Log in
    

Odmarzanie na równiku

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

„W kluczowych trudnościach drogi załamanie pogody zaczęło się nasilać. Do mgły doszedł grad, a następnie mokry śnieg. Oblodzenie, którego obawialiśmy się na łatwiejszym wariancie, zastaliśmy także w trudnych kominach”.

Ten opis nie dotyczy zimowego wspinania się w Szkocji. To fragment relacji z wyprawy przewodników tatrzańskich na Mount Kenya w sercu Afryki, nad którą Tygodnik Podhalański objął patronat. Ludzie przeważnie myślą, że wspinaczka w Afryce to ciepła, sucha skała, bezchmurne niebo, słońce palące skórę do czerwoności… Nic bardziej mylnego! Nigdzie nie przemarzliśmy tak, jak w Afryce. I to niemalże na samym równiku. A skalę porównawczą mamy. Większość z nas wspinała się w różnych warunkach na alpejskie czterotysięczniki, wyjeżdżała w Kaukaz, wędrowała po Andach, górach Kurdystanu, marokańskim Atlasie, Himalajach, a nawet słynących z nieprzychylnych warunków Karakorum. No i Tatry, oczywiście, o każdej porze roku i w każdej aurze. W końcu to Wyprawa Przewodników Tatrzańskich AKPT Kraków, którzy postanowili wyruszyć w tym roku do Afryki, celem zmierzenia się z Mount Kenya, drugim co do wysokości szczytem Czarnego Lądu. Oprócz członków Koła: organizatora wyprawy, Tomka Nodzyńskiego, Rafała Misiudy, Rafała Kubackiego, Wojtka Sowy i Bartka Dobrocha, skład uzupełnili wspinacze, Danek Grodecki i Paweł Mak. Oprócz grupy wspinaczkowej do Kenii wyruszyła też grupa trekingowa składająca się z trzech przewodników tatrzańskich (Kazek Stagrowski, Maciek Grabowski, Marcin Kisiel) i lekarza Jacka Bednarka.
Przez 55 lat istnienia Akademickiego Koła Przewodników Tatrzańskich w Krakowie wyjazdy w wysokie góry świata były nieodłącznym elementem poszerzania górskich doświadczeń przewodników i środowiskowej integracji. Apogeum działalności wyprawowej krakowskich przewodników przypadło na lata 1974–1996, kiedy to wędrowali i wspinali się w większości najważniejszych gór świata – Himalajach, Hindukuszu, Karakorum, Pamirze, Andach, Alpach, Atlasie. Po kilkunastoletniej przerwie idea przewodnickich wyjazdów w góry świata odżyła w 2008 roku wraz z wyjazdem w Kaukaz Gruziński zwieńczonym wejściem na liczący 5047 m n.p.m. Kazbek. W ubiegłym roku przewodnicy z AKPT weszli na biblijny Ararat (5165 m n.p.m.) w górach tureckiego Kurdystanu.
Po tych dużych, ale jednak turystycznych, sukcesach, pojawiła się idea wyprawy na górę równie wysoką, lecz wymagającą nie tylko znakomitej kondycji, obycia w terenie wysokogórskim i predyspozycji aklimatyzacyjnych, ale, przede wszystkim, umiejętności wspinaczkowych. Wybór padł na Mount Kenyę – potężny powulkaniczny masyw górski położony niemal na samym równiku, na którego najwyższe wierzchołki Batiana (5199 m n.p.m.) i zaledwie 11 metrów od niego niższego, bliźniaczego Neliona prowadzą jedynie drogi wspinaczkowe, z których najłatwiejsze oferują trudności IV stopnia w skali UIAA.

alt


Większość dotychczasowych polskich wejść i prób wejścia na najwyższe wierzchołki masywu prowadziła drogą klasyczną w południowo–wschodniej ścianie Neliona lub lodowo–mikstowymi drogami ściany południowej.
Ze względu na październikowy termin wyjazdu (południowe ściany najlepsze warunki wspinaczkowe oferują pomiędzy grudniem a marcem), wybraliśmy za cel dużo rzadziej odwiedzaną północno–wschodnią (niezbyt trafnie opisywaną w literaturze, jako północną) ścianę Batiana z tzw. drogą klasyczną, długą, wycenianą oficjalnie na IV+ w skali UIAA i wytyczoną w 1944 r. przez Anglików A. H. Firmina i P. H. Hicksa. Dodatkowo, przy dopisującej pogodzie i kondycji uczestników w różnych zespołach, planowaliśmy zaatakować znacznie trudniejszą wschodnią ścianę Neliona i drogi „East Gate” („Wschodnia Brama”) V+ oraz „Eastern Grooves” („Wschodnie zacięcie”) VII–. Nie znaleźliśmy żadnych informacji o wcześniejszej działalności Polaków po północno–wschodniej stronie masywu, choć zapewne droga klasyczna miała już jakieś polskie przejścia.
Z pierwszym problemem związanym z działalnością górską na Mount Kenya, trzeba zmierzyć się jeszcze zanim ujrzy się jego strzelistą sylwetkę. Bo tym problemem są finanse. Afrykańska drożyzna, choć równie mało wiarygodna w opowieściach jak afrykański śnieg i mróz, jest niestety faktem. Przynajmniej w Kenii i Tanzanii. Już pierwsze opłaty za transport, przewodnika, tragarzy wzbudziły w niektórych z nas nostalgiczne wspomnienia z Kaukazu czy gór Azji. A to dopiero początek. Największym obciążeniem są opłaty, które musieliśmy obowiązkowo uiścić na bramie Parku Narodowego Mount Kenya. Ceny wstępów do wszystkich kenijskich parków narodowych są bardzo wygórowane, im większy obszar, atrakcyjność parku, tym oczywiście wyższe. Mount Kenya należy, niestety, do najwyższego pułapu. Opłata jest uzależniona od liczby dni spędzonych na terenie parku i za każdy dzień wynosi 55 dolarów od osoby. Dodatkowe 5 dolarów to opłata noclegowa za noc we własnym namiocie na terenie Parku.
Zanim jednak dotarliśmy do jego bram, niemal cały dzień spędziliśmy w drodze z Nairobi. Najpierw w busie, który przewiózł nas solidnymi asfaltowymi drogami z zakorkowanego miasta do miejscowości Chogoria, na wschód od masywu Mount Kenya. Tam przesiedliśmy się na stare terenowe samochody – trzydziestokilkuletnie land rovery wyglądające jakby przebyły dziesiątki tysięcy kilometrów safari. Dalsza droga, rozjeżdżona kołami ciężkich samochodów wykorzystywanych do zwózki drewna, nie była w najlepszym stanie i jeden z samochodów ugrzązł nawet na chwilę w błotnistej kałuży. Szybkie, bezwysiłkowe pokonanie 1400 metrów różnicy wysokości miało jednak swoją złą stronę – niezbyt dobrą aklimatyzację. Podczas pierwszego noclegu przy bramie Parku na 2900 m n.p.m. było to jeszcze nieodczuwalne, ale zaczęło dawać się we znaki już następnego dnia, podczas marszu. Długi, mozolny, leniwie wznoszący się odcinek wyprowadza na 4300 m n.p.m. do położonego nad pięknymi zarastającymi stawami Hall obozowiska Minto’s Hut. Dzień później, kontynuując marsz do bazy niejako po drodze, dla poprawienia aklimatyzacji, sześciu z nas weszło na szczyt Point Lenana, liczący 4985 m n.p.m., popularny wśród stanowiących główną grupę odwiedzających te góry „trekersów”. Kilka dni później osiągnęła go także, dołączająca do nas dopiero po kilku dniach, grupa trekingowa. Łatwa ścieżka wyprowadza piarżystym terenem pośród skał na wierzchołek zwieńczony obracaną przez wiatr metalową flagą Kenii.
Fantastyczny widok na południowo–wschodnią ścianę Neliona, który roztacza się z tego szczytu, popsuła niestety mgła, jak się potem okazało – natrętny towarzysz naszej działalności na Mount Kenya.

 alt 

Tego samego dnia dotarliśmy do przepięknie położonej na ponad 4400 m n.p.m. bazy Kami Campsite.
Przez te kilka dni jedynymi naszymi towarzyszami w tym miejscu były myszy i mało płochliwe, nic nie robiące sobie z naszej obecności, góralki przylądkowe, przypominające świnki morskie, choć wielkością zbliżone do świstaków.
Już następnego dnia, 4 października, po założeniu bazy, postanowiliśmy spróbować zdobyć Batiana. O świcie, przed 7 rano, dotarliśmy pod północno–wschodnią ścianę. Dojście pod nią prowadzi nieprzyjemnym piargiem, osuwającym się spod czoła cofającego się Lodowca Krampfa, a start jest wyraźnie oznaczony przypominającym krzyż celtycki znakiem oraz tabliczką upamiętniającą dwójkę młodych ludzi, którzy zginęli kilka lat temu podczas wspinaczki tą ścianą. Weszliśmy w ścianę z krótkimi odstępami w trzech zespołach: Danek z Tomkiem na czele, dwóch Rafałów na końcu, a pomiędzy nimi nasza pozostała trójka. Droga klasyczna rozpoczyna się „czwórkową” ścianką. – Potem weszliśmy do kuluaru, w którym jedynym problemem jest kruszyzna – wspomina Tomek Nodzyński. – Sceneria trochę tatrzańska, pogoda była jeszcze w miarę, przyświeciło nawet na chwilę słońce. Szliśmy jako pierwszy zespół, co pociąga za sobą konieczność szukania drogi. Pierwsze dwa, trzy wyciągi były dość ewidentne, po trzecim wyciągu żleb zaczął stawać dęba, zrobiło się trudniej. Było tam takie komino–zacięcie, które początkowo rozpoznaliśmy jako wycenione na IV w schemacie, a była to dopiero „trójka” nieco poniżej. W Tatrach zazwyczaj, gdy droga jest „trójkowa”, to mamy doczynienia z jednym takim miejscem. Tutaj trudności były bardziej ciągowe. Dotyczyło to zarówno tych niższych wyciągów, jak i potem tych kluczowych, wyżej.
Bez większych problemów dotarstaliśmy Wojtek Sowa obserwuje wspinającego się Danka Grodeckiego na jednym z wyciągów poniżej Amfiteatru.
liśmy do Amfiteatru – wznoszącego się usypiska u stóp wielkiej turni Firmin’s Tower i przeszliśmy go z lotną asekuracją. Tam, niestety, zaczęła się już dosyć mocno psuć pogoda, czego pierwszym symptomem była gęstniejąca mgła. Ten odcinek drogi można przejść na dwa sposoby. Klasycznie, startując po jej lewej stronie płytą wyprowadzającą w system kominów lub drogą omijającą turnię od prawej strony. – Nie wiedzieliśmy, co jest za przewinięciem. Wiadomo było, że będzie tam śnieg. Mając do wyboru „czwórkowy” teren zaśnieżony i V– niezaśnieżony, wybór wydawał się prosty. Jak się okazało, logistycznie było to błędem – mówi Tomek.
W kluczowych trudnościach drogi załamanie pogody zaczęło się nasilać. Do mgły doszedł grad, a następnie mokry śnieg. Oblodzenie, którego obawialiśmy się na łatwiejszym wariancie, zatakże w trudnych kominach. Problemem okazała się także rzeczywista trudność tych formacji oraz kłopot z asekuracją. Po przejściu pierwszego pionowego komina droga skręciła w prawo, w kolejny, dosyć mocno przewieszony. – Po wyjściu z komina powinno się iść dalej w lewo, była tam rozpięta poręczówka, natomiast, był to fragment mokry, zalodzony, dość parszywy. Danek, jako rasowy wspinacz, nie chciał korzystać z poręczówki, dlatego przewinął się za załom, tak że straciłem go z oczu. Okazało się, że ominął fatalne miejsce rysą, którą wycenił na VI.1. Ja na drugiego może bym tyle nie dał, aczkolwiek VI+ było na pewno – kontynuuje Tomek.
W tym czasie kolejne dwa zespoły, ze względu na pogarszające się warunki, podjęły już decyzję o wycofie. Nasz, w kluczowych trudnościach liczącej ok. 5000 m Firmin’s Tower, trzeci zespół tuż pod nią. Danek z Tomkiem zdecydowali się kontynuować wspinaczkę i pokonali ostatni trudniejszy odcinek drogi, „czwórkową”, ale mocno zalodzoną kilkunastometrową ściankę.
– Podczas pokonywania tej ścianki usłyszeliśmy gdzieś z dołu odgłos dużej lawiny kamiennej, a po kontakcie radiowym z dolnym zespołem (mieliśmy, niestety, tylko dwa radia) pojawiło się podejrzenie, że środkowemu zespołowi mogło zdarzyć się coś niedobrego. Dlatego też postanowiliśmy przerwać wspinaczkę i rozpocząć zjazdy. Na szczęście po ok. godzinie pojawiła się uspokajająca informacja, że wszystko w porządku. Po krótkiej dyskusji zdecydowaliśmy się, mimo zmęczenia i późnej pory, dokończyć drogę, mając, niestety, świadomość, że czeka nas nieplanowany biwak – wspomina Tomek.
Po ponownym przejściu wspomnianej wyżej ścianki znaleźli się na platformie biwakowej tuż pod zachodnią granią. Zdecydowali, że zostawią tam plecaki i na lekko wejdą szybko na szczyt. – Nie doceniliśmy odległości. Wydawało nam się, że z tego miejsca nawet w tych warunkach jest maksymalnie ok. godziny do godziny na wierzchołek. A pod tą granią naprawdę długo się szło, najpierw bez trudności, potem „trójkowym” trawersem Shipton’s Notch skąd jeszcze prawie trzy długości liny granią lub po jej zaśnieżonej, zachodniej stronie na wierzchołek – ocenia Tomek.
Ponieważ zbliżał się zmrok, dla usprawnienia zejścia, na trawersie i powyżej niego założyli poręczówkę, zaś końcówkę dwójkowej grani pokonywali z lotną asekuracją. Nie było już opadu, pod wieczór zaczęło się nawet rozjaśniać. Ostatni wyciąg, wyprowadzający na wierzchołek, pokonali już w ciemnościach. Około 19.15 stanęli dopiero na wierzchołku. Po kilkunastu minutach rozpoczęli zejście, a właściwie zjazdy. – Chyba na drugim zjeździe Danek zahaczył głową o linę, która zerwała mu z kasku czołówkę. Jak ktoś patrzył akurat z dołu od południa i ujrzał takie spadające światło, mógł dostać ataku serca. Na szczęście, było niedaleko do poręczówki. Danek szedł po niej trochę po omacku, przyświecając sobie latarką z telefonu komórkowego, a ja jako drugi – zwijałem linę. Ale siłą rzeczy trochę czasu nam to zajęło. Byliśmy już naprawdę mocno zmęczeni – relacjonuje Tomek. Na krótkiej linie doszli około 23 do miejsca biwakowego. – Po krótkim posiłku (batony energetyczne i zimny isostar) trzeba było jakoś przygotować się do przetrwania nocy – kontynuuje Tomek. – Ponieważ w założeniu wspinaliśmy się w modnym ostatnio stylu „light and fast” (jak widać wyszło raczej „light and cold”), mieliśmy tylko płachty biwakowe. Mimo że wspinam się od 25 lat i trochę nocy w górach spędziłem, nie przypominam sobie równie paskudnej. Temperatura? Nie wiem, ale odczuwalna raczej poniżej –10 st. C, bo jednak wiało przez otaczające półkę biwakową kamienie. W każdym razie, dokładnie przez całą noc szczękałem zębami.
Na szczęście, rano północną ścianę (w końcu to już południowa półkula) oświetliły promienie słońca i około 8 mogli rozpocząć wolne i ostrożne, ze względu na duże zmęczenie, zjazdy do podstawy ściany, którą osiągnęli dopiero koło godziny 15.
Dla reszty grupy ten dzień upłynął pod znakiem odpoczynku i suszenia przemoczonych lin i ubrań. Nie próżnował tylko Wojtek Sowa, który wspiął się solowo klasyczną drogą (II+/III wg własnej wyceny) na górujący nad obozem, przypominający nieco Zamarłą Turnię, piękny szczyt Point Peter (4757 m n.p.m.). 6 października Wojtek w dwójkowym zespole z Pawłem Makiem oraz Rafał Kubacki z Rafałem Misiudą zaatakowali raz jeszcze drogą klasyczną północną ścianę Batiana. Bardzo wczesne wyjście na atak szczytowy oraz znakomite tempo wspinaczki pozwoliły Wojtkowi i Pawłowi zdążyć wejść na szczyt przed największym, podczas naszego pobytu pod Mount Kenya, załamaniem pogody, które, niestety uniemożliwiło zdobycie szczytu drugiemu zespołowi.
Oto jak wyglądało to wejście w relacji Wojtka: „O 6 rano byliśmy już pod ścianą. Ale przed nami ruszył zespół – Amerykanin z kenijskim przewodnikiem. Na szczęście, ten gajd był na tyle sprawny, że trzymali tempo. Jak już doszliśmy do Amfiteatru, okazało się, że przed nimi jest jeszcze jeden zespół trzyosobowy, Szkoci i idą drogą przez Firmina od lewej strony. To mi podsunęło pomysł, żeby spróbować iść „czwórkową” drogą z prawej strony Firmin’s Tower, której nie znaliśmy, ale podejrzewałem, że będzie dużo szybsza. Było sucho, pełne słońce. Jednak po przewinięciu się na stronę północno–zachodnią, droga okazała się być oblodzona, momentami stałem na polewie lodowej, z racji braku raków, musiałem wykuwać sobie stopnie. Udało nam się wyprzedzić obydwa zespoły. Kiedy o 7.30 rano wchodziliśmy na Amfiteatr, to już o 9.20 byliśmy na przełączce za Firminem. Nawet jeśli, tak jak chłopaki sugerowali, z tego miejsca było jeszcze ok. 4–5 godz. na szczyt, to i tak dobrze to wróżyło.
Kiedy zaczynaliśmy ostatni wyciąg – było, mniej więcej, pół do pierwszej – zaczęło grzmieć, wiać, zaczął padać śnieg, grad i zrobiło się bardzo nieprzyjemnie. Mieliśmy moment zawahania. Była burza śnieżna z piorunami, a w dodatku, nie wiedzieliśmy w którym kierunku się przesuwa. Jednak doszliśmy do wniosku, że to ostatni wyciąg, ryzykujemy. Łatwy teren wyprowadzał prosto na szczyt. Widoczności nie mieliśmy żadnej, musieliśmy za to uspokajać kenijskiego gajda, który ze śmiertelnie poważną miną mówił: „Wszyscy zginiemy!” Całą drogę w zjazdach padał śnieg, a potem śnieg z deszczem. W dole byliśmy już mokrzy, mieliśmy mokrą linę, utaplaną piaskiem, a tarcie było tak duże, że mieliśmy problemy z jej ściąganiem. W ostatnim zjeździe z kuluaru płynęła już prawie rzeka, woda ściągała kamienie, trzeba było kombinować też, by nie stać w niej po kostki. Parę minut po 19 byliśmy przy namiotach.

alt

więcej o wyprawie i opisie drogi wspinaczkowej przeczytasz na stronach tygodnika podhalańskiego

Mt Kenya - najwyższy szczyt Kenii i drugi o do wysokości szczyt Afryki. Leży w masywie Wielkiego Rowu Wschodniego. Leży na południe od równika w odległości ok 150km, na północ od stolicy Nairobi. Pierwsze wejście miało miejsce w roku 1899 przez Halford John Mackindera. Wulkan posiada 5 wierzchołków z których najwyższym jest Batian - 5199 m n.p.m.

źródło: pl.wikipedia.org

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież