Log in
    

Pogoda dla wspinaczy - wspomnienie o Andrzeju Skwirczyńskim

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

"Tym razem trafiam na kogoś wyjątkowo życzliwego. Nie narzuca się, ale sympatycznie zaprasza. (...) nawet słyszałem o nim  w okresie mojego kursu. Słyszałem wiele dobrego: Andrzej Skwirczyński, człowiek-instytucja". Zapraszamy serdecznie do przeczytania artykułu poświęconego  naszemu klubowemu koledze (KW Kraków), Andrzejowi Skwirczyńskiemu. Autorem wspomnień jest Piotr Petelenz, wieloletni przyjaciel Andrzeja. 


Wczesna jesień 2003. Przygnębiony pętam się po skałkach z liną i „małpą”. Kurs skałkowy ukończyłem dwa lata wcześniej; rok później miałem iść na tatrzański. Jacek, mój kolega ze studiów, mój instruktor, mój przyjaciel, okazał się być chory. Bardzo chory. Teraz już go nie ma.

Czy warto jeszcze się wspinać? Wspinam się słabo, nie ma się czym chwalić. Biorąc pod uwagę moje ukończone 55 lat, mam poczucie, że się wygłupiam. Jak mawiał mój wuj, nie umiem zestarzeć się z godnością. Cóż robić, ciągnie wilka do lasu; wspinaczka stała się dla mnie nałogiem. Jednak przy moich umiejętnościach to czynność dosyć intymna; lepiej, aby mnie przy niej nie oglądano. Przed potencjalnymi widzami nie uciekam w popłochu, ale też ich nie szukam. Czasem ktoś zagadnie, czasem kogoś przeasekuruję, czasem ktoś mnie.

            Tym razem trafiam na kogoś wyjątkowo życzliwego. Nie narzuca się, ale sympatycznie zaprasza. Ma ujmujący sposób bycia, błyskotliwą inteligencję, wspaniałe, niezłośliwe poczucie humoru. Okazuje się być instruktorem; powoli kojarzę, że chyba nawet słyszałem o nim w okresie mojego kursu. Słyszałem wiele dobrego: Andrzej Skwirczyński, człowiek-instytucja. Teraz widać, że kursanci (którymi wciąż jest otoczony) chyba go uwielbiają. Ani nie wiem, kiedy zaczynam się wspinać razem z nimi.

Na dodatek mieszka na sąsiedniej ulicy. Coraz częściej w skałki wyjeżdżamy razem. Przy okazji wiele się uczę; Andrzej zna mnóstwo drobnych patentów, które ułatwiają życie – i zwiększają bezpieczeństwo. Uczę się i innych rzeczy, na przykład: z pogodą nigdy nie wygram. Nie wygram... ale czasem mogę ją troszkę oszukać. Ze skutkiem lepszym lub gorszym.

* * *

W tym roku ani nie marzyłem, aby się wspinać w Tatrach. Teraz pojawia się szansa. Choć to już początek października, Andrzej proponuje wspólną wycieczkę: Prawy Dorawski na Świnicy. Czasu mało:  dzień krótki, dojazd z Krakowa trwa dłużej, niż planowaliśmy (wieczny remont Zakopianki), kolejka na Kasprowy wymaga czekania, trzeba jeszcze przez Świnicką Przełęcz zejść pod ścianę i znaleźć początek drogi. Stąd wygląda zupełnie inaczej: płyty lśnią w słońcu warstwą lodu. „Andrzeju, przecież nie mamy odpowiedniego sprzętu – czy nie trzeba zrezygnować?” „Jak będziesz miał zalodzony chwyt czy stopień, to oczyścisz młotkiem. Schowaj plecak pod głazem i asekuruj”.

alt

Andrzej na drodze Dorawskiego, Świnica. Fot. arch.  Andrzej Skwirczyński

 Nasz pięcioosobowy „tramwaj” wyrusza więc w ścianę: „szybka trójka” plus zespół dwuosobowy; idę ostatni i zbieram haki. Zbieram – lub gubię. Pierwszy leci w dół; na szczęście jest widoczny i niedaleko. Kuba spuszcza mnie, podnoszę; całkiem szybko to poszło. Dalej już nie ryzykuję – następny mam „na smyczy”, gdy tylko zaczyna się ruszać. Odtąd zawsze będę miał w kieszeni kawałek cienkiej linki kevlarowej na „diabli ogon”. Hak rusza się i rusza, ale wciąż siedzi – jak długo tak można? Kuba mi sygnalizuje, że Andrzej na górze bardzo się niecierpliwi. Już ze dwadzieścia minut się mocuję; wyobrażam sobie, jaki jest zirytowany. Ale za zostawionego haka też mnie nie pochwali, oj nie... Hak wreszcie puszcza; no tak, łyżka, całkiem zgięta; nic dziwnego, że trudno ją było wybić. Ale czasu nikt nam nie zwróci. Na dole przy brzegach stawków pojawia się kożuch lodu. Dzień powoli chyli się ku zachodowi. Świnicką Ławką trawersujemy na przełęcz; z górnej części drogi tym razem rezygnujemy – na Zakopiance znowu będzie korek.

Wrócimy tu jeszcze w lecie – znowu jednym dniem z Krakowa. Kolejka na Kasprowy, od Świnickiej Przełęczy trawers w ścianę. Plecaki chowamy pod blokami skalnymi; pora zakładać pierwsze stanowisko. Co to, kropi? Nie, teraz już leje! Nie ma gadania, odwrót. Deszcz trochę przechodzi; może jeszcze chociaż Załupa H? Nic z tego, znowu zaczyna lać. Chowamy się w kolebie; jest prawie zacisznie, tylko woda cieknie prosto na moje uda. W ciągłym deszczu dalszy odwrót: Betlejemka, Kraków. Patrzę teraz z innej perspektywy: w porównaniu z tym szkaradzieństwem, jesienna cienka warstwa lodu byłaby przyjemnością...

* * *

Tymczasem jednak wciąż jeszcze jest początek zimy 2003. Ma ciepłe okresy; prace ekiperskie udaje się ciągnąć nawet z początkiem grudnia. Ale w tym niewiele uczestniczę; Andrzej potrafi wydobyć czas na wspinaczkę choćby spod ziemi, ja nie. Pierwsze „współautorstwo” drogi wspinaczkowej: Tercet na Grodzisku. Jeszcze w żółtawym blasku słońca, prowadzę którąś z sąsiednich łatwych dróg. Jestem na górnym stanowisku; asekurując Ankę stawiam kaptur –  wiatr miecie w twarz lodową kaszę. Zima tylko na parę godzin przymknęła oko.

* * *

Coraz zimniej, krótki dzień. Na ten rok koniec wspinaczki. A ja, z gorliwością neofity, chcę się wspinać. Sztucznej ścianki nie lubię – to nędzna namiastka skały. „Piotrze, czy znasz jaskinie podkrakowskie?” Oczywiście nie znam. Na początek jaskinia „Nad Źródłem”.

alt

Andrzej Skwirczyński i Piotr Petelenz szykują się do zjazdu

Dziwny jest zjazd w ciasną szczelinę; niby co za różnica w stosunku do zjazdu w ścianie, ale jednak... Trzeba w ciasnocie radzić sobie z przyrządem zjazdowym, pozycja nietypowa, linę też lepiej prowadzić w sposób trochę inny niż zazwyczaj. Niby nic trudnego, ale sam czuję, jaki jestem nieporadny. Jaskinia... cóż, ciemna dziura. Ale jednak to wspinaczka w prawdziwej skale. Andrzej robi mi wykład z geologii – z demonstracjami. To jego zawód i fascynacja. Z zaciekawieniem oglądam nacieki.

* * *

Tym razem jedziemy do Jaskini Racławickiej. Ponury listopadowy dzień, na zszarzałej trawie szron, na drzewach szadź. W końcu znajdujemy wejście; szczęśliwie, krata nie ma kłódki. Andrzej instaluje linę i inny sprzęt. Tutaj jest inaczej, niż Nad Źródłem: większy kawałek swobodnego zjazdu, większa komora, nawet są obok „aneksy” – już jest trochę do oglądania. Wiszący nietoperz wygląda jak małe pudełeczko.

Powrót; wychodzenie po linie na przyrządach zaciskowych. Ongiś Ewa świetnie mnie tego nauczyła, ale bez żadnego kontaktu ze ścianą jest dziwnie; wisząc na linie powoli kręcę się w kółko, światło czołówki eksponuje to ten fragment ścian, to inny. Wierzchołek komory; lina przyciśnięta do progu moim ciężarem. Zmiana pozycji, z trudem odpycham się od progu, aby przesunąć w górę przyrządy zaciskowe. Udało się, dalej już łatwo. I niespodzianka: „Piotrze, czy umiesz chodzić po drabince linowej?” Z góry zwisa lekka drabinka Andrzeja konstrukcji. „Stawiaj stopy na zmianę: raz normalnie, jakbyś szedł po schodach, raz – okraczając boczną linkę drabinki, stawiaj na stopniu piętę”. To rzeczywiście działa! Na zewnątrz zmrok; w świetle czołówek pakujemy sprzęt.

* * *

Kończy się luty, pogoda piękna. „Piotrze, pora na narty. Co, ty nie jeździsz na nartach?!” Cóż, kiedyś dawno próbowałem, nigdy dobrze. Nie bawi mnie to: zimno, szybki ruch... Jak mawiał ktoś z mojej rodziny, lubię „sporty kontemplacyjne” – dawniej strzelectwo, teraz wspinaczka dla mnie w sam raz. Chcę się wspinać! Andrzej ma zdecydowaną opinię: „Zima jest nie po to, żeby się wspinać: skała zimna, krótki dzień, możliwość odmrożeń. Daj sobie spokój! Zima jest po to, żeby jeździć na nartach!” Ale nie jest ortodoksyjny; w końcu szkoli i w zimie, a w wysokich górach wspinał się niemało. „No, dobrze, to pojedziemy spenetrować nową skałkę; dawno zamierzałem to zrobić”.

Samochód zostawiamy w Łazach. Śniegu przeważnie już niezbyt wiele, ale gdzieniegdzie jeszcze zaspy. Podchodzimy pod ściankę; niska, ale wygląda całkiem ładnie. „Skałka jest nienazwana – ta miejscowość to Łazy, niech więc będzie Łazanka”. Jedna droga rysuje się dosyć wyraźnie. Sprzętu oczywiście nie wzięliśmy; wstępnie penetrując, mimo zimowych butów wychodzę kawałek w górę. Wiem, że mogę to zrobić bezkarnie: pod ścianą gruba poducha śniegu, w razie czego miękkie lądowanie gwarantowane.

Wracamy tam kilka tygodni później. Przechodzimy drogę na wędkę; przy okazji – obok jest druga, trudniejsza. Po paru dniach obie wreszcie oczyszczone i wstępnie ubezpieczone. Andrzej prowadzi; „zrobione”. Dla jednej nazwa oczywista: Łazanka. Z drugą kłopot: „Piotrze, jak ją nazwiemy?” Kusiłaby mnie jakaś nazwa abstrakcyjna. Przypomina mi się wczesne dzieciństwo mojej córki... Miała „koleżankę” o (dosyć niecodziennym) imieniu Puszsza. Jako jedynaczka, koleżankę (wraz z imieniem) wymyśliła sobie do towarzystwa: wyimaginowaną dziewczynkę z wyimaginowanego kraju. Dawne czasy. Ale teraz będzie Filarek Puszszy.

Parę miesięcy później: „Piotrze, zabrali nam Łazankę!” ...? „Ta skała w rzeczywistości miała nazwę już wcześniej: to Zbędowy Murek”. Ale Łazanka jako nazwa drogi nadal może być; Puszsza też pozostała...

* * *

Wiosną albo brak mi czasu, albo pada. Andrzej znajduje prowizoryczne remedium: zaczynamy sezon wspinaczką na Zjazdowej Turni w Dolinie Będkowskiej. Dzięki kolosalnemu okapowi skała jest sucha i od biedy wspinać się da nawet w deszczu.

* * *

W czerwcu 2004 Andrzej jedzie szkolić w Tatrach. Proponuje, abym się przyłączył. To nie lada gratka; udaje mi się wygospodarować dwa dni. Mieszkamy w Betlejemce. Środkowy Filar Skrajnego Granata. Pogoda nieszczególna; nie pada, ale zdecydowanie chłodno; każdemu z nas leje się z nosa. Na którymś kolejnym stanowisku kursant pyta, czy ktoś z nas nie miałby chustek. Andrzej fulminuje: „Toś ty panna na wydaniu czy taternik?! Taternik wyciera nos o, tak!” Z emfazą dokonuje demonstracji, sięga do kieszeni i... podaje kursantowi paczkę chusteczek higienicznych.

Wchodzimy w chmurę, zaczyna siąpić. Na szczęście to już praktycznie koniec drogi; jeszcze się asekurujemy, ale teren już łatwy; wychodzimy na szlak. Chmury coraz ciemniejsze. „Piotrze, rozłóż mi parasol”. Oczywiście go nie mam. „To wyjmij z mojego plecaka! Co z ciebie za taternik, prawdziwego taternika zawsze poznasz po parasolu”. Czy to kolejny paradoksalny aforyzm Andrzeja? W chwilę później rozumiem: deszcz już nie pada, a chlusta. Z dala widać kilkumetrowe fontanny wody wyrzucane w górę ze Żlebu Drège’a; za to nasza lina, spakowana pod parasolem, jest wciąż sucha. To ułatwi nam wspinaczkę następnego dnia: „Setka” na Zadnim Kościelcu.

alt

Andrzej Skwirczyński podczas wspinaczki na Łomnicy – fot. arch. Andrzej Skwirczyński

* * *

Lato i wczesna jesień 2005 to epopeja działań ekiperskich na Zaklętym Murze (wg niedawnej propozycji, Mur Skwirczyńskiego). Trzy i pół miesiąca pracy, w niemałym stopniu ogrodniczej. Ściana prawie nie widuje słońca: zachodnia ekspozycja i wysokie drzewa. Nie daj Boże deszcz: schnie dość długo, a u jej stóp wieczne błoto. Gdy da się to zbytnio we znaki, są sposoby: można zrobić wypad na ostańce lub Smocze Skały. Tu jednak los bierze na nas odwet: z pogodą kompromis był możliwy, z właścicielem nie. Stanowczo nie życzy sobie wspinaczy – zatem ubezpieczone drogi i tak na nic.

* * *

Wrzesień. Andrzej proponuje wycieczkę w Tatry: tym razem Trzynaście Progów. Wyjeżdżamy z Krakowa przed świtem. Gdy stawiamy samochód na parkingu, z ciężkich chmur siada mgła, która stopniowo staje się mżawką. Andrzej jest dobrej myśli: załamanie pogody zapowiadane jest dopiero na wieczór.

Gdy wchodzimy w Wąwóz Kraków, chmury są jeszcze ciemniejsze, ale chwilowo nie pada. Brniemy dalej. Na Rynku wita nas słońce, choć chmury wciąż chodzą dookoła. Pierwsze łatwe wyciągi. Na kolejnym stanowisku Andrzej opowiada: „Wiesz, poprzednim razem z Anką doszliśmy już wyżej. Ale jak przyszedł deszcz, to musieliśmy szybko uciekać zjazdami – wąwóz zbiera wodę ze wszystkich okolicznych ścian i można się utopić”. Anka słucha smętnie, ja – nerwowo badam niebo.

„Patrz, Piotrze: jesteśmy w jaskini, której sufit się zapadł”. Kolejne wapienne baseniki z kałużami na dnie, w końcu Beczka. Dzięki niskiemu odpływowi przypomina raczej wannę do nasiadówek. Jej pięciometrowe „oparcie” jest wspaniale wygładzone przez wodę i niezbyt szerokie. Pozwala łatwo sobie wyobrazić, co tu się dzieje w czasie ulewy – przecież widziałem w takich warunkach Żleb Drège’a, dobrze, że z daleka.

Chmur teraz niewiele, ale gdzieś w okolicy grzmi... Asekuruję prowadzącego Andrzeja, potem idzie Anka. Pojawia się trochę chmur, coś za szybko... Czekam na moją kolej; ile to jeszcze wyciągów? Likwiduję stanowisko. Chwytając się pętli, obchodzę pełny wody baniaczek na dole (uwaga, bardzo ślisko; wody wprawdzie tylko po kolana, ale na kąpiel nie mam ochoty) i wchodzę w stromą, gładką ściankę. To piątka, kluczowe miejsce drogi. Trudności bez rewelacji, ale teraz trzeba wybić hak. Pozycja niewygodna, stopień nieco zbyt gładki, stromo. Andrzej się niecierpliwi: „Jak nie prowadzisz, to twój styl nie ma żadnego znaczenia, mógłbyś nawet chwytać się liny. Dam ci blok, a ty sobie spokojnie zwiśnij; będziesz miał wolne ręce”. Jestem wściekły: ja też chcę mieć z tej wspinaczki jakąś satysfakcję; do cholery, ja NIE CHCĘ zwisnąć! Znowu grzmi. Teraz tylko potrzeba, żebym upuścił hak... Będę go szukał w tym bajorze? Już sobie wyobrażam zachwyt Andrzeja – to wspaniały kompan, ale temperament ma sangwiniczny... Olśnienie: przecież mam w kieszeni mój wspaniały „diabli ogon”! Łapię hak na pętelkę i mocuję do uprzęży; teraz mogę trzymać się jedną ręką, a młotkiem w drugiej walić ile dusza zapragnie. Najwyraźniej rzeczywiście robię to dosyć silnie, albo też hak czuje moją determinację, bo puszcza po paru ciosach. Jestem na stanowisku.

Wąsko tu, skały zwierają się wokół nas. Wprawdzie nad nami w polu widzenia tylko niebieskie niebo, ale słońce się schowało; pewnie wysokie ściany zasłaniają chmury. Znowu grzmi. Idziemy teraz wąskim, krzywo nachylonym korytem. Kończą się trudności; jeszcze jakieś progi, jakaś ścianka i otwiera się perspektywa Zadniego Kamiennego. Tu już znacznie szerzej; okwiecone łąki, gdzieniegdzie marglowe głazy, sporo szarotek. Lekki posiłek; o zachodzie osiągamy przełęcz, do samochodu schodzimy już po zmroku. Wjeżdżam do Zakopanego: ulice całkiem mokre, musiało tu dobrze lać... Ano lało, była solidna burza. To te grzmoty słyszeliśmy. Na nas nie spadła ani kropla; tak to w górach bywa.

* * *

Późna jesień 2005. Śniegu jeszcze nie ma, ale już mróz. W sobotę niespodziewany telefon od Andrzeja: „Nie będziesz siedział w domu przy takim słońcu!” „Ależ Andrzeju, przecież skała zimna...” „Próbowałeś kiedyś hakówki? Najwyższa pora! Zimna skała nic nie szkodzi.” Jesteśmy więc na Chochołowych Skałach. Nowa droga, Andrzej prowadzi, my z Anką asekurujemy go na zmianę. Uczymy się operowania ławeczkami. Jakież to inne od wspinaczki klasycznej!

* * *

Już głęboka zima. Telefon. „Piotr? Wybrałbyś się gdzieś?” „Ależ Andrzeju, przecież to zima: skała zimna, krótki dzień, możliwość odmrożeń...” (Recytuję wyuczoną lekcję). „Nie opowiadaj, mówiłeś kiedyś, że chciałbyś spróbować wspinaczki w śniegu. Pogoda idealna! Pakuj buty do raków, raki ci pożyczę; jedziemy do Będkowskiej”.

Śniegu rzeczywiście sporo, ładnie skonsolidowany. Andrzej starannie wybiera miejsce: musi mieć pewność, że nie uszkodzimy rakami i czekanami potencjalnej drogi klasycznej. Zna ten rejon na pamięć: to, co jest pod śniegiem w tym miejscu z pewnością nikogo nie będzie kusić. Zbocze dość strome, gdzieniegdzie skała lub drzewo; jest na czym założyć przeloty. Droga niedługa, ale daje zielone pojęcie o używaniu podstawowego sprzętu zimowego. Andrzej, jako nauczyciel z krwi i kości, nie dopuści przecież, abym w tym zakresie pozostał zupełnym ignorantem.

* * *

Wciąż jednak brak mi innej podstawowej umiejętności: „Nie jeździsz na nartach?! Cóż z ciebie za taternik?! Zima jest do jeżdżenia na nartach!”. W końcu ulegam. Mój brat ceduje mi swe poprzednie deski; z pewną obawą testuję na nich moje siły. Dawniej niby też trochę próbowałem, ale teraz bodaj czy nie jest to jeszcze trudniejsze: jestem starszy o ileś tam dziesiątków lat, a te narty są chyba zbyt nośne (to pewnie jakiś defekt fabryczny?!), jakoś same spode mnie wyjeżdżają. Jakoś też dziwnie pode mną tańczą, myszkują, noga dziwnie nad nimi nie panuje. To znacznie bardziej przerażające niż trudna ściana. Wbrew protestom Andrzeja, od wyciągu przenoszę się na oślą łączkę. No tak, coś się wyjaśniło: buty też mam inne niż dawniej, nie sznurowane. Zapomniałem zapiąć klamry; teraz już odrobinę lepiej.

W następnym już roku: „Piotrze, ugnij nogi, pochyl się do przodu!” Lamentuję, że to zbyt trudne, jestem tępy, że ten sport nie dla mnie, że nie lubię zimna, że mnie to nie bawi. Przecież w moim wieku już nic się nie nauczę…Andrzej jest dobrym psychologiem i stanowczym dydaktykiem: ucina dyskusję i jakoś ani nie wiem, kiedy się znajduję na stoku w Kasinie, Polczakówce czy Spytkowicach. Jest też nowy wyciąg na Mosornym Groniu. „Taka pogoda! Przygotuj narty, jutro jedziemy!” „Jutro” przyszło: spoglądam w dół od górnej stacji wyciągu – spoza dolnej kopki widać maleńkie samochody. Chyba dosyć ostry ten zjazd... Za którymś razem wywracam się na najbardziej stromym dolnym odcinku. Leżąc na stoku, zsuwam się coraz szybciej w dół wraz z moim plecakiem, odpiętą nartą i całym tym majdanem. Nie zdawałem sobie sprawy, że tu aż tak stromo; zapewne uciekłbym w popłochu, ale skoro już tu zjechałem parę razy, to widać się da...

„Masz za długie deski, kup sobie nowe, krótsze i taliowane”. Z pełną antymotywacją, daję się zaprowadzić na giełdę narciarską. Akurat trafiamy na Rossignole; z wiązaniami, prawie nie używane i bardzo tanie. „Piotrze, kupuj i uciekaj, żeby się nie rozmyślili!” No, dobrze, ale przecież narty i tak nie będą jeździć za mnie.

Próba generalna; no, muszę przyznać, że na tym jeździć się nawet da. „Teraz to już tylko trening i TRESURA! W sobotę jedziemy na Kasprowy”. Przedkładam, że to dla mnie zbyt trudne. „A żebyś ty wiedział, w jakich warunkach ja pierwszy raz zjeżdżałem z Kasprowego! I to jeszcze z ciężkim plecakiem!” To żaden argument, z Andrzejem nie przyszłoby mi do głowy rywalizować (i to wtedy, gdy był o czterdzieści lat młodszy, niż ja teraz). Cóż jednak robić, najwyraźniej postanowił „wyprowadzić mnie na ludzi” i uważa, że wie lepiej. „A Tatr w zimie, przy takiej pogodzie, nie chcesz zobaczyć?” Więc daję się okrutnikowi spuścić z Kasprowego; 5 razy na Gąsienicową, 2 razy na Goryczkową; zjeżdżamy do Kuźnic. Miał rację, jakoś się nie zabiłem. A właściwie to chętnie wrócę tam, gdy tylko będę miał okazję. Chyba już nie tylko dla widoków; obawiam się, że Andrzej zaraził mnie również i nartami... Może i ma rację, że zima do tego służy?

* * *

On sam jest w tej materii znacznie bardziej wymagający i bardziej konsekwentny: z Kasprowego dawno wyrósł i każdej zimy jeździ na narty w Alpy. Wraca zwykle zregenerowany i zadowolony. Pokazuje mi zdjęcia z okolic Val d’Isère, które ja tylko powierzchownie pamiętam z lata. Jakże inaczej to wygląda w zimowej scenerii! Kusi, aby spróbować...

alt

Andrzej Skwirczyński w Alpach francuskich. Fot. Anna Fischer

Ale w tym roku Andrzej już nie będzie moim przewodnikiem. Jest jesień 2008. Wrócił z Dolomitów chory, przeszedł pierwszą operację, a następna chyba okaże się nieunikniona. Teraz trzeba czekać na decyzję lekarzy.

* * *

Luty 2009; Andrzej bardzo słaby, ale koniecznie chciałby dokończyć drogi zaczęte na Mnichu w Dol. Kobylańskiej. Parę razy byliśmy na nartach na Chełmie, jego jednak ciągnie w skały – przecież to całe jego życie. Znowu jest ładna pogoda...  „Piotrze, pojedziemy spenetrować nową skałkę”. Znajome hasło; niemal od tego przecież zaczynała się nasza znajomość. Niezbyt daleki dojazd, teraz błąkamy się po śniegu; wreszcie znajdujemy obiekt naszych poszukiwań. Izolowana turniczka od naszej strony prezentuje kawałek ładnej ścianki. Będzie niewiele czyszczenia; to piątka lub więcej. O ile więcej? Czy potrafilibyśmy ją pokonać?

Tymczasem próbuję od dołu zajrzeć w wąski kominek. Trochę śniegu i wilgotno; stopień wprawdzie może być śliski, ale mam dobry chwyt. Andrzej usiłuje mnie powstrzymać: „Nie rób głupstw. Złamiesz nogę, po co ci to?” Ale chodzi przecież o jeden krok; stawiam na swoim. Zaspokoiłem ciekawość: droga w kominku będzie krótka, trudności około czwórki.

Obchodzimy obiekt dookoła. Trzeba bardzo uważać, bo rzeczywiście ślisko. Od drugiej strony dojście potencjalnie dosyć łatwe, ale ze dwa haki lepiej byłoby wbić. Kontynuujemy badanie. Tutaj już całkiem łatwo; szeroka rysa prosi się o bonga, wyżej jakiś mniejszy hak, raczej jednak dłuższy i trzeba będzie dobrze wybrać szczelinę, bo skała zerodowana. „Piotrze, jeszcze tu wrócimy”.

Nie zdążymy. Pożegnam się z Andrzejem 5 maja – już na zawsze. Na ludzi może wyprowadzić mnie nie zdążył, ale teraz przynajmniej rozumiem, o czym ludzie mówią – ci od wspinaczki i ci od nart. Umiał uczyć jak mało kto, umiał też zarazić entuzjazmem. Dziękuję, Andrzeju!

Autor: Piotr Petelenz


Piotr Petelenz, ur. 1948, wspina się od roku 2001 (kurs skałkowy u Jacka Jasińskiego). Były kursant (kurs taternicki) i wieloletni przyjaciel Andrzeja Skwirczyńskiego, jeden z Jego współpracowników w pracy ekiperskiej i współautor niektórych Jego dróg wspinaczkowych. Z zawodu profesor chemii teoretycznej, zatrudniony na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież