Log in
    

Miejsce absolutnego oddalenia – Pik Kosmos 2014

To tu wirują na niebie odległe światy, tak wyraźne, że prawie na wyciągnięcie ręki. To tu smukłe i zarazem dzikie delty rzek kreślą skomplikowane krzywe, meandry zwierzęcych ścieżek, które choć ledwo dostrzegalne, są jedynym drogowskazem dla osób przemierzających tą głęboką przestrzeń. To wreszcie tu wysokie szczyty, na czele z Pikiem Dankova (5980 m) i Pikiem Kosmos (5940 m), rozpruwają ciężkie, ołowiane chmury, które swój balast potrafią za jednym zamachem zrzucić na rozległe doliny i lodowce, niwecząc tym samym największe wspinaczkowe plany.

Zachodnie Kokszał Tau (rus. Zapadnyj Kokšaal Tau; ang. Western Kokshaal Too ) to grupa górska o ukształtowaniu pasmowym, która w całości rozciąga się wzdłuż granicy z Chinami, i stanowi naturalną barierę rozdzielającą republikę Kirgiską od komunistycznych Chin. Miejsce dzikie, wyludnione, trudno przejezdne i nieprawdopodobnie rozległe, bo tylko zachodnia część ma długość ok. 100 km, i stanowi raptem niewielki fragment większego pasma Kokszał Tau (ok. 400 km długości), którego kulminacją jest Pik Pobiedy (7439 m). Linia wiecznego śniegu zaczyna się tu na wysokości ok. 3800 - 4000 m., a potężne ściany, jak na tak względnie niewysokie góry, potrafią osiągać (od podnóża lodowca) spektakularne wysokości 2 tysięcy metrów, czyniąc ze wspinaczki skomplikowane zadanie logistycznie.

Z kolei, doliny i równiny Zachodniego Kokszał Tau to suche, bezkresne pustkowia pozbawione wysokiej roślinności, które u podnóża gór ponacinane są gęstą siatką lodowcowych rzek. Poziom ich wód w zależności od pory dnia potrafi diametralnie ulec zmianie. To, co z rana wydaje się łatwe do sforsowania, już w godzinach popołudniowych, gdy słońce mocno operuje, nabiera na sile i nie daje się łatwo pokonać. Otoczaki, niektóre wielkości małego domku, rozrzucone w poprzek na przestrzeni kilkuset metrów, dają oczywiste wyobrażenie, jak zmieniają się tu rzeki, jak potężną siłą dysponują, i jak zmienia się to miejsce, gdy roztopy uwalniają masy wody.

A woda, chociaż latem mało jej na tej wysuszonej ziemi, płynie tu nieprzerwanie, i rozlewa się na olbrzymiej przestrzeni, zamykając dostęp do oddalonych dolin i wysokich szczytów. Dróg tutaj nie ma, mimo że działające od wielu lat agencje turystyczne i ich terenowe samochody ustawicznie próbują drenować tą przestrzeń. Zima bywa tu okrutna i zabiera wszystko, nawet potężne Urale, które potrafią zniknąć pod wieloma metrami świeżego śniegu. Taką właśnie opowieścią uraczył nas Roman, kierowca naszego łazika, który niespełna rok temu był świadkiem rozmowy z szoferem owego Urala. Odmrożony nieszczęśnik ledwo uszedł z życiem, zostawiając radziecką  4,5 tonową ciężarówkę pod masami śniegu. Latem samochód został odzyskany, ale łatwo wyobrazić sobie, jak wiele śniegu potrafi tu zalegać, i jak łatwo można dać się złapać w niebezpieczną pułapkę. Nawet, gdy za sprzymierzeńca ma się pojazd, który w latach sześćdziesiątych podbił całą Azję, i wjeżdżał niemal na wierzchołki gór.

Rozpoczynając długi marsz z bazy Kotur sądziliśmy, że jedynym celem wyprawy jest wejście na szczyt, a transport to tylko formalność, ale gdy te sześć dni planowanych przenosin dobytku rozciągały się,  zaczęliśmy z niepokojem dostrzegać pewien dysonans. Dysonans, który niczym supernowa nabierał siły i wreszcie eksplodował pod ścianą Piku Kosmos, pokazując prawdziwą naturę tego regionu.

ETYMOLOGIA NAZWY KOKSZAŁ TAU

W języku kirgiskim słowo „too”, a w języku kazachskim „tau” oznacza „góra”, natomiast „kakshaal, kakszaal” w języku kirgiskim posiada kilka innych znaczeń. Znaczenia te wywodzą się od czasownika „kaksza, kaszap jatat”, który m.in. można tłumaczyć jako „ból kości” (od zimna). Wydaje się zatem, że  słowo „Kakszaal” w odniesieniu do górskiego środowiska może oznaczać „dziki, surowy”. Łącząc ze sobą oba znaczenia można wysnuć wniosek, że nazwa Kokszał Tau oznacza „zimne góry”.

35 KILOMETRÓW DROGI – 11 DNI UDRĘKI

„Fizycy odkryli, że postrzegalna na pierwszy rzut oka trwałość materii jest iluzją stworzoną przez nasze zmysły. Podobnie jest z naszym ciałem. Postrzegając go jako litą formę nie jesteśmy świadomi, że 99,99% jego powierzchni to pusta przestrzeń. Tak właśnie rozległy jest obszar pomiędzy atomami w porównaniu do ich rozmiaru”. I taka właśnie przestrzeń dzieliła nas fizycznie i duchowo od Piku Kosmos, który pierwszego dnia był jedynym celem naszej wyprawy. Podobno droga jest celem. Pewnie inaczej pisalibyśmy o tym, gdybyśmy weszli na wierzchołek (a może nie), ale przemierzając kirgiski kosmos, przekonaliśmy się, że to, co wydaje się bliskie, wcale takie w rzeczywistości być nie musi, a samo osiągnięcie celu to zaskakująco krótka chwila. I gdybyśmy tylko koncentrowali się na tej jednej krótkiej chwili, to co byłoby z tą przestrzenią, która oddziela jeden cel od drugiego? Byłaby pusta? Pozbawiona sensu?

Dzień pierwszy – Baza Kotur

Baza Kotur to granica poznanego wszechświata. Jeżeli w Zachodnim Kokszał Tau są jakieś drogi, a na niektórych odcinkach tych bezdroży szczątkowo występują utrwalone ślady kół, to właśnie w tym miejscu zamyka się ten rozdział. Potężny płaskowyż, który stromo wznosi się tuż za rozlewiskiem rzeki spływającej z lodowca Kotur, sprawia, że żaden, nawet najmocniejszy wielokołowy pojazd nie jest wstanie przekroczyć tej bariery. Płaskowyż w najwyższym punkcie osiąga wysokość 4381 m n.p.m., i ze wszystkich stron podcięty jest głębokimi wąwozami. Za czasów Związku Radzieckiego, gdy ten rejon był jeszcze strefą militarną, po północnej stronie płaskowyżu, i wzdłuż sąsiedniego pasma górskiego Borkoldoj, istniała droga. Z trudem wydarta naturze, pełniła funkcję tranzytową dla pograniczników patrolujących granicę z Chinami. Po rozluźnieniu napiętych stosunków pomiędzy ZSRR a Chinami, a także później po upadku samego Związku Radzieckiego, droga w ciągu kilkunastu lat wróciła do natury. Teraz, żeby dostać się na lodowiec Grigorieva (u podnoża Piku Dankova), a dalej pod Pik Kosmos, należy cały ten dystans przejść pieszo – 36 kilometrów, pięć rzek lodowcowych, głębokie wąwozy, strome i piarżyste stoki, oraz deniwelacje sięgające 600 m. A wszystko to z ładunkiem 90 kg na jedną osobę.

Dzień drugi, trzeci i czwarty – płaskowyż

Jaki jest najlepszy sport?  Ernest Hemingway mówił, że: "są tylko trzy prawdziwe dyscypliny sportowe. Wyścigi samochodowe, walki byków i alpinizm, reszta to tylko gry". Mylił się. Jest jeszcze czwarty prawdziwy sport – transport. Nic tak nie hartuje, jak niekończące się przerzucanie wyposażenia przez rozłożysty płaskowyż, do oddalonej o 14 kilometrów doliny, która u zbiegu dwóch lodowcowych rzek, znajduje się jakieś 600 metrów niżej, i trzeba tą drogę pokonać wielokrotnie. Przekonali się o tym Michał Kasprowicz, Wojtek Ryczer i Rafał Zając, którzy w 2009 roku eksplorowali lodowiec Fersmana i jedną ze swoich dróg na Piku Granica nazwali właśnie Nordic Walking.

31 lipca rozpoczynamy pierwszą kosmiczną sztafetę. Przekraczamy rzekę lodowcową, u brzegu której rozłożyliśmy obóz, a następnie po dwóch godzinach osiągamy płaskowyż (ok. 4100 m). Naszym oczom ukazuje się rozległa panorama Zachodniego Kokszał Tau, z wyraźnie wybijającym się królem tego regionu, Pikiem Dankova. Kierując się na najwyższy szczyt w regionie przecinamy płaskowyż i schodzimy do głębokiej polodowcowej doliny, przez którą płynie początkowo spokojna rzeka Autal. Kilka kilometrów dalej rzeka nabiera na sile, staje się wartka, a kanion, którym płynie, coraz bardziej przepaścisty i trudny do sforsowania. Wreszcie, wyraźnie zmęczeni docieramy do wąskiej doliny Saryczat (nazwa pochodzi od rzeki wypływającej z lodowca Fersmana), która jest miejscem zbiegu dwóch rzek i zarazem drogowskazem na kolejne dni transportu. Na zielonej łące, przy akompaniamencie przerażonych świstaków, rozkładamy namiot, zostawiamy depozyt i ruszamy w drogę powrotną.

Jest godzina 16. Męcząca wspinaczka na próg płaskowyżu ciągnie się w nieskończoność, i gdy już osiągamy krawędź płaskowyżu rozpoczyna się dramat. Kasia wykazuje pierwsze oznaki wyczerpania fizycznego, i jej stan zaczyna gwałtownie pogarszać się. Po godzinie sytuacja zaczyna być bardzo niebezpieczna, a akcja ratunkowa nabiera dramaturgii. Wojtek i Radek przejmują nasze plecaki i ruszają szybkim tempem do obozu po gorącą herbatę, Jakub prowadzi nas wzdłuż poziomicy i ze wskazaniami GPS-a, omijając jednocześnie strome podejścia, a ja biorę Kasię pod ramię i zaczynam mozolnie prowadzić ją przez płaskowyż. Zapada zmrok. Po kilku godzinach widzimy w oddali światełka, które wprowadzają nas w błąd, i lekko zbaczamy z kursu. Szybko jednak okazuje się, że to chłopaki, którzy, gdy tylko zrobiło się ciemno, zgubili drogę.

Baza Kotur, tak naprawdę, to bardzo umowne miejsce. Od wschodu ograniczona jest rzeką i płaskowyżem, od południa szeroką doliną wcinającą się w głąb pasma górskiego, a od zachodu i północy nie ma żadnych ograniczeń. Suche trawy, jednakowo wyglądające głazy i kilkanaście kilometrów przestrzeni. Idąc po ciemku, i celując w malutkie namioty „gdzieś tam”, i nie mając dookoła siebie charakterystycznych punktów odniesienia, dość łatwo minąć się z celem. Szczęśliwie, mając za przewodnika wskazania GPSa, a zagubiona dwójka nasze światła czołówek, koło północy wszyscy spotykamy się przy rzece. Na jej drugim brzegu mają znajdować się namioty, i chociaż ich nie widzimy, resztkami sił przekraczamy zimny nurt. Po 30 minutach „logujemy się” w modułach mieszkalnych. A chwilę później gorąca herbata leje się strumieniami, niebo na nowo radośnie świeci miliardem gwiazd, a wokół namiotów unosi się wyraźny zapach aromatycznej zupy… z proszku. Jesteśmy na orbicie, wciąż żywi, a za nami pierwsze dokowanie w drodze na wierzchołek Piku Kosmos.

Kolejne dni mijają pod znakiem niekończących się transportów. Niczym juczne kirgiskie konie, pogodzone ze swym losem i świadome, że kolorowo jest tylko na zdjęciach, a wyprawy wysokogórskie to przede wszystkim niekończące się transporty, wielokrotnie zarzucamy na grzbiety ciężkie wory i chodzimy tam i z powrotem. Wreszcie 2 sierpnia, późnym popołudniem, docieramy i zostajemy w dolinie Saryczat, która zamyka pierwszy etap, a więc podróż płaskowyżem (74 km drogi za nami) i otwiera nowy, którego celem jest pokonanie trzech rzek i dotarcie do czoła lodowca Grigorieva.

Wyspa, bo tak nazwaliśmy to miejsce, znajduje się u wlotu doliny Grigorieva, i otoczona jest szczytami tworzącymi potężną bramę wejściową. Owa brama do złudzenia może przypominać wejście do Mordoru. Dominującym szczytem bramy jest Chernogolovka, która niemalże pionowymi ścianami pnie się stromo w górę, i przyprawia o ból karku. Na jej ścianach widać dawne ślady obecności lodowca, które zeszlifowane aż do przesady, teraz świecą niczym łazienkowa glazura. I gdy tak się spojrzy w górę, z trudem można uwierzyć, że kiedyś było tu tysiąc metrów lodu!

Eksploracji ciąg dalszy

Z eksploracją wysokogórską jest jak ze związkiem kobiety i mężczyzny. Stres pierwszej randki, motylki w brzuchu, odkrywanie pierwszych wad, wreszcie narastający konflikt i rozmowy prowadzące do kompromisu lub rozstania. Dolina Saryczat była świadkiem wszystkich tych emocji. Gdy spojrzało się w głąb lodowca Fersmana i widziało stromo opadające lodospady, uczucie ekscytacji było silne, wręcz gotowało się w nas, ale gdy tylko musieliśmy zmierzyć się z rzeką, która w głębokim kanionie, swym silnym nurtem jawnie manifestowała, że „nie da się, bo po prostu nie da się”, a wodospad po drugiej stronie huczał – nie ma przejścia – bijąc o wygładzone kamienie, to uczucie gwałtownie stygło. Niby miało nas to hartować, ale gdy kończy się zaplanowany czas transportów, a nadal tkwi się w połowie drogi, te „motylki w brzuchu” gwałtownie obumierają.

3 sierpnia okazuje się dniem sądu ostatecznego. Przynajmniej tak wtedy myśleliśmy. Rekonesans mający rozpoznać teren po obu stronach rzeki Saryczat przynosi przykre wiadomości. Wygodne łąki po lewej stronie doliny faktycznie okazują się wygodne, ale już rzeka Saryczat puścić nie chce. Sytuacja podobnie wygląda na prawym brzegu, gdzie drogę zastępuje nam wodospad, którego wody opadają z ogłuszającym hałasem poprzez liczne kaskady. I gdy wydaje się, że nie uda nam się dotrzeć do celu, wieczorem postanawiamy raz jeszcze wybadać wodospad. 4 sierpnia zatrzymujemy się u jego brzegów i po szczegółowym badaniu udaje nam się znaleźć słabe miejsce. Zakładamy poręczówkę i przechodzimy na drugą stronę. Droga ponownie staje przed nami otworem, a trzecio-sierpniowy dzień sądu zostaje odwołany. 

Kolejne dni, a więc okres od 5 – 7 sierpnia mija nam we właściwy dla siebie sposób. Homonto, transport, depozyt. Homonto, transport, depozyt. Niekończąca się opowieść, która brutalnie mieli naszą nadwątloną miłość do gór. Wreszcie 7 sierpnia wyruszamy z ostatnim transportem, który na rozlewisku rzeki Grigorieva zamienia się w spektakularną ucieczkę i pogoń. Uciekamy my, a goni nas fatalna pogoda, która siecze po plecach deszczem i drobinkami lodu. Potężne kołtuny pyłu poderwane z rozlewiska rzeki, potęgują wrażenie grozy, tym bardziej uzasadnione, ponieważ kształt goniącej nas chmury zaczyna przypominać typową trąbę powietrzną. Szczęśliwie, mimo wciąż solidnego opadu, wiatr cichnie, a my docieramy do wyspy, gdzie zakładamy awaryjny obóz. Chowamy się w namiotach, a nad nami Pik Dankova, niczym ponury strażnik Mordoru, rwie chmury na strzępy i zapowiada – będzie bolało. 

Izolacja Zachodniego Kokszał Tau

Już po wyprawie ktoś mnie zapytał, „czy nie mogliśmy wynająć tragarzy, koni lub jakieś inne juczne zwierzęta, które pomogłyby nam dostać się do bazy głównej?” Nie mogliśmy, chociaż bardzo tego pragnęliśmy. W latach 50, w wyniku licznych napięć geopolitycznych pomiędzy Związkiem Radzieckim, a Chinami (spór o przebieg granicy, który, de facto, Chiny częściowo wywalczyły w 2011 r.), w regionie tym stacjonowały wojska radzieckie, a nieliczni mieszkańcy zajmujący doliny u tzw. wlotu do Zachodniego Kokszał Tau (ok 30 - 50 km na zachód od regionu, w którym działaliśmy), zostali przymusowo przesiedleni w głąb Kirgizji. Przez kolejnych kilkadziesiąt lat region ten był całkowicie zamknięty, zarówno dla Kirgizów, jak i dla  podróżników z zachodu, co nie wpływało pozytywnie na potrzeby osiedleńcze i rozwój lokalnej społeczności, ukierunkowanej np. na turystykę. Z tego względu większość znaczących szczytów (Pik Dankova, Kyzyl Asker i in.) zostało zdobytych przez rosyjskie i kazachskie wyprawy narodowe (alpiniady), które jako jedyne miały prawo do eksploracji regionu. Obecnie obszar jest otwarty i wciąż eksplorowany (każdego roku region odwiedza kilka wypraw), jednakże nadal kontrolowany przez wojsko. Każdy wjazd i wyjazd jest ściśle rejestrowany i wymaga stosownych pozwoleń.

Inną rzeczą, która ma decydujący wpływ na brak lokalnej ludności, jest surowość tego regionu. Zimą temperatury spadają tu do -40 stopni Celsjusza, a śniegu jest tak dużo, że doliny latem łatwe do rozróżnienia, zimą znikają pod równą pokrywą śnieżną, która maskuje deniwelację. W takich warunkach po prostu nie da się żyć. Zatem, nie sposób wynająć zwierzęta, bo ich tu nie ma, a ciągnąć je z oddalonych o 50 km jurt to dość kosztowna sprawa. Jedyni, najbliżsi mieszkańcy tego regionu są dzicy, gwiżdżą i chowają się w norach, lub mają poroża i na widok ludzi w popłochu uciekają na skaliste turnie.

Chodźmy na lody

„Idzie facet przez pustynię, nie ma nic do picia, a Piciu go i tak dorwał”. I śmialiśmy się wtedy z tego kawału, ale był to raczej histeryczny śmiech, który krył w sobie niepokój. Szczery niepokój wywołany brakiem czystej wody pitnej. Wyspa, jaka sama nazwa wskazuje, jest wyspą, ale na bezkresnym oceanie kamieni. Na samym środku rozlewiska, cudem zachowana i nieprzemielona przez wiosenne spływy, stawia opór siłom natury. Wokół wyspy rozrzucone są miliony ton drobnych kamieni, które wiosną szlifuje rozłożysta rzeka, a wczesnym latem już delikatne cieki wodne, które przefiltrowane przez skalno-piaszczyste podłoże, są krystalicznie czyste. Niestety, późnym latem te cieki wysychają, a jedynym źródłem wody pitnej staje się główny nurt, czyli brudna rzeka, która płynie swoim wąskim korytem, i zawsze jest ohydnie zapiaszczona.

8 sierpnia był dniem, w którym wyraźnie brakowało nam wody. Wcześniejsze próby jej filtrowania przez czyste skarpetki, okazały się bezskuteczne. Mimo że wielokrotnie odrzucaliśmy kilogramy piasku, zawsze coś chrzęściło w zębach. Gnany naturalną potrzebą zamoczenia ust w czystej wodzie, z samego rana udaję się w głąb doliny Grigorieva, i odkrywam – drogę na lodowiec, przepiękne oczka lodowcowe o błękitnym kolorze, i nieśmiałe cieki wodne, które oddalone od wyspy o kilkaset metrów i sprytnie ukryte pomiędzy kamieniami, stają się naszym jedynym czystym wodopojem.

Koło południa jesteśmy gotowi na lodowiec. Plecaki upakowane trzydziestoma kilogramami sprzętu i jedzenia, z tępym wyrazem twarzy zarzucamy na plecy i ruszamy w górę. Wreszcie wchodzimy na lodowiec, ale droga nie jest łatwa. Przez dziesiątki lat wytapiane globalnym ociepleniem, czoło lodowca przybrało kształt litery U. Środkiem i pomiędzy wielkimi serakami płynie rzeka, a jedyna możliwa i niekoniecznie bezpieczna droga wiedzie skrajem lodowca. Przez kolejnych kilka godzin kluczymy między wantami, szczelinami, lodowo-kamiennymi kopcami, aż wreszcie naszym oczom ukazuje się Pik Kosmos. Zatrzymujemy się. Kurwa! To jedyne słowo, na jakie nas było stać, i jedyne, które potrafiło tak obrazowo opisać niezwykłą urodę i potęgę góry. Kosmos jest potężny, to wiedzieliśmy, ale gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy rozłożystą ścianę, która dominowała nad doliną, nie było sposobu na wyrażenie się bardziej lapidarnie i celnie. 

Po godzinnym zachwycie zakładamy depozyt i wracamy na wyspę. Kolejnego dnia, z całym majdanem pokonujemy raz jeszcze tą samą drogę, i idziemy dalej na lodowiec. W odległości 2 km od ściany i 7 km od wyspy, na względnie wygodnym lodowcu (3940 m n.p.m.), wybijamy czekanami platformy i rozbijamy namioty. ABC staje się faktem dokonanym, a wieczorną kolację umila świecący księżyc i prężąca się w skrzącym mrozie północna ściana Piku Kosmos. Do przeniesienia pozostaje nam depozyt, który 10 sierpnia, w pełnym słońcu, przynosimy do obozu. Misja zakończona, 20 kilometrów zrobione, a przed nami tylko 2 tysiące metrów w pionie, i dwa dni zasłużonego odpoczynku, po 11 dniach roboczych.

Status Piku Kosmos

Szczyt po raz pierwszy „zdobyty” został 16 lat temu (12 sierpnia 1998 roku), przez Igora Korsunova (Korsun) i Walerego Bojkę [zob. Kiełkowska Małgorzata, Kiełkowski Jan (red.): Wielka Encyklopedia Gór i Alpinizmu. Tom II, Góry Azji], i jest to jedyna udokumentowana wyprawa działająca na tej górze. Niemniej, wokół tego wejścia narosło sporo niejasności. Ze szczątkowych informacji, do których udało nam się dotrzeć na stronie rosyjskiego klubu alpinistycznego „Chernogolovka” (http://www.alpclub.ru/?p=151), a także na stronie http://www.alpclub.ru/?cat=7, gdzie autorem wpisu jest sam Wiktor Efimov (ówczesny kierownik wyprawy w 1998 r.) wynika, że Pik Kosmos atakowany był północną ścianą przez kilka zespołów, ale żaden z zespołów nie osiągnął wierzchołka. Dwójka najszybszych wspinaczy, która pokonała północną ścianę i była około 100-150 metrów przed wierzchołkiem, na wieść o wypadku drugiego zespołu, wycofała się z ataku i włączyła do akcji ratunkowej. Według danych na stronie uczestników wyprawy, wypadkowi w lawinie uległ Igor Korsun (rzekomy zdobywca Piku Kosmos), który w wyniku ciężkich obrażeń zmarł dwie godziny później. Brak jakichkolwiek danych, czy wypadek zdarzył się w trakcie wspinaczki, czy też w trakcie zejścia, ale z lakonicznego opisu na stronie uczestników wyprawy wynika, że do wierzchołka wciąż pozostawało 100-150 m, a wspinacze, którzy ruszyli na pomoc kolegom, nie dokończyli wspinaczki. Dwa dni później, gdy Igor Korsun został pochowany, wyprawa została odwołana, a uczestnicy wrócili do Moskwy. Mimo, że formalnie – w oparciu o powyższe dane –  wierzchołek Piku Kosmos nie został osiągnięty, rosyjska komisja badająca przyczynę i przebieg wypadku uznała wejście za całkowity sukces, uzasadniając to tym, że wspinacze byli już poza wszelkimi trudnościami, wejście na szczyt łatwą granią nie stanowiło żadnego problemu, a prowadzona akcja ratunkowa, od której zależało życie człowieka, miała ponad wszystko priorytet.

Nasze wątpliwości odnośnie wejścia na szczyt potwierdził również Jerzy Wala, który po zaznajomieniu się ze źródłami, powiedział: „prawdopodobnie Rosjanie rozwiązali ścianę, ale nie osiągnęli wierzchołka”. W trakcie poszukiwania informacji o tym przejściu, natrafiliśmy również na PDF-a magazynu „Climb Magazine” (nr poświęcony tematyce Greater Himalaya), gdzie na stronie nr 5, w opisie dotyczącym rejonu (Kyrghyzstan 2005) pojawia się wzmianka o niepewnym statusie Piku Kosmos.

Jeszcze przed wyprawą udało nam się skontaktować z Wiktorem Efimovem (kierownikiem tamtej wyprawy), ale i on nie rozwiał naszych wątpliwości. Na pytania dotyczące wejścia, odpowiedział, że: „tak, wspinaliśmy się (...) i bardzo będą wam potrzebne cienkie haki”. Po tym lakonicznym e-mailu nie uzyskaliśmy odpowiedzi na kolejne nurtujące nas pytania.

Księżycowy kuluar - 14 sierpień

- Patrzysz?

- Patrzę – odpowiedział Kuba. Stałem na stanowisku w ścianie i z niepokojem rozwiązywałem wyblinkę. Szykowałem się do kolejnego wyciągu, ale jakoś nie mogłem powstrzymać się przed zerkaniem w górę.

- Ale patrzysz? – Zapytałem raz jeszcze, żeby upewnić się. Nie patrzenie było w tym przypadku bardzo niebezpieczne.

- Yhm… tak, patrzę – odpowiedział spokojnie. Obok nas, na osobnym stanowisku znajdowali się Radek i Wojtek, którzy podobnie jak my, szykowali się do dalszego wspinania. Oni nie patrzyli. Gdy zaczynaliśmy wspinaczkę, nie spodziewaliśmy się takich problemów. Sam lód, miejscami przysypany był dość miękką i głęboką pokrywą śnieżną. Dokopanie się do niego i wkręcenie śruby stanowiło nie lada wyzwanie. Niby nie było jakoś kosmiczne stromo, może do 70 stopni, ale bez asekuracji, w takim miejscu, i bez patrzenia, mogło to skończyć się źle.

Zerkam na Kubę. Nie patrzy! – Ale patrz! – Ponaglam go.

- Ok, już patrzę – odpowiedział.

- No to patrz. – Kiwnąłem głową. Sytuacja była kuriozalna. Byliśmy nad dwoma szczelinami brzeżnymi, niemalże w samym środku ściany, każdy miał jakieś zadania do wykonania, a tymczasem zawsze ktoś musiał patrzeć. Ktoś patrzył, żeby inni nie musieli. Warty pełniliśmy na zmiany. Gdy któryś z nas wykonywał jakieś skomplikowane operacje, drugi miał obowiązek patrzeć. Czasami patrzyliśmy wszyscy, ale nie zawsze uważnie, i gdy wydawało się, że ktoś patrzy, nikt nie patrzył. Łapaliśmy się na tym wielokrotnie. A zagrożenie czyhało. Z przeciągłym świstem, albo z basowym buczeniem, z furkotem, który przenikał do szpiku kości, przelatywały pociski. Niektóre były wielkości pięści, inne dużo większe, buczały złowrogo przelatując obok. Czasami zdarzały się płaskie jak talerz, które rozcinały księżycowy kuluar, niczym piła tarczowa tnąca potężną sekwoję, a jeszcze inne, po zderzeniu ze skałą, rozpadały się na drobne i zasypywały nas gradem pocisków. A za wszystko odpowiedzialne było słońce, które wysoko na grani urządzało sobie harce. Kamienie ściśnięte nocnym mrozem, pod wpływem ciepła wyrywały się z objęć i spadały w dół, wzbudzając w nas popłoch. Gdy patrzyliśmy, zawczasu byliśmy gotowi. Lecz, gdy nie patrzyliśmy, mieliśmy zazwyczaj fart.

 

Wspinaliśmy się księżycowym kuluarem. Nie licząc latających kamieni, był on jedyną formacją, która sprawiała wrażenie względnie bezpiecznej. Pozostała część ściany, a w szczególności olbrzymia galeria (pierwotny plan ataku), była broniona przez wiszące seraki, które średnio, co 30 minut organizowały masową zbiórkę pod ścianą. Lawiny seraków były tak powszechne, że w pewnym momencie przestaliśmy na nie zwracać uwagę. Oczywiście, mogliśmy spróbować zrobić diretissimę, ale patrząc na 2 kilometrową ścianę, na lawiny, i niewątpliwe bardzo trudny teren wspinaczkowy, uznaliśmy, że przekracza to akceptowalne ryzyko. Kuluar wydawał się jedyną słuszną formacją, bo po jego pokonaniu wychodziło się na względnie łatwą grań, która długim trawersem prowadziła na kosmiczny szczyt, zaliczając po drodze inny, mniejszy wierzchołek.

Pik Kosmos zwany również jako Pik Schmidta, to drugi najwyższy po Piku Dankova (5980m) szczyt w Zachodnim Kokszał Tau. Znajduje się on w grani głównej pasma i od strony kirgiskiej jest chyba jednym z najtrudniej dostępnych szczytów, do których nie prowadzi łatwa, szybka i oczywista droga. Z podstawy lodowca (ABC na wys. 3940 m) do najwyższego punktu (wierzchołek 5940 m) osiąga wysokość dwóch kilometrów, a sama grań, od najniższej krawędzi galerii (orograficznie po prawej) do przełęczy Palgova (orograficznie po lewej lodowca Grigorieva) osiąga długość ok. 6,7 kilometrów. Jest to zatem niezwykle rozłożysta i eksponowana góra, na wierzchołek której nie prowadzi łatwa droga. Naszym założeniem było osiągnięcie grani nad kuluarem, założenie C1, przeprowadzenie akcji szturmowej, powrót do obozu i zjazd na lodowiec. Łącznie 4 dni akcji.

Panorama Piku Kosmos po opadach śniegu z zaznaczonymi strefami

- Ty jesteś porąbany – powiedział do mnie Kuba. Spojrzałem na niego ze zdziwieniem. Jego mina była bardzo przekonywująca.

– Czterdzieści metrów bez asekuracji?

– Co miałem zrobić? – Wzruszyłem ramionami. Gdy byliśmy bombardowani kamieniami, a kamienie leciały z naszej prawej strony, rozsądnie było uciec na lewo. I tak też uczyniliśmy. Niestety, lewa strona, mimo że przez większość dnia była względnie bezpieczna, znajdowała się w cieniu. Śnieg, który nie ulegał metamorfizacji był miękki i głęboki, a znajdujący się pod nim lód, dziurawy jak sito. Widząc zbliżający się zmierzch, wysoko nad głową skały, a wokół nich wyraźne ślady lodu, zdecydowałem się przemknąć ten odcinek bez zbędnych ceregieli, i udawania, że założyłem dobry punkt. Po osiągnięciu skał założyłem stanowisko, ściągnąłem do siebie Kubę, usłyszałem naganę i spojrzałem w górę. Do szczytowych nawisów wciąż pozostawało kilka wyciągów, ale już wiedziałem, że nie osiągniemy grani przed nocą.

Przez kolejnych kilka godzin, mocno zmęczeni całodniowym wspinaniem, siłą woli wciąż ciągniemy w górę, klucząc między skałami, i szukając dobrego lodu do asekuracji. Jakiś czas później, gdy ciemność ostatecznie pożera ścianę, a nas odcina od kontaktu wzrokowego z nawisami, gwałtownie zmienia się pogoda. Zrywa się silny wiatr i zaczyna sypać śnieg. Opad szybko nasila się, a nas zaczynają atakować pyłówki. Ciężko nam uwierzyć, że załamanie pogody, które miało nastąpić jutro, nadeszło dzień wcześniej. Patrzymy na siebie z niedowierzaniem, i czujemy że to koniec. Radek i Wojtek próbują jeszcze coś urobić, ale zaczyna to nosić znamiona desperacji. Przekrzykując silny wiatr, staram się dowiedzieć, czy widać już nawisy. Odpowiedź jest przecząca. W końcu decydujemy się na odwrót. Opad śniegu jest intensywny, a wiatr miejscami porywisty. Zaczynamy szukać miejsca do zjazdu, i po 30 minutach odnajdujemy kawałek litego lodu. Zaczynamy kręcić „abałakowa”, i gdy mamy już wydrążone otwory, zaczyna się połówkowy koszmar. Z charakterystycznym dla siebie sykiem, raz za razem, małe lawinki zasypują nam stanowisko. Kuba uwija się jak w ukropie, próbuje oczyścić zasypane otwory, ale gdy tylko udaje mu się to zrobić, uderza w nas kolejna pyłówka. Trzęsiemy się z zimna. Półgodzinna walka z wciąż zasypywanym „abałakowem”, i niemożnością przewleczenia liny, wyczerpuje naszą cierpliwość. Kuba próbuje nas przepraszać za to, że nie jest wstanie nakręcić stanowiska, ale każdy z nas dobrze widzi, co się dzieje. W takich warunkach śnieg zachowuje się jak woda – wciska się wszędzie. Bezradnie rozkładamy ręce i w końcu decydujemy się zjechać ze śruby. Z ciężkim sercem zakładamy stanowisko i ruszamy w dół. Przed nami kilkanaście godzin zjazdów (30 godzin akcji w całości).  

Front

Łomot przewala się przez całą dolinę. Basowe wibracje, jakie temu towarzyszą, przenikają do wnętrza namiotu. W ciągu minuty, przez głowę przelatuje mi setka myśli, ale tylko jedna z nich jest wyraźna i niezmiennie natarczywa. „W górach jest wszystko, co kocham.” Autora tego tekstu, najchętniej, zatłukłbym łopatką czekana! Czwarty dzień w namiocie – bez akcji, bez ruchu. I tylko ten śnieg, który wybija znienawidzony rytm o płachtę namiotu, a gdy już zbierze się go wystarczająco dużo, z szelestem zsuwa się w dół. Wtedy trzeba wyjść i odwalić go ze ścianek schronienia, i na nowo można nasłuchiwać. Wtóruje mu podobny dźwięk, ale tysiąckroć potężniejszy i dłuższy, bo ze ściany Kosmosu, a potem zduszone głosy z sąsiedniego namiotu – Ja pierdole, słyszałeś?  I tak w kółko, dzień za dniem.

Jesteśmy wysuniętą rubieżą, czołowym elementem ugrupowania bojowego, które w obszarze walk, zajęło okop, i wciąż go okupuje. Ta wojna przybrała najmniej oczekiwany przebieg – pozycyjny. Czwarty dzień wciąż na tych samych pozycjach, a nad nami niż, który przez klin wyżowy znad Sajan, przykleił się do Zachodniego Kokszał Tau i krąży wokół. Jest niczym natarczywa mucha, która orbituje nad obiadem. Próbuję zaklinać pogodę, i gdy tylko przestaje sypać, wychodzę, obserwuję i błagam Najwyższego o litość. A potem znowu sypie, 30 godzin non stop, modlitwa, i znowu 54 godziny non stop.

Na telefon satelitarny dostajemy smsy z prognozą pogody: „Cześć, sytuacja synoptyczna. Klin wyżu. Na satelitach cały Kokszał Tau w chmurach. Najgorzej nad Kosmosem”. Kilka godzin później dostajemy kolejną wiadomość: „(…) najgorzej w sobotę. Cały dzień opad. Okno pogodowe w niedziele, potem znowu załamanie.” Okno pogodowe. To na nie właśnie czekamy, ale gdy zbliża się ten dzień, dostajemy kolejną wiadomość, „okno we wtorek”. A potem kolejna, „okno pogodowe przesunięte na środę”, a jeszcze potem, „pogodny dzień w czwartek.” I znowu się nie sprawdza.

Front natarcia upada. Ruskie siaty, będące magazynem jedzenia liofilizowanego Lyofood, znikają pod śniegiem - miejscami jest go w okolicach metra. Wyjście za potrzebą staje się górską przygodą, na którą trzeba założyć nie tylko wysokie buty, ale i stuptuty. Czasami wychodzimy w sandałach, ale potem długo rozcieramy zmarznięte stopy. Na palcach odliczamy czas: 11 dni transportów, 2 dni odpoczynku, 2 dni aklimatyzacji, 2 dni akcji w kuluarze, 6 dni opadów, 2 dni na uleżenie się śniegu, i 6 dni na powrót do bazy Kotur. O wiele za mało, tymczasem Komos wciąż nie ruszony. 

Pogoda w Zachodnim Kokszał Tau

Pogodę w Zachodnim Kokszał Tau kształtuje kilka czynników. Pierwszym z nich jest ukształtowanie terenu. Góry Kirgistanu zajmują prawie 93% terytorium kraju, z czego aż 65% powierzchni to góry Pamiru i Tien Szanu. Z tego względu, mimo, że Kirgistan znajduje się w strefie podzwrotnikowej, panują tu warunki klimatu umiarkowanego, ciepłego. Temperatury bywają tu skrajne, na nizinach lata gorące i suche, a w górach zimne i obfite w opady śniegu. Najwięcej opadów notuje się na południowych i zachodnich stokach Tien Szanu, a więc m.in. w Zachodnim Kokszał Tau. W dużej mierze związane jest to z gorącymi masami powietrza, przemieszczającymi się znad rozgrzanej pustyni Takla Makan w zachodnich Chinach, które  ścierają się z chłodnym powietrzem znad Tien Szanu. W wyniku ścierania się tych dwóch mas powietrza, często tworzą się ciepłe i chłodne fronty atmosferyczne, które odpowiadają za długotrwałe opady.

Z takim właśnie zjawiskiem, spotkaliśmy się podczas wyprawy Pik Kosmos 2014. Niestety, w wyniku stabilnego i rozległego klinu wyżowego znad Sajan, front zamiast szybko przejść, został zablokowany i zatrzymał się nad Kosmosem. Ponadto, w okresie od 14 do 19 sierpnia, czyli w okresie najmocniejszych opadów, mieliśmy do czynienia z zachmurzeniem orograficznym. Nasza koleżanka Ola, specjalistka z meteorologii tak napisała o tym typie zachmurzenia:  „Powstaje ono wtedy, kiedy powietrze napotyka na swojej drodze góry, które wymuszają jego wznoszenie się. Podczas takiego ruchu nastąpiła kondensacja pary wodnej,  mimo że masa powietrza była relatywnie sucha (kontynentalna). Okazało się to możliwe z uwagi na wysokie wypiętrzenie masywu.” Więcej szczegółów o nietypowych warunkach pogodywch w Zachodnim Kokszał Tau znajdziecie na naszym blogu (www.kosmos2014.kw.krakow.pl).

Walka z wiatrakami

- Srauuu to pies – wyję z gniewu. Jeszcze kilka godzin wcześniej byłem pełen optymizmu, a ten finalny, ostatni i pełen desperacji atak, postrzegałem bardzo kolorowo. Wciąż wierzyłem. A teraz nie mogę uwierzyć, że wleczemy się tak okrutnie wolno. Zapadam się po pas w śniegu. Pod stopami nie czuję lodowca, tylko miękką poduchę, która przy każdym gwałtownym ruchu wciąga mnie jeszcze głębiej. Padam na twarz i zaczynam „płynąć”. Macham rękami jak szalony, wspieram się na kijach, rozkładam ciężar na wszystkie możliwe strony, na stopy, kolana, kije, czołgam się na goleniach, brzuchu, niemalże z twarzą w śniegu, ale to nie pomaga. Sześciodniowy śnieg całkowicie zmienia zasady gry. Lodowiec, którym idziemy, wcześniej poorany szczelinami, pęknięciami i lodowymi spiętrzeniami, teraz wygląda niczym pięknie wyprasowany obrus na święta. Gładka jak stół pokrywa śnieżna, to w rzeczywistości potężny magazyn śniegu, który sypał, był zwiewany z grani kosmosu, a teraz niczym kosmiczna mgławica, osiadł na lodowcu delikatnym, ale zbitym puchem. Wprasowany w nierówności lodowca wygląda pięknie, ale chyba prościej byłoby w nim drążyć tunele, niż po nim chodzić.

Miejsce, w którym się znajdujemy, to wysokie piętro lodowca, a w zasadzie jego odnoga, która kilkaset metrów powyżej naszego obozu, serakami przewala się na „główny nurt” lodowca Grigorieva. Kocioł lodowcowy, bo w zasadzie tak wygląda to miejsce, znajduje się orograficznie po lewej stronie Kosmosu, i wyprowadza pod kuluar, którym wcześniej prowadziliśmy akcję. Z bazy do miejsca startu, przed opadami śniegu, szliśmy około 1,5 godziny. A teraz idziemy już, bagatela, 6 godzin i nawet nie pokonaliśmy 2/3  drogi. Z namiotów wyszliśmy o 1.30 w nocy, szacując, że droga zajmie nam godzinę więcej, niż normalnie. Niestety, masa puchu, wschód słońca, a potem ciepłe promienie rozmiękczające i tak miękki, nawiany śnieg, dewastują siły, odbierają wolę. Zatrzymujemy się w śniegu po pas i ze zgrozą patrzymy na kilkanaście hektarów przestrzeni. Jest 9 rano. Od trzech godzin powinniśmy być w ścianie.  Kuba i Wojtek patrzą na mnie jak na wyrocznię. Wiedzą, że jestem zdeterminowany, wściekły, agresywny i nie mają odwagi zasugerować mi odwrotu. – Srauuu to pies – w końcu mówię do nich, i zataczam ręką łuk, demonstrując jak wielkie jest to pole nawianego śniegu. - To kompletnie nie ma sensu – po chwili dodaję. Kuba przytakuje skinieniem głowy, a Wojtek przybija mi piątkę. Ciśnienie opada.

Jest 21 sierpnia. Od dzisiaj nie sypie śnieg, a sypał sześć dni non stop. W nocy wyruszyliśmy na ostatni desperacki atak. Do akcji ruszyłem ja, Kuba i Wojtek. W obozie została Kasia i Radek. Radek zawodowo jest fryzjerem, a po ostatniej akcji odmroził sobie palec, i nie chce ryzykować utraty narzędzia pracy. Stoimy niezdecydowani, chociaż decyzja zapadła już dawno, i nie mieliśmy na nią wpływu. Po 30 minutach decydujemy się wycofać, robimy „przepak”, ale żeby nie tracić całego dnia, postanawiamy jeszcze zaatakować mało istotny, pięciotysięczny szczyt, który niczym malutki brat kosmicznego giganta, kuli się u jego podstawy. W ciężkim śniegu, dogrzewani słońcem, szczelnie i ciepło ubrani, ruszamy w górę. Po kilku godzinach docieramy na grań. Śniegu po pas, po kolana, jak w Himalajach. Przemy do przodu zmieniając się na prowadzeniu, i docieramy... do przedwierzchołka. I tu kończy się przygoda.

Dysonans poznawczy, z którym tak długo walczyliśmy, ten stan nieprzyjemnego napięcia psychicznego, definitywnie kończy się. Koniec. Ende. Nie będzie fine prime tempo. Stojąc na grani i spoglądając na Pik Kosmos zarządzamy koniec wyprawy. A słowa, które kołaczą się w myślach - „wymagasz, żeby rozmaite sytuacje, okoliczności, miejsca, czy osoby uszczęśliwiały cię, a potem bolejesz nad tym, że nie dorosły do twoich oczekiwań.” - w całości obrazują  prawdę o rejonie i o tej wyprawie. Z obecnej chwili zrobiliśmy sobie wroga, a stawiając opór temu, co jest, już dawno przekroczyliśmy granicę, nie dostrzegając jednocześnie, że skrajne myśli, emocje, wreszcie wzajemne oskarżanie się o zbyt mały wkład w realizację celu, były kompletnie nieuzasadnione. Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy! Czasami po prostu nie da się wygrać, nawet za cenę 10 kg żywej wagi, którą w ciągu 4 tygodni każdy z nas z gubił.

Już po wszystkim, gdy wylądowaliśmy w domach, i gdy przyszedł czas na głębszą refleksję, Wojtek powiedział znamienne słowa: „(…) z tamtej chwili pamiętam taki moment, że jak już powiedzieliśmy sobie – koniec, idziemy do domu – i jak wrzuciliśmy na luz, to ja złapałem moment zachwytu nad tymi górami. Nagle zauważyłem, jak piękne jest to miejsce. To był ciekawy efekt , bo wcześniej, owszem była fajna miejscówka i klimat, ale jednak była też ostra akcja. Ale dopiero, gdy niczego nie musiałem, to z luzem przyszedł zachwyt nad miejscem, w którym się znalazłem.”

Przeszliśmy drogę, która nie zakończyła się na szczycie, ale ją przeszliśmy, i to był nasz niewątpliwy sukces.  

Podsumowanie

Wyprawa Pik Kosmos 2014 trwała w okresie od 27 lipca do 2 września 2014 roku. W wyprawie wzięli udział członkowie Klubu Wysokogórskiego Kraków: Wojciech Anzel, Jakub Gałka, Katarzyna Kowalska, Piotr Picheta, Radosław Robak.

Od bazy Kotur do bazy pod Pikiem Kosmos, w linii prostej, było około 36 km. Zróżnicowany teren, którym się poruszaliśmy, a także sporo wyposażenia i potrzebnego na wyprawę jedzenia, sprawiły, że transportując rzeczy od bazy do bazy, wielokrotnie pokonywaliśmy te same odcinki. Chodząc tam i z powrotem, łącznie pokonaliśmy 220 km w ciągu 11 dni.

W tym samym czasie, gdy my wspinaliśmy się na Pik kosmos, w Zachodnim Kokszał Tau działały dwie inne wyprawy: brytyjska i niemiecka. Z powodu długich i silnych opadów deszczu i śniegu żadna z wypraw nie osiągnęła zamierzonych celów.

W trakcie wyprawy nie udało nam się wejść na żaden ze szczytów. Akcja aklimatyzacyjna, z powodu późnej pory, zakończyła się na przedwierzchołku góry, oznaczonej kotą 5013 m. Późniejsza próba zdobycia tego samego szczytu załamała się z powodu olbrzymich ilości śniegu.

Pik Kosmos atakowany był dwukrotnie. Pierwszy atak z powodu pogody załamał się pod granią wieńczącą Księżycowy Kuluar. Drugi atak został przerwany z powodu dużej ilości śniegu, jeszcze przed wejściem w kuluar.

Strona internetowa wyprawy: www.kosmos2014.kw.krakow.pl

Galeria 20 – Uczestnicy wyprawy

Podziękowania

Chcemy gorąco podziękować wszystkim naszym sponsorom i osobom, które aktywnie przyczyniły się na rzecz wyprawy, a w szczególności: Portalowi Górskiemu za wytypowanie nas na zwycięzców w konkursie „Łap za dyszkę”, marce Dare2b za odzież techniczną, firmie Lyofood za doskonałe jedzenie liofilizowane, sklepom górskim E-Pamir na czele z kolegą Markiem Wielgusem za sprzętowy wkład, marce Marmot za ciepłe wyposażenie, firmie Wawel za słodycze umilające trudną podróż, Rzeszowskiej Kuźni Szpeju za szpej, Marcinowi Karlikowskiemu (lekarz wyprawy) za konsultacje medyczne; Tomkowi Pawłowskiemu za wsparcie elektroniką.

Szczególne podziękowania dla naszego kolegi Tomka Muchy za redakcję naszych smsów z wyprawy, za aktualizację strony www i za wiadomości z prognozą pogody.

Serdecznie podziękowania chcemy również skierować do naszej koleżanki Aleksandry Tusińskiej, która z pełnym zaangażowaniem przesyłała nam prognozę pogody.

W wyprawę zaangażowana była marka Climbe, która zaprojektowała i wykonała wyprawowe koszulki. Szczególne podziękowania należą się firmie Projektowanie Graficzne Katarzyna Kowalska, która odpowiedzialna była za opracowanie identyfikacji wizualnej wyprawy. 

Serdecznie dziękujemy JM Rektorowi AGH prof. dr hab. inż. Tadeuszowi Słomce za objęcie naszej wyprawy honorowym patronatem.

  • Piotr Picheta
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Relacja z Kinti Polish Expedition Peru 2014

Zakończyła się wyprawa Kinti Polish Expedition Peru 2014.  26 lipca powrócili do kraju wspinacze Jurek Czerniec i Piotr Waloszczyk, którzy przez niecały miesiąc działali w górach Kordyliery Białej w Andach peruwiańskich.  Tegoroczne warunki panujące w wysokich górach nie należały do najłatwiejszych. Nieustające zmiany pogody w ciągu dnia, (rano słońce a po południu deszcz lub śnieg)  powodowały ograniczenia i utrudniały osiąganie niektórych celów wyprawy. Czasem jednak sprzyjało nam szczęście…

Widok na Kordylierę Białą oraz miasto Huaraz w dolinie.

Naszą działalność górską rozpoczęliśmy 25 lipca o 9 rano po wcześniejszej całonocnej jeździe autobusem i 15 godzinach podniebnej podróży. Tego ranka wybraliśmy się na pierwszy trekking na okalające miasto Huaraz (3100 m.n.p.m.)   pasmo Kordyliery Czarnej ( Cordiliera Negra) na wysokość około 4000 m.n.p.m. Jak się później okazało,  nie było to najmądrzejsze posunięcie ale byliśmy tak bardzo spragnieni gór, że nie zwracaliśmy uwagi na konieczność stopniowej aklimatyzacji. W kolejne dni odwiedzaliśmy urokliwe zakątki  Białej Kordyliery z przepięknymi Jeziorami Churup i Aquak, osiągając wysokość 4500 m.n. p.m. Niestety tam zauważyłem  pojawiające  się pierwsze symptomy osłabienia. Zbyt szybka aklimatyzacja oraz brak odpowiedniego odpoczynku po podróży spowodowały wystąpienie klasycznych objawów choroby wysokościowej. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się zaatakować pierwszy ze szczytów Nevado Pisco.

Droga do szczytu wiedzie urokliwą doliną Llanganuco z wielkimi jeziorami : Llanganuco Chinancocha  i Llanganuco  Orconcocha.  To tam po raz pierwszy uświadomiłem sobie z jakim ogromem piękna będą musiały poradzić sobie zmysły podczas tej wyprawy. O ile mój zachwyt wzrastał z każdym metrem zdobywanej wysokości, to moje siły ustępowały coraz mocniejszym objawom choroby. Płytki oddech, nudności, zaburzenia widzenia, zawroty głowy i ogólne osłabienie dopadły mnie finalnie w base camp’ie na 4500 m pod Nevado Pisco. Piotrek oraz nasz przewodnik  Cesar Vargas byli w bardzo dobrej formie. Wiedziałem już, że ten szczyt mnie ominie. W noc ataku szczytowego choroba pogłębiła się i dostałem lekkiego obrzęku płuc. Wtedy zdałem sobie sprawę z powagi sytuacji. Pamiętam jak w nocy pełen niepewności o swoje życie, nie mogąc spać ze względu na nieustanny bezdech, który dopadał mnie podczas prób zaśnięcia, wsłuchiwałem się w grzmot spadających lawin i obrywów.  Potęga gór, siła tego żywiołu była w tym momencie dokładnym przeciwieństwem wątłego granicznego stanu, w którym się znalazłem.  Ten kontrast uświadomił mi moje miejsce w hierarchii stworzenia. Gdzieś o bladym świcie cudowne medykamenty Piotrka zaczęły działać i wreszcie zasnąłem. Obudziłem się w znacznie lepszej formie. Wiedziałem, że najgorsze mam już za sobą.



Szlak do Nevado Pisco

29 czerwca o poranku widok na Nevado Pisco był cudowny. Ustawiłem kamerę na tryb Time Laps robiąc zdjęcia w sekwencji co 10 sekund by uchwycić przepiękne chmury przepływające przez szczyt. Wiedziałem, ze Piotrek i Cesar, skoro wyszkli około 2 w nocy, w tym momencie  powinni być na szczycie lub zaczęli już z niego schodzić. Czekałem ze zniecierpliwieniem podekscytowany całą sytuacją. Cieszyłem się, z każdego oddechu. Powróciłem do żywych i tęskniłem do nich teraz bardziej niż kiedykolwiek.  Wreszcie dostrzegłem majaczące gdzieś  na grzbiecie moreny  ludzkie postacie.  Moja radość wzrosła niewspółmiernie a wszelki niepokój ustąpił. Zrozumiałem, że góry pokazały nam swoją moc ostrzegając przed brawurą i brakiem ostrożności. Kiedy nadeszli koledzy czekała na nich już gorąca herbata i gratulacje 

Z relacji Piotrka wiem, że szczyt Nevado Pisco nie należy do najłatwiejszych. Droga jest długa i wiedzie początkowo trudnym orientacyjnie terenem poprzez morenę. Potem na lodowcu znów nie jest łatwo znaleźć właściwe przejścia poprzez szczeliny. „Trudniejszy niż Elbrus” skwitował Piotrek.  Choć tam nie byłem przyznaję mu rację, bo po południu poszedłem na 4700m. na morenę  zobaczyć jak wygląda  droga. Trudno było mi w dzień określić, optymalne przejścia przez spiętrzenia moreny i potem na lodowcu, a co dopiero w nocy w ograniczonej widoczności. Nevado Pisco był ważną lekcją, swoistym chrztem  bojowym. Ciszyliśmy się z pierwszego  sukcesu wyprawy. Uświadomiliśmy sobie też, że teraz będzie już tylko trudniej…

Alpamyo
Po kilku dniach regeneracji wyruszyliśmy po raz kolejny z Huaraz na północ w kierunku doliny Santa Cruz. Tym razem oprócz przewodnika Cesara towarzyszyli nam dwaj porterzy. Po dotarciu do ujścia doliny przeładowaliśmy ekwipunek na osiołki i ruszyliśmy w góry w kierunku Alpamayo.  Trekking doliną Santa Cruz należy obok Annapurny do jednego z najpopularniejszych na świecie. Wędrując można spotkać tu wiele międzynarodowych ekip. Rzeczywiście widoki  zapierają dech w piersiach a przyroda i malownicze uroczyska sprawiają, że ma się poczucie totalnego odrealnienia i oderwania od wszystkiego co dotąd było znane.
 
Tym razem czułem się wyśmienicie i ze współczuciem patrzyłem na cierpiących przez wysokość innych trekkerów. Dotarcie do basecamp’u pod Alpamayo  zajmuje dwa dni. Drugiego dnia po wcześniejszym obozowaniu dociera się do pięknego jeziora Jatuncocha 3800 m.n.p.m. skąd droga dalej wiedzie niesamowitym, bo piaszczystym dnem doliny.

Dolina Santa Cruz

Na przełęczy Alpamayo

Podróż doliną Santa Cruz wprawiła mnie w niecodzienny nastrój. Byłem w stanie euforii i poetyckiego uniesienia. W końcu zmierzaliśmy do najpiękniejszej góry na świecie a droga do niej dosłownie wgniatała w ziemię swoim pięknem. Trudno opisać   uczucie bezpośredniego doświadczania bezkresu niesamowitości. Myślę, że jedynym dobrym określeniem jest szok estetyczny;). W basecamp’ie  4600 m.n.p.m. spotkaliśmy inne  międzynarodowe zespoły a nad nami szybowały orły i kondory. Następnego dnia wyruszyliśmy do wysokiego obozu pod Alpamayo. Droga wiedzie poprzez morenę i lodowiec na przełęcz 5600 m.n.p.m. z której następnie zeszliśmy  150 m niżej na plateau lodowca do podnóża  ściany Alpamayo. Ostatnia faza podejścia na przełęcz okazała się dość wymagająca. W tym roku było tam zdecydowanie trudniej niż dotychczas. Ostatnie 140 m musieliśmy pokonać wspinając się w terenie o nachyleniu 70 stopni. Wieczór pod Alpamayo należał do najpiękniejszych w moim życiu. Sceneria tego miejsca nie ma sobie równych. O 2 w nocy wyruszyłem z Cesarem w kierunku francuskiej drogi. Wspinanie rozpoczęliśmy od wyprzedzenia innego zespołu na podejściu i pokonaniu szczeliny brzeżnej. Początek drogi przeraził mnie. Słabo związany śnieg, który nieustannie sypał się do podstawy ściany sprawiał, że dziaby i raki siadały tylko na słowo honoru. Często osuwałem się, co sprawiało, że dodatkowo spinałem mięśnie i męczyłem się podwójnie. Po dwóch wyciągach weszliśmy w firn i połacie lodu, które odmieniły mój stan. To wspinanie uwielbiam. Poczułem górę, jak partnerkę w tańcu. Dziaby i raki z lekkością niosły mnie coraz wyżej. Pomimo, że nie miałem dobrej aklimatyzacji czułem się świetnie. Z każdym wyciągiem rozkręcałem się. Ścianę pokonaliśmy w bardzo dobrym czasie 5 godzin. Około godziny 7 byliśmy 4 m pod szczytem. Dlaczego nie na szczycie? Ano dlatego, że  nie istnieje fizycznie. W tym roku platforma szczytowa spadła do podstawy północnej ściany zabierając ze sobą dwóch włoskich wspinaczy. Droga francuska kończy się w kuluarze 4 m  pod granią, która zwieńczona jest  sterczącymi poszarpanymi  lodowymi  płytami. Wejście na grań jest niemożliwe lub grozi kolejnymi obrywami.  Droga powrotna wiodła zjazdami w linii drogi. O 10. 30 przywitali nas z otwartymi ramionami przyjaciele w obozie. Nastąpił, krótkotrwały czas radości, który jednoznacznie został przerwany „zwaleniem z nóg” i snem. To dziwne uczucie zatrzymać się tuż przed tym co dla wielu wydaje się najważniejsze… Dziś rozumiem, że od osiągnięcia celu ważniejsza jest droga. Dwa tygodnie mojego życia, które zaprowadziło mnie do tego punktu jest sednem alpinizmu.  Zgadzam się ze słowami Lwowa, że alpinizm  to  „sztuka cierpienia”.  Dla mnie droga na Alpamayo  była naprzemiennym  doświadczaniem  piękna i cierpienia,  akceptacją życia w jego pełni.

Artesonraju i Huascaran w tle

Pod granią Alpamayo

Hatun Machay

W obozie wysokim pod Alpamayo okazało się, że warunki na  Quitaraju są beznadziejne. Szczyt widać dobrze z namiotu. Ze ściany osuwał się nieustannie śnieg, co świadczyło o tym, że warunki śniegowe nie pozwalają na wspinanie. Potwierdził to zespół niemiecki, który zawrócił u podstawy ściany. Dlatego zdecydowaliśmy się odpuścić Quitaraju i wróciliśmy do doliny Santa Cruz do obozu pod  Artesonraju. Pech chciał, że Piotrek w drodze doznał kontuzji kręgosłupa. Nieprzespana noc i brak możliwości regeneracji sprawiły, że podjęliśmy decyzję o odwrocie. Wobec faktu, że  w tym roku padało dużo więcej śniegu niż we wcześniejszych latach,  wiele z dróg nie było po prostu dostępnych. Podobnie z podejściem pod drogę El Escudo na Huascaranie.  W tym roku nikt tam się nie wspinał, ze względu na brak możliwości pokonania dość trudnego lodowca. W Huaraz okazało się, że plecy Piotrka pomimo terapii wykluczają jego dalszą działalność w górach. Dodatkowo dopadła nas grypa żołądkowa, co sprawiło, że właściwie przez tydzień byliśmy wyłączeni z aktywności. Wobec tego zdecydowałem , że w ostatnim tygodniu  powspinam  się w skale. Szybki rekonesans i już wiedziałem, że udam się do Hatun Machay. Ten rejon skalny położony na wysokości 4300 m.n.p.m.  i 70 km na południe o Huaraz to prawdziwy raj wspinaczkowy. Po raz kolejny zostałem rzucony na kolana pięknem i egzotyką Peru. Dodatkowo klimat, jaki tworzyli  ludzie przybyli  ze wszystkich zakątków Ameryki Południowej i nie tylko sprawili, że osiągnąłem najwyższy poziom wyluzowania w swoim życiu . W busie wiozącym mnie do Hatum Machay poznałem Brazylijczyka Vitor’a, z którym przez klika dni eksplorowaliśmy ten malowniczo położony rejon skalny. Jeszcze raz stoję przed trudnym zadaniem opisania miejsca, które przerasta możliwość ogarnięcia zmysłami, a co dopiero zrelacjonowania. Jest to po prostu czakram pozytywnej energii, prehistoryczne święte  miejsce, gdzie natura znów udowodniła, że jest najlepszym artystą. Wędrując przez to skalne miasto, swoisty labirynt, patrząc na formacje i fakturę bazaltowych turni odnosi się wrażenie, że to miejsce jest jakimś „gniazdem smoków”, które odcisnęły na skałach swoje ślady.

W labiryncie skał

Wspinanie w Hatun Machay  to prawdziwa ekstaza. Różnorodność formacji, doskonałe tarcie, długie piękne drogi, wszystko to sprawiło, że wspinałem się dla przyjemności robiąc tzw. metry. W ciągu 3 dni w swoim ulubionym stylu OS poprowadziłem 12 dróg od 6a do 7a wszystkie średnio miały 25 m i należały do miejscowych trzygwiazdkowych klasyków. Na więcej nie pozwoliła mi skóra i zmęczenie. Cieszę się, że sprawdziłem swoją zdolność wspinania na dużej wysokości, gdyż nawet na 6a można tutaj zdrowo się zasapać. Jednym z miłych akcentów było spotkanie kanadyjskiego wspinacza i himalaisty uczestnika zimowej wyprawy na Cho Oyu z 1984 r., który znał wielu z naszych najlepszych... Rozmowa, nie tylko z nim, uświadomiła mi, jak wielkim szacunkiem otaczani są polscy wspinacze w świecie. Przyznam się, że poczułem się dumny z dziedziczenia tak wspaniałej tradycji.  Hatun Machay pozostanie w moim sercu na zawsze. Wieczory przy kominku w schronisku, po całym dniu wspinania w otoczeniu wspaniałych ludzi gór, pozostaną we mnie jako chwile, kiedy znikają językowe i kulturowe bariery. W środku ciągle słyszę głos, który woła mnie z powrotem w te przepiękne miejsca.

Podsumowując naszą wyprawę, uważam, że choć nie udało zrealizować wszystkich postawionych celów, to wyprawa „wypaliła” . Zebrane doświadczenia zarówno organizacyjne jak i wspinaczkowe pozostają bezcenne a zdobyte: Nevado Pisco  i Alpamyo  należą do najpiękniejszych szczytów Białej Kordyliery. Chciałbym w imieniu Piotrka i swoim   podziękować naszym sponsorom za wsparcie wyprawy. Wszystkim którzy nam kibicowali dziękuje z całego serca ! Obiecuje, że to jeszcze nie koniec górskich przygód :-).

  • Jurek Czerniec i Piotr Waloszczyk
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Relacja z wyprawy We Khan do it!

Wyjazd na Khan Tengri to właściwie pół roku przygotowań każdego  z naszej czwórki – mój, Marcina, Janka i Janusza. Na głębszą jego genezę trudno by się tutaj silić. Większość zostało już wszak napisane czy opowiedziane podczas przygotowań, a co drobniejsze szczegóły pozostaną w naszych głowach i nie warto ich przytaczać. Faktem natomiast  jest, że w wyprawę „We Khan do it” każdy z nas zaangażował się całym sercem i już na kilka miesięcy przed dawał z siebie ile mógł. W założeniu wszystko można było załatwić  łatwiej czy szybciej,  kupić pakiet i po sprawie. Problemem jest, że na takie rozwiązanie nie mieliśmy ani pieniędzy ani chęci. Jak często powtarzam „droga jest celem”, więc nie warto bawić się w szukanie ścieżek na skróty, ale z łatwizny poczynić sobie swego rodzaju wyzwanie.

Właśnie takim tokiem działania poszliśmy postanawiając wyjazd nasz uczynić jak najtańszym i już po raz drugi obyć się bez zakupu pakietów agencyjnych. Z tego powodu przygotowania kosztowały dużo czasu i wytrwałości, jednak z upływem dni i miesięcy koła zębate zaczynały na siebie nachodzić, a tryby pracować tworząc lepiej lub gorzej działającą całość.

 


Nasze przygotowanie również mogły okazać się płonne  również bez pomocy z zewnątrz. Poprzez poczynione staranie udało nam się pozyskać sponsora. Dzięki firmie Reall, która pełniła tą funkcję wyprawa osiągnęła płynność finansową, a za udzielone wsparcie mogliśmy uzupełnić nasze zapasy  sprzętowe w brakujące a potrzebne elementy.  Kilka dni przed wyjazdem zrealizowaliśmy również nasz projekt na polak potrafi.pl tym samym zapewniając sobie jeszcze trochę grosza. Nie bez znaczenia dla powodzenia wyprawy pozostała również pomoc osób dobrej woli nie wyrażona w pieniądzu – pożyczanie sprzętu, udzielanie porad, konsultacje i wsparcie duchowe szerokiego grona sympatyków.
Widząc tak przychylne nastawienie do naszej, skądinąd szalonej, inicjatywy sami również staraliśmy się dać z siebie po sto dziesięć procent. Przed wyjazdem w góry każdy mocno trenował i wylewał pot na poczet wspólnej idei.
Od połowy czerwca nikt już nie myślał o niczym innym. Cytując Becka „wszystkie sprawy i zagadnienie zeszły na plan dalszy”, a idealnie piramidalny kształt Kahn Tengri popsuł normalne postrzeganie rzeczywistości czwórce zwykłych ludzi. Mieszane uczucia to chyba najlepsze co można powiedzieć o myślach, jakie kołatały się po głowie każdego z członków wyprawy. Z jednej strony radość i podekscytowanie, z drugiej obawa o zdrowie, życie i powodzenie wyjazdu.
Przed wyruszeniem nieraz przeklinałem bezlitosny czynnik obiektywny, jaki ciążył na południowej drodze na Kahn Tengri, którą obraliśmy – kuluar Siemionowa i nieprzewidywalne lawiny, w obliczu których człowiek staje się bezradny i słaby.  Godzinami myślałem, jak wyeliminować albo ograniczyć zagrożenie jakie wiąże się z tym miejscem. Mówiąc krótko, pochłonęło mnie to do reszty, a jedyne co osiągnąłem to świadomość, że co by nie robić to gra w ruletkę o mniejszej lub większej ilości nabojów w komorach.
Ostatnie tygodnie przed wyjazdem upłynęły na domykaniu spraw odstawionych i zakupach. Dodatkowy bagaż do samolotu, rozszerzenie ubezpieczenia, załatwianie ostatnich kwestii, które już dawno powinny być załatwione.
Lipiec i ostatnie dni przed wyprawą nie były dla mnie najszczęśliwszym okresem, a wszystko kręciło się wokół kontuzji, której wtedy się nabawiłem. Z pozoru niegroźne opuchnięcie kolana po treningu, na USG okazało się pęknięciem łąkotki, wymagającym leczenia operacyjnego. Pchanie się z takim urazem w góry wysokie, z dala od cywilizacji pozostawało kwestią otwartą, a na pewno nie oczywistą i rozsądną. Zastanawiałem się nad tą kwestią, choć niezbyt długo, powiadomiłem chłopaków o fakcie i rozwiałem obawy stwierdzeniem, że jednak jadę. Miesięcy przygotowań, włożonego trudu i pieniędzy nie można odpuścić po prostu od tak.
Choć wiedziałem, że moje szanse wejścia na szczyt zmniejszyły się diametralnie już przed startem, to jednak byłem świadomy, że moja obecność na wyprawie okaże się dodatkowym atutem, a przy odrobinie szczęście nawet nie będzie przeszkadzać ;). Jakby nie było zawsze, no może nie przesadzajmy – do pewnego momentu, będę mógł zrezygnować czy wycofać się.
Przez cały lipiec zarzuciłem więc treningi, zastępując je okładami z lodu, maściami i wylegiwaniem. Do połowy miesiąca opuchlizna zeszła, choć zdawałem sobie sprawę, że to tylko przejściowa poprawa.
Poza moim dolegliwościami chłopaki również nie mieli lekko. Janusz na tydzień przed startem wyprawy złapał zapalenie oskrzeli i do Kirgistanu został wyposażony w antybiotyk i naręcze leków. Janek natomiast przy pomocy badań zdał sobie sprawę, że jest bezglutenowcem i rozważał zmianę całego wyprawowego jadłospisu. Tylko Marcin nie zgłaszał poważniejszych dolegliwości.

Z mojej perspektywy wyjazd zaczął rozkręcać się 18 lipca, kiedy wyjechałem busem do Lublina. Już dużo wcześniej umówiliśmy się z Jankiem, że to jego mieszkanie stanie się punktem zbornym przed wyprawą i tam przepakujemy się, sprawdzimy ekwipunek i zaczniemy wyprawę. Gdy dojechałem do Lublina Janusz i Janek już na mnie czekali. Marcin jako miejscowy musiał przejść kilkaset metrów piechotą, aby znaleźć się w naszym centrum zarządzania wyprawą.
Trzeba przyznać, że przepakowywanie miało rozmach. Mieszkanie zostało prawie w całości zarzucone gratami wszelakiej maści i kilkuset kilogramami rzeczy dziwnego pochodzenia i przeznaczenia. Co zaś tyczy się samego tempa pracy - było ono leniwe i bezproduktywne, bardziej przypominając studencką schadzkę na piwo niż realne przygotowania na dzień przed wyprawą w serce Azji. Impreza z popołudnia przeniosła się na wieczór, a dopiero po północy osiągnęliśmy około dziewięćdziesięciu procent gotowości. Nieprzygotwani, niespakowani ale za to zadowoleni i zmotywowani po północy położyliśmy się spać.

Teraz czas przenieść się w ten radosny moment, a narrację przerzucić na barki pierwszej osoby.


19 lipca
Budząc się przed 8:00 po raz pierwszy uświadamiam sobie, że coś zwane „tym dniem” właśnie się zaczęło. Choć za kilka godzin wyjeżdżamy, do ogarnięcia zostało jeszcze kilka ważnych spraw. Po śniadaniu wraz z Jankiem zmierzam do lekarza. To mieszkający niedaleko ortopeda umówiony po znajomości, który ma spojrzeć na moje felerne kolano. Konsultacja na kilka godzin przed wyjazdem wypada stosunkowo pomyślnie – więzadła całe, a łąkotka podczas wyjazdu nie powinna bardziej się zużyć.
- Najwyżej spuchnie i będzie boleć – pada werdykt.
I choć dla innych, w sytuacji wyjazdu „na koniec świata” mógłby wydawać się wyrokiem, mnie uspokaja i wskazuje poważnie zaopatrzyć się w środki przeciwbólowe.
Na mieszkanie wracamy przed południem by wpaść w wir pakowania, sprawdzania i porządkowania. Ostatnie czynności wykonujemy niespiesznie, bardziej skupieni na pamięciowym zbieraniu bagażu w swoich myślach. Jeśli nawet nie uniknąć, to przynajmniej do minimum należy ograniczyć liczbę rzeczy, których mogliśmy zapomnieć.
Niecałą godzinę później, wraz z Januszem i Jankiem zmierzamy już w kierunku PKSu, gdzie wkrótce podjedzie nasz transport. We trójkę zjawiamy się długo przed czasem, a Marcin przychodzi kilkanaście minut przed 14:00. Ostatnie wolne chwile wykorzystuję na zakup zapasowej baterii do smartfona w przypływie świadomości, że może się jednak przydać.



Bezpośrednio przed odjazdem Polskiego Busa odprawia nas kilka osób – są rodzice Janka i Marcin który ma być podczas wyprawy naszym pośrednikiem w łączności z Polską. Ostatnie pożegnania, trudne rozłąki i po chwili oglądamy Lublin zza szyby, dziękując przewoźnikowi za klimatyzację, tak przyjemną w tym gorącym dniu.
Do Warszawy dojeżdżamy o 17:00 ze świadomością, nadmiaru czasu i baraku perspektyw na jego wykorzystanie. Niewiele myśląc, na początku musimy przejechać przez miasto. Poruszanie się z kilkudziesięcioma kilogramami bagażu stanowi nieliche wyzwanie toteż jesteśmy wdzięczni za stacje metra, znajdującą się kilkaset metrów dalej. Tym środkiem transportu przejeżdżamy dokładnie na ostatnią stację i rozkładamy się na pierwszej lepszej ławce położonej nieopodal. Czas jaki pozostał do północy poświęcamy na ostatnie zakupy, jedzenie i kręcenie się w kółko wokół kupy bagażu.
Trzeba wykonać ostatnie telefony jeszcze na polskiej ziemi – tak na wszelki wypadek, gdyż w podróży nic nie wiadomo…



Gdy nastaje zmrok, wraz z całym dobytkiem instalujemy się w poczekalni dworca. Kwadrans przed północą przyjeżdża nasz środek transportu. Na szczęście miejsca na bagaż nie brakuje i bez problemów całość sprzętu pakujemy do luku. Około godziny zero wyjeżdżamy z nocnej stolicy na zachód.


20 lipca
Noc w autokarze mija nadspodziewanie szybko i przyjemnie. Miejsca nie brakuje, ludzi relatywnie mało i korzystając z okazji możemy złapać kilka godzin przerywanego snu. Budzimy się właściwie dopiero u celu, a zaspane oczy wyłapujące napis „Berlin Schönelfeld” tylko nas w tym utwierdzają.



Niewiele po 7:00 rano opuszczamy Polskiego Busa i niezdarnie z plątaniną toreb i plecków kierujemy się na terminale. Nie ma pośpiechu, samolot wylatuje dopiero o 14:00, więc co najmniej do południa mamy wolną rękę. Czas ten spędzamy bardzo leniwie, rozkładając się na ławkach i odsypiając ostatnią noc w  autobusie. Komuś udaje się zjeść, innym podładować telefon i jakoś godziny mijają. Przed odprawą nasze leniwe ruchy trochę się zagęszczają – foliujemy bagaże i ważymy cały dobytek dokonując niezbędnego przepakowania. Okazuje się, że z wykupionym nadbagażem dysponujemy w sumie 132 kg ładunku. W limit wagowy udaje się wcisnąć również buty, co cieszy nas niezmiernie w kwestii wygody podczas lotu.



Odprawa przebiega sprawnie, szybko oddajemy bagaż i czekamy na wejście na pokład. Samolot spóźnia się trochę, choć dla nas nie ma to znaczenia, a nawet oznacza krótsze oczekiwania na przesiadkę. Do Istambułu dolatujemy wieczorem i czekamy na kolejny lot. Przed wejściem na pokład spotykamy trójkę Czechów, wybierających się na Khana od północy. Jeden z nich opowiada o swoim zeszłorocznym trekkingu lodowcem i nie nastawia nas optymistycznie. Kolejny temat przechodzi na lawiny i niebawem trzeba powiedzieć sobie „Cześć” i życzyć wzajemnie powodzenia, aby całkowicie się nie demotywować.
Na rozmyślania na szczęście nie ma czasu, gdyż niebawem wchodzimy na pokład. Liczymy na jakiekolwiek jedzenie lub wodę, ale tanie linie Pegasus nie dostarczają nam takich luksusów. Bez przyjemności siedzimy kilkanaście godzin o suchym gardle, odwracając uwagę słabym i niewygodnym snem. Sam próbują jeszcze przy świetle lampki przeczytać kawałek książki – prawie 400 stron „Wojny Iwana” zmieszczonych na 38  stronach A4 drukiem „maczkowym”.


21 lipca
Przed północą odpływam, a do stanu świadomości przywraca mnie po kilku godzinach stewardesa i nierówna płyta lotniska w Biszkeku. Zupełnie jak rok temu – przychodzi mi na myśl. Kirgistan wita.
Przylatujemy kilka minut przed 5:00 czasu lokalnego, co jest efektem blisko godzinnego opóźnienia. Dla nas to nawet lepiej – mniej czekana na marszrutkę. Na wydanie bagaży czekamy prawie pół godziny, ale na szczęście wszystkie są. Ładujemy je na rozklekotany wózek i za takim taranem przebijamy się przez tłum taksówkarzy-naganiaczy.

 



Na lotnisku ponownie się przepakowujemy, wymieniamy parę groszy i kupujemy pierwszą od kilkunastu godzin wodę, którą pochłaniamy w kilka chwil. Janek zostaje mianowanym „Cash-keeperem” a Janusz ma mu pomagać w rozliczeniach. Na pierwsze koszty robimy szybką zrzutkę po 50 dolarów. Wszystko wydaje się iść sprawnie, gdy w pewnym momencie Janek uświadamia sobie, że nie ma swoich butów. Chwila konsternacji, po czym wraz z Januszem idzie do administracji lotniska. Proceder walki z biurokracją zajmuje chłopakom prawie godzinę, choć kończy się sukcesem. Janek wraca z butami, które jak się okazuje zostawił przy odbieraniu bagażu.
Spokojniejsi udajemy się na przystanek marsz rutek i po chwili oczekiwania jedziemy do centrum stolicy. Po drodze dogaduję się z kierowcą, że za 300som podwiezie nas bezpośrednio na dworzec zachodni. Cena jak za cztery osoby śmieszna, a żeby busik zamienić w taksówkę wystarczy schować tabliczkę. Elastyczność Kirgizów jest niepojęta w naszym rozumieniu, ale skoro można to czemu nie skorzystać.
Na dworcu zachodnim dokonujemy szybkiego podziału zadań. Janek wraz z Marcinem zostają bagażami i wypytują o transport do Karakol, ja wraz z Januszem wychodzimy na miasto. Wraz z mapą i zeszłorocznymi wspomnieniami przechodzimy znajome już miejsca. Poranne miasto powoli zapełnia się ludźmi, a słońce stopniowo daje się we znaki. Ponad godzinę zajmuje nam dotarcie do sklepu Red Fox, gdzie kupujemy gaz. 14 kartuszy za 140 dolców – ceny poszły w górę.  Z racji później pory wracamy już marszrutką. Szczególnie szybko pokonujemy okolice Osz Bazaru, mając w pamięci dawne urazy i ściskając pochowane, świeżo wymienione somy.
Gdy wracamy do chłopaków, okazuje się że pomimo naszej wcześniejszej umowy nie mogli się powstrzymać i zamówili jakieś lokalne jedzenie. Nic dziwnego, że nietrudno się powstrzymać, a cena zachęca. Pozostaje poczekać na reakcje żołądków.

Kilka minut po południu wyjeżdżamy marszrutką w kierunku Karakolu, spławiając po drodze tabuny rozjuszonych taksówkarzy. Transport kosztuje niewiele – 350 som, a w busiku spędzamy następne siedem godzin, gapiąc się za szybę i oglądając tandetne programy telewizji  miejscowej serwowane na przymus.
Do Karakolu docieramy na 19:00, wysiadając na dworcu autobusowym. Otoczenie nie pretenduje do miana kilkudziesięciu tysięcznego miasta, a wkrótce okazuje się, że centrum jest kilka kilometrów dalej. Opinie co do położenia centrum są jednak sprzeczne. Taksówkarze mówią jedno, sklepikarze drugie. Co gorsze – nikt nie wie, gdzie znajdziemy pole namiotowe opisywane w sieci. W międzyczasie pojawia się kolejny kłopot z odbiorem naszych pozwoleń przygranicznych od znajomej Kirgizki. Okazuje się, że w tym momencie są one w Biszkeku i mają przyjechać dopiero jutro rano. Dziewczyna twierdzi również, że w okolicy miasta Enlichek (tam się wybieramy) panuje epidemia dżumy i będziemy musieli się zaszczepić.
Nie wiedząc zbytnio co robić, po pierwsze spławiamy taksówkarzy. Korzystając z GPS kierujemy się bez żadnego  celu w kierunku większego zgrupowania ulic. Dźwiganie całych 130kg bagażu daje się nam ostro we znaki, męczy i zajmuje dużo czasu. Gdy dochodzimy do jednej z głównych ulic trzy kilometry dalej zapada zmrok, a my zostajemy bez perspektyw, z „rękami w nocnikach”.


Pierwszy rekonesans robi Marcin, ale znajduje tylko jakiś guesthouse, który zostawiamy sobie jako furtkę rezerwową. Kolejne rozpoznanie robię wraz z Jankiem. Tym razem trafiamy w dobre miejsce – Turkestan Yurtcamp. Chociaż wszystkie jurty są zajęte, to jednak gospodarz z racji później pory lokuje nas w pokojach po 300 som od głowy.
Nasza sytuacja się powoli gruntuje. Około północy mamy dach nad głową, wi-fi, prysznic i co najważniejsze – perspektywy. Pogłoski o rzeczonej dżumie zostają szybko obalone, a ponad to pojawiają się nadzieje na szybki transport. Zdecydowanie promieniujemy od dobrych informacji. W nagrodę po północy urządzamy sobie spóźnioną kolację i osuszamy połówkę lokalnej wódki. Zdrowotnie, na żołądek oczywiście. Po przyjęciu tak wysublimowanego medykamentu jeszcze weselsi idziemy spać.


22 lipca
Poranki w Karakolu są piękne, a przynajmniej podczas naszego wyjazdu tylko takie się zdarzają. Lokalny klimat jest natomiast odmienny od reszty kraju i to w pozytywnym znaczeniu. Noce i poranki są chłodne i rześkie, odpowiednie dla dobrego snu. Nie sposób porównać ich z okolicami Oszu, gdzie w nocy temperatura nie spada poniżej 25 stopni, a śpi się właściwie z rozsądku. Podobnie ma się sprawa z temperaturą w ciągu dnia. Chociaż słońce pali, to jednak po kilku chwilach w cieniu szybko się ochładzamy i wypoczywamy. Co więcej, klimat staje się bardziej kontynentalny i jest zdecydowanie bardziej pogodny niż „morska” aura nad Issyk Kulem, którą można zaobserwować kilkadziesiąt kilometrów dalej.

Taki też piękny poranek wita nas drugiego dnia w Kirgistanie. Wstaję wcześnie, chcąc jak najwięcej uchwycić z klimatu nowego miejsca. Wraz z Januszem idziemy na zakupy, aby zrobić prowizoryczne zaopatrzenie i popatrzeć trochę na kirgiskie życie o poranku. Przede wszystkim szukamy chleba, choć okazuje się że nie wszędzie można go dostać. Nie ma go na przykład w sklepie nieopodal, gdzie na słowo „chlieb” niespełna piętnastoletnia ekspedientka przecząco kręci głową. Decydujemy się  jednak na dalsze poszukiwania, które przynoszą efekty. Z zakupów wracamy obładowani frykasami uważając aby przez nieuwagę nie zintegrować się z nawierzchnią drogi wpadając w otwartą studzienkę ściekową, czy przewracając o kamień sterczący z klepiska, któremu nie przysługuje zaszczytne miano chodnika.
Około 9:00 robimy śniadanie i delektujemy się internacjonalnym klimatem Yurtcampu. Niedługo potem bez zapowiedzi pojawia się opcja transportu za 8000 som. Cena wydaje się do przeżycia, więc umawiamy się na 12:30. Czas jaki nam pozostaje wykorzystujemy na niedbale i szybko wykonywane czynności – kolejne przepakowania, obszerniejsze zakupy i wysyłanie kartek pocztowych do znajomych i rodziny. Janek i Marcin przemierzają jeszcze miasto w poszukiwaniu zaspanego kierowcy i naszego pozwolenia przygranicznego, co zajmuje im ponad godzinę.


W południe pojawia się transport i zaczyna się rytuał upychania bagażu. Na szczęście maszyna jest duża i wszystko mieści się bez problemów. O zaplanowanym czasie ruszamy. Kierowcą jest Andriej, którego pradziadek sprowadził się tu z Krymu jeszcze w spokojnych carskich czasach. Turystów wozi wraz ze swoim synem, który siedzi razem z nami w samochodzie. Z rozmowy daje się poznać jako przyjazny człowiek i szybko nawiązujemy kontakt. Droga upływa bardzo szybko i jeszcze szybciej pogarsza się stan nawierzchni. Początkowo przemierzamy zielone doliny, przekraczamy rwące potoki i omijamy dziury na drogach pokroju żółtego sera. Okolica jest wprost piękna i zdecydowanie odmienna od południowej części kraju. W okolicach Osz turysta mija spalone słońcem pola i żółto-szare przestrzenie ciągnące się po horyzont. No może to generalizowanie, ale tak je zapamiętałem. Tymczasem otoczenie Karakolu po prostu kłuje w oczy zielenią i świeżością. Soczysty kolor pól, liści i drzew oraz stosunkowo dużo płynącej wody. Od razu przypomina mi się „rajska kraina” Jacka Hugo-Badera. „Zielska” skądinąd brak…



Początkowo jedziemy wzdłuż osiedli ludzkich, bo niebawem skręcić w górską dolinę i wzdłuż potoku systematycznie zdobywać wysokość. Okolica staje się wyludniona, a zieleń przechodzi wkrótce w brąz skał i kamieni. Osiągamy przełęcz, z której widoczna jest dalsza część drogi. Kierowca wspomina, że zimą przywozie się tu turystów na narty, a okolica mimo iż zimna nie należy do zaśnieżonych. Droga natomiast, pomimo słabego stanu i szutrowej nawierzchni jest podobno cały rok przejezdna i odśnieżana zimową porą.
Z przełęczy zjeżdżamy do górskiego wąwozu, który wiedzie kilkadziesiąt kilometrów wąską drogą wzdłuż rzeki i pionowych ścian skalnych. Co jakiś czas mijamy odłamy skalne, które zadomowiły się na drodze po pokonaniu kilkudziesięciu metrów lotem „koszącym”.
Przed 16:00 odległy widnokrąg zapowiada koniec doliny. Zatrzymujemy się na zakręcie drogi, przed zjazdem ze wzgórza. Przed nami rozpościera się przepiękny widok na dolinę i wyludnione miasto – Enlichek. Jak powiada Andriej – za czasów związku radzieckiego były tu kopalnie i kwitł przemysł. Teraz Kirgiski rząd nie widzi sensu inwestowania w to miejsce. Zamieszkuje tu niewiele ponad dwadzieścia rodzin, choć żądnego tubylca nie widzimy po drodze.


Po zjeździe ze wzgórza docieramy do mostu, gdzie przebiega symboliczna granica. Drogę zastawia nam anachroniczny szlaban, a z kontenera obok wychodzi młody żołnierz. W tym punkcie poświęcamy kilka chwil na formalności „mundurowe”, po czym ruszamy dalej. Przejazd przez „miasto duchów” trwa tylko kilka chwil, choć i tak łapiemy jego aurę a Janek i Janusz odgrażają się, że po akcji górskiej chcieliby pochodzić po opustoszałych blokach i silosach.


Ostatni odcinek wiedzie polodowcową, szeroką doliną. Daleki horyzont, teren płaski jak naleśnik, a wkoło pustki. Dawną bazę wojskową widzimy w oddali, a docieramy do niej po kilkunastu minutach. Z naszym kierowcą żegnamy się o 17:00 i na odchodne dostajemy parę ciekawych wskazówek. Z baraków obok  mają podobno przyjść żołnierze do kolejnej kontroli, choć to podobno w ich interesie.  Mayda Adir jest teraz wyjątkowo tłoczna. W bazie koczuje już kilka ekip, które czekają od kilku dni na popsuty śmigłowiec.
Gdy kierujemy się do obiektu z naprzeciwka wychodzi naczelnik bazy. Widać, że to twardy górski człowiek. Gdy dowiaduje się, że nie podróżujemy z agencjami tylko na własną rękę wrogo mierzy nas wzrokiem i wskazuje miejsca na namioty.
Niezbyt ciepłe przyjęcie nie zniechęca nas, gdyż mamy ważniejsze sprawy na głowie. Rozbijamy obozowisko i zabieramy się do podziału bagażu. Po ogarnięciu najważniejszych spraw nagle odczuwam, że moje kolano ma się nie najlepiej, a co więcej – solidnie spuchło. Z racji, że czeka nas pięć dni marszu z ciężkimi plecakami, ten fakt nie napawa mnie optymizmem. Zaczyna się dyskusja z chłopakami, co robić. Janek i Janusz nakłaniają mnie abym raczej poczekał w bazie na śmigłowiec i poleciał do Base Campu. Ja zaś z uporem zostaję przy swoim, że jakoś dojdę i mimo wszystko tak będzie lepiej dla nas wszystkim. Chłopaki niełatwo się przekonują i w końcu zostaje na tym, że odciążą mnie trochę z bagażem i jakoś będę człapał.



Aż do zapadnięcia zmroku dzielimy bagaż. W bazie chcemy zostawić pierwszy depozyt i oddać część bagażu do śmigłowca. Czynności te idą nam bardzo wolno i w końcu w plecakach zostawiamy ok. dwudziestu kilogramów wraz z jedzeniem na siedem dni (w razie czego) a resztę pakujemy do wspólnej torby.
Wieczór spędzamy w budynkach bazowych, pijąc zdrowotne co nieco z dwójką poznanych przed kilkoma godzinami Polaków. Oni jak cała reszta międzynarodowego towarzystwa czekają na śmigłowiec, a oczywiście atakują od północy. Dobijające to trochę, że jeszcze nie spotykamy nikogo, kto wybierałby się drogą pierwszych zdobywców od południa, jak my.


23 lipca
Budzik dzwoni o 7:00 rano. Niezbyt sprawnie, ale i bez ociągania próbujemy wkomponować się w nową rzeczywistość, która będzie towarzyszyć nam przez kolejne kilkanaście dni. Rzeczywistość gór, skał i wielkich, odludnych przestrzeni. Jak zwykle wszystko robimy na ostatnią chwilę i dziś uwijamy się jak w ukropie. Niedokończone przepakowania i kontrola ekwipunku, decyzje co zabrać a co zostawić szczegółowe aż do absurdu i zwykłe kosmetyczne czynności, które zajmują najwięcej czasu. Ostatecznie zostawiamy ok. 10 kg depozytu w bazie, oddajemy na śmigłowiec 46 kg sprzętu (po 2 euro za kg), a resztę bierzemy. Naczelnik, który przywitał nas wczoraj niezbyt przychylnie okazuje się twardym, ale przyjaznym i uczynnym człowiekiem. Z niczym nie robi problemów i zapewnia, że postara się wysłać nasz ładunek jak najwcześniej, jednak może to być 24 lipca, czy 29, a gwarancji też nie może udzielić bo wszystko zależy od zapełnienia śmigłowca i jego stanu.
Naczelnik próbuje również zniechęcić nas do marszu doliną. Ku mającej budzić strach przestrodze podaje przykład Polaka, który ostatnio całą trasę pokonał w 10 dni!

 



W Mayda Adir korzystamy z telefonu satelitarnego (2,5 euro/minuta) i nadajemy szyfrogram do Marcina, aby opisał naszą bieżącą sytuację. Przy pakowaniu Janek i Janusz zgodnie z obietnicą odciążają mnie zabierając namiot, szpej i część jedzenia. W tym momencie mój plecak wazy kilkanaście kilogramów, choć z tego powodu nie jestem szczęśliwy. Lewe kolano ciągle jest spuchnięte i co jakiś czas łypię na niego kontrolnie, sprawdzając jak wypełnia opaskę uciskową.

 



Około 11:00 ostatecznie wychodzimy z bazy, zaczynając trekking na wschód. Pogoda póki co jest piękna. Słońce pali niemiłosiernie, a wiatru niestety próżno szukać. Przed nami rozpościera się szeroka dolina polodowcowa i ciągnie droga szutrowa. Na końcu doliny majaczą już ośnieżone szczyty, choć nie mogą dać nam żadnego pojęcia o odległości. Pozostaje iść przed siebie i być dobrej myśli. Tak też robimy, gnąc się pod ciężarem bagażu, robiąc regularne postoje i konsumując skromne posiłki. Dziś po raz pierwszy przestawiamy się na naszą „postną” dietę ok. 2400kcal. W ekspedycyjnych butach górskich nogi szybko się pocą i po wyciągnięciu z nich stóp, wyglądają one jak po kąpieli. Moje nawet gorzej niż reszty towarzystwa. Już od pierwszych kilometrów czuję, że buty bardzo mnie obcierają, a za kilka godzin mam na piętach solidne pęcherze. Kleję plastry, owijam bandażami i idę dalej, jednak marsz z przyjemnego przeradza się w walkę z samym sobą już na początku przygody. Po 15:00 pogoda zaczyna się psuć. Niebo zasnuwa się ciemnymi chmurami i niewiadomo skąd pojawia się wiatr. Nie upływa pół godziny i  na głowy zaczynają kapać krople deszczu. Do obozu już jednak niedaleko. Właściwie w oddali majaczą namioty i drewniane zabudowania.



O godzinie 17:00 dochodzimy do rzeczonych budynków. Okolica wydaje się opustoszała i w tej aurze lekko przygnębia. Cena 300 som za rozbicie namiotu zniechęca jeszcze bardziej. Osobiście jestem za przejściem dziś  jeszcze kilku kilometrów w kierunku rzeki i namawiam do tego chłopaków.

 



Opinie są podzielone, a w czasie namysłu na miejscu chcemy załatwić dwie sprawy. Po pierwsze znaleźć wodę, gdyż słońce w pierwszej fazie marszu wpłynęło na pragnienie i z zapasów niewiele zostało. Po drugie wypytujemy o pewnego człowieka – Rosjanina Walerego, który jest lokalnym przewodnikiem i przebywa tu razem z grupą niemieckich trekkerów. Poszukiwania nie trwają długo, bo Walery wkrótce sam nawija nam się przed nos. Okazuje się, że Rosjanin w dolinie Enlichka spędził służbę wojskową w czasach związku radzieckiego i tak mus się tutaj spodobało, że po upadku czerwonego kolosa wrócił w te tereny oprowadzać klientów do Base Camp pod Khan Tengri. Walery to typ człowieka ikony, którego polubi chyba każdy i to po pierwszej rozmowie. Około 50 lat na karku, pokaźny brzuszek, gęsta broda i szeroki uśmiech. Przewodnik jest bardzo rozmowny i pomocny. Mamy wiele pytań o dalsza drogę przez lodowiec, a on na każde odpowiada i udziela wielu cennych wskazówek. Walery prognozuje, że trekking zajmie nam około 5 dni marszu jeśli utrzymamy dobre tempo. Bogatsi o nowe wiadomości decydujemy nocować nad rzeką, którą musimy przekroczyć wczesnym rankiem z powodu niskiego stanu wody. Żegnamy się więc i po nabraniu wody w naczynia idziemy w dalszą drogę.
Rzeka jest niedaleko. Po pół godziny marszu zatrzymujemy się około stu metrów od jej brzegów i szumiącego głośno nurtu. Rozbijamy biwak, po czym zajmujemy się zwykłymi obozowymi czynnościami. Chłopaki oglądają jeszcze brzeg rzeki, zastanawiając się, gdzie wiedzie właściwy bród. Potok wydaje się być jednak wszędzie jednakowo rwący i decyzję co do wyboru miejsca przekroczenia go odkładamy na rano.

Dziś do wykonania zostały już tylko przyjemności. Zdjęcie ciężkich butów, legnięcie na karimacie i oddanie

 się rytuałowi jedzenia liofila zanim wieczorny chłód wgania nas do ciepłych śpiworów.


24 lipca
6:00 rano i pierwsze wstające słońce wita nas już przebudzonych. Choć mamy dużą motywację do wyjścia to ogarnianie biwaku nie jest jeszcze zsynchronizowane i nie należy do najszybszych. W pierwszych dniach wyprawy to normalne. Trzeba przestawić się z trybu cywilizacyjnego na wyprawowy i dobrze poznać swój ekwipunek. Po kilku dniach gdy miejsce każdego drobiazgu w plecaku jest znane wszystko przychodzi automatycznie. Teraz jest jeszcze ciężko, przez to i zbieramy się długo. Około 8:00 pakujemy namioty, gdy w okolicy pojawia się znajoma postać. To Walery wraz ze swoja grupką idzie przekraczać rzekę. W tym momencie dalszy pospiech traci sens. Skoro idzie przed nami i zna teren to nie ma co silić się na wyścigi czy udawanie znawców. Niespiesznie więc zbieramy nasz bagaż i idziemy na grupką Niemców i Rosjaninem.
Pomimo wczesnej pory rzeka jest bardzo rwąca. Chyba każdy z nas słysząc o niższym poziomie wody ranną porą nie spodziewał się aż tak wartkiego nurtu. Walery również jakoś nie może zdecydować się na przechodzenie i długo idzie wzdłuż brzegu. Sprawa wydaje się być poważniejsza niż myśleliśmy. Przewodnik wyciąga linę i wiąże się w pasie. Tak asekurowany przez dwóch Niemców przechodzi przez kipiel. Oczywiście po skosie, niwelując opór wody. Mimo to przejście nie idzie mu ławo, a szara beja sięga po pas. Po przejściu na drugą stronę Walery łapie koniec liny i tworzy poręczówkę nad nurtem rzeki. Przewodnik woła nas z drugiego brzegu a my skrupulatnie pomoc wykorzystujemy. Z wyjątkiem Marcina idącego w „adidasach”, rzekę przechodzimy gołymi stopami, w przysłowiowych gaciach. Staramy się nie korzystać z rozstawionej liny, choć nurt jest tak silny, że każdy chwieje się i przynajmniej na chwilę podtrzymuje sznurek. Gdy przychodzi mi zmierzyć się z wodą nie jest to łatwe. Nurt jest bardzo wartki, kamienie przesuwają się pod nogami i stanie w jednym miejscu wymaga nie lada wysiłku. Woda jest lodowata. Już po kilku krokach nie czuję stóp tylko dwa sztywne twory, którymi drepczę po kamieniach.  Po przejściu wszyscy dziękujemy zrządzeniu losu za linę i przewodnika ze swoja grupą. Bez pomocy przejście tutaj stanowiłoby nieliche wyzwanie.

 



Gdy wszyscy jesteśmy już na drugim brzegu pomagamy Waleremu w asekuracji pozostałych Niemców. Widać, że nie zdają oni sobie sprawy z zagrożenia jakie stwarza rzeka i ślepo wierzą przewodnikowi. Jedna z turystek podczas przechodzenia potyka się i wpada w kipiel kurczowo trzymając się liny. Mimo iż wciąga ją nurt, a postawienie na nogi kosztuje dużo nerwów i czasu, petentka jest zadowolona i uśmiechnięta. Z pewnością nawet nie uświadamia sobie, że taki wypadek mógł skończyć się obrażeniami czy śmiercią, gdyby tylko puściła sznurek.
Po przejściu przez rzekę musimy opatrzyć nogi. Każdy ma mniej lub bardziej pokaleczone stopy od bosego stąpania po kamieniach. Moje odciski na piętach a tym etapie porozdzierały się niwecząc szanse na jakiekolwiek szybkie wygojenie.
Mimo wszystko jesteśmy jednak szczęśliwi i z zapałem prześcigamy się w opowieściach kto jak szedł i jak blisko był upadku do wody. Ponowne ubranie się zajmuje sporo czasu i wychodząc grupę Walerego widzimy już tylko na horyzoncie.
Po dwóch godzinach uśmiechy schodzą z naszych twarzy. Przed nami rozpościera się szeroki widok i dwie kolejne rzeki lodowcowe do przejścia. Znowu musimy się przepakowywać i krok po kroku wdrażać procedurę przekraczania rwących strumieni. Pierwszy z nich pokonujemy z łatwością i mamy nadzieję, że gorzej już nie będzie. Jak na złość okazuje się, że kolejna przeszkoda jest gorsza do sforsowania, a na pomoc nie możemy liczyć. Pierwszy przechodzi Marcin, który choć nie bez problemów, sprawnie przeprawia się na drugi brzeg. Janek i Janusz decydują się iść w innym miejscu, choć decyzja ta kosztuje ich spoko wysiłku, nerwów i strachu. Po przejściu każdy z nich przyznaje się, że tylko przysłowiowy włos dzielił go od porwania przez rwący nurt. Ja wracam w miejsce, gdzie przechodził Marcin i tam mierzę się z potokiem. Idzie się ciężko, choć znośnie. Powoli pokonuję kolejne metry, a od drugiego brzegu naprzeciw wychodzi mi Marcin, który pomaga w przeprawie. Ten fragment okazuje się bardziej emocjonujący od osławionej rzeki i na brzegu siedzimy dłuższą chwilę. Każdy musi dać chwilę ulgi kołatającemu sercu i trzęsącym się rękom. Przeszliśmy, ale na samą myśl o powrocie włosy jeżą się na głowie. O samotnym przekraczaniu tego miejsca nawet nie warto myśleć.

 



Na przechodzeniu przez rzeki tracimy dużo czasu, a pogoda już powoli się psuje. Znaczy to, że już minęło południe. Podczas trekkingu codziennie doświadczamy tej prawidłowości. Rankiem niebo jest czyściutkie, a słońce mocno grzeje, zaś po godzinie 12:00 wszystko zasnuwa się chmurami, by ustąpić miejsca wieczornemu deszczowi.
Przez większość dnia kontynuujemy marsz przez pustkowie. Zdecydowanie skończyły się już drzewa, a trawę można znaleźć tylko w nielicznych zagłębieniach i polanach. Ziemię, a raczej kamienie po których stąpamy pokrywają za to wytrwałe badyle i niskie krzewy o twardych i kolczastych łodygach. Większe odludzie wprost trudno sobie wyobrazić, a klimatu miejscu dodają spotykane co jakiś czas fragmenty poroża.

 



Większość dnia idziemy przez ten rozległy i niekończący się padół. Około 15:00 przed nami wyłaniają się namioty obozu. To ostatni lagier przed lodowcem, a na miejscu spotykamy znajomą personę. Dziś właśnie tutaj nocuje Walery razem ze swoja grupą. Przewodnik wita nas z entuzjazmem po raz kolejny i proponuje spędzenie tu nocy. Nasze plany są jednak ambitniejsze i chcąc wykorzystać wczesną porę decydujemy się na dalszy marsz. Przewodnik życzy nam powodzenia i na „odchodne”  rzuca kilkoma cennymi radami. Wspomina o jeziorze Merzbahera, które nieregularnie wylewa początkiem sierpnia zalewając lodowiec i moreny na dobrych kilka dni. Zaleca aby unikać miejsc nisko położonych, gdyż taki biwak może zakończyć się nieszczęściem.

 



Przewodnikowi dziękujemy za pomocne rady i po kilku minutach odpoczynku kierujemy kroki dalej na wschód. Gdy dochodzimy do samego czoła lodowca zaczyna padać. Chowamy się dokładnie pod ostatnią skarlałą wierzbą, która stoi tu nie wiadomo jakim prawem. Dziś mamy szczęście – po pół godziny deszcz powoli przestaje siąpić, a my możemy zagłębić się w koryto wyschłej rzeki lodowcowej. Stabilny grunt pod nogami kończy się do odwołania – zastępuje go ruchomy gruz, piach i lód.

 



Ścieżka, choć niewyraźna daje się odróżnić z szarawo-brązowego krajobrazu. Dodatkowo ciągle idziemy za oznaczeniami – kopczykami z ustawionych na sobie kamieni, niekiedy malowanych w rażące kolory.  Teren jest bardzo urozmaicony. Początkowo wdrapujemy się na morenę czołową, później przechodzimy na boczną. Na niestabilnym podłożu musimy uważnie stawiać kroki, gdyż nieuwaga może zakończyć się zsunięciem kilkadziesiąt metrów razem z toną kamieni.
Po 17:00 znajdujemy odpowiedni miejsce na biwak – niedaleko rzeki i z namiastkami trawy wystającej spomiędzy kamieni. Dziś już dostatecznie wyeksploatowaliśmy swoje nogi czas odpocząć.
Dzielimy się zadaniami – ja wraz z Marcinem rozbijamy namioty, a Janek i Janusz idą po wodę. To co przynoszą nie przedstawia sobą najlepszej jakości – woda lodowcowa jest tak mętna, że osad gromadzi się gruba warstwą na dnie. Nie mamy jednak wyboru – chwilę się odstoi i trzeba używać. Do specyficznego posmaku i zgrzytu pyłu w zębach można przywyknąć, a bez wody daleko byśmy nie zaszli.


25 lipca
O 6:00 rano poza dzwonkiem budzika, ze snu wyrywa nas pełne słońce. Wieczorne chmury rozpłynęły się, a nad lodowcem wstaje nowy, piękny dzień. Z racji iż wczorajsze pakowanie do szybkich nie należało, dziś postanawiamy nie dać się wyprzedzić Waleremu i jego grupie. Jemy śniadanie, zwijamy namioty i za niecałe dwie godziny ruszamy.

 



Po drodze nabieramy wody z rzeki lodowcowej. Rankiem okazuje się dużo bardziej czysta niż wczorajszą porą i nawet zdatna do picia wprost z potoku. Droga wiedzie dalej moreną boczną przez mniejsze i większe rumowiska skalne. Ciągle trzeba uważać, gdzie stawia się stopy, gdyż podłoże jest po prostu ruchome. Po kilku godzinach musimy przekroczyć boczny lodowiec, który swoją odnogą łączy się z Enlichkiem. Tam droga jest zmienna niemal z dnia na dzień. Początkowo idziemy za znakami, a po chwili spotykamy rosyjską kilkuosobową ekipę, z którą wymieniamy spostrzeżenia. Moment nieuwagi i konsekwencji nie wiemy gdzie kierować kroki. Kluczymy więc pomiędzy głazami, lodowymi zboczami i przeskakujemy przez strumienia lodowcowe. Wkrótce udaje się znaleźć drogę i stromym stokiem wyjść z powrotem na morenę. Po kilkudziesięciu minutach marszu docieramy do kolejnego komercyjnego obozu. Zatrzymujemy się tu tylko na suszenie przepoconych stóp i posiłek.

 



Od rana dotkliwie doskwierają mi obtarcia na piętach. Rankiem mam mocne postanowienie, że będę regularnie suszył stopy lecz w trakcie dnia jakoś chęć odchodzi. Procedura ściągnięcia dwóch warstw butów, skarpet, rozwinięcia bandaży, odklejenia plastrów i założenia wszystkiego na nowo zajmuje prawie pół godziny. Lenistwo i brak konsekwencji sprawia, że nie robie tego za często, a w trakcie dnia stopy już nie bolą. Marcin natomiast już trzeci dzień idzie w „adidasach”. Przed lodowcem miał w nich nad nami przewagę, ale na morenie zostaje z tyłu. Kilkukrotnie wspomina, że wkrótce założy wysokie buty, ale konsekwentnie udaje mu się od tego wymigać.

 



Od południa pogoda jak zwykle staje się coraz gorsza. Gdy dreptamy po morenie pełne słońce pali niemiłosiernie, ale z godziny na godzinę jest coraz chłodniej. Głównie za sprawą chmur, które przesłaniają stopniowo cały nieboskłon.  Odmianą dla moreny są kolejne lodowce boczne, których przechodzenie nie jest najprzyjemniejszą rzeczą, a i zapowiedzią warunków przyszłego marszu.
 Około 16:00 przed nami ukazuje się Polana Merzbahera, z oddali wyglądająca niczym usłana kartonowymi pudełkami zielona enklawa. To kontenery pracowników stacji meteorologicznej i namioty agencji turystycznych.



Widok niedalekiego celu motywuje nas do wytężone marszu. Nie bez znaczenia pozostają również burzowe chmury za naszymi plecami i wizja rychłego przemoknięcia.
Po około pół godziny wysiłku meldujemy się na polanie i witamy z młodym naczelnikiem. Skrzętnie korzystamy z możliwości darmowego rozbicia namiotów na ostatnim trawiastym terenie, wszak od jutra nie zaznamy już tej przyjemności.
Gdy zrzucamy na ziemię plecaki przychodzi burza. Namioty trzepoczą w rękach, a deszcz nie ułatwia zadania które wykonujemy już rutynowo. Z powodu silnego wichru mocno kotwiczymy je do ziemi, aby nie pofrunęły z naszym dobytkiem w środku. Wykonawszy zadanie idziemy do namiotu kuchennego, gdzie przygotowujemy kolację. Kilka dni siedzenia na ziemi i kamieniach sprawiają, że człowiek naprawdę docenia ławkę i pomieszczenie nieco większe niż dwuosobowy namiot.

 



W „kuchni” siedzimy aż do nocy delektując się wygodami miejsca. Gotujemy litry wody, rozmawiamy i staramy się wykonać czynności na przyszłość.  Przed wieczorem wychodzimy jeszcze na morenę, aby podziwiać niesamowity spektakl koloru i światłą jaki funduje nam kapryśna pogoda Tien Shanu. Jest po prostu pięknie i tylko wieczorny ziąb wgania nas do namiotów.

 



Wieczór na Polanie Merzbahera ma dla nas duże znaczenie motywacyjne. Zażywamy trochę wygody, regenerujemy siły dłuższym odpoczynkiem i napawamy się widokami, które wprost zachęcają do kontynuowania marszu bez względu na przeciwności.


26 lipca
Noc na Polanie Merzbahera uświadamia nas gdzie jesteśmy. W nocy temperatura spada prawie do zera, a pobudka przed świtem idzie bardzo mozolnie. Jak wskazuje GPS przed nami jeszcze 23 kilometry marszu i choć taką odległość bez problemu pokonuje się do popołudnia, tutaj przeczuwamy że najgorsze przed nami i lodowiec niełatwo odda każdy metr.

 



Pomimo szczerych chęci odrobina  luksusu spowalnia bardzo nasze pakowanie. Można skorzystać z kuchni czy toalety, jest trochę wygodniej niż zwykle i automatycznie człowiek przestaje się spieszyć.
Ja poświęcam dużo czasu na opatrywanie stóp. Wczorajsze niedopilnowanie suszenia doskonale widoczne jest na moich piętach. Na jednych, niewygojonych obtarciach porobiły się kolejne i teraz jakiekolwiek założenie buta sprawia problemy. Z braku lepszych środków próbuję zamieniać się z Marcinem za botki, czy buty ale eksperymenty nie wychodzą. Na stopy zaczyna również narzekać Janek, który dziś również je bandażuje przed założeniem skarpet. Marcin natomiast  po raz pierwszy zakłada swoje wysokie Zamberlany, które z definicji nie należą do najwygodniejszych.




W konsekwencji lenistwa i braku motywacji wychodzimy późno, bo prawie przed 9:00. Początkowo trasa wiedzie trudniejszym odcinkiem moreny bocznej, następnie schodzi na lodowiec. Przed opuszczeniem moreny długo zastanawiamy się, gdzie skierować kroki – znaki z kamieni kończą się, a jakakolwiek ścieżka zaciera.  Po dokładnym prześledzeniu mapy schodzimy prosto na lodowiec, chcąc osiągną pas czarnej moreny, który ciągnie się wstęgą po horyzont, na około ¼ jego szerokości. Dotarcie do celu, który majaczy niespełna kilkaset metrów dalej przysparza nam nie lada przygód. Kluczenie po lodowcu jest bardzo męczące. Z pozoru płaska nawierzchnia w rzeczywistości okazuje się pasem kilkunastometrowych wzgórz pokrytych ruchoma nawierzchnią. Trzeba niezwykle uważać na sypkie kamienie i lodowe zbocza pokryte skalnymi łupkami. Błądzimy, sugerując się tylko ogólnym kierunkiem północno wschodnim, prowadzącym do środka lodowca.
Droga bardzo się dłuży, a świadomość kroczenia po tak niepewnym terenie ciąży każdemu na psychice. W pewnym momencie idąc w awangardzie wchodzę na duże głazy, które momentalnie uciekają mi spod nóg. Kątem oka dostrzegam, że wpadają one w szczelinę, którą zasłaniały. Momentalnie padam na bok i rozbijam kolano tym razem prawe kolano  o głaz leżący nieopodal. Pod sobą ciągle czuje ruchome kamienia nad szczeliną. Na szczęście zaraz za mną jest Janusz, który podaje mi dłoń i wyciąga na w miarę stabilny grunt. Mogło być groźnie ale skończyło się tylko na powierzchownym zranieniu.



Niebawem po tym incydencie docieramy wreszcie do rzeczonej moreny i momentalnie dostrzegamy kopczyki znaczące drogę. Choć straciliśmy dużo nerwów i czasu jesteśmy już spokojniejsi wiedząc że zmierzamy właściwą trasą. Dalsza część dnia upływa na szukaniu drogi i trzymaniu się brązowych skał moreny. Nie jest to trudne, bo oddalać się lekko w innym kierunku od razu trafia się na teren z którego szybko trzeba uciekać.
Dziś już konsekwentnie podchodząc do problemu stóp regularnie poddaję je długiemu procesowi suszenia. Podczas jednego z takich postojów dociera do nas samotny Czech. Jak się okazuje również idzie sobie pod Khan Tengri od południa, tylko że ma wykupione zakwaterowanie w obozach agencyjnych. Przy tym nie wydaje się być zbyt rozmowny i wylewny, toteż po wymianie paru zdań i uśmiechów rozdzielamy się. Jeszcze nieraz przyjdzie nam spotkać się w drodze do Base Camp.

 



Zgodnie  z przewidywaniami po południu pogoda się psuje. Dziś jednak chyba na poważnie. Choć przed nami ośnieżone szyty widoczne są na tle błękitu, to od strony zachodniej lodowiec posępnieje. Zbliża się do nas pas ciemnych chmur i jakby mgła, która najprawdopodobniej jest deszczem. Gdy zachodzi słońce momentalnie robi się chłodno i zaczynamy doceniać, że dziś pierwszy raz założyliśmy nieprzemakalne, długie spodnie.
Przeczuwając nadciągającą zawieruchę staramy się zwiększyć tempo. Mijamy kolejne lodowe wzniesienia przekraczamy potoki, w nieskończoność. Na szczęście burzowy front porusza się wolno i mamy jeszcze trochę czasu. Obóz Komsomoł, jak głosi napis na drewnianej desce, wyłania się niespodziewanie wśród lodu około godziny 16:00. Przed nami widzimy Czecha, który po dotarciu na miejsce od razu zaszywa się w agencyjne namioty.

 



Nasza czwórka nie ma tyle szczęścia co słowiański kolega i swoje apartamenty musi dopiero rozłożyć. Dziś zajmuje to trochę czasu bo zanim zaczniemy bawić się z namiotami musimy wyłożyć „podłogi” z płaskich kamieni. Od lodu ciągnie zimnem, a zbierająca się z deszczu woda mogłaby nas podtopić od podłogi. W biwakowych czynnościach prześcigamy się z naturą. Niebawem przychodzi wiatr i grzmoty. Zaczyna padać akurat gdy kończymy rozkładać namioty. Już w deszczu wraz z Januszem biegniemy po wodę, a potem zaszywamy się w naszych poliestrowych domkach.
Niedługo potem burza szaleje na całego, a wiatr łopocze płótnem namiotu jak szmatą. Nieraz obawiamy się, czy mocowanie wytrzyma, ale ostatecznie konstrukcja pozostaje nienaruszona. W takiej aurze kiblujemy do wieczora, wykonując wszystkie obozowe czynności w namiotach. Nie przestaje lać, więc o jakimkolwiek wyjściu nawet nie ma mowy. Wszystko to możliwe odkładamy na jutrzejszy poranek, po czym idziemy spać.


27 lipca
 

 



Rankiem pogoda się stabilizuje, lecz nie jest już tak słoneczna jak co dzień. Jest za to zimno i wieje, choć z pewnością mogło być gorzej. Bez motywacji budzimy się więc  i załatwiamy wszystko w czym przeszkodził wczorajszy deszcz. Pakowanie znowu się przeciąga i planowane wyjście o 8:00 trzeba trochę przełożyć. Namioty muszą podeschnąć, nogi trzeba starannie zawinąć w bandaże, a po drodze wykonać jeszcze kilka dziwnych czynności.
Ostatecznie wychodzimy przed 9:00 i próbujemy znaleźć właściwą drogę. Najgorszy zawsze jest początek i wyjście z obozu. Na początku musimy zmienić morenę, gdyż ta którą zmierzaliśmy do tej pory urywa się i przechodzi w lodowiec boczny. Od tej położonej głębiej dzieli nas za to strefa bielutkiego lodu w postaci pasa niewielkich wzgórz. Początkowo  nie trafiamy na ścieżkę, ale idziemy po swojemu, lepiej lub gorzej wybierając szlak. Po około pół godziny kluczenia wśród lodu, docieramy wreszcie do brunatnej moreny, gdzie widnieją już kamienne kopczyki. Za nimi kierujemy się dalej na wschód, drogą monotonną jak flaki z olejem, wśród monotonnego krajobrazu. Wkrótce dogania nas i Czech, choć on widocznie ze swoimi problemami i własnym tempem nie chce wchodzić z nami w komitywę.

 



Smętne humory nieco poprawiają się, gdy wychodzi słońce, a chmury trochę rozrzedzają. Niebawem podczas obserwacji okolicznych szczytów, na południu dostrzegam znajomy ze zdjęć kształt. Tak, to on – Pik Pabiedy z charakterystyczną długą granią zakończoną kopułą szczytową. Komunikuję odkrycie chłopakom, którzy jednak nie przejawiają entuzjazmu. Mi natomiast sam widok przynosi dużo satysfakcji i kształtuje przeświadczenie, że już prawie jesteśmy na miejscu. Choć kolana bolą, właśnie dziś czuje przypływ energii. Widzę natomiast, że chłopaki poza Januszem nie są już pierwszej świeżości, a Janek co chwilę zatrzymuje się na odpoczynek. Proponuję mu zamianę plecaków, ale on jest konsekwentny i nie daje się przekonać. Wkrótce okaże się, że zachowanie statusu quo było dla mojego zdrowia wskazane…



Około południa długo zastanawiamy się, czy zbaczać ze ścieżki i odwiedzać przedostatni komercyjny obóz na trasie – tzw. Diki. Widzimy, że w jego kierunku poszedł już Czech i tam również prowadzą znaki. Decydujemy się iść do obozu, choć niebawem przyjdzie nam żałować tego wyboru. Dopiero po pół godziny widzimy namioty położone, około kilometr od głównej ścieżki. Upragnionego odpoczynku w obozie nie będzie, za to pojawia się złość i pretensje do własnej naiwności. Trzeba było jednak iść dalej moreną, teraz pozostaje zacisnąć zęby i szukać drogi na skróty w trudnym terenie. Choć zazwyczaj takie eksperymenty nie popłacają, tym razem mamy szczęście. Choć nie bez problemów i nie bez kluczenia, to jednak w miarę gładko przechodzimy pasy moren i lodu, by wreszcie wgramolić się na tą właściwą. Dalej staramy się iść za znakami i nie kombinować. Idąc według mapy, teraz ponownie musimy zmienić morenę na równoległą. Po chwili z oddali wyłania się również znajoma postać Czecha, który od tego momentu widocznie postanawia tłuc się razem z nami.



Idzie więc w piątkę wyszukując kopczyków i spoglądając na zbawczy wschód. Według GPSu do bazy pozostało już niewiele – bagatela trzy czy cztery kilometry w linii prostej. W normalnym terenie taki dystans pokonuje się w czterdzieści- pięćdziesiąt minut, Jednak zdecydowanie nie tutaj. Przechodzimy kilkaset metrów i ponownie gubimy rzadkie znaki. Postanawiamy więc kierować się bezpośrednio na morenę, widoczną w oddali. Aby do niej dotrzeć musimy pokonać szeroki pas szczerego lodu, który bieli się pofalowanymi wzgórzami. Początkowo nie jest to skomplikowane, gdyż jak to w życiu bywa – łatwiej w trudny teren wejść, niż znaleźć z niego wyjście. Tak jest i tym razem. Wchodzimy na jedno lodowe wzgórze, schodzimy z niego, okrążamy kolejne, przeskakujemy strumień i nagle wyrasta przed nami uskok a pod nim wije się wstęga lodowcowej rzeki. Jednym słowem droga zamknięta. Obejście tego miejsca zdaje się niemożliwe, a kluczenie i wyszukiwanie niewiele pomaga. Nasza sytuacja z przyzwoitej przeistacza się w niezbyt kolorową. Dodatkowo niebo szarzeje i zaczyna kropić deszcz, co na lodowym podłożu oznacza ostrą jazdę. Teoretycznie mamy raki, ale nie chcę ubierać ich z dwóch powodów. Po pierwsze Janek przez pomyłkę wrzucił swoje do depozytu na śmigłowiec, po drugie rzeczony Czech drepcze wesoło w adidasach. Póki nie jest zbyt niebezpiecznie nie ma sensu chłopaków stresować.

 



Aby wyjść z niekomfortowej sytuacji decydujemy, że trzeba zawrócić, znaleźć znaki i iść właściwą drogą. Już zaczynam zawracać, gdy nagle dostrzegam, że wesoły Czech wybrał jednak drogę na skróty. Sam, w adidasach i krótkich spodniach. Chwilę zastanawiam się co robić, ale zaciskam zęby i zawracam. Chłopaki się zgadzają, że szkoda by było gdyby sobie biedak coś zrobił.



Wybieramy więc ciężką drogę na skróty. Wchodzimy na kolejne wzniesienia, schodzimy stromymi lodowymi zboczami i zaliczamy małe poślizgnięcia. Co jakiś czas ktoś pojedzie kawałek, ale nic poważnego się nie dzieje. Od moreny dzieli nas już około stu metrów, gdy trafiamy na barierę nie do pokonania. Wartka lodowcowa rzeka i strome zejście oznaczające drogę w jedną stronę ruchem przyspieszonym z twardym lądowaniem.  Po raz kolejny musimy szukać obejścia, choć i tym razem nie widzimy nic bezpiecznego. Wprawdzie pojawiają się wątpiące głosy i propozycje rozbijania tu biwaku, poza pomysłodawcą chyba nikt nie bierze idei poważnie. Decydujemy się działać i braku lepszej opcji wybieramy ryzykowne przejście wątłym lodowym mostem, który tworzy nad lodowcową rzeką coś w rodzaju szczeliny. Prowadzi Janek wraz z Czechem, ostrożnie badając drogę. Po przejściu na drugą stronę radośnie krzyczą, że stamtąd bezpiecznie da się zejść na morenę. Możemy więc odetchnąć na chwilę, by całkowite wytchnienie znaleźć dopiero po wejściu na jakże przeklinane kiedyś i upragnione teraz – szare kamienie.
W bezpiecznym terenie adrenalina spada i możemy odpocząć. Jesteśmy już na morenie i do obozu mamy „prostą” drogę. Niestety minęła godzina 17:00 a więc czas kiedy zazwyczaj już rozbijaliśmy biwak. Całodzienny marsz piątego dnia trekkingu daje o sobie znać i pomimo zadowolenia wszyscy są mniej lub bardziej zmęczeni.

 



Niewiele ponad dwa kilometry jakie pozostały nam do bazy ciągną się w nieskończoność. Wypiliśmy już całą wodę i zjedliśmy jedzenie przeznaczone na marsz. Nie mamy lepszego wyjścia niż utrzymywać wolne ale stabilne tempo i liczyć, że za kolejnym brunatnym wzgórzem ukażą się namioty. Po niespełna dwóch godzinach marszu nisko nad nami przelatuje śmigłowiec, który potwierdza że baza jest już niedaleko. I faktycznie – osiągając jeden z wyższych punktów zauważamy namioty przebiegające się wśród złomisk moreny wypłowiałą żółcią. Na długiej tyczce powiewa zaś radosna czerwona flaga – aby w międzynarodowym motłochu nie było wątpliwości co do przynależności państwowej tego terenu.
Na widok obozu wszystkim wracają siły. We trzech trzymamy się jakoś razem, za to Marcin widocznie opadł z sił i snuje się raz kilkadziesiąt, a czasem i kilkaset metrów z tyłu. Pewnie jak i my radośnie przyjął wieść o rychłym końcu wędrówki.



Czech który w  niepewnym terenie szedł z nami, teraz wystrzelił bez słowa do przodu i tyle zostało nam z jego towarzystwa. Do bazy dochodzimy zaraz za nim i witamy się z międzynarodowym towarzystwem. Baza wygląda nader komercyjnie, nawet bardziej niż się spodziewałem. Wszystkie namioty jednakowe, a alpiniści błyszczą sprzętem z najwyższych półek. Nie wysilam się w długi konwersację i z takowej wyrywam Janka, gdyż chcę jak najszybciej zrzucić plecak i lec w namiocie. Idziemy do naczelnika obozu, za wskazaniami któregoś z alpinistów. Spotykamy go w centralnym obozie okraszonym wysoką anteną, a rozmowa przebiega raczej niczym poselstwo wśród wrogów.

 



- Dzień dobry, idziemy na Khana i chcieliśmy przenocować u was – mówię zdecydowanie
- A wy z jakiej agencji?
- Bez żadnej agencji, sami idziemy – odpowiadam z nutką dumy w głosie
- To tam jest Khan, i możecie sobie iść! - wskazuje lekceważąco ręką ku górze zbijając mnie z tropu. Starszy, żylasty Rosjanin nie sili się na uprzejmości. Mierząc go wzrokiem pytam jeszcze o nasz bagaż i dowiaduję się, że musiał zapewne trafić do sąsiedniej bazy.
- Tutaj jest jakaś druga baza?
- No jest. Tutaj Ak Sai, a tam Tien Shan Travel – odpowiada Rosjanin machając paluchem w tym samym kierunku co poprzednio.
- A jak długo się tam idzie?
- Po ścieżce będzie z pół godziny.
Ostatnie zdanie jakie wypowiada naczelnik ostatecznie pogrzebuje nasze szanse na szybki odpoczynek. Nie ma czasu do stracenia – musimy iść aby zdążyć przed zmrokiem. Nie pokonujemy jednak nawet kilku kroków, gdy z tyłu odzywa się wątpiący głos. Marcin oświadcza że jest strasznie zmęczony i nie da rady iść dalej. Teraz nie możemy jednak zbyt wiele dyskutować i wiemy, iż musimy jakoś temu zaradzić, najlepiej terapią namawiająco-odciążeniową Każdy z naszej trójki bierze od Marcina część najcięższych rzeczy i pakuje do swojego plecaka. Następnie Janusz ma za zadanie powoli iść wraz z nim, a ja z Jankiem szybko staramy się dotrzeć do Bazy Tien Shan i przygotować nocleg. Do szybkiego marszu ostatecznie zachęca nas mocne tąpnięcie lodowca pod naszymi stopami oznajmiająca potęgę matki natury u której jesteśmy teraz gośćmi.



Ostatni odcinek mierzy dwa kilometry i zajmuje nam faktycznie około pół godziny. Po drodze przechodzimy obok charakterystycznego, powykręcanego wraku śmigłowca i mijamy pozostałości baz z poprzednich lat, które walają się po morenie.
W bazie Tien Shan Travel panuje inny nastrój. Ludzi mniej, spokojnie i kierownictwo młode. Z oddali widzimy grupkę zarośniętych facetów, witamy się ze wszystkimi i zaczynamy rozmowę z około trzydziestoletnim naczelnikiem – Saszą.
- Dzień dobry. My z Polski, na Chan przyszliśmy. Ile kosztuje u was namiot bazowy?
- 5 euro za osobę – nasze oczy zabłysły równocześnie.
- A gdzie woda
- Tam. W beczkach.
- Gdzie kibel?
- Tam
- Nasz bagaż przyleciał do was z Mayda Adir
- Tak, jest w namiocie.
- To bierzemy namioty na cztery osoby. Do widzenia.
I rozmowa zakończona. Nie mamy siły i ochoty na dalsze pogawędki. Jeden z Rosjan wskazuje nam depozyt, kolejny zaś prowadzi do dwóch przestronnych namiotów, które co najważniejsze posiadają prawdziwą cieplutką podłogę z desek.
Kilkanaście minut później przychodzi Marcin z Januszem, a my w międzyczasie poznajemy dwóch Polaków, którzy pomieszkują sobie w obozie. Około pięćdziesięcioletni Irek to człowiek nie do przegadania. Pomimo iż ze stabilizatorem na kolanie, doszedł do obozu drugiego i tyle wystarczyło mu aby osiągnąć cel pokonania swoich słabości. Mariusz zaś po raz kolejny wybiera się na Pik Pabiedy chcąc uprzednio aklimatyzacyjnie zdobyć Khana od południa. Z towarzystwem nie wdajemy się jednak w dłuższe dyskusje, gdyż priorytetem jest ogarnięcie biwaku.
W Base Camp dowiadujemy się przede wszystkim, że dziś miał miejsce wypadek. Około 8:00 rano w kuluarze Siemionowa zeszła lawina, czego efektem była śmierć jednego i poturbowanie kilku alpinistów. Wieść ta jeży nam włosy na ciele i wzbudza niepokój. Póki co chcemy o nie zapomnieć. Świadomość, że za dwa czy trzy dni będziemy przechodzić przez miejsce gdzie dziś zginął człowiek jest dzisiaj zbyt przygniatająca. Lepiej nie myśleć i dać upust zmęczeniu organizmu.
Na miejscu szybko robię miejsce Marcinowi i z nim zajmuję duży, zielony namiot, gdzie upychamy również depozyt. Janek wraz z Januszem kierują się do drugiego.  Wieczorem gotując wodę i przygotowując liofile wspólnie debatujemy nad dalszymi planami. Po chwilowym odpoczynku, przyjęciu ciepłego płynu i żywności, w Marcina wraca życie. Postanawiamy, iż następny dzień przeznaczamy na Rest , a kolejnego wyjdziemy założyć Camp 1. Pomimo zmęczenia nastroje są bardzo dobre. Cieszymy się, że wreszcie znaleźliśmy się na właściwym miejscu i siedzimy w ciepłych śpiworach wśród ludzi naszego pokroju. Z optymizmem na ustach i głowami pełnymi planów idziemy spać przed północą.

Tomasz Duda

Ciąg dalszy niebawem...

Całość relacji ze wszystkimi zdjęciami znajdziecie tutaj.

  • Tomasz Duda
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Droga poza strefę komfortu – Pik Kosmos 2014

Eksploracja jest drogą, która odkrywa nieznane obszary naszej ziemi, i nieznane obszary w nas samych. W trakcie odległych wypraw docieramy do źródeł, gdzie wszystko się upraszcza. Wschód i zachód słońca wyznacza ramy naszej ciekawości, a cel, czyli niezdobyta góra, nadaje prosty kierunek tej drodze.

W wywiadzie dla Justyny Sekuły „Pogaduchy w kuchni: Kosmos 2014”, a później podczas naszych długich rozmów, Kuba na pytania o istotę podróżowania, eksploracji, wspinaczki, wypowiedział znamienne słowa: „to nie jest tylko wejście i zejście [ze szczytu], ale bardziej droga, cały proces wyprawy, od momentu wymyślenia celu, poprzez przygotowanie się, analizowanie map, oglądanie zdjęć satelitarnych. Moją motywacją jest motywacja związana z ciekawością. Co będzie za tym kamieniem, za tamtym zakrętem? Nawet, jeżeli samo wspinanie technicznie może być skomplikowane, to proces realizowania swoich potrzeb, takich bardzo organicznych, zdecydowanie upraszcza tam życie. Tak, dla mnie eksploracja to droga, którą muszę przebyć, to droga, której zwieńczeniem powinien, ale nie musi być szczyt, a gdy tego szczytu nie uda się zdobyć, wciąż pozostanę szczęśliwy, że przeszedłem tą drogę”.

I chyba tym jest eksploracja: drogą, która odkrywa nieznane obszary na Ziemi, i nieznane obszary w nas samych. W trakcie takich wypraw docieramy do źródeł, gdzie wszystko się upraszcza. Wschód i zachód słońca wyznacza ramy naszego codziennego życia, a cel, w tym wypadku wierzchołek wciąż „niezrobionej góry”, nadaje prosty kierunek tej drodze. I wiecie co najlepszego jest w takiej drodze? Jej prostota, brak układów, brak relacji opartych na korzyściach, i jej czysty, fizjologiczny poziom, który mocno redukuje oczekiwania wobec innych. Tak żyje się prościej, ale niezmienne wciąż pozostają „oczekiwania w kwestii partnerstwa i współodpowiedzialności”, które nadają wartości tej drodze.

Czy byliśmy cierpliwi? Gdyby tylko takie wyprawy eksploracyjne w najdalsze zakątki naszego świata dało podzielić się na równe proporcje, a więc równe części pomiędzy drogą, a wspinaniem, pomiędzy okresem zakładania obozów, aklimatyzacją, a właściwym zdobywaniem szczytu, to tak, bylibyśmy cierpliwi. My jednak tak bardzo pragnęliśmy zdobyć tą górę, że przez krótką chwilę przestaliśmy dostrzegać przestrzeń i drogę. A przestrzeń, która nas otaczała, była naprawdę niezwykła. Tak bardzo chcieliśmy dotrzeć do podnóża góry, że te 11 dni marszu – tak, szliśmy aż 11 dni, zanim założyliśmy obóz na lodowcu, u stóp góry – były dla nas prawdziwą udręką. Na domiar złego (chociaż dziś tylko pozornie) trudy marszu potęgowały duża wysokość, na której musieliśmy iść z ciężkim ładunkiem, cztery rwące, zimne i niebezpieczne rzeki lodowcowe, mocny wiatr, piekielnie palące słońce, brak czystej wody pitnej, opady deszczu i śniegu, dziwne trąby pyłowe, które ścigały nas na rozlewisku rzeki spływającej z lodowców Palgova i Grigorieva, zepsute maszynki benzynowe oraz liczne ślepe zaułki, które zmuszały nas do cofania się, i ponownego rozważenia potencjalnej marszruty pod Pik Kosmos. Wszystko to było częścią drogi, ale my wówczas nie chcieliśmy tego oglądać, bo cel był  najważniejszy. A przynajmniej dla mnie.

I gdy byliśmy już gotowi działać, gdy obóz stanął u stóp kosmicznej góry, gdy już zrobiliśmy aklimatyzację i bardzo chcieliśmy zacząć się wspinać, przyszło załamanie pogody, które zmusiło nas od odwrotu z potężnego kuluaru na północnej ścianie Kosmosu. Załamanie pogody trwało sześć dni, przyniosło prawie metr świeżego śniegu, i nas uziemiło. Z  lękami, narastającą frustracją, z gniewem, że czas, którego mamy tak niewiele, jeszcze szybciej kurczy się i za nic w świecie, nie chce dać nam szansy na kolejny atak na górę. Cel oddalał się, ale zrozumienie istoty tej drogi, jaką przebyliśmy, było coraz bliżej. To chyba wtedy, gdy zmuszony byłem leżeć sześć dni w namiocie, zaczynałem rozumieć, że osiągnięcie celu nie zawsze jest możliwe, nie zawsze jest najważniejsze, natomiast bardzo ważna jest droga jaką przejdziemy i styl, w jakim ją pokonamy. Teraz biję się w pierś, że jedyną wartością, jaką wówczas dostrzegałem, był wierzchołek góry, a brak wejścia na niego, w moim mniemaniu całkowicie przekreślał sens wyprawy. Tymczasem, pewien nauczyciel fizyki powiadał, że: „nie ważne skąd i dokąd, ważne którędy, i że prawdziwą przyjemność czerpiemy z podróżowania, z drogi, a nie samego faktu dotarcia do celu”. I chyba miał rację, ponieważ cel tak naprawdę kończy i zamyka drogę, a na takiej wyprawie droga niekiedy niesie większą wartość od samego celu.

To, co czytacie, to raptem początek tej wyprawy, małokaloryczny wstęp do większej opowieści, którą pragniemy Wam niebawem opowiedzieć i pokazać. Będąc w górach Zachodniego Kokszał Tau, idąc te 200-220 km (łączny dystans jaki prawdopodobnie przeszliśmy, chodząc tam i z powrotem ze sprzętem i żywnością), taszcząc na plecach 90 kg ładunku, przeszliśmy naprawdę długą drogę, podczas której zarejestrowaliśmy w naszych głowach wiele skrajnych emocji, a na naszym sprzęcie wiele niesamowitych miejsc i krajobrazów. I mimo, że nie weszliśmy na Pik Kosmos, chcemy pokazać Wam tą drogę, bo wierzymy, że każde takie działanie inspiruje innych do dalszego działania, i jeżeli nie my, to może ktoś z was pojedzie na Pik Kosmos i zawojuje tą górę.

Bądźcie cierpliwi. Wysokokaloryczny artykuł już powstaje, i gdy będziemy gotowi, zdamy pełną i obszerną relację z wyprawy, a tymczasem chcemy Wam pokazać małą galerię i przedstawić chronologiczny przebieg wydarzeń z tej niezwykłej przygody. 

Chronologia przebiegu wyprawy Pik Kosmos 2014

  • 27 lipiec – przylot do Biszkeku.

  • 28 lipiec – zakupy na bazarze Osz.

  • 29 – 30 lipiec – podróż w Zachodnie Kokszał Tau, podzielona na dwa etapy (ok. 500 km): Biszkek – Naryń, Naryń – Zachodnie Kokszał Tau. Wjazd do zamkniętej strefy wojskowej.

  • 31 lipiec – 10 sierpień – transporty na lodowiec Grigorieva (u stóp Piku Kosmos). Przechodzimy 35 km od miejsca, w którym zostawił nas kierowca, do podnóża Piku Kosmos (łącznie ok. 220 km, chodząc po 3 razy każdy odcinek).  

  • 11 sierpień – aklimatyzacja na przełęczy Palgova i wejście na przedwierzchołek szczytu oznaczonego wysokością 5013 m n.p.m. (wys. osiągnięta: 4973 m).

  • 12 sierpień – dzień odpoczynku po dwóch tygodniach transportów. Nachodzi załamanie pogody. Sypie pierwszy śnieg.

  • 13 sierpień – dzień odpoczynku. W nocy zaplanowany atak na kuluar Piku Kosmos (wyraźnie widoczny po prawej stronie góry. Orograficznie, po lewej). Plan założenia obozu C1 na grani. Przez tel. satelitarny otrzymujemy prognozę pogody. Za dwa dni przewidywane poważne załamanie pogody.

  • 14 sierpień – atakujemy kuluar. Wychodzimy nad ranem i przez cały dzień wspinamy się śnieżnolodowym kuluarem. Warunki są trudne, słaba asekuracja. Nocą nadchodzi o wiele za wcześnie zapowiadane załamanie pogody. W silnym wietrze, przy opadach śniegu, w lawinach pyłowych wycofujemy się na ok. 30-50 m przed końcem kuluaru (pod nawisami zamykającymi kuluar).  Całą noc  zjeżdżamy ze stanowisk z Abałakowa. 30 godzin akcji. Mamy lekkie odmrożenia. Pogoda na chwilę się poprawia.   

  • 15 sierpień – koło południa wracamy do namiotów. Popopłudniu sypie śnieg.

  • 16 sierpień – 19 sierpieńbardzo silne opady. Przez 54 godziny nieustannie sypie śnieg. Prognozy są fatalne.  

  • 20 sierpień – Przestaje sypać. Planujemy ostatni atak na górę. Grzęźniemy w śniegu po pas. Po 5 godzinach torowania w głębokim śniegu docieramy na lodowiec w pobliżu przełęczy Palgova. Cały lodowiec zasypany śniegiem. Warunki są bardzo trudne i niebezpieczne. Rezygnujemy z ataku. Próbujemy wejść na sąsiedni Pik, ale warunki śnieżne i lawinowe zatrzymują nas na przedwierzchołku.

  • 21 sierpień – Mamy jeszcze dwa dni w zapasie, ale z uwagi na duże ilości śniegu rezygnujemy z dalszej działalności.    

  • 22 sierpień -28 sierpień – Schodzimy z lodowca i mozolnie wracamy do wylotu doliny Kotur. Kończy nam się jedzenie. Zaczynamy głodówkę. 28 lipca nad ranem przyjeżdża nasz kierowca. Późnym wieczorem docieramy do Biszkeku.

  • 29 – 30 sierpień – jesteśmy w Biszkeku.

  • 31 sierpień – 1 wrzesień – lot do Polski z 24 godzinnym oczekiwaniem na przesiadkę w Istambule.

Słów kilka o wyprawie

Wyprawa trwała w okresie: od 27.07.2014 do 01.09.2014.

Cel wyprawy: Pik Kosmos (5940 m), zwany również Pikiem Schmidta, to drugi najwyższy po Szczycie Piku Dankova w Zachodnim Kokszał Tau. Zlokalizowany jest on w grani głównej pasma, i z uwagi na znaczne trudności w dotarciu do jego podstawy, stanowi poważny cel alpinistyczny. Trudności potęgują również: surowy klimat, brak okolicznych mieszkańców, silne zlodowacenie oraz północna wystawa ściany.

Celem wyprawy Kosmos było: pierwsze wejście na drugi pod względem wysokości szczyt (w paśmie Zachodniego Kokszał Tau), o nazwie Pik Kosmos (również zwany jako Pik Schmidta; 5942 m), eksploracja i wspinaczka na dziewicze pięciotysięczniki w grani głównej Zachodniego Kokszał Tau, oraz sporządzenie dokumentacji zdjęciowej i nakręcenie materiału filmowego.

Wyprawa zorganizowana została z ramienia Klubu Wysokogórskiego Kraków i przez markę odzieżową Climbe.

Partnerzy wyprawy

  • Piotr Picheta
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Do kraju wróciła wyprawa Malubiting&Spantik Expedition 2014

Wyprawa wyruszyła 29 czerwca z Polski z zamiarem wejścia na dwa wierzchołki w rejonie lodowca Chogolungma w Karakorum: Malubiting (7458m) i Spantik (7027m).

SnowDome i kopuła szczytowa Spantika. Fot. Arch. wyprawy

7 lipca
Założono bazę pod ramieniem Spantika na wysokości 4330m.n.p.m. Dzień później rozpoczęło się działanie na aklimatyzacyjnym celu jakim był Spantik. Grobel wychodzi założyć depozyt do C1(ok. 5000m) i schodzi do bazy . Następnego dnia wyszła całość ekipy. Po nocy spędzonej w obozie pierwszym, wyprawa przeniosła C1 na 5300m i wróciła do bazy. 

Ramię Spantika. Z lewej na horyzoncie Malubiting 7458m. fot. Arch. Wyprawy.

13 lipca
Po kilkudniowym odpoczynku Mateusz Grobel, Sławomir Pela, Łukasz Szwarczyński i Tomasz Rojek wychodzą z bazy z zamiarem dojścia do wysuniętego obozu C1 i dalszego działania w stylu alpejskim na drodze normalnej, na ramieniu Spantika w celu założenia C2, C3 i jeżeli to się uda wejść na szczyt. Krzysztof Mularski z powodu zatrucia pokarmowego nie wychodzi z pozostałą czwórką. 

Podejście do C1. Fot. arch. wyprawy

14 lipca
Cała czwórka dochodzi do miejsca C2(5800m) pod tzw. Śnieżną kopułą (SnowDome), a dzień później do C3(6300m).
W C3 wszyscy czujemy się całkiem dobrze, nastroje też są dobre, więc postanawiamy spróbować wejść na szczyt. Stąd chwilę przed 2gą w nocy ruszamy na atak szczytowy. Jest zimno. Do przejścia mamy nie mało. Podszczytowe plato ciągnie się niemiłosiernie. Następnie wchodzimy już grań kopuły szczytowej. Tempo miejscami mamy 200m/godzinę, także  są siły i morale by napierać dalej.

O godzinie 9:30 jesteśmy na szczycie. Pogoda psuje się wyraźnie. Totalne „mleko”, silny wiatr i obfity śnieg. Po drodze wiele razy musimy się zatrzymywać  ze względu na zagubienie śladu. Do namiotu przy zerowej widoczności dochodzimy o 17:00, czyli po 15h akcji. Dzień później, przy równie fatalnej pogodzie i śnieg , nieraz do pasa, schodzimy do samej bazy. W dolnej części ramienia ratowały nas pozostawione przez wyprawę japońską trasery i fragmentu poręczy na SnowDomie.

Podejście pod Snow Dome. Fot. arch. wyprawy

Zejście w totalnej mgle. Fot.arch. wyprawy

18 lipca

Dochodzi do bazy Damian Bielecki.

22 lipca
Rusza akcja na Malubiting. Bielecki, Grobel, Pela, i Rojek wychodzą założyć obozy C1, C2 i C3, oraz zaporęczować przełęcz i uskok. Tego dnia nie dochodzą do wyznaczonego miejsca C1, biwakują na lodowcu. Następnego dnia stoi już C1 (4950m). Kolejnego dnia zakładamy C2(5500m) pod przełęczą Polan La. Grobel i Rojek poręczują przełęcz. Dochodzą do ok. 2/3 wysokości i schodzą do C1. Do C2 dochodzą Mularski i Szwarczyński. Następnego dnia mają kończyć poręczować przełęcz ze Sławkiem Pelą.

Damian stawia trasery na podejściu do C1. W tle Polan La i Malubiting. Fot.arch. wyprawy

25 lipca
Bielecki, Grobel, Rojek, Szwarczyński (ostre zatrucie pokarmowe)  schodzą do bazy.  Pela i Mularski rezygnują z poręczowania z powodu pogarszającej się pogody.


28 lipca
Damian Bielecki próbuje samotnie zdobyć Spantik. Próba zatrzymała go na 5900m, powyżej C2. Istniało zbyt duże ryzyko wpadnięcia do odsłaniających się coraz to więcej nowych szczelin.
Przeczekujemy złą pogodę. Bielecki, Grobel wychodzą 2 sierpnia w złej pogodzie zabezpieczać C1 i C2 oraz próbować działać wyżej. Tego dnia dochodzą do C1. Namioty przewiało kilkanaście metrów, ale stoją. Następnego dnia dochodzą do nich Mularski, Rojek, Szwarczyński. Pela nie bierze udziału w dalszej fazie akcji, ze względu na ból kręgosłupa. Tego samego dnia wieczorem Bielecki, Grobel wychodzą do C2. Duży opad śniegu i zła pogoda zatrzymała ich na stokach Malubitingu Północnego. Nie dochodzą do C2. Śpią w jamie. Rankiem 3 sierpnia odnajdują zasypany obóz drugi. Reszta zespołu dochodzi. Widać z daleka że poręcze są pozrywane przez schodzące lawiny. Grobel samotnie schodzi do C1 a potem do bazy. Tomek z Łukaszem podejmują walkę z przełęczą, następnie Damian z Krzyśkiem. Dochodzą niewiele wyżej niż za pierwszym wyjściem. Dostajemy prognozy na najbliższe dni i nie rokują zbyt dobrze. Pogoda ma się zepsuć jeszcze bardziej. Całość zespołu schodzi do bazy Polan La.


9 sierpnia
Postanawiamy schodzić. Ostatnie noce to niemalże ciągły opad.


10 sierpnia
Jesteśmy już ekspresowo w Skardu


13 sierpnia
Islamabad
 

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Anna Figura zdobywa Szczyt Lenina – relacja z wyprawy

Sukcesem zakończyła się wyprawa narciarska na Szczyt Lenina, w której brała udział ambasadorka marki DYNAFIT w Polsce, Anna Figura. Zespół w składzie Anna Figura, Anna Tybor (obie KW Zakopane), Jacek Żyłka-Żebracki (KS Kandahar, Grupa Podhalańska GOPR) i Jerzy Zachwieja (Grupa Podhalańska GOPR) wyruszyli w pasmo Pamiru 21 lipca br. z zamiarem zdobycia siedmiotysięcznika.

Przed zjazdem z "trójki" na 6100 m, od lewej: Anna Figura, Anna Tybor, Jurek Zachwieja, Jacek Żebracki. Fot. arch. Anna Figura

Dzień po dotarciu na Ługową Polanę, z pomocą koni przeniesiono 180 kg sprzętu i żywności do Obozu I na wysokości 4300 m n.p.m. wzdłuż lodowca, przez Przełęcz Podróżników. Kolejnego dnia zespół postanowił udać się w kierunku Obozu II (5200 m n.p.m.) w celu przetransportowania części niezbędnych rzeczy. Droga do obozu początkowo prowadzi prosto w górę północną ścianą i usiana jest szczelinami lodowymi.

Ten odcinek pokonywaliśmy z buta z nartami przypiętymi do plecaka. Dopiero po przejściu około
300 m różnicy wysokości zakładaliśmy narty i dalej do dwójki poruszaliśmy się już na foce.”
– komentuje Ania Figura

Po dniu odpoczynku, w ramach dalszej aklimatyzacji, zespół ponownie udał się do Obozu II, w którym spędził dwie kolejne noce. Jak wspominają uczestnicy, w pełnym słońcu temperatura na lodowcu wynosiła ponad 35⁰C, w związku z czym rozbite namioty okazały się nieocenionym schronieniem. Piątego dnia 27 lipca br., miało miejsce kolejne wyjście aklimatyzacyjne, tym razem już do Obozu III, położonego na wysokości 6100 m n.p.m. w kopule szczytowej Razdzielnej, do którego droga prawie cały czas wiedzie szeroką granią, w ostatnim miejscu dość stromą.

W obozie zostawiliśmy depozyt niezbędny do przeprowadzenia ataku szczytowego i w 30 min zjechaliśmy na nartach do dwójki. Następnego dnia zaliczyliśmy jeszcze jedno wyjście w stronę trójki, ale ostatecznie zjechaliśmy z 5600 m na odpoczynek i przeczekanie psującej się pogody” – mówi Ania
i dodaje: „Do tej pory pogoda była wyjątkowo sprzyjająca. Nocami około 0⁰C do -6⁰C, za dnia słońce i słaby wiatr. Po zjeździe do Obozu I warunki uległy znacznemu pogorszeniu. Przez dwa dni, które przeznaczyliśmy na odpoczynek, towarzyszyło nam spore zachmurzenie, mocny wiatr i lekki śnieg.”

Kolejnemu wyjściu do góry towarzyszył lekki opad śniegu i mgła. W nocy wiał mocny, porywisty wiatr, ale całe szczęście, zgodnie z prognozami, już następnego dnia warunki znacznie się polepszyły
i można było udać się do Obozu III.

Atak szczytowy miał miejsce 02.08., czyli w dwunastym dniu akcji górskiej. Uczestnicy wyprawy wyruszyli w dwóch zespołach: Anna Tybor i Jurek Zachwieja o godz. 05:00, Anna Figura i Jacek Żyłka-Żebracki godzinę później. Z kopuły Razdzielnej droga początkowo prowadzi ok. 100 m w dół na przełęcz, a następnie biegnie długą granią na wierzchołek Lenina (około 7km i 1000m różnicy wysokości). Po drodze jest jedno trudniejsze zaporęczowane miejsce, tzw. „nóż”. Z powodu niewystarczająco dobrych warunków śniegowych na grani (wywiany śnieg, wystające kamienie), podjęto decyzję o zostawieniu nart w Obozie III. Na wierzchołek przed południem dotarł Jacek,
a następnie obie Anie i Jerzy. O 12:20 wszyscy rozpoczęli zejście i o 15:00 większość zespołu dotarła już do Obozu III. Trzy godziny później w obozie pojawił się również Jerzy.

Podczas ataku szczytowego pokonaliśmy 1250 m różnicy wzniesień. Drogę utrudniał wciąż wiejący wiatr. Po nocy w trójce, już na nartach, zjechaliśmy praktycznie całkiem do obozu pierwszego. Jazda
z ciężkimi plecakami, na dużej wysokości i omijając szczeliny nie należała do łatwych. Jeszcze tego samego dnia spakowaliśmy część rzeczy w jedynce i zeszliśmy do bazy na Ługowej Polanie, gdzie zafundowaliśmy sobie zupę i sałatkę - pierwszy normalny posiłek od dwóch tygodni oraz „kąpiel”
w wiaderku ciepłej wody. Kolejnego dnia wróciliśmy po resztę sprzętu do jedynki.”



Na wierzchołku Lenina: Ania Tybor, Ania Figura, Jacek Żebracki. Fot. arch. Anna Figura

Ostatnie dni przed wylotem upłynęły na zwiedzaniu Kirgistanu. Zespół odwiedził wioskę Arslanbob, słynącą z wodospadu i lasów orzechowych, ale, jak sami przyznają, główną atrakcją po zejściu z gór okazały świeże, pyszne pomidory, arbuzy i melony.

Jak wspomina Ania:

Wszystko bardzo dobrze się nam udało, przede wszystkim zdrowie i pogoda dopisały. Szczerze mówiąc, obawiałam się i niższych temperatur i mocniejszych wiatrów. Nie raz podczas zawodów
i treningów w Alpach, czy nawet w Tatrach, jest zimniej i wietrzniej - pogoda była dla nas wyjątkowo łaskawa :-) Po raz pierwszy byłam na takiej wysokości i niezmiernie ciekawiło mnie, jak zniesie to mój organizm
.

 

Kolejnym celem Ani miała być trasa ekstremalna biegu Elbrus Race, czyli jednego z najważniejszych wydarzeń w kalendarzu biegów wysokogórskich z 25-letnią historią w tle. Niestety problemy organizacyjne zadecydowały o przełożeniu startu na następny rok. W ramach zastępstwa, zawodniczkę DYNAFIT Polska zobaczymy już w sobotę w Biegu na Babią Górę (40 km, 2200 przewyższenia), a we wrześniu na starcie jednej z tras ultra w Krynicy.

 

Wyprawa w datach:

21.07 - wylot z Polski do Osh

22.07 - dojazd do bazy na Ługowej Polanie

23.07 - dojście do obozu pierwszego na 4300 m n.p.m.

24.07 - wyjście na około 5000 m n.p.m., zostawienie depozytu

25.07 - dzień odpoczynku

26.07 - wyjście aklimatyzacyjne do obozu drugiego na 5200 m n.p.m., nocleg w „dwójce”

27.07 - wyjście do „trójki” na 6100 m n.p.m., zostawienie depozytu, nocleg w „dwójce”

28.07 - wyjście w stronę obozu trzeciego do około 5600 m n.p.m., zjazd do „jedynki”

29.07 - dzień odpoczynku w obozie pierwszym

30.07 - dzień odpoczynku w obozie pierwszym

31.07 - wyjście do obozu drugiego na 5200 m n.p.m.

01.08 - wyjście do obozu trzeciego na 6100 m n.p.m.

02.08 - wyjście na Szczyt Lenina 7134 m n.p.m., nocleg w „trójce”

03.08 - zjazd na nartach do „jedynki”, powrót do bazy na Ługowej Polanie

04.08 - wyjście do „jedynki” po resztę rzeczy

05.08 - powrót do Osz, odpoczynek i zwiedzanie

10.08 - lot do Polski

***

Szczyt Lenina (7134 m n.p.m.) – zwany również szczytem Awicenny i Pikiem Lenina, jeden z najwyższych szczytów Pamiru, położony na granicy między Tadżykistanem i Kirgistanem; zdobyty po raz pierwszy przez wyprawę niemiecką w składzie Karl Wien, Eugene Allwein i Erwin Schneider w 1928 roku. Obok chińskiej Muztagh Aty, najbardziej popularny siedmiotysięcznik w historii alpinizmu. Jeden z pięciu szczytów, których zdobycie wymagane jest dla uzyskania Śnieżnej Pantery – rosyjskiego wyróżnienia alpinistycznego.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)