Log in
    

Lhotse - Kinga Baranowska

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Zapraszamy na kolejne wieści od Kingi Baranowskiej z jej wyprawy na Lhotse.

alt

Kinga w C1 (6050m npm), w tle Lhotse. Fot. archiwum wyprawy

22 kwietnia

Tuż niedaleko mojego namiotu odbywają się treningi przeszkalające na lodowcu. Co poniektórzy uczą się zjazdów i obsługi sprzętu asekuracyjnego. Trzeba przyznać, że wygląda to dość egzotycznie, ucząc się tuż przed wyprawą podstaw wspinaczki.


Około trzeciej nad ranem budzi tętent butów. To osoby, które wybierają się do góry na Icefall. W nocy na lodowcu można zobaczyć rząd światełek wchodzących do góry. Większość wychodzi właśnie o tej porze, bo żywy lodowiec jest wtedy najbezpieczniejszy. Zdarzają się też tacy, którzy gramolą się później, ale chyba są bardzo "śmiali".
Inna dość zaskakująca rzecz, której nie zaznałam nigdzie indziej, to brak prywatności. Wszystkie namioty muszą stać koło siebie, Szerpowie i kucharze lubią być bardzo blisko, jest to kwestia ich mentalności i wcale nie rozumieją potrzeby prywatności, która może być u innych większa. W związku z tym, nie pytając się nikogo o zdanie, potrafią wcisnąć kolejną bazę w parę metrów wolnej przestrzeni, tak, że namioty stoją pół metra od siebie. Mimo, że tuż za zakrętem, jest wielka ogromna wolna przestrzeń. 
Może dlatego, że gdzie indziej nie wynajmuje się w takim stopniu Szerpów jak tu, w przypadku innych ośmiotysięczników i innych baz, decydują wspinacze. Tu jest królestwo Szerpów i to od nich zależy, gdzie ten „biedny” klient będzie miał bazę.


Zrobiłam istną furorę wśród Włochów przywożąc czajnik na gaz do parzenia kawy i włoską kawę Lavatzę. Stwierdzili, że to nie niemożliwe po prostu, że zabrali tyle różnych rzeczy z Włoch (wędliny, ser), a kawę musiała im przywieźć Polka.
Generalnie aromatyczna parzona kawa stała się poobiednim rytuałem na naszym stole, zaś aromat rozprzestrzenia się wszędzie wokół. 


23 kwietnia

Na zewnątrz ogromny wichór, nawet nie potrafię sobie wyobrazić co dzieje się w obozach wyżej. Tu na dole prawie przewraca, w nocy temperatura spada w bazie do minus 15, minus 20, w dzień grzeje słońce. Cieszę się, że wyszliśmy od razu do góry i wykorzystaliśmy dobrą pogodę. To jest taka pierwsza podstawowa zasada w górach, że wtedy kiedy jest pogoda, nie można siedzieć w bazie. Trzeba iść do góry, nawet jeśli się nie chce. Nota bene, tu większość rzeczy „się nie chce”, wiadomo, że nikomu się nie chce wyjść z ciepłego śpiwora na mróz. Ważne, by przełamać w głowie niechęć i zrobić ten pierwszy ten pierwszy krok. Potem już jakoś idzie.

W naszej mesie ujawniły się kółka różnych zainteresowań, właśnie w takie popołudnia jak to. Część osób czyta książki, część gra w karty (ci są dość rozemocjonowani), część lubi spędzać czas samotnie w swoim namiocie, zaś jeszcze inni lubią się gromadzić stadnie i rozmawiać, albo oglądać filmy. Oczywiście przy okazji kart wytwarza się mnóstwo rywalizacji, bo gra się na punkty, a wiadomo, każdy chce wygrać.

Większość z naszej grupy skupia się w mesie, która na szczęście jest bardzo stabilną kopułą i chroni nas nawet przed najsilniejszym wiatrem. 

Usłyszałam też od jednej z osób, że strasznie się nudzi i nie wie co ze sobą począć, chciałyby już wyjść do góry. To właśnie „charakteryzuje” osoby, które nie potrafią cieszyć się z każdej chwili, które żyją tym co kiedyś być może nastąpi lub nie nastąpi. A właściwie, tutaj każda chwila niesie ze sobą coś nowego, szczególnego. I jeśli tylko zatrzymamy się na chwili obecnej i nie mamy żadnych oczekiwań, to można cieszyć się każdym momentem.


alt

Kinga w obozie III na wys. 720 m npm, Fot. archiwum wyprawy

24 kwietnia

Dziś odwiedziła mnie w bazie... Polka! Niesamowicie się z tego faktu ucieszyłam. Okazało się, że jesteśmy nawet w bazie sąsiadkami, mamy namioty nie tak daleko od siebie. I żeby jeszcze było śmieszniej, to znamy się z jednego koncertu, gdyż obie jesteśmy zagorzałymi  fankami jazzu. Poznałyśmy się na koncercie w Polsce (a raczej jego after party) i po dwóch latach spotkałyśmy się  ponownie tu w bazie. Cóż za zbieg okoliczności! Iza „robi” Koronę Ziemi, czyli wszystkie najwyższe szczyty kontynentów, więc tu będzie się wspinać na Mount Everest.



Muszę Wam się przyznać, że nie chodzę tu zbyt wiele po bazie i za bardzo nie wiem, kto gdzie ma swoje namioty. Jest tu tak dużo ludzi, że jeśli nie wie się, kto jest z jaką agencja, raczej ciężko kogokolwiek odnaleźć. Wbrew pozorom, tutaj ciężej się zaznajomić z kimkolwiek, niż gdy w całej bazie są trzy wyprawy i wszyscy się znają. Trochę brakuje mi tej intymności górskiej, ale staram się dostrzegać pozytywne strony wyprawy.

25 kwietnia


Znów przygotowania do wyjścia do góry. Tym razem nasz plan zakłada, by przespać się powyżej 7 tys. metrów. Każdy tu oczywiście ma plan inny, ci którzy wspinają się z tlenem, wychodzą tylko trochę powyżej dwójki, a następnie na przykład schodzą do jednej z wiosek poniżej bazy, by potem już na tlenie iść do szczytu. 
Dla nas ważne jest by mieć dobrą aklimatyzację z powyżej 7 tys. metrów, by tam właśnie spędzić noc, gdyż z moich doświadczeń z wysokimi ośmiotysięcznikami, to właśnie procentuje. Tak więc pakujemy się, zastanawiając jednocześnie co może nam tam u góry się przydać.

Wiem, że u Was zbliża się długi weekend, w związku z tym, życzę Wam dobrych wyjazdów, dobrego wypoczynku i do usłyszenia za parę dni!


 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież