dzisiejszej perspektywy patrzymy na złotą erę polskiego himalaizmu jak na erę bohaterów, których już nie ma. Czy warto było? Wanda Rutkiewicz, Jerzy Kukuczka, Andrzej Czok, Tadeusz Piotrowski, Eugeniusz Chrobak, Mirosław Dąsal i wszyscy inni, którzy mieli w górach fantastyczne osiągnięcia, ale z gór nie wrócili. Cały świat górski pamięta Polaków jako Lodowych Wojowników. Czy warto było? Dziś stoimy wobec śmierci Maćka i Tomka i zadajemy sobie te same pytania. Mówimy: nie warto było, ponieważ nie warto poświęcać nawet paznokcia. Wiemy jednocześnie, że następni pójdą w góry. Rozumiem ciężar bólu, ale wiem też, że trzeba organizować kolejne wyprawy i pomagać młodym się szkolić, ponieważ podejmą to wyzwanie tak czy inaczej.

Był Andrzej Zawada, który dał początek idei zimowego himalaizmu, Krzysztof Wielicki, który apelował swoim „Zimowym Manifestem” i w końcu Artur Hajzer, który powołał Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015, aby ten rozdział zamknąć. Kiedy po raz pierwszy o tym pomyślałeś?

W programie było i jest dużo pozakulisowych sytuacji, które powinny przejść do historii polskiego himalaizmu – może w formie anegdot. Powinienem chyba przygotować prezentację lub napisać książkę na temat Polskiego Himalaizmu Zimowego widzianego zza biurka, ponieważ to, że program istnieje zależy w 90 procentach od pracy biurowo-menadżerskiej. Wszystko zaczęło się 14 listopada 2009 roku, kiedy dzień przed upływem składania wniosków do PZA o dofinansowanie, przyszła do mnie trójka kandydatów na himalaistów mówiąc, że chcieliby gdzieś pojechać i poradzić się, co napisać w podaniu, żeby dostać dofinansowanie na normalną drogę na ośmiotysięcznik. Wiadomo było, że PZA nie da ani złotówki na normalną drogę nawet zimą, jeżeli sukces nie rokuje (dopiero co dostałem odmowę: ja i Szymczak na zimowy Broad Peak 2008/09). Wtedy wymyśliłem, że napiszę program, w którym nie tyle chodzi teraz o normalną drogę, co o zimowe wejścia w latach następnych. Tak jak wymyśliłem, tak napisałem i nazajutrz złożyłem. Ten dokument wciąż można znaleźć we wnioskach na stronie PZA, a tymi kandydatami na himalaistów byli: Arek Grządziel, Jacek Czech i Irek Waluga. Dobraliśmy jeszcze kilku zawodników i w takich składzie pojechaliśmy w maju 2010 na Nanga Parbat. Byłem przekonany, że to dofinansowanie wtedy to taki łup na jeleniu i że to jest pierwsza i ostatnia wyprawa programu, bo nikt nam na dłuższą metę nie zaufa. Wejście na Nanga zaowocowało i kolejne wyprawy stały się możliwe, w tym też wyjazd na zawody na Elbrus, a potem także wyprawa zimowa, ponieważ bez większego oporu materii biurokratyczno-ludzkiej idea padła na dobry grunt, zyskała wielu sprzymierzeńców i pojawiły się pieniądze. Wyprawa zimowa 2010/11 na Broad Peak zakończyła się brakiem sukcesu, więc znowu byłem przekonany, że to ostatnia wyprawa. I każda wyprawa w dalszym ciągu wywołuje u mnie przekonanie, że jest ostatnia. Na Gasherbrum I jechałem z nastawieniem, żeby tylko wyjść z tego programu z twarzą, ponieważ już się nie dało nie jechać. Baza już stała, pieniądze były wydane, a rokujących zawodników niestety brakowało. Ostatecznie rokujących udało się skompletować w ostatniej chwili tylko dwóch: Adama i Janusza. Do tego ja, który nie powinienem wtedy jechać, ponieważ miałem przymrożony paluch po Makalu, ale jak wspominałem – nie dało się nie jechać. W momencie wyjazdu byliśmy bardzo mocno zaatakowani przez artykuł Moniki Rogozińskiej, który mnie przynajmniej – podciął wszelkie skrzydła. Był strzałem wyjątkowo poniżej pasa, z dala od uczciwości dziennikarskiej, pełen bzdur typu „kurorty, termofory, dywany” i „rozpaczliwe wzywanie pomocy na Makalu” podczas gdy zrobiliśmy modelową, udaną (rzadkość) akcję ratunkową. Jechałem z nastawieniem, że jestem głównym porządkowym, który ma to wszystko pozamiatać, zamknąć, nisko się ukłonić i podziękować wszystkim za uwagę.

Tymczasem Adam Bielecki i Janusz Gołąb weszli na szczyt, a po powrocie witała ich orkiestra góralska, prezydent i narodowa euforia.

I nie dało się programu zamknąć – albo powiedzmy inaczej – dało się, ale byłoby szkoda nie wykorzystać okazji zdyskontowania sukcesu, odcięcia kuponów i dania szansy kolejnym wyprawom. Była duża presja na kontynuację i na szczęście pojawiły się kolejne, ciut większe pieniądze, ponieważ zakres współpracy rozszerzył PKN Orlen. W efekcie poszły kolejne wyprawy: wiosenna Manaslu, letnia K2 i jesienna na Lhotse. Trzy wyprawy unifikacyjne w ciągu jednego roku! Nigdy w historii polskiego himalaizmu nie było takiego dostępu do gór najwyższych. Właściwie kto tylko miał motywację, wykaz przejść i minimum niezbędnego doświadczenia, mógł jechać na ośmiotysięcznik. Prawie nikt nie spotkał się z odmową. A gdyby ktoś napisał wniosek, że chce jechać na nową drogę i sportowy cel – byłby po nogach całowany – ale, jak mówiłem wcześniej, w Polsce takich „zasobów ludzkich” nie mamy – no wtedy na 100% nie mieliśmy. Trzy wyprawy unifikacyjne to był szczytowy – z dzisiejszej perspektywy – okres programu. Wyprawa na Manaslu nie weszła na szczyt decyzją kierownika i bardzo dobrze, ponieważ aklimatyzacja nie była dokończona. Podczas tej wyprawy testowani byli dobrze zapowiadający się zawodnicy tacy jak Rafał Fronia (aktualnie na wyprawie z Kingą Baranowską na Makalu – przyp.), Jarek Gawrysiak, Andrzej Bargiel. Wyprawa na K2 miała potwierdzić pozycję Adama Bieleckiego i Marcina Kaczkana. A na wyprawie na Lhotse sprawdzałem aż siedmiu nowicjuszy. Z tej dużej grupy sprawdził się Artur Małek. Trzeba mieć doświadczenie ośmiu wcześniejszych wypraw unifikacyjnych, żeby z dużą pewnością móc wskazać palcem i powiedzieć: ten zawodnik rokuje i ma szansę zimą na szczyt.

Kim jest Artur Hajzer w ramach PHZ. Himalajskim selekcjonerem, głównym menadżerem, a może rodzicem, który przelewa swoje zimowe ambicje na dzieci?

W dużej części program toczy się poza mną. Nie jestem jedynym sprawcą i facetem, który ma czarodziejską różdżkę i napędza ten program. Zdarzało się, że szedłem na spotkania, co do których nie widziałem szans, że coś uzyskamy, a wychodziliśmy z pieniędzmi. Nie podchodzę do programu tak emocjonalnie, że muszę o niego walczyć za wszelką cenę. Nie muszę. Od pierwszej wyprawy podchodzę do tego z dystansem. Ten program kręci się ku mojemu zaskoczeniu. Oczy mi wychodziły ze zdziwienia nad tą narodową zgodą na himalaizm zimowy. Wystarczyło, że mówiłem, że Polacy byli już na tylu szczytach zimą jako pierwsi i chcemy, żeby na pozostałych wówczas pięciu też byli. Nie musiałem się naginać ani stosować trików. Od pierwszych rozmów załapało. Wszyscy kwitowali, że to piękna idea i że tak trzeba. Potem czasami były momenty, że chciałem to przerwać, zakończyć, powiedzieć nie jadę, ponieważ wszystko było na nie. Oddać pieniądze i podziękować, ale nie dało się. Po Gasherbrumie – był szczyt i zapotrzebowanie na kolejne sukcesy. Ta atmosfera wokół programu zasysała jak pompa ssąco-tłocząca. Ja sam nie byłbym w stanie nadać programowi takiej dynamiki, jaką miał w 2012 roku. To nie jest program autorski Artura Hajzera. Polski Himalaizm zimowy to w 70-procentach przychylność i współdecydowanie innych sił. Za programem stoi także Marek Wierzbowski z PZA, Janusz Onyszkiewicz, Piotr Xęski, nasze departamenty w ministerstwie sportu, ministrowie, posłowie, którzy głosowali za programem w komisji sportu w sejmie, przede wszystkim szefowie tej komisji, sponsorzy i pracownicy ich działów marketingu, projektanci sprzętu. Sztab ludzi. Program to nie tylko ja, to ogólnośrodowiskowa zgoda. Sam wyszedłem przed szereg, ale trafiłem na niespodziewanie podatny i przychylny grunt.

Wciąż chcemy zimowych sukcesów, ale grunt się zmienił…

Jeszcze nigdy himalaizm nie był tak popularny, można powiedzieć, że stał się meanstreamowy – w dużej mierze za sprawą wypadku niestety. Przez pewien czas działał na Polaków podobnie jak Euro 2012. Gdy program startował miał ogólnonarodową zgodę, a gdy urósł i stał się przedsięwzięciem rozpoznawalnym i działającym z rozmachem – przybyło mu też przeciwników, czy takich którzy w swoim działaniu górskim się od niego strategicznie odcinają – taki pomysł na dywersyfikację. W moim odczuciu to nierozerwalnie wiąże się z tym, czy jest sukces czy jest porażka. Można popełnić milion błędów, ale gdy wszystko kończy się sukcesem – zwycięzców się nie sądzi. To było bardzo dobrze widać przy okazji sukcesu na Gasherbrumie I. Wszyscy krytycy programu się pochowali. Gdy mamy do czynienia z porażką, czy tak jak w przypadku Broad Peaku z tragedią; kiedy jesteśmy słabsi, czy wręcz na kolanach, o ile łatwiej wówczas wstać i nas kopnąć. I myślę, że dopiero kolejny ewentualny sukces pozwoli wyjść z pozycji bycia w ogniu krytyki. Mam do tej krytyki dystans, chociaż nie mogę znieść, gdy ktoś atakuje PHZ w sposób niemerytoryczny, by z premedytacją czy niechcący, ale zniszczyć wizerunek himalaizmu jako dyscypliny sportowej lub pogłębić podziały środowiskowe.

Może osłabieni, ale mówi się wręcz o lobby PHZ w ramach PZA. Jak wygląda sytuacja PHZ w ramach budżetu PZA?

PZA mieści się w pokoju mniej więcej takiego rozmiaru, w jakim teraz rozmawiamy. Działa w oparciu o półtora etatu, a reszta to siły pracujące społecznie. To średnio ok. 900/1300 tys. złotych państwowych pieniędzy na pięć dyscyplin: wspinaczkę sportową, speleologię, narciarstwo wysokogórskie, wspinaczkę wysokogórską i skalną. Komisja wspinaczki wysokogórskiej rocznie dostaje średnio ok. 90/120 tys. złotych na alpinizm i himalaizm. Wnioski składa kilkadziesiąt osób. Gdy robiłem w 2008/09 roku wyprawę zimową na Broad Peak z Robertem Szymczakiem i Kanadyjczykiem Donem Bowie złożyłem wniosek o dofinansowanie w wysokości 15 tys. złotych (a liczyłem na 5 tys.). Wniosek przeszedł drogę formalną. Dzielenie pieniędzy od zarania dziejów PZA budzi ogromne emocje, więc odbywa się przy otwartych drzwiach przy okazji festiwalu krakowskiego. Komisja prezentuje wnioski i wszyscy wnioskodawcy mogą się wypowiedzieć , by następnie w toku publicznej dyskusji dojść do konsensusu. Właśnie podczas takiej debaty nasz wniosek zupełnie przepadł. Na zimowy Broad Peak 2008/09 nie dostaliśmy ani złotówki. Mogłem się na PZA obrazić i po części tak zrobiłem – zarzucając wtedy organizacji, że nie finansuje himalaizmu na 8000 m wcale. Wytknąłem, że od ostatniej zimowej wyprawy Zawady na Nanga Parbat PZA nie dało żadnej dotacji na ośmiotysięcznik. Z tego wyciągnąłem wniosek, że jedyna ścieżka to osobne pieniądze, bo budżet PZA jest za mały. Wszystkie pieniądze, które PZA ma na Polski Himalaizm Zimowy to pieniądze ekstra z dotacji celowej i głównie od sponsorów. Nikomu niczego nie zabraliśmy, udało się „wykreować” to dofinansowanie, a stanowi ono aż ¼ rocznego budżetu PZA. Jednym słowem do budżetu PZA wpłynęły dodatkowe pieniądze ze wskazaniem na PHZ. Na bazie tych doświadczeń podobnie działa program Kobieca Korona Himalajów Kingi Baranowskiej.

Co dalej?

Będziemy jeździć, a Polacy albo będą chcieli dalej popierać himalaizm zimowy albo nie. Śmierć w górach budzi złość – naturalną – ale niestety kierowaną w stronę tych, którzy przeżyli. Program bierze tę złość na klatę. Odczuwamy ją i jeśli z jakiegoś powodu się pod nią nie uginamy to dlatego, że wierzę w wizję Zawady. Trzy lata temu nikt nie sądził, że możliwe będzie zdobycie zimą dwóch ośmiotysięczników, a jeśli nawet to, że dokonają tego młodzi Polacy. A teraz? Nigdy od lat 80. himalaizm nie był tak mocno obecny w świadomości Polaków i nigdy wcześniej młodzi ludzie nie mieli takiego dostępu do wypraw na 8000 m. W ramach programu miało miejsce 13 wejść na ośmiotysięczniki. Ustanowiliśmy do dziś nie pobite rekordy trasy w zawodach na Elbrusie.

Źle się stało, że mainstreamowość sportów górskich wynika z wypadków. Oprócz atmosfery wokół himalaizmu, dużo też zależeć będzie od finansowania programu. Do tej pory bardzo pomagała mu ta ogólnonarodowa zgoda, o której wspominałem, i entuzjazm wywołany możliwością zdobycia niezdobytych zimą szczytów. Obecnie ta ogólnonarodowa zgoda osłabła i jest w kryzysie. To przełoży się na trudność w finansowaniu, ale nawet przy założeniu, że dofinansowanie wyniesie 0 złotych to program jako program będzie istniał choćby w osobach paru entuzjastów, którzy niech stanowią nawet tylko grupę dyskusyjną na witrynie internetowej. Ja w każdym razie eutanazji programu nie zamierzam przeprowadzać. I nikt nie planuje programu zamykać. Przymierzamy się do letniej wyprawy na Gasherbrumy. Czy będzie wyprawa zimowa w najbliższym sezonie? Nie wiadomo. Trwają przymiarki, ale decyzje nie zapadły.

Wywiad przeprowadziła Jagoda Mytych

Wywiad pochodzi z bloga Jagody: goryksiazek.pl. Polecamy go :-)

Przeczytaj inne wywiady z Arturem Hajzerem:

- A. Hajzer: Żona nie zgodziła się na kochankę, ale zgodziła się na góry

- Zima dla zuchwałych!

- Lodowi wojownicy atakują - rozmowa z Arturem Hajzerem

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież