Log in
    

9 x 4000m - alpejski spacer wśród chmur

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Zapraszamy do przeczytania relacjii z wyprawy "9 x 4000m - alpejski spacer wśród chmur". W planach mieli zdobycie 9 czterotysięczników alpejskich (Alphubel, Nadelhorn, Corno Nero, Ludwigshohe,Parrotspitze, Piramide Vincent, Signalkuppe, Zumsteinspitze, Punta Giordani). Co z tego wyszło? Przekonajcie się sami ;)

„Power to surprise”

alt

Godzina 16.12, wtorek 12 lipca roku Pańskiego 2011

- No nie ma opcji, nie da rady, bez jaj…

Takie były oto nasze optymistyczne odczucia luknąwszy okiem na bagażnik Kia’i Carnival, gdy zawitała na nasz kochany Śląsk. Gdy wszyscy wyrzuciliśmy nasze rzeczy na chodnik, w celu ich spakowania ciąg toreb, siatek, szpeju dłużył się do nieskończoności. Nasza dotychczas 5-osobowa grupa, wskutek transferu powiększyła się o kolejne ręce i nogi oraz cenne litry do upchania do bagażnika o niewiadomej pojemności. Bagażnik szybko się wypełniał, a sterta rzeczy optycznie nie zmniejszała się.

Tymczasem, Kia pokazała swoje pierwsze diabelskie oblicze pożerania wszystkiego co zostało jej powierzone. Nagłym zbiegiem większego lub mniejszego przypadku chodnik zaczął się wyłaniać i przestał przypominać pobojowisko.

Kia

Dumni z naszej zdolności do wypakowania każdej możliwie wolnej przestrzeni, wróciliśmy na ostatnią wieczerzę do domów, spędzając kilka chwil z rodzinką.
Opinia odnośnie Ki’i: Nie dziel skóry na niedźwiedziu, Kia małym autem nie jest!

13 lipca

1400 kilometrów przebiegło w luźnej atmosferze (co jakiś czas śmiejąc się z seryjnego odtwarzacza CD, które ma w swym przykrym zwyczaju zjadać płyty). Szybko zgrabnie i wygodnie dotarliśmy do celu. Brakom nudy zapobiegł Pierre „wyciskając sprzęgło” w aucie z automatyczną skrzynią biegów (aka. dociskając hamulec do dechy). Na szczęście, skończyło się  tylko ostrym szarpnięciem, a żaden inny samochód jadący za nami nie zrobił ze mnie i bagażnika „jesieni średniowiecza”.
Opinia o Ki’i: Nie wciskaj sprzęgła, Kia lubi poliwęglanowe krążki!

14 lipca

Dzień nie zaczął się od pełnej alpejskiej „lampy” do czego byliśmy przyzwyczajeni. Mgła pokryła wierzchołki, więc bez pośpiechu pojechałem z Pawłem i Pierrem po chleb na śniadanie. W międzyczasie druga trójka zrobiła sobie spacer nad ładne jeziorko.
Po południu nadeszła ważna chwila, wzięliśmy plecaki, szpej i…. poszliśmy potrenować wyciąganie ze szczeliny. Krótki kurs na 3 metrowej skałce przypomniał nam jak wyciągać nieszczęśnika z paszcz zimnego lodowca.

Trening przed lodowcem

15 lipca

Mgła, mgła, mgła… Prognozy zapowiadały niezłą pogodę, więc z ciężkim plecakiem, o 7 rano opuściliśmy Fafleralp 1787m, podążając w nieznane. Bardzo sprawnym tempem dotarliśmy do schroniska Anenhutte 2358m, gdzie  pokazały nam się piękne widoki, takie jak urodziwa pracownica schroniska oraz mgła, która została w dolinie poniżej nas, odsłaniając kilka wysokich trzytysięczników.

alpy

alpy

 

Ze schroniska nie było innej możliwości jak podążać szlakiem na lodowiec i spróbować wstrzelić się w dobrą ścieżkę na lodowcu. Po 30 minutach doszliśmy na krawędź lodu i po ubraniu kilku kilogramów szpeju ruszyliśmy w dwóch zespołach trójkowych prostym, twardym lodowcem. Niestety zespół „Niebieski” (nazwany na cześć koloru liny), czyli Stabi, Maks i Tomek, nie zaczęli prowadzenia najlepiej i musieliśmy zawrócić, tuż po tym jak usłyszeliśmy niepokojący trzask w czeluściach lodowca, a przed nami rozciągała się szczelina nie do obejścia. Na tę cześć lodowiec ów został nazwany lodowcem „Stabiego”, a cała grupa wróciła ze zrzędzoną miną do punktu wyjścia.

lodowiec

Nie udało się przejść lewą stroną, więc oczywistym faktem było, iż trzeba teraz pójść prawą częścią lodu. Tak poczyniliśmy, przekroczyliśmy szeroką morenę środkową i znaleźliśmy się na wydawało się, prostej lodowo-kamienistej drodze ku Lotschenlucke 3164m. Początkowo z tempem godnym kierowców F1, zyskiwaliśmy wysokość i kolejne metry. Niestety po 30 minutach okazało się, że niezłe z nas gapy i chyba ponownie nie znaleźliśmy się na prawidłowym szlaku. Tym razem Tomek podjął rękawicę i stanął oko w oko z głębokimi i szerokimi szczelinami lodowca Lang. Zawziętość jego ducha, „oczy kobry”, wola zwycięstwa aż kipiała zza jego pleców, co przełożyło się na niezłą w tych warunkach orientację w terenie mocno uszczelinionym. Co kilkanaście metrów czekał na każdego z nas skok. Trwało to solidny kawał czasu, co spowodowało zdenerwowanie jakie towarzyszy przy wyznaczaniu nowej trasy.

Lodowiec

lodowiec

Koniec końców, wreszcie lina przestała zawieszać się między szczelinami, mostkami śnieżnymi i ruszyliśmy szerokim polem śnieżnym. Tomek nakazał szczególną uwagę na ukryte szczeliny, co zresztą okazało się właściwe, gdyż ledwo skończywszy to zdanie utopił swoją prawą nogę w szczelinie, uszkadzając sobie przy upadku kawałek kciuka.
Piersiastej pielęgniarki niestety wyjątkowo nie posiadaliśmy w tym momencie, ale apteczkę już tak. „Karetka” zwana roboczo Pawłem, przybiegła ochoczo, racząc Tomka plastrem i ruszyliśmy dalej. Wreszcie udało nam się trafić na jakiekolwiek ślady na śniegu, tak więc wiedząc, że idziemy dobrze pokonywaliśmy ostatnie metry. Dobra aura niestety postanowiła nas na 30 minut opuścić, gdyż chmury dogoniły naszą grupę, drastycznie zmniejszając widoczność do około 30 metrów. Po osiągnięciu upragnionej przełęczy Lotschenlucke, wydostaliśmy się z powrotem na słońce i dobiliśmy do mety etapu, czyli schroniska Hollandia 3236 m n.p.m.

Holandia schronisko

Schronisko Holandia

Tomek postanowił nas zameldować w schronisku. Wrócił po rozmowie z chatarem ze smutną miną, ogłaszając wszem i wobec, iż nocleg nie będzie nas kosztował 24 franki, lecz 42. Tomek wyjaśnił, że w szwajcarskich schroniskach należy powiadamiać przy rezerwowaniu miejsc, że NIE chcemy posiłków. Cóż… widać bogaci Szwajcarzy nie wpadli na pomysł, że ktokolwiek (patrz ludy wschodniej Europy) mogą męczyć się i targać jedzenie do schroniska.

Hollandia Hut

Resztę popołudnia spędziliśmy na klasycznych czynnościach, charakterystycznych dla ekonomicznego wspinania, czyli gotowanie hektolitrów wody w celu uzupełnienia termosów i camelbagów. Widoki z tarasu przy schronisku były wyborne, pogoda fantastyczna, a pełne brzuchy rozleniwiały nas potwornie. Nie zostało nam nic innego jak ucieczka do wyra i chrapanie do 2 rano.

16 lipca

-Mmmm kaszkaaa…
-Eeeee czemu ta waniliowa nie jest dobra….
-Yyyy zimno tam na dworze?
-(Stabi, któremu rzadko jest zimno) Jest OK!
Faktycznie było ok i to nawet bardzo ok. Cudowne, bezchmurne niebo rozkwitało nad schroniskiem, budząc piękny świat do życia. Widoku lodowców, gór o poranku po prostu  trzeba doświadczyć!
Po śniadanku mogliśmy opuścić ciepłe schronisko, ubierając na siebie żelastwo i inne sznurki

Marsz przez lodowiec

Wschód słońca na wypasie

Aletchhorn

Spotkaliśmy parę Brytyjczyków z campingu, dając im prawo do  prowadzenia drogi. Początkowo szliśmy lekko zawianą, w miarę stromą ścieżką, aby po kilkudziesięciu metrach przewyższenia zaprowadziła nas na potężne plateau. Od tego miejsca droga nie była już wydeptana, lecz z nawigacją nie było większych problemów. Puściliśmy parę przodem, debatując chwilę, którą stroną wejść na szczyt. Propozycji było kilka, lecz po obgadaniu ich z Tomkiem podjęliśmy trafną decyzję o podążeniu za wyspiarzami. Słońce zaczynało już oblewać swoim blaskiem plateau, mieniąc najróżniejszymi kolorami czerwieni i żółci okoliczne szczyty. Nam nie zostało nic innego jak w końcu zacząć zdobywać wysokość. Długi trawers w cieniu oziębiał nasze ciała, a po chwili uderzył w nas lodowaty wiatr. Nie było innej możliwości jak ubrać się „na Syberię”, jak najszybciej wspiąć się na szczyt i dojść do względnie ciepłego miejsca.

Podejście pod Abeni Flue

„Niebiescy” (nie mylić z Ruchem Chorzów) pociągnęli solidnie przodem, zdobywając jako pierwsi szczyt, denerwując się trochę (na moją drugą, wolniejszą o kilka minut grupę linową), ogłaszając wszem i wobec „ku*** ale zimno”. Kilka szybkich fotek, panorama, twarze skostniałe od wiatru i mrozu i wspaniałe widoki. Począwszy od majestatycznego Jungfrau na północy, po Alpy Walijskie z Monte Rosą oraz masyw Mt Blanc hen hen daleko. W tamtym momencie jedynym na czym nam zależało, to powrót do izotermy +15, czego jak się okazało mieliśmy szybko  doświadczyć.

Na szczycie. W tle Jungfrau i Monch

Na szczycie

Po szybkim, niewygodnym zejściu(z powodu długiego trawersu) trafiliśmy w tropiki śnieżnego plateau. Tam, gdzie ledwie godzinę wcześniej czuć było zimno, teraz rozpływaliśmy się na rozgrzanej patelni. Prym wiodły od teraz cienkie koszulki, w ruch poszły kremy do opalania.

alt

Specyfika Alp

To jest specyfika Alp, jak określił Tomek, góry, w których w ciągu godziny jest 5 razy za ciepło i za zimno. Z bananem na twarzy, po bardzo przyjemnej ścieżce, szybkim tempem wróciliśmy do punktu wyjścia, schroniska Hollandia. Jak zawsze, po zdobyciu szczytu, złapaliśmy lenia, godzinę pokręciliśmy się przy schronisku, spakowaliśmy i pewni, że tym razem na luzie przejdziemy lodowiec, ruszyliśmy w dół.  W ekspresowym tempie przeszliśmy przez pole śnieżne, trafiając na nasz ukochany lodowiec. Zmieniliśmy ponownie trasę wiodącą po lodowcu, trzymając się północnej strony, trafiając na morenę dzielącą 2 lodowce.

2 lodowce

Bardzo zadowoleni z wybranej trasy, po której wreszcie nie musieliśmy się przedzierać przez gąszcz szczelin i mostków śnieżnych natrafiliśmy na pewien problem. Morena nagle została zamknięta, przez zlewające się lodowce, tworząc kilkumetrową lodową ściankę ze spadającymi ze wszelkich stron kamieniami. Obraz nędzy i rozpaczy, porównywalny jedynie z grą naszych kopaczy za trenera Smudy, ogarniał całą okolicę. Otoczeni przez setki tysięcy ton lodu, bez chęci wracania 2h w górę mogliśmy jedynie ruszyć łbem i wymyślić jakieś rozwiązanie.

Morena lodowca

Wraz z Pawłem ogłosiliśmy chwilową secesję od autorytarnych rządów Tomka (jedynych słusznych – przyp. edytora;), tworząc nasz pierwszy autorski plan. Zakładał on wyrąbanie kilkunastu stopni w lodzie, założenie krótkiej liny poręczowej przy asekuracji ze śrub. Bliscy wdrażania planu, dostaliśmy przez krótkofalówkę dobrą informację od Tomka i Stabiego o znalezieniu wrót piekielnych prowadzących na lodowiec Langg. Rzutem oka, było widać, że jak już się na nim znajdziemy, wszystko pójdzie na lajcie. Odstąpiliśmy od mojego zacnego (= kretyńskiego! – przyp. edytora) planu i bez większych problemów znaleźliśmy się na właściwym lodowcu. Wreszcie mogliśmy odsapnąć, wiedząc, że za 2h będziemy mogli zmyć z siebie brud 2-dniowego wysiłku.

17 lipca i kilka kolejnych dni…

- Pierre… Widzisz te chmury? Najpierw pakujemy się, później jemy.
- Nie, nie, nie! Nie będzie padać, bez jedzenia nic nie robie…
-  A chcesz mieć mokre fatałaszki?
Kilkuminutowa debata na temat pogody i jedzenia zmniejszyła nasze szanse na sprawne i szybkie spakowanie w miarę suchym klimacie. Po chmurach nie trudno było zauważyć, iż zaraz dostaniemy nieplanowany prysznic z nieba. Piotrek posłuchał z opóźnieniem, co przełożyło się na ekspresowe pakowanie w towarzystwie padających kropel na nasze głowy.
Kią zajeżdżamy w godzinę do Saas Grund, gdzie wciąż pada, aż do końca dnia. Camping bardzo cywilizowany, wyremontowany, z barakiem do posiedzenia, w którym spędzamy większość czasu. Patrzymy na pogodę, niestety szału nie ma. Kilka kolejnych dni ma być podobnych, głównie chmury i opady deszczu. Dopiero po 4 dniach ma zrobić się 2-3 dniowe okienko, na które szykujemy wyjście na Alphubel.

Alphubel

Camping

Kilkudniowe oczekiwanie nie wpływa na nas kojąco. Codziennie w nocy zimno, oprócz jednego dnia codziennie pada, spędzanie kilku godzin w zamkniętych pomieszczeniach męczy psychicznie. Dzień przed wyjściem na Alphubel postanawiamy rozruszać nogi, kierując się na Plattjen 2570 m n.p.m. Pogoda średnia, pochmurno, niezbyt ciepło, lepsze to jednak niż kolejne godziny na campingu. Powyżej 3000 metrów widzimy skutki kilkudniowych opadów, góry pokryte są śniegiem.
Na campingu sprawdzamy w Internecie pogodę. Ma być bajka, około 10h słońca dziennie przez kolejne 2 dni. Yippie Ki Yay!

alt

21 lipca

Mamy wstawać o 5, z karimat zwlekamy się dopiero przed 6. Wyciągamy nosy z namiotu, jest świetnie, bezchmurnie. Tak to jest dzień na jaki czekaliśmy. Wychodzimy dopiero o 8, trafiając na pełne słońce. Idzie się w cieple…wreszcie, wszakże przyjemniej niż w deszczu.
W końcu widzimy góry otaczające Saas Fee, Alphubel pokazuje swe piękne wschodnie oblicze, bezchmurne niebo, pokrywa się coraz większą ilością chmur.

Alpy

Ehhh, nie wygląda to zbyt dobrze…. Mamy do pokonania tylko 1400m, aby dotrzeć do okolic schroniska Langfluh, gdzie mamy rozbić namioty. Najwyżej w razie deszczu posiedzimy w stacji kolejki i przeczekamy złą pogodę.
Po drodze  stajemy się atrakcją turystyczną dla Japończyków. Fanatycy fotografii wszelakich, gdy tylko dostali cynk o grupie kilku chłopaków, z plecakami wielkości ich samych zmienili zainteresowanie serakami na nas, chętnie nas uwieczniając.
Dochodzimy do Spielboden 2448 m n.p.m na krótki „baton break”. Plecy dziś ewidentnie bez formy, bolą bardziej niż zawsze. Patrzymy na znak, nieco ponad godzinę do góry, przeleci jak z bicza. Na schodach przy stacji kolejki, gdzie ulokowaliśmy nasze tyłki, zauważamy niepokojącą informację. Połączonymi siłami, udaje nam się przetłumaczyć ogłoszenie, mówiące o tymczasowym zamknięciu szlaku do Langflue z powodu prac remontowych przy trasie narciarskiej.

alt

- &%$#@ %$# !
Padło pierwszy raz, nieostatni tego dnia. Mamy pomysł zapłaty szwajcarom, za kolejkę linową wjeżdżającą do Langflue, niestety również ona jest zamknięta(do 23 lipca ;|)…
-  &%$#@ %$# !
Bardzo, bardzo zdenerwowani tym faktem, polepszamy swój humor w typowy kobiecy sposób, zjadamy tabliczkę czekolady… już w czasie padającego deszczu. Dziwimy się Szwajcarom, za kompletny brak informacji o wyłączeniu z ruchu turystycznego tego odcinka. Uznajemy w końcu, że Szwajcarzy nie wpadli na pomysł, iż ktoś może mieć chęć wspinania się bez przewodnika, na własną rękę.

Nasz nędzny humor polepsza jedynie rozmowa, z Brytyjczykami, którzy weszli na szczyt od drugiej strony, a schodzili potencjalnie naszą trasą wejściową. Okazało się, że lodowiec jest cały zasypany śniegiem, musieli torować w głębokim puchu mecząc się niemiłosiernie, a ich zejście z Langflue, do Spielboden, przebiegało pod okiem robotników używających ciężkiego sprzętu budowlanego.

Nawiązujemy dyskusję między sobą, jeśli kolejne dni ma padać deszcz, olewamy tymczasowo góry, zmieniając tryb  naszego wyjazdu z wyprawowego na wakacyjny. Do Włoch, nad ciepłe jezioro Maggiore mamy około 150 km, w jeden dzień przeskoczymy. W drodze zejściowej, trafiamy na „osiedle” świstaków. Kilkanaście biegających jednocześnie gryzoni staje się elementem zainteresowania kilkakrotnie większej liczby osób. Paweł ucieka nam z pola widzenia, biegając za dwoma kozłami, Stabi z cierpliwością czeka na dobre ujęcie świstaka.

Świstak

Zejście nie przypomina mitycznej Idylli, łapie nas solidny deszcz, w Saas Grund trafiamy na jakieś święto, z wystawami smakowitego, pachnącego pięknie jedzenia. Głodni, wkurzeni co nie miara, z przegraną miną opuszczamy mokre Saas Fee i wracamy na camping.
Pierwsze co robimy, to odpalamy laptopa, patrząc na pogodę. W porównaniu do prognozy sprzed 24h, do tamtej, jest niebo a ziemia. Z 10h dziennie słońca zrobiły się 2, do tego dochodzą opady. Kolejne dziesiątki godzin na wykresach pokazują przykrą stabilność. Kilka następnych dni skazanych jest na zapomnienie, więc po szybkim prysznicu, opuszczamy niegościnną Szwajcarię, zmieniając otoczenie na włoskie.

Włochy 21 lipca- 28 lipca

- Jak tu miło…
- Jak tu ciepło…
- Mmmmm pizzzaaaa….Mmmm….
-Wino xD
Jeszcze tego samego dnia dojeżdżamy do Dormeletto nad jeziorem Maggiore. Przed 21 docieramy na camping, rozkładamy namioty i uciekamy na porządną włoską pizzę. Szybko uznajemy, że podjęliśmy świetną decyzję. Po tygodniu marznięcia w dzień, i w nocy, przydaje nam się kilka dni w przyjemniejszym klimacie, w wakacyjnym nastroju.
Nad jeziorem spędzamy tydzień, poświęcając czas na opalanie, granie w siatkówkę, testowaniu miejscowych specjałów kulinarnych i miejscowych napojów pochodzenia winnego. Mimo kilku nieprzyjemnych incydentów jak kradzież telefonu Tomka z campingowej toalety, czy ponownym braku ciepłej wody w prysznicach, opuszczamy Włochy z dobrym humorem, który powraca wraz z chęcią wyjścia ponownie w góry.

Monte Rosa znad jeziora

29 lipca

Deja Vu rzekłby Francuz, wracamy do przeszłości, do Saas Grund. Alphubel olewamy w zupełności na ten rok, biorąc na celownik Nadelhorn 4327m, najtrudniejszy z czterotysięczników jaki planowaliśmy tego lata. Na wstępie mamy pecha, gdyż dowiadujemy się, że schronisko jest pełne i zamiast w nim spać, jesteśmy zmuszeni do biwaku w jego okolicach.
Woleliśmy uniknąć tej sposobności z powodu niepewnej pogody na 1 dzień oraz via-ferraty prowadzącej ostatnie 500m w pionie do schroniska. Wróżbita Maciej z lekkością by stwierdził, że z około 20 kg plecakiem, nie będzie to najprzyjemniejsza trasa.
Pogodę na wyjście trafiamy nijaką. Całe 1800m w pionie, 5h podejścia spędzamy w chmurach  bez specjalnych widoków. Skwar, który towarzyszył nam przez tydzień we Włoszech tego dnia nam nie groził. Na  początku via-ferraty postanawiamy ubrać kaski na głowę. W tak nieobliczalnym terenie lepiej zabezpieczyć się przed przypadkowym walnięciem głową w twardy gnejs.

alt

Ferrata obleczona jest głównie linką stalową oraz różnymi rodzajami stopni. Nic skomplikowanego, więc nie ma sensu używać lonży. W kilku miejscach skalna ostroga, zwężała się do szerokości połowy toru kajakowego, po obu swoich stronach kryjąc wielką, niewiadomą chmurzastą przepaść.

Ferrata

W końcowej fazie wejścia trafiamy na świeży śnieg, wzmagając czujność jak spragniony student słyszący w oddali ukochany dźwięk otwieranej puszki.
Po dojściu do Mischabel Hut 3335m Stabi i Tomek ruszyli na poszukiwania platform na namioty, ja z pozostałą trójką wykorzystujemy wolną chwilę na robienie sobie żartów przez krótkofalówkę i durne zdjęcia w budynku schroniska.

alt

Po kilku minutach dochodzimy do nich, dostajemy w posiadanie łopatę i ruszamy do budowania platformy pod namiot. Cały teren który zajęliśmy, przypominał rozmiaramidohyō do walk sumo, tymże pokryty całkowicie śniegiem, a nie mieszaniną gliny i piasku.

alt

Zamiast wznoszenia naszych dwóch wątłych budowli, postanowiliśmy skorzystać z chwili pięknej pogody fotografując wszystko i wszystkich. Na przedłużeniu ostrogi skalnej widać było piękne Lenzspitze, na wschodzie grupa szczytów z Weissmiesem na czele, a akompaniowały nam odgłosy robót budowlanych przy Langflue.

alt

Nadmiar śniegu spożytkowaliśmy na okopanie namiotów, chroniąc je od wiatru (którego finalnie nie było) oraz na gotowanie litrów wody. Kilkugodzinne ślęczenie przy garnkach nużyło jak oglądanie chodu na 50 km, dzięki czemu w nocy spało się całkiem nieźle.

30 lipca, 2.00

- Dobra, wychodzę sprawdzić pogodę i do kibla.
- Idź sobie, ja pokimam aż Stabli budzik zadzwoni.
Wychodzę z namiotu, ubieram ciężkie buty i opuszczam przedsionek. Dotykam namiotu i dostrzegam to co czułem w nocy. Był mróz, namiot pokryty jest warstwą szronu. Śnieg jest bardzo zmrożony i śliski, bez czekana nie obejdzie się 10-cio metrowa wycieczka do WC. Czuję się odrobinę klaustrofobicznie. Pod nami nie widać świateł Saas Fee, mamy chmury pod sobą, ciemno niesamowicie. Wyłączam światło w czołówce, zachwycając się gwiazdami, to będzie dobry dzień. W płucach czuję niestety lekkie braki w aklimatyzacji, 2 tygodnie przerwy od gór odcisnęło lekkie piętno na mnie. Reszta ekipy powoli się budzi, czas zagotować wodę na herbatę i kaszki.

Około 2.30 pierwsze zespoły mijają nasz biwak. Większość zaciekawiona, przyjazna, niektórzy pytają się czy wygodnie się spało. Dla tutejszych jesteśmy swego rodzaju atrakcją turystyczną, lecz jeden z przewodników napomina nas, że rozbiliśmy się na lądowisku dla helikoptera i nakazał sprzątnąć biwak. Co ciekawe oznajmił, że w schronisku był luz i powinniśmy tam spać… Nie ma sensu rozwodzić się nad logiką szwajcarskich chatarów, którym wierzyć chyba nie można.
Maks chwilę po przebudzeniu podjął decyzję o nie wchodzeniu na szczyt z powodu kiepskiego samopoczucia. Po naszym wyjściu miał zejść do schroniska i poczekać w nim na świt.

alt

Koło 4 rano naszej piątce udało się opuścić „lądowisko” ruszając początkowo śnieżnym stokiem, a następnie prostą ostrogą skalną. Skałami mieliśmy do pokonania około 200 metrów w pionie, aż do punktu 3600, gdzie szlak odbijał na śnieżne plateau i przełęcz Windjoch. Powiązani tym razem w jeden pięcioosobowy zespół, szliśmy przeciętnym tempem. Lina zahaczająca się o każdą, najmniejszy kamień nie pomagała w osiąganiu rekordów prędkości. Przy punkcie 3600 udało ominąć się kilkanaście zespołów, które ubierały szpej. Po wejściu na lodowiec przyspieszyliśmy kroku, chcąc uniknąć „korka” na grani i szczycie.

alt

Na Lenzspitze, kilka „światełek” atakuje północno-wschodnią, kilkusetmetrową ścianę o trudnościach D,55°. Do Windjoch idzie się wcale dobrze, a widoki stają się bajeczne. Kilkaset metrów pod nami zostawiamy „pierzynę”, a słońce zaczyna fantastycznie muskać grań. Od Nadelhornu dzieli nas kilometr pięknie położonej, wietrznej grani Windgrat o przewyższeniu blisko 500 metrów. Niestety drobne korki powstały już na ścieżce, przez co zmuszeni jesteśmy co jakiś czas stawać.

alt

alt

Srogi wiatr wiejący z dużą siłą hulał tu i ówdzie, co więcej postanowił odciąć nas od własnych źródeł wody. Rurki w camelbagach zamarzły i dupa blada. Z naszej prawej strony zimno spowodowane wiatrem, z lewej słońce palące coraz mocniej, do tego wysokość. W ustach zaczyna się „sahara”, oddech ciężki a szczyt wciąż daleko. Po dotarciu w skałki przedszczytowe zostawiamy kije trekkingowe i podążamy jedynie z czekanami. Do szczytu mamy kilkadziesiąt metrów w pionie w trudniejszym terenie. Niejednokrotnie używamy czekana jako dziaby, oraz przednich zębów raków. Ilość ludzi na tym małym skrawku terenie jest zatrważająca. Co chwilę nieprzyjemnym stromym terenie mijamy się ze schodzącymi, mamy również problem z przewodnikami, którzy nic nie robią sobie z uformowanej kolejki na szczyt, depczą naszą linę, nie czekają na schodzących. Kurwimy co nie miara na te burackie zachowania(chcąc im powiedzieć wypier***** ) , więc postanawiamy przypuścić szturm i napieramy szybciej, wciąż czekając na zwolnienie miejsca na szczycie. Końcowe metry przechodzimy w dość znacznej ekspozycji w tym kilkumetrową śnieżną granią szeroka na niecałe pół metra. Po obu bokach można zaliczyć kilkusetmetrowy lot „Ikara”. Lepiej uciec w okolice krzyża i tam spędzić kilka chwil na szczycie. O 8.30 Stabi jako pierwszy łapie się krzyża. Czekam na niego aż wykorzysta krzyż do asekuracji, tymczasem Stabi kładzie się na kamieniach i postanawia „zespawać” kolorem kaszki południowo-zachodnią ścianę Nadelhornu.
- Od razu lepiej!

No to hop! Stabi zakłada linę na krzyż, dochodzę do niego, a za mną z duszą na ramieniu Paweł i Pierre. Tomka niestety nie zmieścimy. Nasza pozycja na szczycie nie jest pewna, 2 osoby trzymające się krzyża oraz kolejne 2 łapiące się niepewnie skały. Jesteśmy najwyżej w swoim życiu – 4327 metrów. Paweł dziękuje nam, że wzięliśmy go na naszą wyprawę, a jego 1 szczyt jest taki wspaniały. Niektórzy powiadają, że jest to jeden z najlepszych punktów widokowych w Alpach. Jestem w stanie całkowicie się z tym zgodzić. Na południu góruje potężny Dom, na wschodzie piramida Weisshornu, dalej Dent Blanche, Matterhorn itd. Nie ma lipy, trzeba schodzić. Ludzie czekają jak na mięso w PRL, robimy im przyjemność i oddajemy szczyt kolejnym w „posiadanie”. Tomek schodzi jako pierwszy, zakładając 2 przeloty oraz asekuracje ze skały.

alt

alt

W ciągu kilkunastu minut odrobinę stresującego zejścia dochodzimy do końca skał, bierzemy kije w dłonie i ruszamy w dół. Ciepło dnia w końcu odmraża nam rurki z wodą. Pierwszy raz od 2h mamy coś mokrego w ustach. Ufff jaka ulga… Złe samopoczucie znika i ruszamy jak najszybciej w dół. Na Windjoch żar leje się z nieba. W końcu znajdujemy czas i chęci na nasmarowanie się kremem z filtrem UV. Kilkunastominutowa przerwa okupiona zjedzeniem czekolady wpływa na nas uspokajająco. Już nie czekają nas mijanki z „bandyckimi” zespołami, a teren będzie coraz przyjemniejszy. Szybko przechodzimy pole śnieżne osiągając ostrogę skalną, gdzie zdejmujemy szpej i spokojnie dochodzimy do punktu wyjścia. Do Saas Fee mamy jeszcze 1600 metrów w pionie, około 3h piechotą. Zmęczeni kilkugodzinnym „spacerkiem” spożywamy drugie śniadanie i pakujemy zostawione graty. Ponownie musimy dźwigać ciężki dobytek, całe szczęście już tylko w dół. Na ferracie rozdzielamy się, każdy idzie w swoim tempie. Brak chmur odsłania przepaście czekające na nieszczęśników. Po 2h ostatniej spiny wracamy na przyjemny szlak, od tego momentu nogi same nas niosą.
Wieża zegarowa kościoła w Saas Fee wybija 10 razy, jest 17.00, za nami 13h akcji górskiej. Możemy zadzwonić do Maksa, żeby odwiózł nas do Saas Grund. Chwilę czekania przeznaczamy na zakup kraty piwa, szczytowi trzeba oddać odpowiedni hołd.

alt

31 lipca

- Ejjj… wiecie jaki dziś jest dzień?
- Nooo… niedziela chyba
- Brawo! A wiesz, że tutaj sklepy są pozamykane w niedzielę?
- Upsss… No to nie będzie śniadania ;|
Braki zaopatrzeniowe było widać gołym okiem. Sklepy w Saas Grund pozamykane, a samej mielonki z noża zjeść się nie da. Potrzeba do tego „zagrychy”, najlepiej chleb, z tymże jedyną pochodną chleba jaka nam została było piwo.
- Na zachód! Tam musi być jakaś cywilizacja!
Turystyczne Saas Fee położone na zachód stwarzało nadzieję na jedyny otwarty sklep w okolicy, co okazało się prawdą. Wiedzieliśmy, że jeśli nie dostaniemy w ręce chleba i czekolady, to szanse na wyjście na Weissmies, które planowaliśmy na kolejny dzień, zmniejszą się. Ekipa polująca na pożywienie wróciła z tarczą, a dogłębniej mówiąc z jedzeniem na 2 dni. Po śniadaniu zrobiliśmy pranie zanim wyrastające na nim formy życia wynajdą koło.
Robota czekała, mogliśmy ostrzyć zęby na Weissmies!

1 sierpnia

- Buenos Dias! Buenos Aires!
- Alles Gute Schweiz!
Dziś święto narodowe Szwajcarów, obchodzone na cześć podpisania przymierza 4 kantonów, my obchodzimy nasze własne święto. Czeka nas dzień wspaniałej i ciepłej pogody, krótko mówiąc, w „pełnej bułce”! Wyruszamy klasycznie o 7 rano, szybko dostając się do słońca, które zmienia nasze czekolady w płynną maź.
Spoglądając na mapę, mamy nadzieję, że w kilku restowych miejscach oddalonych od siebie o około godzinę, „dotankujemy” brakującą wodę. Szlak którym podążamy jest stosunkowo dobrze oblegany i ucywilizowany. Faktycznie przy każdym odpoczynku stajemy się ponownie wielbłądami niosąc pełne zapasy wody. Ścieżka nie należy do najpiękniejszych, choć widoki z niej są dość okazałe, w tym na całą grupę Mischabel i Weissmiesu. W oddali widzimy skrawek prawdziwej via-ferraty prowadzącej na Jegihorn 3206 m n.p.m., a dokładnie most linowy łączący dwa wierzchołki.

alt

Człowiek nie robocop, zjeść kiedyś musi, a żeby to zrobić warto posadzić poślady w zacisznym miejscu. Po długich i częstych postojach dobijamy do końca etapu – stacji kolejki Hohsaas 3100 m n.p.m.. Szybko znajdujemy „platformy obywatelskie” do rozbicia z piękną panoramą na Weissmies i Mischabel. Miejsca pod namioty przygotowane były ze schludnością i dbałością o detale jak w Hiltonie. Mimo otaczającego nas kamienistego terenu, namioty stawiamy na miękkim gruncie, osłoniętym wysoko kamieniami to jest tak, że nic a nic nie musieliśmy dodatkowo robić. Szpilki wchodziły lepiej niż na niejednym campingu, luuubię to!

alt

Żeby było lepiej, w barowej toalecie przy kolejce woda była pitna, zatem ochoczo zabraliśmy się do prac domowych – przynajmniej w takim zakresie jakim to jest możliwe pod nieobecność domu. Po obiedzie i nabraniu wody, mogliśmy w spokoju spędzić kilka chwil w objęciach Morfeusza, czekając na kolację.

2 sierpnia, 2.00

- Wyłaźcie z namiotu, niebo nam spada na głowę!
- Ale, że co? Dlaczego?
- W imię zasad… grawitacji. Chodźcie meteoryty naparzają!
To był kolejny z kolejnych fantastycznych poranków. Smakowity paprykarz i pasztet na śniadanie, a w ramach higieny mycie zębów wśród tysiąca gwiazd, w tym kilku spadających. Wokoło żadnego ruchu… zwietrzyliśmy szansę na samotne wspinanie.
Przed 4 wychodzimy na szeroką ścieżkę, by po chwili wbić się w skały prowadzące na lodowiec. Małe trudności w orientacji z powodu braku śladów nie spowodowały obsuwy czasowej i po pół godzinie trafiliśmy na skraj lodowca. Idziemy w 6 osób, więc ponownie dzielimy się na 2 zespoły. Na lodowcu Trift poruszamy się wpierw po płaskim, co przy wszechobecnym lodzie i wietrze potęguje poczucie zimna. Po wejściu w strefę wiszących nad nami seraków pojawiają się większe szczeliny, kilka mostków, lecz wszystko zbite jak beton.

alt

Wychodzimy wyżej na garb., który trawersujemy szybkim krokiem. Ścieżka i śnieg są znakomite, nad Mischabel jawi się festiwal kolorów wschodzącego słońca. Pocieszeni faktem bycia samymi tam wysoko, robimy ostatni postój przed szczytem na herbatkę i założenie cieplejszych ubrań. Ostatnie 30 minut dłuży się jak „piątkowy wykład”, sądzisz, że szczyt jest za 10 metrów, a okazuje się iż musisz zrobić kolejne kilkadziesiąt kroków. Całe szczęście aklimatyzacja działa i nie czujemy wpływu wysokości, przez co nie dyszymy jak parowozy.

alt

Na finiszu zostajemy oślepieni nagłym, niespodziewanym blaskiem. Jest 7 rano, słońce nisko, a więc oznacza to, że szczyt jest około 2 metry powyżej. Możemy sobie pogratulować, w dobrym stylu i tempie, jesteśmy pierwsi na wysokości 4023 metrów. Niełatwo wejść na tak popularny szczyt w swojej endemicznej grupie, dzięki czemu czujemy się jak na dziewiczym szczycie. Mamy fantastyczną panoramę w 360 stopniach, chmury pod stopami na wschodzie przesłaniają nam jezioro Maggiore, lecz wszystkie ważniejsze szczyty mamy na wyciągnięcie ręki. Solidna przepaść na wschodzie grozi nam palcem, żeby nie robić niepotrzebnych fikołków, czy castelli.

alt

alt

Paweł i ja zaspokajamy własne potrzeby zrobienia zdjęć na Facebooka czy dla Mamy. Po pół godzinnym szczytowaniu rozpoczynamy zejście. Pragniemy zdążyć przed słońcem, które z wielką siłą postanowi „przysmażyć” seraki i strącić niektóre z wysoka wprost pod nasze stopy. W 1/3 schodzenia trafiamy na pierwsze grupy z przewodnikami. Dzięki szerokiej ścieżce z wieloma wariantami zejścia, nie przeszkadzamy sobie nawzajem.
Przy serakach wciąż pozostajemy w cieniu, więc bezpieczni możemy chwilę je obfotografować. Znajdujemy m.in. drabinę, która kilka lat temu była wykorzystywana do pokonywania jednej ze szczelin. W tym roku nasza ścieżka przebiegała kila metrów obok tego miejsca, co wskazuje na ciągłe ruchy lodu, specyfikę każdego sezonu.

alt

O 9 rano spotykamy się ponownie przy „gratach”, dzieląc między sobą równo pasztet i dodając sobie energii. Przed nami nadciąga wizja przyjemnego zejścia na równej ścieżce. Humory wszyscy mamy wspaniałe, nogi jeszcze nieźle działają. Na niebie kolejny z rzędu upalny dzień, my roztaczamy nad sobą wizję zimnego piwka czekającego na nas w nagrodę po zejściu. Przed 14 meldujemy się na campingu, leżymy kilkadziesiąt minut opalając się i „wietrząc” stopy. Za 3 dni wracamy w góry, tym razem w innej roli.

4 sierpnia

W końcu nie musimy się nigdzie spieszyć, namioty możemy w spokoju bez pośpiechu złożyć w dobrej pogodzie. Bierzemy kurs na Interlaken, nasze jedno z ulubionych miejsc w Szwajcarii. Po opuszczeniu górską drogą doliny Saastal, pakujemy samochód na pociąg zawożący nad do mekki wspinania w lodzie – Kanderstegg’u. Nie mamy teraz sezonu na „lodzik”, więc bez zatrzymywania wjeżdżamy do Interlaken położone między jeziorami Thun i Brienz.

alt

Wybieramy ponownie nasz camping sprzed 2 lat, wiedząc o jego cenie i zaletach. W Interlaken oprócz wszędobylskiego burżujstwa (luksusowe marki odzieżowe, zegarki droższe niż Ferrari, czy gałka lodów droższa niż piwo w Chochołowskiej) bije po oczach ilość Hindusów.
Dla mnie i Pawła najciekawsza atrakcją Interlaken jest knajpa Hooters wraz z ich ponętnymi kelnerkami, a dla Stabiego nieodzowne poszukiwania magnesów na lodówkę.

5 sierpnia

- Ej weźmy lepiej ten chleb, niewiadomo czy będzie tam dużo jedzenia
- No no…. A mielonę bierzemy?
- Musztardy brak=> Nie biorę, nie jestem samobójcą…
Dziś kolejny ciekawy dzień dla naszej szóstki, ponownie wracamy w góry jednak tym razem jako goście szwajcarskiej firmy Mammut. Doskonale znana marka produkująca ciuchy i sprzęt w góry obchodzi za rok 150-lecie, a w tym roku wzięła nas na 3-dniową sesję zdjęciową w okolicach przełęczy Jungfraujoch 3454m połączonej z różnymi atrakcjami, warsztatami. Drobnym problemem miał być jedynie fakt, że Stabi i Paweł nie dostali się na imprezę. Liczyli na wolne miejsca i wbicie się „na miłe oczka”.
Z Interlaken dojeżdżamy do znanego przez nas Lauterbrunnen, gdzie widoczne są wspaniałe wodospady Trummelbach wysokie na półtorej Big Ben’a.
Samochód zostawiamy na kilkunastopiętrowym parkingu i ruszamy do miejsca zbiórki podążając za chorągiewkami Mammuta. Na parkingu pod szkołą znajduje się cała ekipa organizacyjna. Po wypełnieniu formularza kontaktowego każdy z nas dostaje na użytek softshell, czapkę, a w razie chęci zakupu softa również czołówkę i poduszkę.

Dziwnym zbiegiem okoliczności moje nazwisko nie figuruje na liście przyjętych osób, co powoduje moje ogólne zdenerwowanie. Maks z Pierrem i Tomkiem mają ze mnie niezłą bekę, że pewnie mnie w ch*** robią i będę zmuszony spędzić kilka nieplanowanych dni w dolinie. Po ukazaniu maila potwierdzającego moje przyjęcie dostaję informację, że nie mam się co martwić i na lodzie nie zostanę. Uff chociaż tyle…
Tuż przed 16, 20 minut przed odjazdem pociągu, ja i Stabi zostajemy oficjalnie przyjęci jako „lucky loosers” i biegniemy na pociąg. Dla Pawła niestety miejsca zabrakło i spędził 2 dni w samotności w towarzystwie licznych Hindusów i szalonych niemieckojęzycznych dzieci na campingu.

alt

Mammut jako firma pokazała klasę i wynajęła/dostała od kolei Jungfraubahn osobny pociąg, który ruszył z kopyta  ciągnąc nas i ponad 200 innych uczestników wysoko w górę. Prawdopodobnie jest to dla nas jedyna szansa, aby przejechać się tą kolejką. Bilet w dwie strony kosztuje 166 franków, lub jak kto woli 1/10 uncji złota.
Wszystkie wagony wypełnione były tak samo wyglądającymi na czerwono osobami, a wszędobylscy fotografowie ochoczo pstrykali nam zdjęcia z Mammutem na piersi.

alt

Pierwszy długi przystanek zaliczamy w Wengen, miejscowości narciarskiej znanej głównie z powodu słynnego zjazdu organizowanego w ramach Pucharu Świata. Na stacji  zostajemy gwałtownie wyrwani z nastroju kontemplacji, prawdopodobnie na skutek pomniejszej kraksy z innym pociągiem. Przymusowa kilkunastominutowa przerwa nie kończy się opuszczeniem wagonu i drałowaniem ponad 2 tysięcy metrów pod górę, lecz spokojną jazdą tą samą ciufą.
Po godzinie osiągamy Kleine Scheidegg 2061m, gdzie musieliśmy zmienić pociąg na inny, dowożący na Jungfraujoch. Nie jest to miejsce znane ledwie garstce alpinistów, koneserzy kina akcji z pewnością doceniliby ten plan kręcenia kultowego filmu „Akcja na Eigerze” z Clintem Eastwoodem w roli głównej. Hotel Bellevue  na tarasie którego kręcono kilka scen  jest szeroko znany z fantastycznej panoramy na wielką trójcę: Eiger, Monch i Jungfrau. Jeden z moich zmysłów pragnął zobaczyć ten niesamowity widok, lecz z powodu nisko zalegających chmur najciekawszym widokiem była dla mnie sznurówka w bucie.

Po szybkiej przesiadce, kolejka zaczęła bardzo ostro wspinać się pod górę i zdobywać wysokość. W pociągu czuć coraz bardziej zimno panujące na wysokości oraz szybką jej zmianę do której nie jesteśmy przyzwyczajeni. Pokonujemy stację Eigergletscher 2320m i wjeżdżamy do cudu techniki początku XX wielu – wykutego w skale tunelu biegnącego głównie pod Eigerem i Monchem. Przed nami 7 km i prawie godzina jazdy w klaustrofobicznym miejscu. Na wysokości 2864m stajemy na stacji Eigerwand, gdzie znajduje się kilka punktów widokowych (okien), ukazujących moc i pion północnej ściany Eigeru. Nie jest to jedynie widokowe miejsce, lecz również punkt startowy dla alpinistów chcących zmierzyć się ze swoimi lękami, walcząc w krwawej i śmiertelnej walce. Pogoda wciąż nam nie sprzyja i większość widoków przesłaniają nam chmury, lecz to co widzimy poniżej  zasługuje na ogromny szacunek.
300 metrów wyżej czekają na nas kolejne widoki, wysiadamy na stacji Eismeer (morze lodu). Okna wychodzą na południe, pozwalając nam spoglądać na lodowce panujące na południowej ścianie Eigeru.

alt

Osobiście jestem już powoli trochę zmęczony długą jazdą, a pustka panująca w moim żołądku powiększa chęć jak najszybszego dotarcia do Jungfraujoch. Po około 1,5h jazdy dojeżdżamy na wysokość 3454m, najwyżej w Europie za pomocą pociągu, 2700 metrów przewyższenia robi potężne wrażenie. Szybko zostajemy poproszeni o przejście do zimnego tunelu wykutego w sercu kompleksu, gdzie jemy smakowity posiłek. Nasze jakiekolwiek obawy na temat jedzenia zostały odrzucone w siną dal, sama myśl o jedzeniu puszek była powodem do śmiechu. Spożywamy pierwsze od kilku tygodni ziemniaki z wody, raclette z chlebem, pyszna herbatka, cebulki w occie oraz… gorzka kapusta taka jak z Hollandia Hut. Po 3 dokładce humor mamy dobry, czekamy jedynie na wiadomość co będzie ze spaniem na lodowcu. Mammut we współpracy z producentem „Bentleyów” wśród namiotów – marką Hilleberg, rozstawił 150 namiotów na lodowcu w okolicy przełęczy. Oficjalną przyczyną problemów z noclegiem były…. możliwe potężne burze. Na (nie)szczęście po decyzji szefów, ruszyliśmy w rzęsistym deszczu w poszukiwaniu swoich namiotów.

Zbiegiem okoliczności wraz ze Stabim (pozostali zostali rozrzuceni wśród obcych) dostaliśmy namiot o tajemniczo brzmiącym kryptonimie „73”. Przy świetle czołówek i zapadaniu się po kolana w mokrej breji śnieżnej znaleźliśmy nasz czerwony domek, a w środku niespodzianki. W środku przestronnego namiotu czekał na nas rozłożony śpiwór puchowy Mammuta oraz materac. Drugie tyle leżało obok zawinięte fabrycznie, nieodpakowane. Niepewni tego, czy aby niby nie zajęliśmy komuś ważnemu miejsca, odczekaliśmy kilka chwil i uznaliśmy, że czemu nie skorzystać z tego daru losu. Jak się okazało tylko nasza dwójka miała takie kosmosy w swoim namiocie, a reszta spała w „nieco” gorszych warunkach.

6 sierpnia, 2.00

Jeszcze poprzedniego dnia zostaliśmy uprzedzeni o wczesnym poranku. Zamiast pierwotnie planowanej 6 rano, dostaliśmy rozkaz wstania o 2 z powodu pogody. Noc była krótka, a nie przyzwyczajony do spania na miękkim zmrużyłem oczy na jedynie 1,5h.
O 2 rano obudziło nas… jodłowanie. Jeden z organizatorów postanowił pokazać swoje przeciętne umiejętności i drastycznie obudził wszystkie żywe jednostki w pobliżu. Toi-Toi’e ustawione pośrodku „Basecampu” służyły chętnie pomocą, a kilka wielkich dmuchanych namiotów typu „igloo” służyło za jadłodajnię. Mnogość dostępnych posiłków przerosła nasze najśmielsze marzenia i oczekiwania. Ser żółty, szynka, Ovomaltine, Nutella, musli, jogurty i wiele, wiele innych smakołyków o których przez kilka tygodni marzyliśmy były w zasięgu ręki. Jak cudnie! Pogoda w końcu się ustabilizowała, trzymając na nieboskłonie jedynie kilka małych chmur. Przed 4 rano podzielono nas na szereg kilkunastu zespołów, po około 10 osób na każdą linę. Pierwszym celem jest widoczne w oddali schronisko Monchsjoch Hut, gdzie biegnie wyratrakowana ścieżka dla „cywilów”. Po osiągnięciu przełęczy pod Monchem w ciemnościach podążamy w dół na lodowiec. Chmury od czasu do czasu pokrywają nas, zmniejszając widoczność. Po półtorej godziny marszu docieramy do punktu zbiorczego. Znajdujemy się na Ewigschneefeld, na ogromnym polu śnieżnym pomiędzy Monchem (4099 m n.p.m) i pobliskimi Hinter i Gross Fiescherhornem (4049 m n.p.m). Obstawiamy, że będziemy czekać aż do wschodu słońca, co przy godzinie 5.30-6 rano powoduje długotrwałe stanie na mrozie.

alt

alt

Jak widać nic za darmo na zachodzie nie rozdają. Musimy pomęczyć się chwilę, wymarznąć i popozować do zdjęć. Dopiero około 8 rano zostajemy ustawieni. Naczelny fotograf mający pieczę nad zdjęciami -  Robi Bosch wskakuje do helikoptera i krąży nad nami jak sęp nad zwierzyną. Skierowano do nas prośbę o ciągłe patrzenie się w niebo z podniesioną głową, co wpływa niezbyt dobrze na szyję i plecy. Na pocieszenie mamy jedynie fakt , że przynajmniej słonko w nas świeci i zaczyna wracać krążenie w stopach. O 9 rano słyszymy komendę spocznij, a następnie naprzód marsz i wracamy powrotną ścieżką. W porannym słońcu widok 200 osób, ubranych jednakowo podążających kilkoma wstęgami budzi uśmiech. Po osiągnięciu przełęczy Monchsjoch widzimy kolejny front atmosferyczny napierający w naszym kierunku. W tym miejscu przewodnik dziękuje nam za spędzony czas i przekazuje informację o zbiórce o 12 w tunelu kolejki. Mieliśmy wziąć swoje rzeczy z namiotu i prawdopodobnie wrócić do Lauterbrunnen z powodu fatalnych prognoz. Kolejnego dnia na lodowcu miały się odbyć różne ciekawe warsztaty, pokazy specjalistów na których bardzo nam zależało. Decyzja była nieubłagana – z powodu przesłanek o solidnych burzach zjeżdżamy w dół.

alt

alt

alt

Po lunchu w skałach zbieramy manatki i wsiadamy do ciepłego pociągu. Zmęczenie daje potężnie znać o sobie i po chwili zasypiamy. Mnie co kilka minut budzi bezwładny ruch mojej głowy, która opada wskutek pochylenia wagonu podczas jazdy w dół. Jeśli bym się w porę nie obudził, zbierałbym zęby z podłogi. Na Kleine Scheidegg pogoda robi się niezła, chmury są powyżej szczytów, a ów słynny widok na „Wielką Trójcę” jest zachwycający.

alt

Około 16 pojawiamy się ponownie w szkole, gdzie była zastępcza baza Mammuta na wypadki pogodowe. Wieczorem czekały na nas pokazy filmów podróżniczych, górskich oraz atrakcja wieczoru – koncert nieznanego nam zespołu Al-Berto & Fried Bikinis.
Z góry założono, że cały weekend ma być bezalkoholowy (picie na wysokości mogłoby nie skończyć się dobrze), lecz po przybyciu w doliny zaniechano ten diabelski pomysł przywożąc niezliczone ilości złocistego trunku. Zabawa rozkręcała się powoli, na początku koncertu pokazano nam zdjęcia wykonane przez fotografów. Ogłoszono również wyniki konkursu fotograficznego polegający na pokazaniu swoich przygotowań do życia w Basecampie, w którym główną i jedyna wygraną był jeden z namiotów Hilleberga. Już kilkanaście dni wcześniej Tomek dostał maila o zwycięstwie w tym konkursie, więc przygotowani byliśmy na świętowanie. Zaprezentowano oto takie zdjęcie z tym oto „profesjonalnym” modelem:

alt

Pogratulowano zwycięstwa mnie i Tomkowi, a zabawa rozkręciła się na dobre. Koncert okazał się fenomenalny, a kolejne piwa dodawały werwy w tańcu i hulankach.

A oto nasza nagroda

alt

7 sierpnia, 7.00

- Sznerchuuu…. Nie pada na Ciebie?
- Nie chyba nie… a bo co?
- Ja jestem pod daszkiem i na mnie wali deszczem, a Ty wystajesz poza…
- Fakt!
Do wyboru mieliśmy kilka różnych miejsc do spania. Począwszy od sali gimnastycznej, po huśtawki dla dzieci, czy żeńską toaletę, wybraliśmy wszyscy oprócz Pierre’a nocleg w przewiewnym miejscu pod daszkiem. Faktem jest, że popełniłem drobny błąd w wyborze dokładnego miejsca spoczynku, a dodając do tego spore ilości „zagłuszacza” rozsądku ułożyłem swoje posłanie złożone z karimaty i śpiwora w miejscu narażonym na opady deszczu. Całe szczęście Stabiemu najwidoczniej bardziej przeszkadzał wilgotny śpiwór i obudził mnie z bliżej niepamiętnego snu.

alt

Wciąż czując lekkie przejawy biologiczne zjedliśmy pyszne jak zawsze śniadanie i podzielono nas na kilka grup. Jako „maskotka” wyjazdu (byliśmy jedynymi osobnikami zza Żelaznej Kurtyny, nie licząc NRD) przydzielono nas do „międzynarodówki”. Na początek ruszyliśmy marszem nad rzekę, gdzie rozpięto „tyrolkę” na której zjeżdżając z jednej strony osiągaliśmy kosmiczne prędkości, a z drugiej robiliśmy „bica” drałując rękami połowę odległości.
Następnie czekał na nas konkurs „małpowania” na czas. Nigdy wcześniej nie wykonywaliśmy tego typu czynności i nie upatrywaliśmy większych szans na kolejna wygraną. Na wysokość około 8-10 metrów najlepiej poradził sobie Pierre, więc brawa dla niego!

Kolejnym przystankiem był mini wykład pracownika REGA, szwajcarskiego kuzyna TOPRu dzieląc się informacjami na temat choroby wysokościowej. Bardzo pouczające, wreszcie coś na siedząco, pozytywnie. Na koniec miłe dziewczyny z firmy przedstawiły nam proces projektowania ubrań w ich firmie, a specjalista od sprzętu lawinowego opowiadał ciekawostki o ich najnowszych produktach. Poproszono nas również o wybranie ochotnika wśród grupy do przetestowania ich plecaka lawinowego w warunkach pokojowych. Jako pierwszy z brzegu ochotnik, z największą chęcią przywdziałem plecak na swoje plecy i odpaliłem z wielkim hukiem 150l poduszki powietrzne. Uczucie bardzo specyficzne, lecz zawsze lepiej usłyszeć dzwonki w uszach i uratować tyłek niż wąchać śnieg od spodu.

alt

Po moich pirotechnicznych wybrykach podano lunch do stołu, wreszcie bez parówek, które przewijały się od piątkowego popołudnia i podziękowano wszystkim uczestnikom za spędzone chwile. My z pewnością odczucia mamy takie same, to nie był zmarnowany weekend, a jedne z najciekawszych i najsmaczniejszych dni tego wyjazdu.

Nasz rodzynek Paweł, który został w dolinie, nie miał tyle zachwytów co my i 48h wolności spędził w nienajlepszym humorze. Pośrodku kolonii indyjskiej, wśród szalonych dzieciaków i mielonki straszącej na śniadanie zaczął powoli tracić zmysły. W niedzielę oczywiście przyjechał po nas do Lauterbrunnen, a w trakcie kilku godzin wolnego odbył spacer przy wodospadach, czego efektem były te oto zdjęcia.

alt

Przed nami czekała jedna z najważniejszych decyzji wyjazdu. Pierwotny plan, którego głównym celem był masyw Monte Rosy ze zdobyciem kilku czterotysięczników, wciąż leżał odłogiem. Aklimatyzację mieliśmy już wykonaną, niestety kończyły się pieniądze i odrobinę chęci. Po blisko 4 tygodniach spania na ziemi, ciągłego oglądania tych samych twarzy czuliśmy zmęczenie psychiczne. Decyzja miała głównie zależeć od pogody, gdzie w razie dobrej ruszylibyśmy w stronę Monte Rosy. Na rogatkach Interlaken znajdujemy inny camping, znacznie spokojniejszy, a w dodatku z darmowym internetem. Po sprawdzeniu prognoz możemy się uśmiechnąć. Kolejnego dnia czeka nas wielki kotlet w domowym zaciszu. Wracamy!

Epilog

Podsumowując nas wyjazd od strony technicznej:

  • Trafiliśmy na najgorszy od kilkunastu lat lipiec, w czasie naszego pobytu, ledwie kilka dni nie padało, a pełną „lampę” mieliśmy jedynie 2 dni
  • Nie zjedliśmy wszystkich (45) mielonek, nie byliśmy w stanie…
  • Zdobyliśmy 2 z 9 założonych szczytów >4000m (pozostałe były różnorakimi wzniesieniami na Monte Rosie)
  • W porównaniu do zeszłych lat, szwajcarskie prognozy dawały ciała i szybko się zmieniały

Maciej Sznerch

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież