Log in
    

Bujdałka z Grandes Jorasses

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

YES! Znowu pakujemy plecaki na wyjazd. Tym razem za sprawą spontanicznej rozmowy przy suto zakrapianym ognisku gdzieś w Rudawach Janowickich pada wizja realizacji alpejskiego klasyka –na Grandes Jorasses drogą La Linceul - „Petit? Niee Grandes” i potężna salwa śmiechu przypieczętowuje wybór.


My nałogów się nie wstydzący, dream team nie posiadamy pękatego kajetu z wykazem imponujących przejść. Nie posiadający ani kajetu, ani imponujących przejść i częściej niżeli rzadziej nawet porządnego topa. Pochwalić możemy się, lub też przemilczeć, kilka naszych wspinaczek w Śnieżnych Kotłach plus jakiś wyjazd w tatry na Świnice. Danek alpy kaukaz i pamir już na oczy widział- nawet coś niecoś w nich zrobił poza dobrymi kadrami. Dla Michała”Miszy” był to debiut na kilku płaszczyznach: pierwszy wyjazd w alpy, pierwszy kontakt z lodowcem i wreszcie pierwsza długa droga.

Zważając na sprzyjające warunki tj. zepsuty w przeddzień wyjazdu samochód Miszy- 1:0 dla niego (na szczęście pożyczył od siostry – dzięki siostra!) oraz zachęcającą odpowiedź z La Chamoniarde (lokalna baza wspinaczkowa) po naszym pytaniu jak waruny: We would recommend you to wait later in the season for some more snow decydujemy się na natychmiastowy wyjazd.
Mamy pięć dni razem z przejazdami więc szykuje się szybka akcja. Cała noc jazdy ładuje nas pozytywną energią, jednak kubeł zimnej wody czeka już w Chamonix. Leje tak, że wycieraczki nie nadążają zbierać wody. Co więcej Danek orientuję się, że zapomniał spodni do wspinania. Mamy zatem 1:1 w kwestii dobrego przygotowania do wyprawy. Decydujemy się na wyjście z auta po dłuższe meteo z La Chamoniarde. Krótki spacer przez centrum Chamonix ze względów pogodowych wygląda raczej jak spływ kajakiem.

Bardzo miłe panie wybałuszają szeroko oczy kiedy słyszą o naszym pomyśle – La Linceul? It is difficult route – do you know that? If here it is rainy near the mountain is snowy so you won’t get there … Koronne if I were you I wouldn't go there  dla nas tylko podkręca  atmosferę szczęśliwych zbiegów okoliczności. Dowiadujemy się jednak, że za 2-3 dni ma być super pogoda i może wtedy jest szansa – ta informacja mocno siada nam w głowach jak pożądany promyk słońca, którego dzisiaj nie będzie dane nam poczuć. Kupiliśmy zatem ubezpieczenie na 3 dni i na koniec pytaniem o wypożyczalnie sprzętu, bo nie mam innych spodni oprócz mokrych krótkich jeansów, powoduję u pań prawie zawał serca. Spodni musimy poszukać zatem na własną rękę (modne z dobrą metką za 400 euro na deptaku „źle leżały” ale na uboczu znaleźliśmy szyte na miarę za 30 euro ;). Dalej  leje jak z cebra więc decydujemy się na kolejkę do Montenvers. Tam przemoczeni przez ścianę deszczu staramy się oglądać lodowiec, którego nie widać. Decydujemy się zatem na liczne herbatki z prądem pod wiatą na przystanku. Wznosząc toast w tych pięknych przystankowych okolicznościach przyrody, nasza wyprawa otrzymuje oficjalny tytuł „grandes żulares” .Wraz z kolejnymi herbatkami morale wzrastają a my roztaczamy wizje o wspinaniu w ciepłych krajach, w których to chcielibyśmy się na próżno znaleźć. Magiczny płyn czyni cuda nie tylko w naszych głowach – o 17 przestaje padać deszcz! – tu widzimy szansę, że może jednak rozpoczniemy akcję już dzisiaj.

Ruszyliśmy lodowcem w kierunku upatrzonej doliny. Widoczność wyśmienita tylko krótka – około 10 metrów. Idziemy z 3 godziny i rozbijamy namiot. Optymizmu dużo, bo w końcu udało się wyjść w ten „piękny” dzień. Wieczorem kolejna niespodzianka - Misza zamiast śpiwora puchowego wziął  letniego waciaka w worku po puchu. 2:1 dla Miszy – znów „prowadzi”. Oj będzie się tulił będzie... 

Następnego dnia ruszamy w górę lodowca. Gęste chmury co jakiś czas pokazują granie to z jednej to z drugiej strony – resztę dopowiada nasza bujna wyobraźnia. Po przeniesieniu obozu na ostatni w miarę płaski teren chmury ustępują ukazując w końcu Grandes Jorasses w pełnej krasie. Wszystko to co stoi dookoła nagle staje się malutkie choć do tej pory to były największe i najbardziej przekozackie ściany na jakie chcieliśmy się wspinać. Po krótkim odpoczynku zbieramy się na rekonesans pod ścianę. W tym momencie odkrywam, że zapomniałem zabrać kasku... No to mamy 2:2 z tym, że  tym razem cieszy się Michał. Robienie lodowej drogi bez kasku do najmądrzejszych nie należy zatem sprawnie opracowujemy prototypowy model kasku wykonany z menażki, czapki i pasków od czołówki. Na głowie siedzi świetnie, odbija kamienie i wagę ma niższą niż kask. Trzeba to opatentować!  Dojście jest strome i bardzo zaśnieżone. Ponieważ nikt normalny nie pakuje się tutaj w takie opady śniegu torujemy twardo cała drogę brnąc po uda w kopnym śniegu.

Po kluczeniu na lodowcu, kilku zmianach trasy i przewspinaniu paru seraków docieramy finalnie pod wejście w drogę. Poziom frustracji nieciekawą drogą dojściową, oraz karygodnie zmotaną liną na plecach która to co dwa kroki haczyła się o raki skutkuje co kilka sekund przywołaniem przez Misze najstarszego zawodu świata w otoczeniu plejady innych określeń z bogactw języka ojczystego. Oczywiście, choć słońce już powoli zachodzi, musimy sprawdzić jakie są warunki w ścianie. Na temat zalecanego obejścia szczeliny brzeżnej z lewej strony  Misza nie chce już nawet słuchać i wchodzi w drogę „na wprost”.

Pomysł super choć przemoczony i przemarznięty trafia nieopatrznie na cała serię porządnych  pyłówek. Znowu najstarszy zawód świata.. Przy motaniu abałakowa Miszka zdjął rękawice co okazało się brzemienne w skutkach. Burdelowa plejada gwiazd obiła się o ściany Grandes Jorasses choć zdecydowanie lepiej pod kątem stosowanego języka pasuje tu określenie grandess żulares. Zjeżdża zły, mimo że cel został osiągnięty – warunki w ścianie sprawdzone i są dobre. Jutro planujemy lekki odpoczynek i przygotowanie przed atakiem. Poprawiająca się pogoda dzień później również rzuca nas w kierunku ściany. Tym razem decydujemy się na podejście pod przełęcz jaskółek aby rozpoznać drogę zejściową do obozu przez inną część lodowca. Wpakowujemy się w piękne seraki klucząc na potęgę, ale finalnie odnajdując rozsądną drogę powrotną przynajmniej z części lodowca.

Ponieważ szczęście nie przestaje nam dopisywać podczas całego wyjazdu Danek gubi telefon gdzieś pomiędzy namiotem a naszym rekonesansem. W akcie desperacji rusza na poszukiwania telefonu śladem naszej trasy aby znaleźć go 30 minut drogi od obozu zagrzebanego w śniegu za prostym serakiem – w czepku urodzony!
Po powrocie szykujemy się do snu – jutro sobota i planujemy zaatakować nasz Całun. O 3 nad ranem zmierzamy już dziarsko pod ścianę. Nagromadzone stresy skutkują desantem Milagrosa w szczelinę – nie pomaga jedzony w nadmiarze Stoperan. Jeszcze tego samego dnia za 3 godziny dopadnie go znowu tym razem już w ścianie :). Odkrył tym samym po co w uprzężach odpinane gumki nogawek. Poprawiamy czas dojścia pod ścianę, pijemy herbatę. Przebija się nam butelka plastikowa więc mamy niewiele ponad 2 litry płynów na dwie osoby na całą drogę. Ruszamy. Zbetonowany śnieg zapewnia doskonałe warunki. Po cichu uśmiechamy się na myśl o paniach z La Chamoniarde, które „delikatnie” sugerowały porzucenie planów lub przełożenie ich in the season. Początek grogi przebiega świetnie, trzymając cię prawej strony drogi podziwiamy ogrom WALKERA, który przyciąga swym majestatem każde nasze spojrzenie  Ciągniemy wyciąg za wyciągiem – na zmianę praktycznie po 60 metrów.

Wyglądamy przełamania ściany żeby połechtać nasze ego tym że już połowa drogi urobiona, „Fasola skalna”* po lewej jakoś nie może jednak się skończyć a z daleka było widać, że „jest taka krótka”. Po 8 godzinach walki zostało nam jeszcze dużo ściany. Napoje już się skończyły a otuchy dodają kolejne helikoptery podlatujące prawie na wyciągnięcie ręki. To właśnie ten moment kiedy wspinając czujesz się jak Natalia Skorupko w Granicach wytrzymałości (to Milagros) oraz Wiliam Wales w Walecznym sercu (to ja). Ciężko opisać samą akcję w ścianie bo praktycznie Całun jest drogą na której poza pierwszymi wyciągamy idzie się cały czas po wylanym nastromionym polu. Tętno przyspiesza gwałtownie na wyciągu Danka w skalnej partii kilkadiesiąt metrów przed wyjściem na grań skąd posypała się kaskada kamieni wielkości telewizorów 14”- żeby tylko lina nie oberwała.Doskonałe uczucie nie opuszczało nas aż do grani gdzie dotarliśmy chwilę przed osiemnastą. 

Mieliśmy taką cichą nadzieję że droga pójdzie nam bardzo szybko (sama ściana kosztowała nas 12 godzin pracy) i zgodnie stwierdzimy że idziemy na szczyt, ale zaraz po dostaniu się na grań zweryfikowaliśmy te plany. Brak picia!, późna godzina, gruźlica postępująca u Miszy sugerowały jednak odwrót przez Grań Jaskółek. Ta do najłatwiejszych nie należy więc po szybkim dorobieniu herbaty (ups – skończył się gaz) rozpoczynamy zjazdy do przełączki. Ponieważ to Michał zna się na rzeczy jak mało kto, na zjazdach zabrał się za kolejne motanie punktów zjazdowych a Danek za budowanie silnych morali. O ile punkty zjazdowe były mistrzowskie o tyle motywacja pryskała jak mydlana bańka wraz z każdym kolejnym zakleszczeniem liny podczas ściągania jej z góry do stanowiska. To skutkowało oczywiście powrotem „do góry” aby odzyskać linę. A działo się to częściej niż zwykle- koszt długich zjazdów. Dodatkowo, jako w czepku urodzeni, zazwyczaj często mieliśmy do czynienia z poplątana liną (liczne obfite kazulaki) oraz akurat jak zaczęło się ściemniać spadła Danielowi z głowy czołówka gdzieś na włoska stronę. Kreatywność Miszy przy motaniu kolejnych stanowisk nie może pozostać bez komentarza – punkty z repów, taśmy węzełków i dokładnie 2 haków pozwoliły bezpiecznie zjechać nie zostawiając fortuny w ścianie. Zjeżdżaliśmy praktycznie za każdym razem całą długość 60 m liny. Grań jaskółek wyczesana,   choć z lekkim trekingiem nie ma nic wspólnego ;). Około 24 dotarliśmy na śnieżną przełączkę pomiędzy Grandes i Petit Jorasses. To było jak lot w przestworzach więc całowaliśmy śnieg z radości. Zgodnie stwierdziliśmy że dalej już dzisiaj nie idziemy i czas odpocząć. Byliśmy po 22 godzinach w akcji. Wydeptaną dziurę śnieżną wyłożyliśmy liną. Z plecaków wyjęliśmy usztywnienia i podłożyliśmy pod nerami. Niedziałające rozgrzewacze włożyliśmy do skarpet i rękawic. Nogi do plecaka oraz nakryliśmy się cieplutka kołderką z NRC. Sen był błogi o ile trwał dłużej niż 10 minut ciągiem, przytulania wiele a nawet miałem omam że ktoś do nas podchodzi. Oczywiście nikt nie podszedł a wschód słońca około 4:00 wynagrodził trudy dnia poprzedniego – w tle Matterhorn, Weishron, Montherossa – tak mógłbym budzić się codziennie- spojrzenie Danka mówi samo za siebie.
Szybki przepak i zaczynamy zjeżdżać dalej – jest niedziela i jutro rano mamy być w pracy ;). Linia zjazdów oczywista w przeciwieństwie do Grani Jaskółek więc szło szybko – raz jedyny lina się zakleszczyła więc to całkiem dobra średnia. Na trasie degradacji uległ rondel z głowy D. – najpierw spadł pasek trzymający a potem spod kaptura z głośnym brzdęknięciem wpadł rondel dzielnie ochraniający głowę przez całą drogę. Całe szczęście nasza przygoda z Jorassami powoli dobiega końca. Jeszcze parę zjazdów, jeszcze parę abałakowów i schodzimy na lodowiec. Jeszcze oczywiście lina niefortunnie zakleszczyła się w potężnej szczelinie brzeżnej i trzeba było po nią zjechać. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – właśnie tam wśród lodowych jaskiń, białych przewieszek i jasno błękitnych szczelinach rodzi się nowa pasja- eksplorowanie takich tworów to byłoby coś ;)- rozwiń myśl. Kilka następnych skoków przez szczeliny doprowadziło nas do śladów, po których to już bezpiecznie docieramy do namiotu. Jest 13 czyli minęły 34 godzin od rozpoczęcia ataku. Do pracy nie zdążymy to pewne ale w pełni szczęśliwi i lekko odwodnieni pakujemy manele i suniemy do Chamonix na piwo.

*-skalna część ściany ograniczająca całun z lewej strony widoczna do ok 1/2 długości drogi.

Daniel”Danek”Chojnacki
Michał”Misza”Bednarz

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież