Log in
    

Wanda Rutkiewicz w środku niebezpieczeństwa

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Nastrój nocy przed wejściem na szczyt jest uroczysty. Jutro nastąpi dzień wielkiej próby, chyba największej dla alpinisty. Już nie mam obaw i wątpliwości czy starczy mi sił, czy podołam. Nie myślę nawet, ani nie zastanawiam się nad tym.

 

Z góry bowiem założyłam, że dam radę i mam podstawy, by tak sądzić. Od podejścia z obozu II bardzo dobrze się czułam. Mobilizuję siły fizyczne i psychiczne, aby uodpornić się na niespodziewane. W środku niebezpieczeństwa czuję się bezpiecznie. Czy to tylko moja umiejętność, czy ktoś mi w tym pomaga? Czuję się chroniona - czyżby to były myśli i modlitwy Mamy i bliskich? Jestem zdeterminowana i daje mi to poczucie wolności. Uwolniona od wszystkiego, co nie jest Górą i mną, wolna od strachu i obaw, bo nie mam już wyboru. Czekająca mnie akcja likwiduje strach. Lubię to uczucie. Myślę, że jest to jeden z powodów, dla których się wspinam.

O czwartej zaczynamy przygotowania do wyjścia. Wiatr na Przełęczy nie ucichł. Dopóki nie przestanie wiać, nie zamierzamy wychodzić z namiotu. Dużo czasu zajmuje sznurowanie butów i pakowanie plecaków. Trzeba zdjąć maskę tlenową i wszystkie czynności wykonywać bez tlenu, co na wysokości 8000 metrów nie jest łatwe. Ruchy mamy spowolnione, szybko się męczymy.

Pierwszy wychodzi Willy, idzie do namiotu Szerpów pomóc im w gotowaniu śniadania. Około siódmej mamy menażkę kawy i płatki owsiane. Pół godziny później na Przełęczy pojawia się słońce. Przed nami południowo-wschodnia ściana Everestu, ostatnie 850 metrów do szczytu. Dotychczas przeszło tędy prawie 80 alpinistów, tych co dotarli do szczytu. To dodaje mi otuchy.

Nastawiam przepływ tlenu na dwa litry na minutę. Podchodzimy początkowo niezbyt stromym, oświetlonym zboczem. Idzie nas ośmioro - Sigi, Robert, Willy i ja oraz czterech Szerpów. Najsilniejsi z nich, Mingma i Ang Dorje, idą bez tlenu. Niosą po jednej butli dla nas, które potem zostawią na wysokości 8400 metrów. Każde z nas ma w plecaku po jednej butli, rzeczy osobiste, aparaty fotograficzne, a ja dodatkowo jeszcze kamerę filmową i kasety.

Odległości pomiędzy nami powoli zwiększają się. Specjalnie idę wolno, gdyż nie chcę narzucać sobie zbyt ostrego tempa na samym początku. W decydującej chwili, na ostatnich metrach, muszę mieć dużą rezerwę sił.

Kolegów doganiam na wysokości 8400 metrów, gdzie zatrzymują się na krótki odpoczynek. Zgodnie z umową do tego miejsca Szerpowie mieli wynieść butle, ale za radą Kurta postanawiamy je przenieść 100 metrów wyżej. Sigi decyduje, że każdy z nas, a nie Szerpowie, zabierze dodatkowo po jednej butli i przeniesie je wyżej. Zaprotestowałam. Przecież mam filmować wejście i niosę kamerę! Zaproponowałam więc jednemu z Szerpów, aby moją butlę wniósł za dodatkową opłatą. Wówczas Sigi napadł na mnie z taką złością, jakby wyzwoliła się z niego długo tłumiona nienawiść:

- Chcesz wejść mniejszym kosztem niż my! - krzyczał.

- Ale przecież mam was filmować, muszę mieć kamerę! - już i ja krzyczałam. Kolana uginały się pode mną, ręce drżały, w uszach szumiało.

Niesprawiedliwość tego ataku spowodowała, że najpierw poczułam bezradne osłupienie, potem przyszła obojętność i zniechęcenie. Czy to ma sens, nienawiść na najwyższym szczycie Ziemi? Czy warto żyć, walczyć, wchodzić na szczyty, jeśli nie można uwolnić się od niej?

Willego już nie było, podchodził na Wierzchołek Południowy z dwiema butlami, Robert manipulował przy swojej i nie zwracał na nas uwagi. Powoli ogarniała mnie złość. I mimo że miałam najszczerszą ochotę wyrzucić z plecaka kamerę, zawzięłam się:

- Dobrze, s..., dam sobie radę i z kamerą, i z butlą! - pomyślałam.

Fragment książki Wandy Rutkiewicz "Na jednej linie", która ukazała się nakładem wydawnictw Iskry w czerwcu 2010 r.

 

źródło: interia.pl

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież