Log in
    

Relacja z Kinti Polish Expedition Peru 2014

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

Zakończyła się wyprawa Kinti Polish Expedition Peru 2014.  26 lipca powrócili do kraju wspinacze Jurek Czerniec i Piotr Waloszczyk, którzy przez niecały miesiąc działali w górach Kordyliery Białej w Andach peruwiańskich.  Tegoroczne warunki panujące w wysokich górach nie należały do najłatwiejszych. Nieustające zmiany pogody w ciągu dnia, (rano słońce a po południu deszcz lub śnieg)  powodowały ograniczenia i utrudniały osiąganie niektórych celów wyprawy. Czasem jednak sprzyjało nam szczęście…

Widok na Kordylierę Białą oraz miasto Huaraz w dolinie.

Naszą działalność górską rozpoczęliśmy 25 lipca o 9 rano po wcześniejszej całonocnej jeździe autobusem i 15 godzinach podniebnej podróży. Tego ranka wybraliśmy się na pierwszy trekking na okalające miasto Huaraz (3100 m.n.p.m.)   pasmo Kordyliery Czarnej ( Cordiliera Negra) na wysokość około 4000 m.n.p.m. Jak się później okazało,  nie było to najmądrzejsze posunięcie ale byliśmy tak bardzo spragnieni gór, że nie zwracaliśmy uwagi na konieczność stopniowej aklimatyzacji. W kolejne dni odwiedzaliśmy urokliwe zakątki  Białej Kordyliery z przepięknymi Jeziorami Churup i Aquak, osiągając wysokość 4500 m.n. p.m. Niestety tam zauważyłem  pojawiające  się pierwsze symptomy osłabienia. Zbyt szybka aklimatyzacja oraz brak odpowiedniego odpoczynku po podróży spowodowały wystąpienie klasycznych objawów choroby wysokościowej. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się zaatakować pierwszy ze szczytów Nevado Pisco.

Droga do szczytu wiedzie urokliwą doliną Llanganuco z wielkimi jeziorami : Llanganuco Chinancocha  i Llanganuco  Orconcocha.  To tam po raz pierwszy uświadomiłem sobie z jakim ogromem piękna będą musiały poradzić sobie zmysły podczas tej wyprawy. O ile mój zachwyt wzrastał z każdym metrem zdobywanej wysokości, to moje siły ustępowały coraz mocniejszym objawom choroby. Płytki oddech, nudności, zaburzenia widzenia, zawroty głowy i ogólne osłabienie dopadły mnie finalnie w base camp’ie na 4500 m pod Nevado Pisco. Piotrek oraz nasz przewodnik  Cesar Vargas byli w bardzo dobrej formie. Wiedziałem już, że ten szczyt mnie ominie. W noc ataku szczytowego choroba pogłębiła się i dostałem lekkiego obrzęku płuc. Wtedy zdałem sobie sprawę z powagi sytuacji. Pamiętam jak w nocy pełen niepewności o swoje życie, nie mogąc spać ze względu na nieustanny bezdech, który dopadał mnie podczas prób zaśnięcia, wsłuchiwałem się w grzmot spadających lawin i obrywów.  Potęga gór, siła tego żywiołu była w tym momencie dokładnym przeciwieństwem wątłego granicznego stanu, w którym się znalazłem.  Ten kontrast uświadomił mi moje miejsce w hierarchii stworzenia. Gdzieś o bladym świcie cudowne medykamenty Piotrka zaczęły działać i wreszcie zasnąłem. Obudziłem się w znacznie lepszej formie. Wiedziałem, że najgorsze mam już za sobą.



Szlak do Nevado Pisco

29 czerwca o poranku widok na Nevado Pisco był cudowny. Ustawiłem kamerę na tryb Time Laps robiąc zdjęcia w sekwencji co 10 sekund by uchwycić przepiękne chmury przepływające przez szczyt. Wiedziałem, ze Piotrek i Cesar, skoro wyszkli około 2 w nocy, w tym momencie  powinni być na szczycie lub zaczęli już z niego schodzić. Czekałem ze zniecierpliwieniem podekscytowany całą sytuacją. Cieszyłem się, z każdego oddechu. Powróciłem do żywych i tęskniłem do nich teraz bardziej niż kiedykolwiek.  Wreszcie dostrzegłem majaczące gdzieś  na grzbiecie moreny  ludzkie postacie.  Moja radość wzrosła niewspółmiernie a wszelki niepokój ustąpił. Zrozumiałem, że góry pokazały nam swoją moc ostrzegając przed brawurą i brakiem ostrożności. Kiedy nadeszli koledzy czekała na nich już gorąca herbata i gratulacje 

Z relacji Piotrka wiem, że szczyt Nevado Pisco nie należy do najłatwiejszych. Droga jest długa i wiedzie początkowo trudnym orientacyjnie terenem poprzez morenę. Potem na lodowcu znów nie jest łatwo znaleźć właściwe przejścia poprzez szczeliny. „Trudniejszy niż Elbrus” skwitował Piotrek.  Choć tam nie byłem przyznaję mu rację, bo po południu poszedłem na 4700m. na morenę  zobaczyć jak wygląda  droga. Trudno było mi w dzień określić, optymalne przejścia przez spiętrzenia moreny i potem na lodowcu, a co dopiero w nocy w ograniczonej widoczności. Nevado Pisco był ważną lekcją, swoistym chrztem  bojowym. Ciszyliśmy się z pierwszego  sukcesu wyprawy. Uświadomiliśmy sobie też, że teraz będzie już tylko trudniej…

Alpamyo
Po kilku dniach regeneracji wyruszyliśmy po raz kolejny z Huaraz na północ w kierunku doliny Santa Cruz. Tym razem oprócz przewodnika Cesara towarzyszyli nam dwaj porterzy. Po dotarciu do ujścia doliny przeładowaliśmy ekwipunek na osiołki i ruszyliśmy w góry w kierunku Alpamayo.  Trekking doliną Santa Cruz należy obok Annapurny do jednego z najpopularniejszych na świecie. Wędrując można spotkać tu wiele międzynarodowych ekip. Rzeczywiście widoki  zapierają dech w piersiach a przyroda i malownicze uroczyska sprawiają, że ma się poczucie totalnego odrealnienia i oderwania od wszystkiego co dotąd było znane.
 
Tym razem czułem się wyśmienicie i ze współczuciem patrzyłem na cierpiących przez wysokość innych trekkerów. Dotarcie do basecamp’u pod Alpamayo  zajmuje dwa dni. Drugiego dnia po wcześniejszym obozowaniu dociera się do pięknego jeziora Jatuncocha 3800 m.n.p.m. skąd droga dalej wiedzie niesamowitym, bo piaszczystym dnem doliny.

Dolina Santa Cruz

Na przełęczy Alpamayo

Podróż doliną Santa Cruz wprawiła mnie w niecodzienny nastrój. Byłem w stanie euforii i poetyckiego uniesienia. W końcu zmierzaliśmy do najpiękniejszej góry na świecie a droga do niej dosłownie wgniatała w ziemię swoim pięknem. Trudno opisać   uczucie bezpośredniego doświadczania bezkresu niesamowitości. Myślę, że jedynym dobrym określeniem jest szok estetyczny;). W basecamp’ie  4600 m.n.p.m. spotkaliśmy inne  międzynarodowe zespoły a nad nami szybowały orły i kondory. Następnego dnia wyruszyliśmy do wysokiego obozu pod Alpamayo. Droga wiedzie poprzez morenę i lodowiec na przełęcz 5600 m.n.p.m. z której następnie zeszliśmy  150 m niżej na plateau lodowca do podnóża  ściany Alpamayo. Ostatnia faza podejścia na przełęcz okazała się dość wymagająca. W tym roku było tam zdecydowanie trudniej niż dotychczas. Ostatnie 140 m musieliśmy pokonać wspinając się w terenie o nachyleniu 70 stopni. Wieczór pod Alpamayo należał do najpiękniejszych w moim życiu. Sceneria tego miejsca nie ma sobie równych. O 2 w nocy wyruszyłem z Cesarem w kierunku francuskiej drogi. Wspinanie rozpoczęliśmy od wyprzedzenia innego zespołu na podejściu i pokonaniu szczeliny brzeżnej. Początek drogi przeraził mnie. Słabo związany śnieg, który nieustannie sypał się do podstawy ściany sprawiał, że dziaby i raki siadały tylko na słowo honoru. Często osuwałem się, co sprawiało, że dodatkowo spinałem mięśnie i męczyłem się podwójnie. Po dwóch wyciągach weszliśmy w firn i połacie lodu, które odmieniły mój stan. To wspinanie uwielbiam. Poczułem górę, jak partnerkę w tańcu. Dziaby i raki z lekkością niosły mnie coraz wyżej. Pomimo, że nie miałem dobrej aklimatyzacji czułem się świetnie. Z każdym wyciągiem rozkręcałem się. Ścianę pokonaliśmy w bardzo dobrym czasie 5 godzin. Około godziny 7 byliśmy 4 m pod szczytem. Dlaczego nie na szczycie? Ano dlatego, że  nie istnieje fizycznie. W tym roku platforma szczytowa spadła do podstawy północnej ściany zabierając ze sobą dwóch włoskich wspinaczy. Droga francuska kończy się w kuluarze 4 m  pod granią, która zwieńczona jest  sterczącymi poszarpanymi  lodowymi  płytami. Wejście na grań jest niemożliwe lub grozi kolejnymi obrywami.  Droga powrotna wiodła zjazdami w linii drogi. O 10. 30 przywitali nas z otwartymi ramionami przyjaciele w obozie. Nastąpił, krótkotrwały czas radości, który jednoznacznie został przerwany „zwaleniem z nóg” i snem. To dziwne uczucie zatrzymać się tuż przed tym co dla wielu wydaje się najważniejsze… Dziś rozumiem, że od osiągnięcia celu ważniejsza jest droga. Dwa tygodnie mojego życia, które zaprowadziło mnie do tego punktu jest sednem alpinizmu.  Zgadzam się ze słowami Lwowa, że alpinizm  to  „sztuka cierpienia”.  Dla mnie droga na Alpamayo  była naprzemiennym  doświadczaniem  piękna i cierpienia,  akceptacją życia w jego pełni.

Artesonraju i Huascaran w tle

Pod granią Alpamayo

Hatun Machay

W obozie wysokim pod Alpamayo okazało się, że warunki na  Quitaraju są beznadziejne. Szczyt widać dobrze z namiotu. Ze ściany osuwał się nieustannie śnieg, co świadczyło o tym, że warunki śniegowe nie pozwalają na wspinanie. Potwierdził to zespół niemiecki, który zawrócił u podstawy ściany. Dlatego zdecydowaliśmy się odpuścić Quitaraju i wróciliśmy do doliny Santa Cruz do obozu pod  Artesonraju. Pech chciał, że Piotrek w drodze doznał kontuzji kręgosłupa. Nieprzespana noc i brak możliwości regeneracji sprawiły, że podjęliśmy decyzję o odwrocie. Wobec faktu, że  w tym roku padało dużo więcej śniegu niż we wcześniejszych latach,  wiele z dróg nie było po prostu dostępnych. Podobnie z podejściem pod drogę El Escudo na Huascaranie.  W tym roku nikt tam się nie wspinał, ze względu na brak możliwości pokonania dość trudnego lodowca. W Huaraz okazało się, że plecy Piotrka pomimo terapii wykluczają jego dalszą działalność w górach. Dodatkowo dopadła nas grypa żołądkowa, co sprawiło, że właściwie przez tydzień byliśmy wyłączeni z aktywności. Wobec tego zdecydowałem , że w ostatnim tygodniu  powspinam  się w skale. Szybki rekonesans i już wiedziałem, że udam się do Hatun Machay. Ten rejon skalny położony na wysokości 4300 m.n.p.m.  i 70 km na południe o Huaraz to prawdziwy raj wspinaczkowy. Po raz kolejny zostałem rzucony na kolana pięknem i egzotyką Peru. Dodatkowo klimat, jaki tworzyli  ludzie przybyli  ze wszystkich zakątków Ameryki Południowej i nie tylko sprawili, że osiągnąłem najwyższy poziom wyluzowania w swoim życiu . W busie wiozącym mnie do Hatum Machay poznałem Brazylijczyka Vitor’a, z którym przez klika dni eksplorowaliśmy ten malowniczo położony rejon skalny. Jeszcze raz stoję przed trudnym zadaniem opisania miejsca, które przerasta możliwość ogarnięcia zmysłami, a co dopiero zrelacjonowania. Jest to po prostu czakram pozytywnej energii, prehistoryczne święte  miejsce, gdzie natura znów udowodniła, że jest najlepszym artystą. Wędrując przez to skalne miasto, swoisty labirynt, patrząc na formacje i fakturę bazaltowych turni odnosi się wrażenie, że to miejsce jest jakimś „gniazdem smoków”, które odcisnęły na skałach swoje ślady.

W labiryncie skał

Wspinanie w Hatun Machay  to prawdziwa ekstaza. Różnorodność formacji, doskonałe tarcie, długie piękne drogi, wszystko to sprawiło, że wspinałem się dla przyjemności robiąc tzw. metry. W ciągu 3 dni w swoim ulubionym stylu OS poprowadziłem 12 dróg od 6a do 7a wszystkie średnio miały 25 m i należały do miejscowych trzygwiazdkowych klasyków. Na więcej nie pozwoliła mi skóra i zmęczenie. Cieszę się, że sprawdziłem swoją zdolność wspinania na dużej wysokości, gdyż nawet na 6a można tutaj zdrowo się zasapać. Jednym z miłych akcentów było spotkanie kanadyjskiego wspinacza i himalaisty uczestnika zimowej wyprawy na Cho Oyu z 1984 r., który znał wielu z naszych najlepszych... Rozmowa, nie tylko z nim, uświadomiła mi, jak wielkim szacunkiem otaczani są polscy wspinacze w świecie. Przyznam się, że poczułem się dumny z dziedziczenia tak wspaniałej tradycji.  Hatun Machay pozostanie w moim sercu na zawsze. Wieczory przy kominku w schronisku, po całym dniu wspinania w otoczeniu wspaniałych ludzi gór, pozostaną we mnie jako chwile, kiedy znikają językowe i kulturowe bariery. W środku ciągle słyszę głos, który woła mnie z powrotem w te przepiękne miejsca.

Podsumowując naszą wyprawę, uważam, że choć nie udało zrealizować wszystkich postawionych celów, to wyprawa „wypaliła” . Zebrane doświadczenia zarówno organizacyjne jak i wspinaczkowe pozostają bezcenne a zdobyte: Nevado Pisco  i Alpamyo  należą do najpiękniejszych szczytów Białej Kordyliery. Chciałbym w imieniu Piotrka i swoim   podziękować naszym sponsorom za wsparcie wyprawy. Wszystkim którzy nam kibicowali dziękuje z całego serca ! Obiecuje, że to jeszcze nie koniec górskich przygód :-).

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież