Log in
    

„Zwyciężyć znaczy przeżyć” - Fragment o zdobywaniu Broad Peak zimą 1988

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

Poniższy tekst pochodzi z mojej książki pt. „Zwyciężyć znaczy przeżyć” wydawanej dwukrotnie, w 1994 i 2004 roku. Ponieważ od tamtej pory cały szereg zdarzeń w niej opisanych znalazło swój dalszy ciąg lub zgoła zakończenie, czas najwyższy zabrać się za przygotowanie wydania trzeciego, które oczywiście będzie rozszerzone i uzupełnione. Pracuję nad tym i myślę, że za kilka miesięcy książka trafi na rynek.

Maciej Berbeka i Aleksander Lwow. Fot. arch. Aleksander Lwow

* * *

(...) 30 września 1987 r. weszliśmy z Tadeuszem Karolczakiem na Cho Oyu, w stylu alpejskim, nowym wariantem i w rekordowym czasie 15 godzin wspinaczki.

Po powrocie do Polski nie zdążyłem się nawet dobrze przyzwyczaić do nowych warunków, a już zaczęto bombardować mnie telefonami, namawiać, kusić i mamić – jedź na zimowe K2! Leszek Cichy miał widocznie wielki dar przekonywania, skoro na 10 dni przed planowanym odlotem do Karachi zdołał uzyskać ode mnie odpowiedź pozytywną.
Wyprawa miała charakter międzynarodowy, polsko-brytyjsko-kanadyjski i liczyła w najlepszych chwilach 32 osoby. Uczestniczyło w niej trzynastu Polaków. Bardzo dobry, silny zespół: Andrzej Zawada kierował całością, jednym z lekarzy był Michał Tokarzewski (jedyny praktyk i autentyczny fachowiec w tej dziedzinie), a łącznością radiową opiekował się Bogdan Jankowski. Do wspinania się przeznaczeni byli: Maciej Berbeka »Czarna Dziura«, Eugeniusz Chrobak, Leszek Cichy, Mirosław Dąsal »Falco«, Mirosław Gardzielewski »Gardziel«, Andrzej Heinrich »Zyga«, Paweł Kubalski, Maciej Pawlikowski »Pawliczan«, Krzysztof Wielicki »Krasnal« i ja, czasem »Lew«.

* * *

Pierwsza zimowa wyprawa na K2 (8611 m – drugi szczyt świata) jest już niemal zamierzchłą historią. Niby to „tylko” 25 lat, ale jednak. Góra Gór, jak zawsze piękna i wyniosła, wyraźnie wciąż pokpiwa sobie ze wszystkich wspinaczy świata, nadal nie ma wejścia zimowego.
Paradoksalnie, również niższy od niej aż o ponad pół kilometra Broad Peak, również nie, choć w 1988 r. niewiele brakowało.

W 1989 roku wróciliśmy spod K2 „pokonani”. (...) Wtedy, jakkolwiek dla nikogo z nas nie była to pierwsza porażka w alpinistycznym życiu, K2 nie dała nam najmniejszych szans. Blisko trzymiesięczne oblężenie przyniosło rezultaty więcej niż mizerne; zdołaliśmy osiągnąć wysokość „zaledwie” 7300 m.
Jak na górę tak ogromną jest to bardzo mało i nie można tu nawet pocieszyć się faktem, że pokonaliśmy największe trudności techniczne, a do wierzchołka pozostało „tylko” 1300 m różnicy poziomów, gdyż na dużych wysokościach, szczególnie w zimie, miejsce przebytych niżej problemów natury technicznej zajmują wicher, mróz i brak tlenu, pozostawiając człowiekowi mało szans na przeżycie w ogóle.

Nadzwyczaj trudne warunki atmosferyczne spowodowały załamanie się wyprawy już w fazie domarszu do bazy i tylko dzięki wykorzystaniu helikopterów wojskowych pakistańskiej armii możliwe było kontynuowanie przedsięwzięcia. Kto wie, czy w przyszłości „First Winter K2 Expedition” nie będzie bardziej znaną jako „First Helicopter K2 Expedition”.

Zdobywanie K2 w zasadzie sprowadzało się do permanentnego przeczekiwania złej pogody. Wykazujące więcej heroizmu niż rozsądku próby kontynuowania akcji w takich warunkach przynosiły marny efekt. Już w połowie lutego stało się dla mnie jasne, że szansa na zdobycie góry gwałtownie maleje, zdążając do zera. Od tamtej pory nie opuszczała mnie myśl o Broad Peaku. Jego trzy wierzchołki dominują nad bazą, a widoczna jak na dłoni droga do szczytu kusi pozorną łatwością. Wydawało się wręcz, że – choć położony tuż obok K2 – Broad Peak ma nawet nieco lepszą pogodę; niższy od swego wspaniałego sąsiada o prawie 600 metrów, był znacznie częściej widoczny w całości, także dzięki innemu usytuowaniu względem wiatrów stale wiejących z tego samego kierunku. Tak, stanowczo tylko Broad Peak dawał wtedy jakąś tam szansę na sukces. Podobnie z pewnością myśleli i inni, ale każdy skrywał to w głębi duszy, by nie zostać posądzonym o sianie defetyzmu. W stadzie realizm i chłodna ocena sytuacji nie zawsze są mile widziane.

Kiedy 26 lutego schodziłem do bazy w towarzystwie całkowicie wyczerpanego Johnatana Tinkera (notabene, Jon kontynuował później swoją karierę alpinistyczną i w końcu w 1993 roku zdobył Everest od strony chińskiej, zresztą w towarzystwie Maćka Berbeki), mając za sobą piąte z kolei, znowu nieudane z powodu załamania się pogody wyjście na ścianę K2, wiedziałem, że nie ma już żadnych szans na zdobycie Góry Gór tej zimy. Był to 90. dzień wyprawy i 64. dzień pobytu w bazie (5000 m n.p.m.) lub powyżej. Po tak długim okresie spędzonym na dużych wysokościach wyczerpanie sił fizycznych i psychicznych zaczyna dominować nad korzystnymi skutkami długotrwałej aklimatyzacji, a jeżeli dodać do tego fakt, że mieliśmy stosunkowo marne wyżywienie i prawie bez przerwy panowała fatalna pogoda (w bazie najniższe temperatury oscylowały w granicach od -30 do -35°C, wiatr do 100 km/godz.), to w zasadzie należało już zacząć myśleć o powrocie w doliny. Ze zdziwieniem więc przysłuchiwałem się optymistycznym w tonie wypowiedziom leadera i niektórych kolegów, którzy uważali najwyraźniej, że możemy jeszcze wejść. Brak krytycyzmu w ocenie sytuacji doprowadził do wielu tragedii, a propagowane lub publicznie werbalizowane przekonanie o potrzebie „stawiania wszystkiego na jedną kartę” w celu osiągnięcia najwyższego wyczynu nie powinno w ogóle istnieć w sporcie wysokogórskim, gdyż jest on sam w sobie wystarczająco niebezpieczny, bez pozwalania sobie na ułańskie szarże.

Ale był jeszcze Broad Peak! Przez 3 dni namawiałem Andrzeja Zawadę, by zgodził się na moją propozycję i zechciał podjąć starania o pozwolenie na atakowanie szczytu. Przez radio można było załatwić to bardzo szybko. Wstępną, ustną zgodę naszego oficera łącznikowego miałem już wcześniej – Ashraf Aman lubił mnie, rozumiał argumenty i obiecał poparcie. Andrzej odmawiał, ale widać było, że propozycja jest i dla niego bardzo kusząca. Ostatecznie wyprawa „waliła się”, a wydatki sięgały setek tysięcy dolarów, nie mówiąc o dziesiątkach milionów złotych [oczywiście „starych” złotych - A.L.] ; potrzebny był więc sukces, a ewentualne pierwsze wejście zimowe na Broad Peak byłoby zarazem pierwszym w historii zimowym wejściem dokonanym w Karakorum.
Początkowo brałem pod uwagę możliwość ataku solowego. Dziś wiem, że musiałoby się to zakończyć niepowodzeniem, albo i tragedią, choć wbrew pozorom, nigdy do desperatów nie należałem. Ale oto niespodziewanie pozyskałem sojusznika – Maciek Berbeka zszedł do bazy na odpoczynek i on również nie widział już szans na K2. Zastosowaliśmy perfidną metodę męczenia Andrzeja na zmianę. Muszę przyznać, że po udziale w zimowej wyprawie Zawady na Cho Oyu, Maciek lepiej znał jego najczulsze miejsca, a zresztą zespół dwójkowy był już bardziej do przyjęcia ze względów bezpieczeństwa i z uwagi na potencjalne możliwości. W efekcie w sprawę został zaangażowany ambasador Piekarski, a my pospiesznie przygotowywaliśmy się do wyjścia.

M. Pawlikowski . M. Berbeka pod Czo Oju

Maciej Pawlikowski i Maciej Berbeka pod Cho Oyu. Fot. Andrzej Zawada

Ranek 3 marca był ponury, padał drobny śnieg. Wahaliśmy się – co robić? Pozwolenie wprawdzie jeszcze nie nadeszło, ale to nie miało dla nas większego znaczenia. Alpinista poza bazą jest całkowicie niezależny i zdany wyłącznie na siebie, nic więc dziwnego, że leader wyprawy nie ma w zasadzie wpływu na rozwój wypadków tam, na górze. Dlatego najważniejszym zadaniem kierownika jest taki dobór uczestników, by w sytuacjach skrajnych, kiedy nikt nikomu nie może fizycznie pomóc, członkowie danego zespołu byli w stanie samodzielnie wybrnąć z sytuacji.
Dla nas istotny był tylko czas, a było go coraz mniej. Kalendarzowa zima dobiegała końca, wraz z nią kończyło się zezwolenie na atakowanie góry. W grę mógł więc wchodzić tylko jeden atak, na więcej – pomijając czas – nie starczyłoby ani sił, ani pogody. Przyjąwszy lekkie przejaśnienie za oznakę postępującego rozpogodzenia – niepoprawni optymiści – wyruszyliśmy na nartach ku podstawie ściany zachodniej Broad Peak.
Wspinaczka w stylu alpejskim ma w sobie coś z burłactwa. Wszystko trzeba dźwigać na własnym grzbiecie, a łojenie z potężnym worem na plecach nie należy ani do łatwych, ani do przyjemnych. W zimie wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, nic więc dziwnego, że w zimowym himalaizmie dominuje tradycyjna metoda oblężnicza.
Narty zostawiliśmy na morenie lodowca, w miejscu, gdzie zwykle znajduje się baza wypraw na Broad Peak. Nim jednak osiągnęliśmy podstawę ściany i początek drogi, musieliśmy przebyć labirynt lodowych kanionów i garbów, brnąc niekiedy po pas w nawianym śniegu. W tym czasie przez chmury zaczęło prześwitywać słońce, zrobiło się prawie gorąco, śnieg rozmiękł, lepił się do raków. Zapadaliśmy się po kolana, klnąc na czym świat stoi... dobrą pogodę.
Do platform biwakowych położonych na wysokości ok. 6000 m dotarliśmy o zmierzchu. Noc spędziliśmy w prawie komfortowych warunkach. Niestety, następny dzień znowu przyniósł załamanie pogody. Padał drobny śnieg, silny wiatr powodował powstawanie lawinek pyłowych, które bez przerwy spływały całą ścianą. Teren komplikował się, stawał się coraz bardziej stromy, robiło się trudno i niebezpiecznie, nadal jednak nie asekurowaliśmy się wzajemnie. Dopiero gdy dalszą drogę zagrodził nam pionowy, skalny kominek, a pod nogami mieliśmy już ogromne połacie stromego, twardego jak szkło lodu, związaliśmy się liną niesioną dotąd w plecaku. Gdzieniegdzie spod lodu wystawały fragmenty starych lin poręczowych, ale rzadko tylko nadawały się one do wykorzystania. Na wysokości ok. 6500 m napotkaliśmy stare i bardzo eksponowane platformy biwakowe. Na jednej z nich rozbiliśmy nasz namiot.
5 marca zapanowała wspaniała pogoda. Był to jeden z najpiękniejszych dni wyprawy. Po pokonaniu kilku trudnych partii skalnych wyszliśmy na rozległe pola lodowe, ale na szczęście natrafiliśmy na stare i nadające się do użytku poręczówki. Bez większych problemów osiągnęliśmy wysokość 7300 m, gdzie pod skałami kopuły wierzchołka głównego (8047 m n.p.m.) założyliśmy ostatni z planowanych biwaków. Wszystko układało się jak najlepiej. Pogoda zdawała się być trwała, czuliśmy się wspaniale (jeśli w ogóle można się czuć wspaniale na dużych wysokościach), a widok na partie szczytowe leżącego tuż obok K2 zapierał dech w piersiach. Teraz dopiero, dzięki wspaniałej pogodzie i nowej perspektywie, mogliśmy zauważyć lśniący lód w tych fragmentach kopuły K2, gdzie przewidywaliśmy wspinaczkę bez trudności. Okazało się, że druga góra Ziemi szykowała nam okrutną niespodziankę na wypadek, gdybyśmy jednak pokonali tzw. „Czarną Piramidę”, najtrudniejszą część skalną Żebra Abruzzów.

Zima plus wysokość, plus piękna pogoda, plus noc równa się piekielny mróz. Prosta, zwyczajna, dobrze znana alpinistom arytmetyka. Odczuliśmy to aż nadto dobrze w nocy poprzedzającej atak szczytowy (5/6 marca). Przed świtem zaczęliśmy gotować, ale topienie śniegu szło nadzwyczaj opornie. Cenny czas uciekał, płynu przybywało bardzo powoli. Długo trwało ogrzewanie i ubieranie botków wewnętrznych, butów i ochraniaczy; potem także kompletów puchowych. Klęliśmy niefortunny pomysł zapinania spodni puchowych na taśmy samoprzylepne, co wprawdzie dawało projektantowi – Andrzejowi Zawadzie – powód do dumy, lecz zupełnie nie zdawało egzaminu na wysokości, sprzyjając odmrożeniom dłoni.
Wyszliśmy z namiotu dopiero o 8.30, o wiele za późno. Wprawdzie zakładaliśmy około ośmiogodzinną wspinaczkę do szczytu, więc było jeszcze dość czasu nawet na zejście i powrót do namiotu, ale nie mieliśmy żadnej rezerwy, a życie uczy, że w górach wszelkie kalkulacje mają znikomą wartość. Rano pogoda była bardzo dobra, wkrótce zza grani Broad Peak’a wyszło słońce, a lodowaty wiatr przycichł po godzinie. Puchowe ubrania można było schować do plecaków.
Początkowo posuwaliśmy się dość szybko. Śnieg był twardy, zaś strome pola nie nastręczały większych trudności technicznych. Ale im wyżej wznosiliśmy się, tym gorszy stawał się śnieg – głęboki, łamliwy, grząski. Teraz już trzeba było torować i oczywiście tempo wspinaczki znacznie spadło. Zacząłem się niepokoić – minęło południe, a my mieliśmy jeszcze bardzo daleko do przełęczy między wierzchołkami głównym i pośrednim, a z przełęczy idzie się do szczytu jeszcze około 2-3 godziny!
Około 14.00 przez radiotelefon zapytaliśmy bazę o szczegóły dalszej drogi. Koledzy obserwowali nas przez lornetkę i z detalami widzieli drogę do szczytu. Krzysztof Wielicki, który w 1984 roku zdobył Broad Peak w znakomitym stylu i rekordowym czasie, udzielił nam wskazówek:
– Ominiecie ten malutki serak, a potem wprost do przełęczy.
Musiał nas rzeczywiście doskonale widzieć, gdyż faktycznie znajdowaliśmy się pod małym serakiem. Nim jeszcze Maciek skończył rozmawiać, ruszyłem w górę zakładając ślad w stromym śniegu. Po kilkunastu metrach teren zaczął się przełamywać, zobaczyłem nieodległą już przełęcz i nagle znalazłem się na krawędzi olbrzymiej szczeliny, która niczym rów przeciwczołgowy przecinała całą szerokość kuluaru. Przeszkoda nie do przejścia. Klęska kompletna. To były moje pierwsze myśli. Poczułem się zmęczony, zniechęcony i bezradny. Samo obejście szczeliny stanowiło nie tyle problem techniczny, co raczej czasowy. Było późno, już nie mogliśmy zdążyć do namiotu przed nocą. Czyżby więc biwak w jamie śnieżnej? Nie, na to nie chciałem się zdecydować. A może – myślałem – po prostu przeznaczenie daje mi znak, ostrzega, może Bohdan, Marek i Andrzej [tragedia Wrocławian, Nowaczyka, Kęsickiego i Sikorskiego, na ekspedycji na B. P. Middle w 1975 r.] próbują uchronić mnie od popełnienia błędu, który sami 13 lat temu popełnili? Góry najlepiej uczą, że nie wszystko na tym świecie da się racjonalnie wytłumaczyć.
Maciek po chwili był przy mnie. Przez moment miotaliśmy się po krawędzi szczeliny, trochę bez sensu szukając ewentualnego przejścia. Podzieliłem się z nim moimi myślami, ale on, zdaje się, nie miał żadnych wątpliwości, że trzeba wspinać się dalej. Trzeba? Bez przekonania ruszyłem w ślad za nim. Po lewej, tuż pod skałami wierzchołka pośredniego rów zatracał się i tam wyszliśmy ponad niego. Od przełęczy dzieliło nas ok. 300 m stromego lecz względnie łatwego terenu, dwukrotnie przeciętego w poprzek niewielkimi, pionowymi, 2-metrowymi uskokami.
Na chwilę zatrzymaliśmy się. Wypiliśmy po łyku z termosa, przegryzając kawałkiem Prince Polo. Bazę poinformowaliśmy, że kontynuujemy wspinaczkę. Powoli i z trudem przetorowałem jeszcze kilkadziesiąt metrów w parszywym śniegu. Potem na prowadzenie wyszedł Maciek i tak już pozostało.
O 15.45 byliśmy mniej niż 100 m w linii prostej od przełęczy, ale ja decyzję już podjąłem. Maciek namawiał mnie bez przekonania, by spróbować jeszcze kawałek. Zgłosiłem się do bazy przez radiotelefon pełen niepokoju, że leader będzie mnie namawiał do kontynuowania wspinaczki i że ja nie będę w stanie przeciwstawić się wielkiej pokusie zdobycia szczytu. Zdrowy rozsądek nakazywał natychmiastowy odwrót, ambicja pchała w górę. Baza rzeczywiście zaczęła mamić możliwością schodzenia przy świetle księżyca w pełni, lecz cóż właściwie mogli oni wiedzieć o naszej sytuacji?
Mieliśmy za sobą prawie 8 godzin wspinaczki, do zmroku pozostały zaledwie 2 godziny, a do szczytu nie mniej niż 2 godziny. W dodatku pogoda zaczęła gwałtownie załamywać się, w skałach ponad nami huczał wicher i wyraźnie widziałem fontanny pyłu śnieżnego wyrywane z grani, którą trzeba by wkrótce wspinać się. Stara poręczówka pozostawiona przez poprzedników tuż nad przełęczą łopotała pod uderzeniami wiatru. Na całym horyzoncie pojawił się wał ciemnych chmur, które szybko zbliżały się do nas. Jak żywy stanął mi przed oczami obraz tragedii sprzed 13 lat. Teraz dopiero zrozumiałem jaki przebieg miał tamten dramat, bo przecież sytuacja jakby powtarzała się.
Schodziłem powoli i ostrożnie, co chwilę spoglądając w górę ku Maćkowi, który powiedział, że jeszcze kawałek spróbuje i teraz właśnie dochodził do przełęczy. Namiot, do którego zdążałem, był zaledwie małym punktem daleko w dole. Gdy do niego dotarłem, zapadał zmrok, a wiatr szalał z pełną siłą. Załamanie pogody stało się faktem. Pozbawiony radiotelefonu, mogłem tylko czekać. Dramat rozgrywał się poza mną, choć byłem jednym z jego uczestników. Dla Berbeki, dla wszystkich kolegów w bazie i na stokach K2 oraz dla mnie – de facto odciętego od świata – zaczęły się godziny próby. Próby nerwów i sił, doświadczenia i twardości.
Jak zwykle w takich sytuacjach, butan, cukier i żywność były na ukończeniu. Na resztce gazu stopiłem litr wody, przelałem do aluminiowej butelki i schowałem do śpiwora. Dla Maćka! Wicher szarpał namiotem, widoczność nie przekraczała 20 metrów, padał śnieg.

* * *

Tkwiłem w centrum huku, wciśnięty w ciasną przestrzeń zawartą pomiędzy łopoczącymi ścianami, otoczony nieprzeniknioną ciemnością. To było „zaledwie” 7300 metrów, w normalnych warunkach prawie nic. Pozbawiony radiotelefonu, praktycznie odcięty od świata wiedziałem, że gdzieś w dole znajduje się baza pełna ciepła, kolegów i jedzenia, ale chwilami zdawało mi się, że jestem jedynym – ostatnim jeszcze żywym – człowiekiem we Wszechświecie i w dodatku nie na Ziemi, lecz na... Marsie; gdzieżby indziej mogło panować takie piekło.

Maciek nie powrócił do namiotu ani wieczorem, ani w nocy. Przez cały następny dzień zamieć nie słabła. W chwilach, kiedy pod naporem huraganu część namiotu unosiła się w górę, byłem przekonany, że oto lada moment wiatr porwie mnie razem z moim wątłym schronieniem, uniesie jak balon i rzuci w przepaść. Coś takiego zdarzało mi się po raz pierwszy w życiu, po raz pierwszy w blisko dwudziestoletniej karierze alpinisty. Przez długi czas, bezsilny i obojętnie przerażony (jeśli to w ogóle możliwe), przytrzymywałem stelaż rękami, obciążając go całym ciężarem ciała i – jak tylko się da – przyciskając do podłoża.
Nigdy wcześniej nie sądziłem, że istnieje uczucie, które można by nazwać „obojętnym przerażeniem” – w końcu skrajny strach czuje się całym ciałem, a zwłaszcza jego wnętrzem, trzewiami, tu jednak doświadczałem czegoś zupełnie nowego: sytuacja zdawała się być nieomal bez wyjścia, żywioł otaczał namiot, w którym tkwiłem, a ja? – ja mogłem tylko czekać i mieć nadzieję, że wiatr nie oderwie mnie od zbocza, że pogoda wkrótce poprawi się, a Maciej ostatecznie szczęśliwie wróci z góry (może ze szczytu?).
Dopóki obojętne przerażenie nie zamienia się w obojętną rezygnację, nie jest najgorzej. I tak miałem bez porównania lepiej niż Berbeka, który jeśli w ogóle jeszcze żył, to przecież był w samym centrum lodowatego piekła. Namiot, choć szarpany i podrywany przez wicher, był jednak przyszpilony do podłoża potężnymi szablami śnieżnymi, sam w sobie, mimo pojedynczej ścianki z goretexu, miał mocną konstrukcję, i dopóki wytrzymywały mocujące ucha z taśmy, istniała nadzieja, że nie pofrunie.
Dopóki wytrzymywały...

Po południu minęła doba od naszego rozstania pod przełęczą między Broad Peak’ami. Na zimno i z pełną świadomością zacząłem rozważać warianty ewentualnego samotnego zejścia. Szansę na szczęśliwy powrót Berbeki malały z każdą godziną, a ja coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że Maciek po prostu zginął. Dziwiłem się sam sobie, z jakim spokojem o tym myślę i jak wiele we mnie obojętności w obliczu tak dramatycznych, czy wręcz tragicznych, wydarzeń.
Podświadomie czułem beznadziejność swego położenia i kruchość szans, jakie mi pozostały, ale nie bałem się – pewnie dlatego, że nie ma strachu w ludziach pozbawionych wyboru. Może z tego właśnie powodu łatwiej umiera się, na przykład, na wojnie?
Byłem zdecydowany czekać na Maćka jeszcze do następnego ranka, ale potem – bez względu na wszystko – ratować to, co ewentualnie do uratowania pozostałoby. Siebie.

* * *

O godzinie 18.00 leżałem już w śpiworze. Było to jedyne zajęcie, jakie mi pozostało – czekać. W pewnym momencie usłyszałem słaby krzyk. Ale łomot ścianek namiotu zagłuszał, a zaciągnięty kaptur kurtki puchowej tłumił wszelkie dźwięki. Byłem pewien, że wydawało mi się, że to halucynacja, może nawet początek szaleństwa – tyle się o tym czytało. Wyjrzałem z namiotu i poświeciłem w czarną otchłań zamieci. Nic. Nim jednak zdołałem ułożyć się na powrót w śpiworze, znowu usłyszałem wołanie. Tym razem w ciemności przez moment mignęło mi słabe światełko. Była 19.00, gdy Maciek niczym zjawa dotarł do namiotu. Bez słowa stanął w absydzie i czekał póki nie ściągnąłem mu raków. Był bardzo wyczerpany.
I tu właściwie można by zakończyć opowiadanie. To, co nastąpiło potem, było już zwyczajnym, rutynowym, choć wcale nie pozbawionym dramatyzmu postępowaniem. Łączność z bazą, pojenie Maćka, ściąganie mu butów, wyrywanie skarpet, które całkowicie przy marzły do botków wewnętrznych itd., itd.
W czasie, kiedy Berbeka walczył o dotarcie do namiotu, z bazy wyruszyła na Broad Peak trójka kolegów: Mirek »Falco« Dąsal, Mirek »Gardziel« Gardzielewski i Krzysztof »Krasnal« Wielicki. Szli nam na pomoc. Nie wiedzieli, co się tam na górze dzieje, ale rozumieli, że może być bardzo źle. Decyzję o wyścigu podjęli spontanicznie i natychmiast ją zrealizowali. Ich pomoc szalenie ułatwiła nam bezpieczny odwrót przez najtrudniejsze technicznie partie ściany, między 6500 a 6000 m n.p.m., zaś dla Maćka była wręcz nieoceniona, gdyż kolejny, nieprzygotowany biwak – bez butanu i picia – pogłębiłby odmrożenia nabyte w czasie zejścia po ataku szczytowym. Tak postępują tylko prawdziwi profesjonaliści. Dziękuję ci Krzysztof i wam Mirkowie, bez względu na to, gdzie teraz jesteście – tego się nie zapomina.
Przy pomocy kolegów, po wspólnym biwaku na wysokości ok. 6000 m, zeszliśmy 9 marca przed południem do podstawy ściany, gdzie zgromadzili się wszyscy zdolni do poruszania się uczestnicy wyprawy, nawet najbardziej zatwardziałe „lwy bazowe”. Pogoda cały czas była bardzo zła, lecz na mniejszych wysokościach nie dawała się już tak bardzo we znaki. Pół godziny później Maciek odleciał do Skardu helikopterem wezwanym na hasło „emergency” (w nagłym wypadku).

M. Berbeka w bazie pod Broad  Peak

Maciej Berbeka po zejsciu do bazy. Fot. Krzysztof Wielicki

Wcześniej, – piloci mający najwyraźniej trochę wolnego czasu przewieźli do bazy pod K2 kilka najbardziej „potrzebujących” tego osób, tzn. kierowników, filmowców oraz jakichś tam „lions of base camp”. Dziwnym trafem dobrodziejstwo wygodnego dotarcia do bazy nie przypadło w udziale żadnemu z uczestników dramatu na Broad Peak. Kurtyna opadła, publiczność nie ma wstępu za kulisy teatru – ponad godzinę brnęliśmy jeszcze do bazy zadowoleni, że przynajmniej plecaki niosą nam tragarze. „Nie ma demokracji na wyprawie K2 zimą” - Zawada powtarzał to wielokrotnie. Ale czyż brak demokracji ma również oznaczać wyzbycie się elementarnej solidarności ludzi gór? Następne dni miały nam przynieść kolejne tego typu doświadczenia. Półtora tygodnia schodziliśmy do Skardu, ryjąc w głębokim po pas śniegu. „Lwy” poleciały do Skardu helikopterami.

Tym razem wszystko zakończyło się szczęśliwie. Odmrożenia, jakich nabawił się Maciek były niczym w porównaniu do ceny, jaką próbowały zaproponować nam góry. Targowaliśmy się twardo, w górach tak trzeba. W świat poszła wiadomość: Broad Peak zdobyty po raz pierwszy w zimie!
Leader tak bardzo potrzebował tego sukcesu, że nie poczekał nawet na szczęśliwy finał dramatycznego powrotu Berbeki do namiotu. Co przeżyły nasze rodziny w kraju przez dwa dni oczekiwania na informację o pomyślnym zakończeniu całej akcji, nie muszę nawet wspominać. Usłyszeliśmy wtedy: „Rodziny są po to, żeby się martwiły!” Bardzo to ciekawy punkt widzenia.

Maciej Berbeka w rzeczywistości wszedł na tzw. przedwierzchołek Broad Peak’a (8030 m n.p.m.), tzw. Rocky Summit. Jest on niższy od głównego zaledwie o 17 metrów, lecz odległy od niego aż o około godzinę wspinaczki eksponowaną granią. Ta godzina więcej, w ciemności, w burzy i mrozie, mogłaby po prostu Maćka zgubić. Może więc dobrze się stało, że nie wiedział o swojej pomyłce?

„W każdym wielkim przedsięwzięciu jest się zawsze zmuszonym pozostawić jakąś cząstkę przypadkowi”. Formułując tę myśl, Napoleon miał z pewnością na uwadze wojnę i politykę, mnie zaś zadziwia, jak bardzo słowa te pasują do himalaizmu. Umiejętności, siła, wytrzymałość, doświadczenie, determinacja i szczęście, to prawie wszystko, czego potrzebuje alpinista, by doczekać pogodnej starości. Reszta do tego „prawie” pozostaje właśnie w gestii przypadku, zbiegu okoliczności, zrządzenia losu czy jak jeszcze byśmy tego nie nazwali.

Wiadomość puszczona w świat była... fałszywa. Wiedzieli o tym wszyscy uczestnicy wyprawy z wyjątkiem... Berbeki, który odleciał do Skardu święcie przekonany, że zdobył Broad Peak. Aż do ostatnich chwil przed zgłoszeniem się „ze szczytu”, a de facto z „Rocky Summit”, jego wspinaczka była obserwowana z bazy przez lornetki. Mimo zmierzchu i nadciągającego załamania pogody było go widać jak na dłoni, gdyż dopiero za „przedwierzchołkiem” grań znika z pola widzenia bazy. W momencie, w którym Maciek odezwał się przez radiotelefon z wierzchołka, bazową radiostację (zastępując Bogdana Jankowskiego) obsługiwał Leszek Cichy, a rozmowy były nagrywane.
– On jest na przedwierzchołku! – słychać na taśmie głos Cichego, zwracającego się do siedzącego obok Wielickiego, i dopiero potem padają zdania skierowane w eter, do Berbeki, lecz o tym ani słowa.
Nie wyprowadzono go z błędu, mogłoby to być dla niego zbyt niebezpieczne, a nuż poszedłby dalej?
Nie mając radiotelefonu byłem odcięty od świata, więc nic o tym nie wiedziałem. Dopiero gdy dotarłem do namiotu, rozbitego przez ratującą nas trójkę w miejscu tradycyjnej „jedynki”, Krzysztof powiedział mi o wszystkim. Wówczas nie wydało mi się to zbyt istotne, mieliśmy inne problemy na głowie. Tamtego wieczora Maciek dotarł do namiotu znacznie później, asekurowany przez Mirków i gdy tak gnietliśmy się w nim gotując i przygotowując do spania, Berbeka powiedział nagle:
– Zapomniałem zabrać kamienie ze szczytu na pamiątkę.
W tym momencie Wielicki trącił mnie w bok i szepnął:
– Mówiłem? Kamienie są tylko na przedwierzchołku. Na szczycie głównym jest wyłącznie śnieg.

Maciejowi nie powiedziano o pomyłce ani wtedy, ani później, kiedy wszyscy spotkaliśmy się w Rawalpindi. Nikt się na to nie zdobył: leader nie, gdyż zupełnie co innego podał w świat; koledzy nie, gdyż skoro nie kierownik, to czemuż by oni; ja nie, bo o wszystkim wiedziałem „z trzeciej ręki”, no a poza tym z miejsca mogłoby to być postrzegane jako próba bagatelizowania mojej „porażki”. Mimo odmrożeń, był bardzo szczęśliwy i nikt nie miał serca tego szczęścia burzyć, a im więcej czasu mijało, tym trudniej było to uczynić.
Po powrocie do kraju sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej. Berbekę uhonorowano medalem „Za Wybitne Osiągnięcia Sportowe” i dostał również jakiś medal pakistański, a wszystko było jakoś tak dziwnie prowadzone, że tylko dobrze zorientowani w temacie, albo bardzo uważni odbiorcy wiadomości z publikatorów mogli wiedzieć, że w tej zabawie na Broad Peak’u w ogóle ktoś jeszcze prócz Maćka brał udział. Mnie osobiście to wisiało.
Czas mijał, ale nikt nie kwapił się, aby sprawę odkręcić. Po kilku tygodniach od powrotu do kraju opublikowałem więc tekst, którego tytułu użyłem teraz do nazwania niniejszej książki, a w nim, słowami przytoczonymi wyżej – czyli bardzo, ale to bardzo powściągliwymi, napisałem prawdę o wejściu Berbeki. Prawie mimochodem, i to w jednym z końcowych akapitów „ujawniłem” prawdę: „(...) w rzeczywistości wszedł na przedwierzchołek (...)”. I wcale nie po to, by odbierać mu sławę, deprecjonować sukces, czy wtykać kij w mrowisko. Dla alpinistycznej rzetelności.
Alpinizm nie ma sędziów, w każdym razie nie tam „na boiskach”, zatem na przestrzeni lat ukształtowała się niepisana zasada, że oświadczenie alpinisty jest emanacją prawdy, i nawet nie trzeba mieć konkretnych dowodów, by „zaliczyć” komuś szczyt, jeśli oświadczył, że na nim był. Często bywa, iż dowodów nie ma, albo uległy zniszczeniu, albo zaginęły w drodze powrotnej, a jednak uważa się, że wspinacz mówi prawdę. Te jego rewelacje można próbować weryfikować innymi sposobami, ale generalnie obowiązuje domniemanie prawdomówności.
Ta piękna zasada rzadko kiedy jest jeszcze stosowana w innych obszarach ludzkiego życia, zatem pielęgnowanie czystości stylu w sporcie alpinistycznym powinno być oczkiem w głowie nas wszystkich. Generalnie, historia alpinizmu nie zna zbyt wiele przykładów oszustw czy fałszowania relacji, ale oczywiście różne mistyfikacje, a raczej ich próby, zdarzały się. Niestety, zjawisko to zaczęło się eskalować na początku XXI wieku, w miarę postępującej komercjalizacji alpinizmu, że wymienię najgłośniejsze „afery” związane z Cesenem (Lhotse), Stanglem (K2) czy Miss Oh (Kangchenjuga).
W tej materii jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci w świecie wspinaczkowym był dawniej Mischa Saleki, Niemiec irańskiego pochodzenia, autor książki pt. „Ganz oben”, co można by przetłumaczyć „Najwyżej” lub „Całkiem na górze”, „Na samej górze”. Saleki wchodził solo między innymi na Cho Oyu i różne jego rzekome wyczyny nie wytrzymały weryfikacji.
Rzetelne informowanie o własnych dokonaniach jest najważniejszą sprawą nie tylko w alpinizmie, i może – jeśli tak postępujemy – zadecydować czasem o przyznaniu nam nagrody Fair Play, albo – w przypadku przeciwnym – o utracie twarzy. Istnieje bowiem zasadnicza różnica między stanięciem na wierzchołku, a np. zatrzymaniem się na kilka metrów przed nim. Proponuję krótkie ćwiczenie logiczne.
– Czy był na wierzchołku ten, kto zatrzymał się 2 metry przed maksymalną kulminacją?
Odpowiemy bez wahania: – Był!
– Czy zatem był na szczycie ktoś, komu zabrakło tylko 20 metrów?
Znowu, lecz już z pewnym zastanowieniem, odpowiemy: – Był!
– A w takim razie 200 metrów? No był, czy nie był?
– W tym wypadku już raczej nie – będziemy się zastanawiać. – Więc gdzie leży granica bycia i niebycia? – zapytamy, i tak można ciągnąć w nieskończoność. A przecież w sumie nie jest to ważne tak długo, jak długo nie próbujemy naszego dokonania dyskontować. Jeśli zatem robimy na naszym wejściu sławę, pieniądze albo budujemy swój image i przyjmujemy medale, to w takim wypadku dokładność naszych informacji powinna być aptekarska. Nie było tak (i to z pełną świadomością wszystkich – minus jeden [Berbeka] – uczestników wyprawy) w przypadku rzekomego zimowego wejścia na Broad Peak.

Mój tekst, puszczony w środowisko na łamach TATERNICZKA, wywołał burzę w szklance wody. Na odbywającym się mniej więcej w tym samym czasie Sejmiku Prezesów niektórzy zakopiańczycy zareagowali gwałtownie i zadziwiająco ostro, postulując wyrwanie mi męskości i skucie mordy, ale na szczęście dla mnie i moich wielbicielek (nie wiedziałem co się dzieje – akurat w całym kraju zakładano oddziały Towarzystwa Miłośników Lwowa), krótko potem PAP rozpowszechnił oświadczenie PZA, w którym poinformowano, że po wnikliwej analizie zdjęć wykonanych przez Berbekę na szczycie, eksperci stwierdzili, iż był to jednak „przedwierzchołek”.
Efekt tej „afery” był dla mnie zaskakujący, lecz powinienem był się tego spodziewać. Maciej wyraźnie przestał mnie lubić i w stosunku do mojej osoby emanował powściągliwym chłodem, co w całej tej sprawie zasmuciło mnie najbardziej, gdyż mogę powiedzieć, że zwyczajnie go lubiłem i mógłbym z przyjemnością mieć w nim partnera wspinaczkowego częściej, niż tylko ten jeden raz na Broad Peak’u. Ale trudno, nic na to nie mogłem poradzić.
Jako zupełnie humorystyczną oceniłem natomiast reakcję Andrzeja Zawady, który najwyraźniej, choć niesłusznie, postanowił mnie kopnąć poniżej pasa. Oto bowiem TATERNIK nr 1/88, w napisanym przez niego artykule pt. „Zimowa wyprawa na K2”, przyniósł następujące pasaże pod moim adresem:
„(...) Kiedy w końcu lutego zwrócił się do mnie Lwow, abym wyraził zgodę na jego samotny atak na Broad Peak, znając jego predyspozycje psychiczne uznałem ten pomysł za mało poważny. (...)”
Mając „chwiejną i słabą psyche”, na krótko przed zimowym K2 wszedłem w zespole dwójkowym na Cho Oyu, nową drogą i w 15 godzin, a nieco wcześniej, również w stylu alpejskim i dwójką, na Lhotse. To z kolei było ruszone tak:
„(...)W fazie organizacji wyprawy miałem kłopoty z dołączeniem Lwowa do składu ekipy, gdyż groziła mu sprawa dyscyplinarna za dwukrotne naruszenie przepisów przez wejścia bez zezwoleń na Lhotse i Cho Oyu. (...)”
Fakt. Był to przykład „radosnej i przyjacielskiej” twórczości niektórych życzliwych kolegów, którzy całkiem serio chcieli mnie (i Karolczaka) ukarać, póki ktoś przytomny nie zwrócił towarzystwu uwagi, że przede wszystkim to cała sprawa nie istnieje, gdyż nawet w Nepalu formalnie o naszych wejściach nie wiedziano, i nikt z takim postulatem nie wystąpił. Nadgorliwość z gatunku tej z dowcipu, co to „poznaniakom nie pozwoliła na założenie w czasie wojny partyzantki, bo Niemcy nie kazali”.
„(...) Śledziliśmy przez lornetkę każdy ich ruch. Szybko zdobywali wysokość. Około godz. 15.30, kiedy byli już blisko przełęczy, zgłosił się Lwow i oświadczył, że decyduje się na odwrót, bo brakuje mu sił. Podczas gdy zbiegał po śladach w stronę namiotu, Maciek ruszył dalej samotnie w kierunku szczytu. (...)”
Ponieważ nie biega ten komu brakuje sił, znaczenie tego zdania było jasne dla wszystkich: Lwow przestraszył się.

Tamten tekst był miejscami po prostu kłamliwy i jawnie mnie krzywdzący, ale takie jest „życie” – bardzo często w historii świata posłańców przynoszących złe wieści wrzucano do studni, albo skracano o głowę. A jednak, ani manifestacyjne pomijanie mojej roli w zdobyciu Broad Peak’a, ani tym bardziej nienagradzanie mnie jakimiś tam kawałkami metalu, czy dyplomami (nb. nigdy nie uważałem, że mi się cokolwiek należy) – nie mogło odebrać mi najważniejszego: to dzięki mnie, wspomaganemu później, w niższych partiach góry, przez jeszcze trzech dzielnych kolegów – Wielickiego, Gardzielewskiego i Dąsala, Berbeka zdołał szczęśliwie wynieść cało dupę z tej góry. Z pewnością mam – wszyscy mamy! – za to po małym plusie w Niebie, jeśli ono w ogóle istnieje.

Na całe szczęście Andrzej Zawada, choć na wyprawach zdarzało mu się nieraz podejmować pochopne lub nawet błędne decyzje, należał do tych ludzi, którzy potrafią przyznać się do błędu, a po ochłonięciu ze zdenerwowania nawet przeprosić; nigdy też nie chował długo urazy – przynajmniej tak mi się teraz wydaje. Sprawa Broad Peak’a, jak wszystko w życiu, z czasem straciła na ostrości i... znaczeniu.
Po okresie ochłodzenia stosunków na linii Zawada-Lwow, z czasem nastąpiła w nich bardzo wyraźna poprawa, a później – od połowy lat 90. wróciła sympatia i przyjaźń. Spotykaliśmy się wielokrotnie, przede wszystkim w związku z organizowanymi przeze mnie od 1994 roku (zawsze w ostatni weekend września) „Spotkaniami Czytelników i Miłośników Gór i Alpinizmu”, w czasie których (aż do roku 1999 włącznie), Andrzej pełnił rolę honorowego lidera i prowadził „atak szczytowy”, otoczony admiracją setek uczestników, a zwłaszcza uczestniczek. To był jego żywioł!
Mnie także złość szybko przechodzi. Urazy z zimowego K2 poszły w niepamięć, bo w końcu wspólnie przeżyliśmy ładnych parę trudnych miesięcy w górach, zresztą nie tylko tam, bo także na zimowym Evereście – i to okazało się najważniejsze. A cała reszta? Było, minęło, pal sześć!

* * *

U schyłku 1999 roku u Andrzeja Zawady wykryto raka trzustki i natychmiast poddano operacji, a później właściwemu leczeniu. Kiedy w lutym 2000 roku fetowaliśmy w „Klubie Olimpijczyka” w Warszawie XX-lecie zimowego Everestu, Andrzeja z nami nie było. Zmarł w połowie sierpnia.

Alek Lwow

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież