Log in
    

Intersport Kazbek Expedition 2010 - relacja

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Intersport Kazbek Expedition 2010

Osobista relacja Grzegorza Drabika z wyprawy Intersport Kazbek Expedition 2010. Dziennik wyprawy dzień po dniu. Pierwsza część relacji.

Droga z Plateau na Kazbek, te dwa małe punkciki na dole to nasz dwunamiotowy obóz
Droga z Plateau na Kazbek, te dwa małe punkciki na dole to nasz dwunamiotowy obóz /Góry - górski magazyn sportowy

30.06.2010

Zaczęliśmy. Sebastian i Grześ Z. są już na Ukrainie, nasza piątka: Rysiek, Bogdan, Aga, Dawid i ja (Grześ D.) jedziemy autem do Lwowa. Humory dopisują. W ostatniej chwili zabrałem z domu kije dla Dawida i Bogdana, ich kolana z pewnością będą wdzięczne. W aucie Dawid i Aga ćwiczą węzły, jeszcze czytamy instrukcję obsługi GPS-a Garmin 60CSx i filtra do wody marki Katadyn. Pogoda piękna, dziś ma być +30 st. C.

Nauczyłem się właśnie wiązać alpejskiego motyla. Ładna nazwa, a węzeł prosty i użyteczny. Wszyscy zastanawiamy się, czego zapomnieliśmy. Nie wziąłem schematu szlaków w Tuszetii, czego bardzo żałuję. Bogdan już śpi. Potem od Seby i Grześka dowiedzieliśmy się, że na granicy wywołali furorę, przechodząc ją w klapkach i z reklamówkami w dłoniach (całość bagaży jechała w naszym aucie), a na pytanie pograniczników: gdzie jedziecie, odpowiadali: do Gruzji zdobywać Kazbek. Patrzyli się na nich jak na wariatów.


1.07.2010

Wczorajszy wieczór był magiczny. Tańce na placu przed operą lwowską, niespieszny spacer urokliwymi uliczkami starego miasta, zachwyt nad czarną kamienicą, lwowskie piwo (tam obok kiosków z prasą też stoją lodówki z napojami, ale z piwem). Najbardziej zachwyciła nas atmosfera głównego bulwaru, ludzie grający w szachy, warcaby i jeszcze inne miejscowe gry, prawdziwe tłumy roześmianej młodzieży, wieczorem czułem się jak na krakowskim Kazimierzu - było wesoło i bezpiecznie.

Nocleg zorganizowaliśmy sobie na parkingu, gdzie zostawiliśmy na miesiąc nasz samochód. Parking jest tuż obok lotniska, dość tani - 300 hrywien za miesiąc. Pilnowały go psy, które w nocy usilnie próbowały do nas podejść. Na szczęście były to zwykłe szczekacze i nie odważyły się podejść na mniej niż dwa metry. A spaliśmy po prostu między samochodami.

Było ciepło, nocleg pod chmurką miał swój urok. Na jednym miejscu parkingowym mieści się pięć leżących pokotem osób. Ech, gdyby nie to szczekanie i huk startujących samolotów...

Po przylocie do Kijowa ruszyliśmy w miasto. Na pierwszy ogień poszedł Majdan Niepodległości. Stojąc na nim wyobrażaliśmy sobie, jak rozgrywa się tu pomarańczowa rewolucja. Na miejscu w Kijowie okazało się, że Bogdan przypadkiem przemycił na pokład samolotu nożyczki. Potem lecąc do Tbilisi z kolei Grzegorz wsiadł na pokład z nożem Spatha. Jak się okazuje, nie jest to specjalnym problemem w ukraińskich portach lotniczych.

Po Majdanie przyszedł czas na przepiękny kompleks świątynny Pieczerska Ławra. W jednej z tamtejszych świątyń zapaliliśmy świecę za pomyślność naszej wyprawy i szczęśliwy powrót do domu. Zaraz potem babuszka pilnująca cerkwi o mało nie wyrwała mi aparatu z rąk, kiedy chciałem zrobić zdjęcie. Będziemy pstrykać z biodra - mówi Bogdan. Od tej pory w cerkwiach kryjemy się z robieniem zdjęć.

Nie mogliśmy wyjechać z Kijowa nie zobaczywszy 62-metrowej wysokości pomnika obrońców ojczyzny. U jego stóp gigantyczne płaskorzeźby w betonie sławią wszystkich tych, którzy przyczynili się do zwycięstwa w wielkiej wojnie ojczyźnianej. Z głośników płyną wojskowe marsze, na czele z słynnym: Stawaj strana narodnaja, stawaj na smiertnyj boj. Stężenie patosu na metr kwadratowy powierzchni osiąga tu niespotykane rozmiary. W miejscowym muzeum znajduje się mnóstwo pojazdów pancernych. To prawdziwy raj dla miłośników tego okresu w historii wojen.

O ile we Lwowie czułem się, jak u siebie, to Kijów wydał mi się jakby mniej przyjazny. Ludzie zaczepiani na ulicach zazwyczaj odpowiadali nie wiem i biegli dalej w swoją stronę. Może popełnialiśmy błąd pytając po rosyjsku, a może po prostu tak jak wszędzie stolica kazała tym ludziom żyć szybko. Ceny w turystycznej części Kijowa są zabójcze dla kieszeni przeciętnego turysty. W niektórych miejscach za 1,5-litrową wodę mineralną trzeba zapłacić 10 hrywien. Doradzam zakupy w zwykłym sklepie spożywczym.

Zachwycają za to cafe-auta - małe samochody cargo przerobione na obwoźne mini kawiarenki. Wprost na ulicy można się napić pysznej małej czarnej. Do Tbilisi wylatujemy już wieczorem, po drodze mijamy piękną burzę. Ach, te turbulencje...

Na lotnisku z pomocą przygodnie poznanych ludzi próbujemy znaleźć nocleg. Jest już późno, więc nie jest to takie proste. W końcu lądujemy na kwaterze u przemiłej pani Niny, która odstępuje nam pokoje w swoim mieszkaniu przy ulicy Wazisubani (nocleg 15 dolarów za osobę, przy grupach powyżej 5 osób lub powyżej 2 dni 10 dolarów). Dzięki pani Ninie następnego dnia będziemy dokładnie wiedzieć, gdzie i jak się poruszać, do której marszrutki wsiąść i gdzie zrobić zakupy. Taki sposób odkrywania Tbilisi gorąco polecam, w porównaniu z hotelem daje on możliwość poznania codziennego gruzińskiego życia od środka.

2.07.2010

Dzisiejszy dzień minął nam pod znakiem odkrywania gruzińskich zapachów, smaków i aromatów. Najlepszym do tego miejscem jest oczywiście bazar. Na pierwszy ogień poszedł ten z dzielnicy Samgori, potem pojechaliśmy na dworzec Didube i tam dopiero się zaczęło... Początkowo spacerowaliśmy pomiędzy straganami, potem jednak ktoś z nas zauważył, że w dwumetrową przerwę pomiędzy straganami wchodzą ludzie.

Droga wiodła z pozoru donikąd, wyglądało to na pierwszy rzut oka jak wejście na zaniedbane podwórko. Nic bardziej błędnego. Owszem, podwórko było, ale stało na nim kilka stołów, przy których siedzieli miejscowi. Żadnych turystów. Całość przykryta dachem z winorośli, które dawały przyjemne schronienie przed skwarem dnia. Zaczęliśmy niewinnie od piwa Kazbegi, potem jednak zachęceni zapachem zajrzeliśmy do kuchni, a tu pełen wybór narodowych dań, produkowanych na poczekaniu przez trzy wiecznie uśmiechnięte Gruzinki.

Mieliśmy zajrzeć na chwilkę, zostaliśmy na całe popołudnie. Do końca życia będę pamiętał smak rosołu wypijanego z pierożków chinkali.

Podobnie na długo wbiły się do mojej pamięci wszelakie zapachy przypraw, serów, owoców i warzyw, jakie czułem, spacerując po bazarze. Grześ oczywiście natychmiast znalazł sobie przyjaciela, z którym poszedł degustować miejscowe wina. Gruzin po prostu zgarnął go z ulicy i jak dziecko poprowadził za rękę do wodopoju.

Takich przejawów serdeczności spotykaliśmy więcej, np. gdy kupowaliśmy pomidory, po wybraniu przez nas dwóch sztuk, pani je sprzedająca stwierdziła, że to jest prezent dla nas i niech nam wyjdą na zdrowie. A jakże, wyszły. Takich smacznych dawno nie jadłem.

Wszystkie zapachy na targu były bardzo mocne, wręcz uderzające w nozdrza. Żałowałem, że nie ma mnie kto poprowadzić za rękę, bo chętnie zamknąłbym oczy i dał się prowadzić cudownym aromatom Gruzji. Degustacja też jest sprawdzoną metodą na wybór odpowiedniego produktu. Sprzedawcy na targu chętnie odkrawali gruby plaster sera, czy nalewali wina albo czaczy (samogonu) do szklanki, żeby przekonać nas do zakupu właśnie u nich. Nawiasem mówiąc, Gruzini robią pyszne słone sery. No i te ceny, 4 lari za kilogram. Żyć, nie umierać.

W rozmowie z gospodynią, panią Niną, dowiadujemy się o realiach życia w Gruzji. Ona jako nauczycielka zarabia 120 dolarów miesięcznie, bezrobocie sięga 70 proc., spora część narodu po prostu głoduje, a Saakashvili sfałszował kolejne wybory i z pomocą miejscowych oligarchów doprowadza do wyprzedaży państwowego majątku. To z pewnością bardzo emocjonalne wypowiedzi, ale skąd my to znamy? Nastąpił za to masowy powrót do wiary, świątynie na nabożeństwach są szczelnie wypełnione.

3.07.2010

Dziś zaraz po śniadaniu wskoczyliśmy do marszrutki nr 50 (jedzie obok domu pani Niny), która szczęśliwie zawiozła nas prosto na stację Didube. Tam stoją marszrutki kierujące się w różne części Gruzji. Marszrutki do Stepantsminda (dawniej Kazbegi, ale wciąż funkcjonują obie nazwy) odjeżdżają co godzinę.

Kierowca zapewne już wcześniej spotykał się z problemem zapakowania dużych plecaków, bo szybciutko rozplanował wnętrze pojazdu: to tu, to tu, to pod siedzenie itd. Dojazd zajął nam 3 godziny. W Stepantsminda Grześ oczywiście natychmiast zaprzyjaźnił się z właścicielką sklepiku, która opowiadała mu o mieście i turystach, jacy tu przyjeżdżają.

Po kolejnych dwóch godzinach byliśmy już pod Tsminda Sameba - sanktuarium narodowym Gruzji. Odległość od cywilizacji zrobiła swoje. O ile w Kijowie za świecę w cerkwi musiałem zapłacić 2 hrywny, to tutaj uśmiechnięty mnich podał mi trzy świece i broń Boże nie chciał pieniędzy.

Pod wieczór chmury się rozpłynęły i mogliśmy podziwiać szczyt Kazbeka w całej okazałości. Widoki w każdą stronę zachwycają, stojąc na polanie przodem do Kazbeka po lewej stronie mamy kościół Gergeti, po prawej dolinę prowadzącą do granicy, a za plecami piękną panoramę miasteczka Stepantsminda, za którym stoi ściana gór jak okiem sięgnąć.

4.07.2010

Dziś podeszliśmy w kierunku lodowca Gergeti. Aklimatyzujemy się powoli, pokonaliśmy 850 m różnicy wysokości w pięć godzin. Biwak rozbiliśmy już po przekroczeniu większego strumienia. Wcześniej, mniej więcej po dwóch trzecich drogi, odpoczywaliśmy w miejscu, skąd roztacza się piękny widok zarówno na Kazbek, leżący u jego podnóża lodowiec z jęzorem zwisającym stromo w dół, jak i na pasmo gór otaczających miasteczko Stepantsminda od wschodu.

Na biwaku Rysiek naprawił czołówkę Bogdana, w której rozlały się baterie. Ja zajadam lawasz z miodem, popijany kawą i słucham dyskusji politycznej, bo przecież w kraju dzisiaj wybory. Kazbek "dymi", przewalają się przez niego chmury, wyobrażamy sobie, jakie tam obecnie panują warunki.

Teraz wiemy już dokładnie, co oznacza określenie "widoczność zero", które czytaliśmy przez ostatnie dwa tygodnie w prognozach pogody dla Kazbeka. Słońce zaszło za góry i w momencie z +25 st. C. zrobiło się +5 st. C. wszyscy rzuciliśmy się do plecaków po ciepłą odzież. Bluzy polarowe i softshelle Berghausa sprawdzają się znakomicie, podobnie czapki windstopperowe. Wymieniamy się pierwszymi wrażeniami użytkowania sprzętu i odzieży. Jeden namiot już się podarł, poza tym nie ma większych strat. Osłona przeciwwiatrowa Tatonki spisuje się wyjątkowo dobrze, patent z dwoma drutami, za pomocą których kotwiczy się go w podłożu, sprawdza się dobrze. Spędzamy wieczór wspominając poprzednie górskie wyprawy. Brzuchy bolą ze śmiechu.

5.07.2010

Rano nie spieszyliśmy się. Wiedzieliśmy, że dojście do stacji meteo nie zajmie nam dużo czasu, więc mogliśmy pozwolić sobie na dłuższy wypoczynek w śpiworach. Poza tym chcieliśmy się powoli aklimatyzować, 650 m różnicy wysokości wystarczy na jeden dzień.

Z satysfakcją stwierdziłem, że moja głowa już pozbyła się śmieci cywilizacyjnych. Nie brzmią już w niej skoczne radiowe przeboje. Za to dziś w trakcie drogi przypomniałem sobie utwór Stachury: To nic, to nic, to nic, dopóki sił trzeba iść, dalej iść, przecież iść. To nic, to nic, to nic, dopóki sił będę szedł, będę biegł, nie dam się. Tekst idealnie pasował do sytuacji.

Co prawda czułem się dzisiaj lepiej niż wczoraj (bo było chłodniej), ale marsz z 25-kilowym plecakiem dawał w kość. Ale wracając do drogi: przeszliśmy kolejne strumienie wypływające z lodowca bądź wieloletnich płatów śniegu, po czym weszliśmy na lodowiec Gergeti. Jest prawie cały pokryty pokruszonym materiałem skalnym, więc nawet nie musieliśmy zakładać raków.

Ścieżka wydeptana po nim zgrabnie omijała miejsca, gdzie występowały szczeliny. Choć w pewnej chwili usłyszałem i poczułem pod stopami głuche tąpnięcie, które skłoniło mnie do szybszego marszu. To wydarzenie uświadomiło mi, że lodowiec zachowuje się, jak żywy organizm i znajduje się w ciągłym ruchu. Jego naczynia krwionośne to strumyki płynące po powierzchni albo w jego grubym cielsku. Czasem idąc tylko słyszeliśmy je gdzieś pod nami.

Stacja meteo (3671 m n.p.m.) już nie pełni swojej pierwotnej roli, obecnie od maja do października prowadzone jest tu schronisko górskie. Jednak nie w standardach znanych choćby z polskich Tatr. Tu można jedynie przenocować i niewiele poza tym. Najwięcej dowiecie się o nim z oficjalnej strony www.bethlemihut.ge, jest również w wersji angielskiej.

My rozbiliśmy namioty. Obok stacji jest kilka przygotowanych do tego celu poletek, wyrównanych i otoczonych niskimi murkami z kamieni. Cena za rozbicie namiotu to 10 lari, my wynegocjowaliśmy do 5 lari.

Gospodarz jest miłym człowiekiem, nawet zaproponował, że o dziewiątej wieczorem puści nam gruzińskie wiadomości, żebyśmy w końcu dowiedzieli się, kto został prezydentem. Sielankowy obraz stacji meteo burzy nieco widok jej najbliższego otoczenia, gdzie walają się tony śmieci. My zabierzemy swoje do miasteczka. W schronisku dostaliśmy piękny rachunek i wydruk z kasy fiskalnej! W izbie u gospodarza na honorowym miejscu wisi portret Włodzimierza Wysockiego, a tuż przy drzwiach polska flaga z nazwiskami ostatnich zdobywców Kazbeka.

Choć jest wcześnie, wszyscy już poszli spać. Może i ja się zdrzemnę?

O 21.00 wszyscy zebrali się u gospodarza stacji, żeby posłuchać wiadomości z Polski. Zostaliśmy poczęstowali miejscowym specjałem czaczą, po której zrobiło nam się bardzo gorąco.

6.07.2010

Rano nie wszyscy zbudzili się w dobrej kondycji, wysokość (3650 m) zaczęła dawać się we znaki. Początkowe nudności i ból głowy u Grześka i Dawida szybko ustąpiły, ja jednak zostałem zmuszony do pozostania w obozie, podczas gdy pozostała szóstka wyruszyła na mały rekonesans w kierunku plateau.

Pogoda jest zmienna, całą noc padało, momentami dość mocno, wiatr rzucał namiotem we wszystkie strony, zaś dziś od rana słońce na zmianę z chmurami, czasem zupełna cisza, a czasem mocno dmuchnie. Obawiam się, że przez brak aklimatyzacji będzie mi jutro ciężko wchodzić do góry, tym bardziej, że mamy w planach wejście na Kazbek bezpośrednio ze stacji meteo, z pominięciem biwaku na plateau. Czyli wersja alpejska, na lekko i szybko.

Sił dodają ciepłe wiadomości od rodziny, która trzyma za mnie kciuki. Pod stacją meteo jest pełny zasięg telefonii komórkowej (Geocell i Magti), wystarczy stanąć przed wejściem pod gruzińską flagą. W okolicach sławojki też jest niezły zasięg. Korzystając z chwili samotności zastanawiam się nad życiem. Z dalekiej perspektywy lepiej widać, co jest ważne. A jednak rodzina. Tęsknię do mojej Magdy i Krzysia. Porządkuję bagaże, żeby być lepiej przygotowanym na jutrzejsze wczesnoporanne wyjście. Głowa przestała mnie boleć, może za chwilę przejdę się w stronę plateau. Jednak wcześniej przejrzę zdjęcia, jakie zrobiłem do tej pory.

Poszedłem w stronę plateau, żeby się zaaklimatyzować na większej wysokości. Ku memu zdumieniu poszło mi całkiem dobrze. Chyba potrzebowałem takiego samotnego marszu i wyciszenia. Zrobiłem ślad, zamarkowałem biały krzyż (3833 m n.p.m.) i strumień (3858 m n.p.m.) pokryty śniegiem i lodem około 200 m przed czarnym krzyżem. Wypatrywałem naszej grupy, lecz poszli jeszcze dalej. Są tu też Izraelici, zdaje się że w tym samym dniu będziemy wchodzić na Kazbek.

Po powrocie grupy z rekonesansu okazało się, że nie tylko ja ciężko znoszę wysokość. Jutro robimy dzień przerwy. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że za skałami, które górują nad stacją, znajduje się najwyżej położony kościół na Kaukazie. Wcześniej czytając sprawozdania z innych wypraw nigdzie nie natknąłem się na informację o tym kościółku. Jutro pójdziemy go zwiedzić.

Poszedłem z Bogdanem do gospodarza stacji z prezentem - polskim banknotem. Zawisł na honorowym miejscu. W zamian dostaliśmy cały worek wszelakiego dobra: pięć chlebów, masło, ser, kilo cukru. To osobliwe uczucie, znowu po trzech dniach smakować chleb. Zjedliśmy go z masłem i cebulą oraz czosnkiem, które przynieśliśmy z dołu. Nie obyło się bez rytualnej czaczy, wypitej z druzjami z Polszy. Czuję, że jutro zaprzyjaźnimy się jeszcze bardziej. Wieczór zakończył się pięknym widokiem na góry. Było warto.

7.07.2010

Siedzimy w kuchni stacji meteo. Żeby móc z niej skorzystać, musieliśmy zapłacić po 5 lari od głowy. Ale tu przynajmniej nie wieje, a poranek przywitał nas silnym wiatrem, cały namiot się ruszał, mimo murku z kamieni, który go osłaniał. Zakupiliśmy żywność u gospodarza stacji. Na ścianie kuchni wypatrzyliśmy naklejkę górskiego magazynu sportowego Góry, zaś na stole leżał magazyn Wprost z 27 czerwca! Przy sąsiednim stole wśród Rosjan gorąca dyskusja o tym, dlaczego Polacy nie czują do nich miłości.

Dolatują do nas pojedyncze słowa: krasnaja armia, Stalin, Warszawa w dwadcatom godu, Katyń itd. Zdaje się, że ich świadomość historyczna jest coraz większa. Gdy wychodzili, jeden z nich krzyknął w naszą stronę: Jeszcze Polska nie zginęła!

Grupa rosyjska składa się z osób, które zdaje się pierwszy raz są w górach, ich przewodnicy pokazują im, jak zakładać raki i gdzie do plecaka przypina się czekan. Niektórzy nawet nie wiedzą, jak zakłada się stuptuty. Przy stole w schroniskowej kuchni trochę się rozleniwiliśmy, ciekawe, czy uda nam się zebrać na wycieczkę do kościółka. Na ścianie kuchni przykleiliśmy naklejkę naszego patrona Intersportu. Rozmawiamy na różne tematy oraz czytamy Wprost, żeby było wygodniej magazyn został podzielony na kilka części.

Bardzo tęsknię do Magdy i Krzysia. Wygląda na to, że wszyscy czujemy się dość dobrze. Martwię się trochę o Dawida i Grześka, o ile ja spałem w nocy jak dziecko (kolorowe sny) to oni mieli kłopoty z zaśnięciem. Chyba przez wiatr, który szarpał namiotem.

Po południu z Ryśkiem i Bogdanem wybraliśmy się na wycieczkę do kościółka, położonego na wysokości 3914 m, jest to najwyżej położony kościół na Kaukazie. Został postawiony w 1998 r. za pomocą wiertaljota, który umieścił go na wypłaszczeniu za skałami górującymi nad meteo. Na własny użytek nazwałem je Skałami Trolli, gdyż bardzo przypominały mi te tolkienowskie. Z kościółka roztacza się piękny widok na całą dolinę.

Właśnie dosiadł się do nas Marcin z Krakowa, który zajrzał tu na jeden dzień. Miło spotkać rodaka.

Rozdzieliliśmy żywność na jutrzejsze wyjście na plateau, Grześ za pomocą miarki z torebki po herbacie podzielił salami zakupione od gospodarza na siedem równych części. Sprawiedliwość musi być. Mamy też po dwie kanapki z nutellą. Ze schroniskowej kuchni dobiegają cudowne zapachy, aż ciężko wytrzymać.

8.07.2010

Dziś idziemy na plateau. Ten dzień okaże się dla mnie najgorszy kondycyjnie. Jak Joe Simpson, liczyłem po 50 kroków, potem po 30. Płuca łapczywie łapały powietrze. Powyżej stacji meteo, za białym i czarnym krzyżem, związaliśmy się liną ze względu na występujące tu szczeliny w lodowcu.

Jak to zgrabnie ujął Dawid, wybór mieliśmy następujący: kluczyć pomiędzy szczelinami albo podejść bliżej zbocza i zostać narażonym na bombardowanie przez głazy, momentami wielkością dochodzące do większej lodówki. Widok był niesamowity, kiedy te głazy pędziły na nas z dużą prędkością, na kilkadziesiąt metrów przed nami wyhamowując swój bieg lub z hukiem roztrzaskując się na kawałki. Potem weszliśmy na pole lodowe, którym mozolnie pięliśmy się do góry, aż do osiągnięcia wysokości 4500 m n.p.m.

To właśnie plateau Kazbeka (4500 m n.p.m.), rozległe wypłaszczenie na zachód od szczytu. Jest to dobre miejsce na początek ataku szczytowego, gdyż różnica wysokości pomiędzy stacją meteo a szczytem wynosi aż 1400 m, co dla wielu bywa zbyt dużym wyzwaniem. Pogoda nam dopisała i mogliśmy podziwiać widoki. Co poniektórym z nas wysokość już zaczęła dawać się we znaki, pojawił się ból i zawroty głowy oraz nudności. Na poranek następnego dnia wyznaczyliśmy termin ataku szczytowego. Tymczasem wykopaliśmy platformy pod namioty (łopata to bardzo przydatne narzędzie w wysokich górach), dzięki którym będziemy lepiej zabezpieczeni przed podmuchami mroźnego wiatru. Kazbek stoi samotnie i jest znany z wiatrów rzucających na kolana.

Na tej wysokości warto też szczególnie dobrze zabezpieczyć się przed promieniami słonecznymi. Pierwszego dnia pobytu w górach zapomniałem o tym, efektem były bąble oparzenia słonecznego na przedramionach. Po rozbiciu biwaku na plateau całe popołudnie i wieczór zajęło nam topienie śniegu i gotowanie wody na herbatę i dania liofilizowane. Zajmuje to dość dużo czasu.

9.07.2010

Wstaliśmy już o 4.00, żeby jeszcze coś przekąsić przed atakiem szczytowym. Pierwsza grupa wyruszyła o 6.00, druga o 6.30. Trudności techniczne wejścia na Kazbek nie są duże, co wykorzystują przewodnicy, prowadzący ludzi na szczyt. Spotykaliśmy takie grupy po drodze.

Oprócz dość dużego nachylenia stoku w części podszczytowej, zagrożenie sprawia raczej nie rzeźba terenu a zmienna pogoda z dominującymi silnymi wiatrami. Przykładowo: o świcie, kiedy wyszliśmy z namiotów, była piękna widoczność, ale dość silny wiatr, w trakcie podchodzenia do góry przyszły chmury, widoczność spadła drastycznie do kilku metrów, i w takim mleku przyszło nam wchodzić na szczyt, zaś po południu już widzieliśmy Kazbeka zupełnie bezchmurnego, choć przewalające się szybko w okolicy chmury świadczyły, że na górze mocno wieje. Z plateau wychodziłem z drugą grupą i już po niecałych trzech godzinach forsownego podejścia stanęliśmy na szczycie.

Zachwytu widokami nie było, bo widoczność spadła do zera, ale radość ze zdobycia pięciotysięcznika była ogromna. W momencie przeszły wszelkie objawy choroby wysokogórskiej, przypływ adrenaliny rozgrzał ciało. Po wykonaniu zdjęć pamiątkowych oraz dla sponsorów, przyszedł czas na zejście.

Po drodze zwinęliśmy nasz dwunamiotowy obóz na plateau. Po czym najpierw łagodnie grzbietem lodowca, a potem klucząc pomiędzy szczelinami i momentami zapadając się w śniegu, dotarliśmy do czarnego, a potem białego krzyża. To przejście było dość męczące psychicznie, ze względu na szczeliny. Wreszcie stacja meteo i zasłużone gratulacje od gospodarza schroniska. Byliśmy już bardzo zmęczeni, a jednak kiedy ktoś rzucił hasło do powrotu do Stepantsminda, dwa Grześki i Bogdan nie zastanawiali się długo. W decyzji pomógł fakt, że skończyła nam się benzyna do kuchenek.

Pokazaliśmy, że wejście z plateau na szczyt, a potem zejście 3350 m w dół w ciągu jednego dnia jest możliwe, jednak nie próbujcie powtarzać tego sami. Nasze stopy boleśnie odczuły marsz, przed miejscowością trudno było nam utrzymać prosty kierunek. Nagrodą była jednak pyszna kolacja w hotelu Lomi (tuż obok placu, gdzie zatrzymują się marszrutki): gołąbki po gruzińsku i owczy ser. Palce lizać!

10.07.2010

Życie w Kazbegi (Stepantsminda) toczy się niespiesznie. Ulicami spacerują sobie konie, krowy (i byczki) oraz świnie. Szczególnie młode cielaczki są wszystkiego ciekawe i podchodzą blisko. Gdy jedliśmy śniadanie przed hotelem Lomi, próbowały zajrzeć nam do talerzy. I oczywiście pojawił się pies przybłęda, taki co z niejednej miski jadł, i próbował wyżebrać resztki jedzenia.

Gospodarz hotelu Lomi postawił sprawę jasno: powiedzcie mi, co z kuchni gruzińskiej chcecie zjeść, a ja wam to przygotuję. Szykuje się więc prawdziwa uczta, na wieczór poprosiliśmy oczywiście o chinkali i chaczapuri, do tego lokalne wino. Mięso do chinkali będzie świeże, tego samego ranka do hotelu przyniesiono pół świniaka, którego gospodarz osobiście poćwiartował na stole w hotelowym holu. Dobrze, że chociaż obrus zdjął śmiejemy się.

Dziś zwiedzaliśmy miasteczko Kazbegi. Z rzeczy wartych uwagi na pewno trzeba wymienić piękną cerkiew (panowie zwiedzając cerkwie pamiętajcie o zakryciu kolan!) oraz położone tuż obok muzeum historyczne, gdzie zgromadzone artefakty świadczące o chlubnej przeszłości tego miejsca. Nas oczywiście szczególnie zainteresowała część poświęcona historii zdobywania okolicznych gór. Obejrzeliśmy stare ubrania i sprzęt wspinaczkowy, przekonując się przy okazji, że konstrukcja paskowych raków właściwie nie zmieniła się od stuleci. Nawet regulacji długości jest podobna.

Z nagrobka, położonego tuż obok muzeum, wyczytaliśmy że jeden z członków szanownej rodziny Kazbegi zginął od ran w bitwie w okolicy miasta Łodzi w 1914. Ciekawe.

Wczoraj wieczorem umyłem się pierwszy raz po siedmiu dniach. Muszę stwierdzić, że bielizna, której używałem X-bionic, w pełni spełniła pokładane w niej nadzieje. Dobrze regulowała termikę ciała i nie przyjmowała nieprzyjemnego zapachu. Podobnie było zresztą z pozostałą naszą odzieżą i sprzętem, też doskonale się sprawdziły. Szczególnie zachwycałem się możliwościami regulacji kaptura w kurtce Berghaus Attrition, od gołej głowy do kasku wspinaczkowego i za każdym razem pełna swoboda ruchu, właściwe dopasowanie i dobra widoczność na boki. Perforowana garda, zakrywająca nos, okazała się wyśmienita przy silnym wietrze wiejącym na Kazbeku.

Wracając do wejścia na szczyt: przed wyjazdem uważnie wczytywaliśmy się w relacje osób, które zdobyły Kazbek. W każdej z nich była mowa o kilkudziesięciometrowym stromym na 50 st. stoku tuż przed szczytem, który jest kluczową trudnością wejścia. Chciałbym dodać małe sprostowanie. Ten mocno nastromiony stok zaczyna się już na 4900 m n.p.m. i dopiero tuż przed kopułą szczytową staje się łagodniejszy. Użycie czekana było niezbędne, o rakach nawet nie wspominając.

Naszą sytuację lekko polepszał fakt, że widzieliśmy w miarę dokładnie ślady po naszych poprzednikach. Mieliśmy co prawda namiary szczytu ściągnięte z Internetu, ale okazało się że różniły się od rzeczywistości o jakieś 300 metrów. Myślę że te kilka metrów więcej mogło być spowodowane np. pokrywą śnieżną. Dokonałem wielokrotnego pomiaru uśredniając pozycję. Przybliżona dokładność pomiaru wyniosła 2,4 m, ustalona za pomocą modelu Garmin 60CSx.

Obserwujemy w Kazbegi codzienny przemarsz krów przez miasto, idzie ich chyba ze sto. Rano szły w drugą stronę na pastwisko, budząc nas przeciągłym muuuu.

Gospodarz hotelu Lomi, pan Leo, naświetlił nam pokrótce, jak wygląda rzeczywistość Kazbegi po odzyskaniu niepodległości. Jedyne źródła w miarę pewnego zatrudnienia to szpital, szkoła i władze miasteczka. Duże bezrobocie. Kiedyś były tu trzy kołchozy i na łąkach pasły się setki tysięcy owiec, z których mieli duży pożytek. Pan Leo miał smutną minę opowiadając o bratobójczej wojnie, a potem o najeździe Rosji. Podsumował: ledwie mój kraj podniesie się z kolan, zaraz wydarzy się coś, co go na te kolana rzuca z powrotem.

Wieczorem wznosiliśmy toasty. Mieliśmy okazję zobaczyć i usłyszeć próbkę gruzińskich toastów. Gruzini nie piją ot tak po prostu. Piją za ważne sprawy. My wznieśliśmy toasty za ojczyznę, która jest ważna zarówno dla Polaków, jak i Gruzinów, za przyjaźń polsko-gruzińską, bo to oczywiste, za dzieci, bo to nasza przyszłość.

11.07.2010

Dziś dzień zwiedzania zabytków. Wyjechaliśmy z Kazbegi i po drodze do Tbilisi wysiedliśmy w mieście Mccheta, dawnej stolicy Gruzji. Tu spotkały nas dwa strzały w dziesiątkę. Pierwszy: znaleźliśmy tani nocleg 30 metrów od najważniejszego zabytku Gruzji świątyni Sweti Cchoweli. Prowadzi go Pani Cira (tel. 899734063) z synem Gieorgi (tel. 893631786), mieszkają przy ulicy Ewekle II nr 7.

Drugi strzał: na ulicy natknęliśmy się na polskich pracowników europejskiej misji stabilizacyjnej, nadzorujących zawieszenie broni w Osetii Południowej. Dzięki nim zwiedziliśmy piękny monastyr Shiomghvime, którego opisów próżno szukać w popularnych przewodnikach. Pozyskaliśmy też kontakt do Tani, również pracownicy misji, prawdziwego omnibusa jeśli chodzi o turystykę górską w Gruzji.

12.07.2010

Dziś rano jeszcze raz poszedłem do świątyni Sweti Cchoweli. Właśnie odbywało się tam coś w rodzaju nabożeństwa. Pośrodku, przed prezbiterium stał pop, udzielając komunii z wina. Po prawej stronie, patrząc w stronę ołtarza, stał chór męski, po lewej chór żeński. Prowadziły one ze sobą swoisty dialog, po kolei na zmianę zabierając głos.

Atmosfera w kościele gruzińskim różni się od naszej, jest pełna skupienia a jednocześnie wcale nie jest tu cicho. Ludzie rozmawiają ze sobą półgłosem. Mamy podnoszą swoje dzieci do świętych obrazów dotykając ich główkami do płócien, aby spłynęła na nie łaska Pana. Wśród popów też panuje luźniejsza atmosfera. Po prostu przystają i uśmiechając się rozmawiają ze swoimi wiernymi. Są do ich dyspozycji.

Wczoraj widziałem pod świątynią dwóch mnichów sczepionych ze sobą w pozycji zapaśniczej, świetnie się przy tym bawili. I nikt nie czuł się z tego powodu oburzony.

Ten dzień musiał nadejść. W ostatnich dyskusjach na temat celu podróży pojawiło się sporo rozbieżności, pojawiły się też różnice charakterologiczne. Dziś więc pięcioro z nas pojechało do Telavi, aby potem eksplorować Tuszetię, zaś pozostałych dwóch wybrało kierunek zachodni: Batumi, potem Wardzia i Chertvisi.

Ja wybrałem zachód. Postanowiłem też skrócić swój pobyt w Gruzji o tydzień. Tymczasem z Bogdanem kupiliśmy bilety na nocny pociąg do Batumi. Same miejsca siedzące kosztują 14 lari, my wybraliśmy sypialny za 40 lari. Odjazd z Tbilisi o 22.55, przyjazd do Batumi o 6.48 dnia następnego.

Grzegorz Drabik


żródło: interia.pl

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież