Log in
    

Polish Everest Expedition 2010 - postępy wyprawy

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

26 marca wyruszyła z Polski do Nepalu Polish Everest Expedition 2010. Na razie Ekipa wyprawy przygotowuje się do akcji górskiej...

Dzień I – 26.03.2010
Z warszawskiego Okęcia wyruszamy w pierwszą część naszej podróży przez Brukselę do Delhi w Indiach. Loty przebiegają bez problemów urozmaicone rozmowami z naszymi rodakami podróżującymi tymi samymi liniami. W pierwszym transferze przemiła wydawca pewnego poczytnego pisma nawiązuje z nami rozmowę o podróży na Kilimanjaro. W drugim zaś nasi rodacy z Toronto opowiadają o swojej wymarzonej wyprawie do Indii, którą właśnie zorganizowało im polskie biuro z Kanady. To miłe, że można spotkać nas już w każdym zakątku naszego globu. Noc spędzamy na hałaśliwym lotnisku w stolicy curry i świętych krów - Delhi. Nawiązujemy znajomość z alaskańskim przewodnikiem, który wprowadza klientów na Everest. Sam jak opowiada był już na jego wierzchołku 8 razy.

Dzień II – 27.03.2010
Po bezsennej nocy i po setce kontroli podczas odprawy w końcu wylatujemy w południe do Kathmandu – stolicy Nepalu i Himalajów, skąd rusza większość wypraw w góry najwyższe. Odbiera nas na lotnisku Kriskna, pracownik agencji Monterosa, która zapewni nam obsługę podczas całej naszej ekspedycji. Zamieszkujemy w hotelu Manang na Thamelu – turystycznej dzielnicy położonej w zabytkowym centrum miasta. Jak zwykle brakuje prądu, jest to tu normą i z żalem spoglądając na windę pokornie wnosimy nasze ciężkie bagaże na piętra hotelu. Po krótkim spacerze i sowitej kolacji w postaci dal bathu i pierożków momo lądujemy wyczerpani w objęciach Morfeusza.

Dzień III - 28.03.2010
Po pysznym śniadaniu z pracownikiem agencji Bishnu ruszamy rozklekotanym busem na dworzec lotniczy odebrać cargo z naszym alpinistycznym sprzętem. Po przykrych doświadczeniach z zeszłego roku dotyczące zmarnowanego czasu i ilości łapówek, które trzeba było dać na air porcie, jakież jest nasze zdziwienie, gdy po 3 godzinach jesteśmy już z powrotem z naszymi beczkami w hotelu i nawet 150 dolarowa łapówka nie jest nam wstanie popsuć humorów. Zaraz potem jedziemy do magazynu Monterosy sprawdzić sprzęt, z którego będziemy korzystali powyżej bazy wysuniętej. Namioty, maski i regulatory są bardzo dobrej jakości, natomiast po butlach z tlenem widać, że były ładowane tu na miejscu, a nie w Rosji, gdzie kontrola jakości firmy Poisk jest bardzo wysoka. Pozostawiamy ten temat do powrotu właściciela agencji – Ganesha, który wraca pojutrze z trekkingu.

Dzień IV – 29.03.2010
Z rana jedziemy zwiedzać Pashipatinat – zespół pagód, gdzie nad rzeką Bagmati pali się zgodnie z wiekową tradycją zwłoki zmarłych. Powala nas ono swoim mistycyzmem i zarazem żywotnością. Ogromna masa ludzi oglądająca cały ceremoniał kręci się wokoło świętych miejsc. Święte krowy, święci mężowie mieszkający w swoich pustelniach, wszystko wokoło jest święte... I tylko małpy kradnące ludziom wszelkie artykuły niosące w rękach nie robią sobie nic z tych świętości. Zaraz potem przemieszczamy się do Swayambuthu – największej stupy w Kathmandu umiejscowionej na wzgórzu, na które żeby dojść trzeba pokonać 800 stopni, co w naszym wypadku wychodzi nam tylko na dobre. Widok nie powala, bo wszechotaczający smog skutecznie uniemożliwia widoczność. Wieczorem dokonujemy zakupów gazu, szabli śnieżnych do namiotów oraz zamawiamy koszulki wyprawowe w pobliskiej szwalni.


Więcej na stronie wyprawy www.everest2010.pl

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież