Log in
    

Dobry występ Polaków w Drytoolowym Pucharze Słowacji

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

W sobotę, 15 listopada, w Jalovskich Skalach odbyła się druga edycja Pucharu Słowacji, w całkiem licznej i doborowej obsadzie. Organizatorem tegorocznych zawodów był klub wspinaczkowy HK Prometous Handlova (gwoli wyjaśnienia: Handlova to nazwa miasteczka, nie jakiekolwiek odniesienie do działalności np. sponsora klubu). Dla naszych drytoolowców, a konkretnie Olgi Kosek (AKG Łódź, Kuznia Szpeju, M5, Kanfor, Atest) i Damiana Granowskiego (KW Kraków),  była to okazja do rozpoczęcia sezonu startów, a zarazem sprawdzenia formy.

Rejon Jalovskich Skal (wapień) został niedawno przygotowany i wygląda całkiem zachęcająco, choć stopień ingerencji w przyrodę jest, jak na nasze polskie realia, zaskakujący (np. droga finałowa wykorzystywała rosnące przy skale drzewo, w pień którego można było, w wyznaczonej strefie, kopać rakami).  Niestety, minusem „świeżości” rejonu było z kolei pewne zagrożenie kruszyną – w pobliżu skał naprawdę przydawały się kaski i czujność.

Organizatorów chyba zaskoczył nieco fakt, że na zawody przyjechało dużo więcej chętnych, niż zarejestrowało się na listach startowych. Jak się później okazało, sędziowanie i organizacja niestety nie zwalały z nóg – być może z powodu wspomnianego zaskoczenia liczbą zawodników.

Zarówno panie, jak i panowie mieli w ramach eliminacji po trzy drogi do pokonania (osobne dla każdej kategorii). Na każdą przeznaczono po 8 minut (z wyjątkiem najdłuższej męskiej, gdzie limit wynosił 10 minut).

Nasi spokojnie przeszli przez eliminacje. Ola ustępowała tylko Lucie Hrozovej, Damian rozkręcał się z drogi na drogę i też pewnie awansował. Sporą niespodziankę stanowił fakt, że do finału nie awansowali na przykład Juraj Svingal (aktualny mistrz Słowacji), czy Mirek Matejec.

Pomiędzy eliminacjami a finałem udało się pokrzepić nadwątlone siły „partizanckim gulašem” zapewnionym przez organizatorów. W końcu nadszedł czas finału, rozgrywanego na tej samej drodze (D9) przez panie i panów. Droga finałowa startowała wiszącą belką, po której następował wytężający pasaż w przewieszeniu, następnie przejście z wykorzystaniem „wiszącego chwytu” na pień buka, do którego przymocowano panel kończący. Droga miała być robiona Flashem, a demonstratorem był jeden z zawodników, który nie awansowali do finału. Było to dość dziwne, ale co gorsza, niespodziewanie okazało się to mieć później poważne konsekwencje.

Olga Kosek

Zaczęły panie. Tu niespodzianek nie było. Pierwsze miejsce („ku zaskoczeniu wszystkich” jak ogłoszono ze sporym poczuciem humoru) zajęła Lucie Hrozova, Olga Kosek była druga, a Maria Soltesova – trzecia. Pozostałe zawodniczki wyraźnie odstawały poziomem od pierwszej trójki.

1. Lucie Hrozová 26,5b

2. Olga Kosek 22b

3. Mária Šoltésová 16b

4. Eva Bláhová 12b

5. Jana Grimová 10b

Podium kobiet

U panów pewnie zamieszanie spowodowało złamanie zasady startowania „od końca” – kolejność startu zawodników sprawiała wrażenie przypadkowej. Niemniej wszystko wyglądało znakomicie – Damian Granowski doszedł do finałowego panelu, co dawało mu drugie miejsce. Niestety okazało się, że w ferworze walki, kopnął rakiem poza strefą i sędziowie nie zaliczyli mu ostatniej wpinki. Niemniej nadal oznaczało to podium, tyle, że na miejscu trzecim. Pierwsze miejsce wśród mężczyzn zajął Otakar Srovnal.

1. Otakar Srovnal 32b

2. Radek Lienerth 32b

3. Michal Daniel 28b

4. Damian Granowski 26,5b

Po zawodach przenieśliśmy się spod skał do Chaty Poniklec, na zakończenie i dekorację. I tu nastąpiło coś dziwnego – okazało się, że któryś z finalistów zgłosił, że nie doszedł do końca jednej z dróg eliminacyjnych, która zaliczono mu jako ukończona (hm, gdzie byli sędziowie?). W tej sytuacji, po przeliczeniu punktów okazało się, że nie powinien w ogóle wejść do finału (na pocieszenie dostał nagrodę fair play), a zamiast niego powinien awansować zawodnik, który demonstrował przejście drogi. Tak też uczyniono i – co więcej – zaliczono mu jako wynik finału owo przejście pokazowe (choć przechodzenie drogi przy braku stresu i braku reżimu czasowego, to jednak pewne ułatwienie…). W każdym razie, w rezultacie, Damian znalazł się pechowo na czwartym miejscu…

Damian Granowski

Decyzja organizatorów wzbudziła kontrowersje i dyskusje, które nieco zwarzyły fajną dotąd atmosferę. Damian przyjął rozwój wypadków ze spokojem, tym bardziej, że i tak nie planowaliśmy pozostania na afterparty, tylko powrót do Polski tego samego wieczora.

Wkrótce powinien pojawić się film z zawodów. Zapraszamy również do lektury wpisu Olgi na jej blogu.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież