Log in
    

Kinga Baranowska po MAKALU

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Kinga Baranowska opowiada co i jak było na wyprawie na Makalu.

alt

Co się działo na górze?

Wspominałam Wam o akcji ratunkowej i że napiszę o tym później. To bardzo długa i skomplikowana historia, myślę, że osoby zainteresowane odeślę do źródła na Explorersweb.  W wielkim skrócie: Mieliśmy wyjść z Fabrizio w tych dniach ponownie do góry, jednakże wyszliśmy, ale by pomóc Joelle z sąsiedniej ekipy. Po tym wyjściu Fabrizio znów musiał odpocząć, by zregenerować siły.
Przy następnym naszym wyjściu do szczytu Fabrizio zgodził pochować Joelle w obozie III. Myślę, że nie zostało to bez żadnego wpływu w jego głowie i że nie było to dla niego łatwe.

Co się działo na górze? Wyjście do szczytu

Zostaliśmy sami w bazie (od 25.05.2011). Makalu to bardzo duży masyw i bycie pod takim ośmiotysięcznikiem tylko we dwójkę to nie takie częste doświadczenie w dzisiejszych czasach. Ale jakże piękne! Już wiem, że właśnie ten widok najbardziej utkwi mi w pamięci: zupełnie pusta baza i tylko nasze skromne namioty.
Poza tym świadomość, że nie ma na kogo liczyć oprócz siebie, że jest się samemu i trzeba być w 100% za siebie odpowiedzialnym i samowystarczalnym jest niezwykle cennym doświadczeniem. Bardzo dla mnie pięknym i ważnym. Wręcz czuje się energię Góry.
Wyszliśmy do góry pełni wiary i optymizmu. Po dotarciu po paru dniach do obozu IV, wystartowaliśmy po północy w kierunku szczytu. Niestety, po paru godzinach poczuliśmy ogromne zmęczenie, szczególnie w nogach. Śnieg zawiał wszystkie ślady, torowanie odbywało się w coraz cięższych warunkach. Poza tym wysokość 8 tysięcy metrów też robi swoje, już nie pomykaliśmy tak rześko w głębokim śniegu. Zaczęliśmy się obawiać o nasze bezpieczeństwo (lawiny), ale przede wszystkim o to, czy będziemy mieli siły na zejście. Jakby nie było to właśnie zejście jest najważniejsze i trzeba w porę umieć zawrócić.

Jak to jest gdy się zawraca?

To już nie pierwsza wyprawa kiedy zawracam będąc tak niedaleko wierzchołka. Na Dhaulagiri zawróciłam 100 metrów przed szczytem i wróciłam tam parę miesięcy później. Chorobę partnera też ciężko przewidzieć, ale to może zdarzyć się każdemu – mi również.
Zawsze powtarzam sobie, że to góry dyktują warunki, a ja mogę jedynie się do nich dostosować i być jak najlepiej przygotowana. W końcu moją „areną“ nie jest boisko, z którego zawsze mogę zejść, tylko ŻYWIOŁ, jakim są góry. Mam tego świadomość i to akceptuję. Góra za rok też tam będzie a ja muszę myśleć o swoim i mego partnera bezpieczeństwie. Bo przecież to jest w tym wszystkim najważniejsze: by było bezpiecznie i by czerpać z tego radość.

Dziękuję za Wasze wsparcie!

altJestem już w Polsce. Bardzo dużo śpię i odpoczywam. Moje gardło i płuca też „dostały ostro w kość” odalt zimnego powietrza. Czuję, że regeneracja odbywa się pełną parą. Niestety do towarzyskich osób w tej chwili nie należę, bo mój rytm dnia zupełnie odbiega od innych. Z utęsknieniem czekałam by rzucić się na warzywa (nie zjadłam ani jednego warzywa i owocu przez ostatnie parę tygodni), a tu jakaś bakteria grasuje ☹

Dziękuję Wam za Wasze nieocenione wsparcie. Dopiero teraz czytam maile i dociera do mnie ile osób myślało o mnie i mi kibicowało. Tam o góry to niezwykle ważne. Dziękuję Wam bardzo!!!!!!

Źródło: kingabaranowska.com

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież