Log in
    

Kościelec / Oksymoron VII- A3+

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

Poprowadzenie drogi taternickiej nie z dołu do góry, lecz w poziomie, można uznać za ekstrawagancję, ale może też być niezwykłym wyzwaniem. Trzej zakopiańczycy - Jan Muskat, Jacek Jania i Zbyszek Zając - wykorzystując naturalne pęknięcie tektoniczne, latem ubiegłego roku przetrawersowali całą zachodnią ścianę Kościelca, od Karbu po Kościelcową Przełęcz. Wytyczyli drogę wspinaczkową, która nie tylko ma logiczny przebieg, ale jest najdłuższą na tym szczycie, bo liczy szesnaście wyciągów i należy do najtrudniejszych. Wycena VII - A3+ mówi wiele, ale nie mówi wszystkiego. Droga jest bardzo wymagająca psychicznie i ryzykowna.

Szaleńczy pomysł przejścia pęknięcia tektonicznego, czyli tzw. Skośnej Direttissimy na Zachodniej Ścianie Kościelca zakiełkował w mojej głowie dwa, może trzy lata temu. Jest to tak ewidentna formacja skalna, przecinająca w poprzek całą ścianę, że niezrobienie jej byłoby grzechem. Jacek Jania i Zbyszek Zając, moi przyjaciele i towarzysze górskich przygód, bez zmrużenia oka przystali na ten pomysł.

Problemem był czas, a w zasadzie jego brak - dopiero po dwóch latach, na wiosnę 2003 roku, nastąpiła pełna mobilizacja. Ustaliliśmy, że bez względu na wszelkie przeciwności, wygospodarujemy parę dni na zmierzenie się ze skośną direttissimą. W praktyce okazało się, że przejście jej jednym ciągiem nie wchodziło w rachubę. Wolne dni, które mogliśmy przeznaczyć na wspinanie, rozrzucone były na przestrzeni wielu tygodni. Przedwojenni wspinacze eksploratorzy Zachodniej ściany Kościelca byli pierwszymi, którzy zwrócili uwagę na pęknięcie tektoniczne przecinające wzdłuż całą ścianę jako bardzo poważny problem wspinaczkowy. Wtedy to powstała nazwa Skośna Direttisima. 

Rekonesans

Początek czerwca 2003 r. Wjeżdżamy kolejką na Kasprowy Wierch. Pogoda ładna, widoki wspaniałe, ruszamy żwawo na Świnicką Przełęcz. Z niej zachodnia ściana Kościelca jest jak na dłoni. Charakterystyczna linia tnąca całą ścianę od szlaku do grani przykuwa naszą uwagę. Patrzymy, analizujemy, robimy zdjęcia. Podekscytowani ruszamy w jej kierunku. Krótkie zejście i po pół godzinie stajemy na Karbie. Chwile później, bez większych trudności odnajdujemy wygodną półkę, wtrawersowywującą w zachodnią ścianę , która jest początkiem Skośnej Direttissimy (od Karbu 15minut podejścia szlakiem). na przełamaniu ściany, gdzie półka traci znacznie na swej szerokości, zatrzymujemy się. Chwila odpoczynku przed niewiadomym. Kanapki, herbata.

Dzisiaj będę prowadził. Jak zawsze w takich chwilach towarzyszy mi dreszczyk emocji. Ruszam. Zwężająca się półka doprowadza mnie do lekko poderwanego, krótkiego kominka. Schodzę nim dwa metry , na wygodne stopnie. Zakładam stanowisko. Ściągam Jacka i Zbyszka. Te pięćdziesiąt metrów trawersu o trudnościach III było znakomitą rozgrzewką. Asekurowany przez Zbyszka wychodzę z komina na stromą płytę. System narzucających się gzymsików wprowadza mnie w bardzo wymagający teren. Mokra, stroma płyta, zamknięta okapem, spod którego sączy się woda , nie wygląda zachęcająco. Bez większego entuzjazmu zaczynam trawersować. O dziwo, nie jest tak strasznie. Rysa pod okapem daje możliwość dość dobrej asekuracji. Szóstkowym trawersem dochodzę do komina, którym wiedzie droga Wojtka Matei i Roberta Kłaka. Na linie spore tarcie. Postanawiam założyć pośrednie stanowisko i ściągnąć Jacka. Linę wpinam na sztywno.

Asekurując się z ropemana i karabinka wpiętego w linę, dochodzi do mnie Jacek. Zamieniamy się miejscami. Kończę trawers w kominie i wychodzę na dużą, wygodną półkę. Pół godziny później jesteśmy na niej w komplecie. Mokry wyciąg oceniamy na VI-. Po stu metrach trawersu wspinam się wprost w górę. To jedyny wyciąg w pionie na całej naszej drodze. Wspinam się z wielką radością. Skała sucha , trudności V i di tego parę starych, pewnych haków( ten wyciąg należy do drogi Gąsieckiego). Wydostaję się na wielką półkę, skąd biegnie dalszy ciąg pęknięcia tektonicznego. Ściągam partnerów. Decydujemy się na zakończenie dzisiejszego rekonesansu. Wychodzimy ze ściany drogą Gąsieckiego. O zmroku docieramy do Kuźnic.

Drugi dzień
Podchodzimy pod ścianę pełni rozterki. Od naszego rekonesansu minęło kilka dni. Zimno i delikatny kapuśniaczek. Pod ścianę spotykamy Monikę Niedbalską i jej partnera, czekających na poprawę pogody. My natomiast zachowujemy się jak automaty, zaprogramowane do specjalnego zadania. Bez zbędnych słów ubieramy uprzęże i przygotowujemy się do wspinania. Tak jakby to, co nas otacza: mokra ściana, zimny wiatr i brak perspektyw na poprawę, były chwilowa iluzją, czymś co nas nie dotyczy.

Jacek prowadzi pierwszy wyciąg na drodze Byczkowskiego, którym dociera do wielkiej półki i naszego poprzedniego stanowiska. Wspinam się z ciężkim plecakiem. w tych warunkach trudno to nazwać przyjemnością. Patrzę w dół i widzę Monikę i jej partnera wspinający się pod nami. Czyżby wzięli z nas przykład? Czy też żądza wspinania jest silniejsza od zdrowego rozsądku? 

Jesteśmy znów razem na półce, która opuściliśmy parę dni temu. Jacek prowadzi. Dwoma trzydziestometrowymi wyciągami dochodzi do stanowiska na Drodze Kajki. Wyciągi krótkie lecz treściwe. VI- i VI+. Następny wyciąg prowadzi Zbyszek. Dwa poderwane zaciątka na początku trawersu zmuszają go do pełnej koncentracji. Miejsce to wyceniamy także na VI- i VI+. Dalsza, łatwiejsza część wyciągu doprowadza Zbyszka pod okapy Jungera. Zakłada stanowisko na krawędzi okapu. Jacek, idąc jako ostatni i trawersując metr niżej niż my, znajduje nietknięty zębem czasu karabinek Bonatti z czerwonym zamkiem, dyndający w pętli. Prawdopodobnie został on po próbie Krzysztofa Żurka i Bogusława Probulskiego. Takie karabinki były dostępne w klubie wysokogórskim w Zakopanem w latach siedemdziesiątych.

okapy-oksymoron-koscielec.jpg

Jacek na trawersie pod okapami Jungera. Fot. arch. Jan Muskat

Mnie przypada w udziale następny wyciąg trawersu pod Okapami Jungera. Wyciska ze mnie siódme poty. Wiszę oparty o potężny graniastosłup, wrastający w okap. Jestem na stanowisku drogi Proszę się Wspinać. Obserwuję zmagania Jacka. Dzień powoli chyli się ku zachodowi. Zewsząd otacza mnie przenikliwe zimno. Ubieram kurtkę goreteksową. Trochę cieplej. Słyszę jednostajny odgłos wiercenia, rozbijający błogą ciszę niby intruz, który próbuje wedrzeć się tam, gdzie go nie chcą. To odgłos powstawania nowej drogi. Odgłos na tyle natrętny, iż mam wrażenie, że wiercący chce przedostać się na drugą stronę Kościelca. Jacek jest już koło mnie. Mości się na stanowisku. Czekamy na Zbyszka.

Słabiutkie punkty (przeloty) na tym odcinku to duże zagrożenie i możliwość potężnego wahadła. Mimo to bez większych przygód Zbyszek dochodzi do nas. Lekko
podekscytowany wyrzuca z siebie: 
- To musi być A3+.

W zapadających ciemnościach zjeżdżamy pod ścianę. Ściągamy linę.

Trzeci dzień
Jesteśmy znów na stanowisku pod graniastosłupem. Jacek, rozgrzany prowadzeniem, kontynuuje wspinanie. Pięknym pięćdziesięciometrowym wyciągiem dochodzi do drogi Dziędzielewicza i zakłada stanowisko przed tzw. Trawersem na Rękach. Teraz kolej na Zbyszka Zająca. Ciekaw jestem jak sobie poradzi i jak wyceni ten wyciąg, który omyłkowo przeszedłem zimą 1977 roku, myśląc, że jestem na oryginalnej drodze. Pamiętam, że cały czas wspinałem się na granicy odpadnięcia,
ale jakoś szczęśliwie dotrwałem do końca. Mój partner Marek Harasimowicz, zaliczył potężne wahadło. Był cały i zdrowy, ale żaden z nas nie był zdolny do
dalszej wspinaczki. 

Zbyszek szybko uporał się z tym kruchym i trudnym wyciągiem, wyceniając go na VI+R(ryzykownie). Kominkiem wyjściowym opuszczamy ścianę. Na dzisiaj starczy. Jesteśmy psychicznie zmęczeni tym nieustannym trawersem. 

Czwarty dzień
Wchodzimy drogą Stanisławskiego i zjazdem docieramy do naszego ostatniego stanowiska. Jestem na czele zespołu. pierwszych kilkanaście metrów to wygodna półka bez większych trudności. Dochodzę nią do nyży, w której próbuję się zaasekurować. Słabiutko wbity hak nie wzmacnia mojej bojowości. Schodzę dwa metry w dół i trawersuję dalej. Wspinanie coraz trudniejsze i asekuracja wymagająca. Czuję, że tracę siły. Rezygnuję z klasycznego przejścia. Łapię się haka. Dwa punkty A0 wprowadzają mnie na kluczowy trawers na Sprężynie. czuję się tutaj jak na autostradzie. Przebyty wyciąg wyceniamy na VII- i 2x A0. Jackowi przypada w udziale następne prowadzenie.

oksymoron-koscielec-wspinanie.jpg

Wspina się Zbyszek Zając. Przewinięcie na drodze Stanisławskiego. Fot. arch. Jan Muskat

Jedenasty wyciąg w suchej skale był dla naszej trójki wielka przyjemnością. jesteśmy już wszyscy na platformie w Kominie Stanisławskiego. pakujemy plecaki i żegnamy się ze ścianą. 

Dzień piąty
Jak zawsze wjeżdżamy kolejka na Kasprowy i jak zawsze wchodzimy w ścieżkę, obchodzącą Beskid. I tu niemiła niespodzianka: zostajemy zatrzymani przez nadgorliwego pracownika straży granicznej. Na nic zdały się nasze tłumaczenia, że jesteśmy wspinaczami, przewodnikami. Nawet argument Jacka, że od Przełęczy Liliowej szlak biegnie cały czas po słowackiej stronie, nic nie wskórał. Dokumenty, spisywanie, niepotrzebnie szarpane nerwy. Z dużym opóźnieniem docieramy pod ścianę. Na platformę docieramy Drogą Stanisławskiego. Zbyszek w pełnym rynsztunku, gotowy do wspinania, wysłuchuje moich ostatnich uwag. Rusza. Robi trzy metry trawersu nad czeluścią Komina Świeża. Po czym wprost do góry do naszego pęknięcia tektonicznego. Te parę metrów to bardzo ryzykowne wspinanie. o konsekwencjach odpadnięcia nawet nie chcę myśleć. Słyszę najcudowniejszy dźwięk wbijanego po ucho haka. Zbyszek jest uratowany.

Dalsza część prowadzi wzdłuż obrywu na Drodze Stanisławskiego, do którego doszło w latach sześćdziesiątych. Zbyszek znika za przełamaniem ściany, a lina wolno przesuwa się w karabinkach. Rozmowy z Jackiem przerywa nam informacja od Zbyszka. Jest na stanowisku. Chcąc przyspieszyć wspinanie, postanawiamy z Jackiem poruszać się jednocześnie. W ten prosty sposób (może nieco ryzykowny) skracamy czas przejścia o jedną trzecia. Stałe klincale i nasze friendy dały nam poczucie pełnego bezpieczeństwa na tym stanowisku. Haki zostały z próby Maćka Pawlikowskiego, który prawdopodobnie wycofał się z tego miejsca. 

Zadanie Jacka to trawers wiszącego filarka. Jesteśmy jakieś trzy metry pod pęknięciem tektonicznym, które nie daję żadnych szans na klasyczne lub hakowe przejście. Chcąc uniknąć jakichkolwiek wierceń, decydujemy się zrobić trawers poniżej. Słońce grzeje bardzo przyjemnie. Rozbieramy się. Jacek zaczyna się wspinać. Pierwsze metry puszczają klasycznie, dalej teren zmusza go do korzystania ze sztucznych ułatwień. Ten pięćdziesięciometrowy wyciąg wyceniony na V+A2 kończymy po ciemku. Łatwym trawersem wychodzimy ze ściany. Ale to nie koniec naszej epopei.

Szósty dzień
Pogoda piękna i znów jesteśmy pod zachodnią ścianą Kościelca, tym razem prawie na przełęczy. zaklepałem sobie prawo do prowadzenia tych dwóch ostatnich wyciągów. Wracamy do ostatniego stanowiska. Dochodzę do pęknięcia tektonicznego i zaczynam trawers. Po dwóch długościach liny wychodzę nim na kościelcową grań. Te dwa piękne, klasyczne wyciągi były dla mnie rekompensatą za cierpienia i stresy jakie zgotowała nam Skośna Direttissima. Drogę postanowiliśmy nazwać Oksymoron. 

ostatnie-metry-oksymoronu.jpg

Jeden z ostatnich wyciągów. Fot. arch. Jan Muskat

Wielkie podziękowania dla Marcina Szyndlera, Dawida Krzyściaka i Jacka Stawarza za pomoc i dokumentację filmową. Mieli oni wszyscy bezapelacyjny wkład w realizację i powstanie Oksymoronu. Dziękujemy Drogę poświęcamy Pamięci Bartka Olszańskiego.

Na szesnastowyciągowej drodze o trudnościach VII- A 3+, długości ponad 630 metrów, nie wbiliśmy ani jednego nita, nie wywierciliśmy ani jednego otworu. Mamy wielką prośbę do śmiałków, którzy zechcą się zmierzyć z Oksymoronem, żeby nawet nie myśleli o zabieraniu wiertła czy wiertarki. Możliwość odhaczania poszczególnych wyciągów, jak najbardziej istnieje, zważywszy na fakt pozostawienia przez nas kilkunastu stałych punktów.
Jan Muskat

oksymoron-fototopo.jpg

Opowieść Jacka: Sześć dni Oksymoronu

Skośna Direttissima zachodniej ściany Kościelca. W jaki sposób na 150 metrowej ścianie zrobić 750 metrową drogę wspinaczkową? Odpowiedź kryje zachodnia ściana Kościelca. W połowie przecięta jest olbrzymim pęknięciem tektonicznym, biegnącym od lewego do prawego skraju ściany. Formacja ta przechodzi przez wszystkie drogi wspinaczkowe, nie tylko łącząc się z nimi, ale niejednokrotnie stanowiąc ich kluczowe miejsca, jak w przypadku słynnego "trawersu na rękach '' na
drodze Dziędzielewicza czy też trawersu między okapami na '' Sprężynie". 

Poza swoim rozmiarem te kluczowe fragmenty sygnalizują, czego można się spodziewać w dziewiczych partiach tej potężnej formacji skalnej. Drogę oceniamy na trzy dni wspinania. Pierwszy - do początku okapów Jungera, drugi - do komina Stanisławskiego, trzeci, ostatni wyjściowy - na grań. Już po pierwszych 40 metrach staje się dla nas jasne, że pierwotne założenia są błędne i droga zajmie dużo więcej czasu. Z początku teren nie jest zbyt trudny, za to kruchy i mokry, przez co niebezpieczny. Patrząc, jak Jaś ostrożnie pokonuje każdy metr, czuje, że nie jest to łatwe dla niego i nie będzie proste dla nas, bo przecież to trawers, a w trawersie - wiadomo - ważny jest każdy zarówno lider, jak i idący za nim. Myślę sobie, że w poprzecznym wspinaniu wole zajmować pozycję prowadzącego. Niestety, ten dzień należy do Jasia, więc pokornie wykonuję przydzieloną mi rolę.

Tkwimy w przełamaniu ściany, lina blokuje się po trzydziestu metrach i tym sposobem ląduję w miejscu gdzie na głowę leje się woda. Nie są to może strumienie, ale - jak wiadomo - niemiłe to uczucie, kiedy coś mokrego kapie człowiekowi za kołnierz. Jaś miał więcej szczęścia, bo spędził tu stosunkowo niewiele czasu. Wszystko dookoła jest mokre, pokryte wilgotnymi porostami, jest krucho, zimno, niegościnnie, czyli jak zwykle. Uciekam z tego miejsca wyobraźnią, tam gdzie Jaś niedługo
założy stanowisko, na "wielką" suchą, zielona łąkę, zawieszoną na skalnym urwisku. Tęsknię do niej, proszę, błagam, by jak najszybciej się tam znaleźć. Dzień należy do chłodnych, więc wszyscy marzniemy. Ale na trawiastej półce jest o niebo lepiej niż w miejscu gdzie ciągle wiszę. Czas ciągnie się w nieskończoność, a krople wody coraz bardziej mnie irytują. Kap,kap,kap, raz w nos, raz za kołnierz, w kask, na spodnie, to znów w dłoń - co za świat! Gdzie ja przylazłem?!... Wreszcie słyszę upragnioną komendę: "Chodź!". Dostaję skrzydeł, niemal natychmiast docieram na wytęsknioną półkę, a tam same wygody, mogę stać na własnych nogach, nic na mnie nie kapie jest mi znacznie cieplej.

Kilkunastometrowa wspinaczka wystarczająco rozruszała lekko skostniałe już ciało. Tego dnia docieramy do drogi Byczkowski - Luniak i jest już na tyle późno, że wychodzimy w lewo na trawniki. Jest pochmurny poranek, gdy znów zjawiamy sie pod ścianą. Po drodze mijamy Maćka Berbekę z klientami, są niezdecydowani, deszcz trochę pada i widać, że najchętniej wróciliby do domu, ale udziela im się nasz zapał i postanawiają się wspinać. Mobilizujemy też Monikę Niedbalską z
partnerem: my wchodzimy w nasz trawers Byczkowskim, a oni w "świetlisty szlak" Piotra Drobota.

Dzisiejszy dzień należy częściowo do mnie. Prowadzę wyciągi dojściowe i rozpoczynam trzeci z kolei. Obwieszony sprzętem, trochę poddenerwowany, ruszam. Pierwsze metry przechodzę sprawnie, na chwilę zatrzymuje mnie lekko podwieszającą się rysa. Udaje mi się wbić jedynkę. Z taką asekuracją przewijam się na półkę pod pionowa ścianką. Dla bezpieczeństwa powpinałem się krótko i lina nie chce się już przesuwać, więc postanawiamy, że Jaś dojdzie do mnie i zlikwiduje przegięcia, umożliwiając mi wspinanie na całą długość liny. Przede mną jeszcze tylko pionowa ścianka, a za nią już łatwy teren. W wygodnym miejscu zakładam dobre stanowisko i ściągam chłopaków. 

wspinanie-na-oksymoronie.jpg

Dojście do Komina Stanisławskiego. Fot. arch. Jan Muskat

Następne pięćdziesiąt metrów należy do Zbyszka, a kolejne do Jasia. Przez następne godziny oglądamy zmagania Janka z bardzo trudnym terenem, a i nam na
drugiego nie jest wcale przyjemnie: bardzo słabe haki, powbijane w nie wiadomo co, straszą długim lotem. Cały czas mam przed oczami uciętą linę, dziwnie się czuję. Wracają wspomnienia z Gorzkich godów, jak ten czas leci! Przeszłość- obrazy, teraźniejszość - nerwy, a przyszłość jest przede mną, wisi na
stanowisku i się uśmiecha. Z ulgą oddycham, znalazłszy się obok przyjaciela. Teraz pokrzykując na Zbyszka, niecierpliwie czekam na zjazd pod ścianę, i do domu!!! Do dzieci!

Tym razem jest ciepło, słońce świeci, świat wydaje się jeszcze wspanialszy. Na stanowisko docieram przepięknymi płytami i po dojściu kolegów, nie zwlekając wchodzę w kolejną część trawersu. Bez żadnych problemów przechodzę pod okapem Jungera, teren okazuje się stosunkowo łatwy. Mam tylko kłopot na wyjściu z hakówki, kilka ruchomych kamieni usuwa się spod stóp, a niektóre muszę zrzucać. 

Docieram na stanowisko na drodze Dziędzielewicza. Koledzy dochodzą do mnie i jak poprzednio Zbyś przejmuje stery. Przechodzi bardzo ryzykowny trawers i dociera pod kominek wyjściowy na "Dziędźlu". Ten trawers kosztował mnie dużo nerwów. Dzień kończymy, wychodząc na lewo od komina Stanisławskiego. To jeden z najmilszych dni na Oksymoronie. Jaś jak zwykle wylosował niebanalne wspinanie z trudną asekuracją. Mnie natomiast przypadł jeden z najpiękniejszych
oksymoronowych kawałków wspinania: pomiędzy popularną Sprężyną a kominem Stanisławskiego - po prostu poezja... Teraz to już na pewno ostatni dzień. Z
całych sił staramy się wspinać jak najszybciej. Przed nami teren, którego obawialiśmy się najbardziej. Potrzaskane zręby skalne, krucho i w dodatku cały czas ten trawers, ani kawałka w pionie. Prowadzę po Zbyszku.

Pierwsze metry klasycznie, ale dalej wchodzę w ławeczki i standardowe procedury hakówki: szczelina, hak, młotek itd. Wspinanie jest przyjemne, gdy nagle podczas próby włożenia frienda w dalekim wysięgu, ni stąd ni zowąd zaczynam spadać! Kątem oka w szczelinie widzę haka wbitego przed chwilą, a ja lecę! Co się
dzieje, czyżbym znów się nie związał? - przelatuje mi przez głowę. Lewa ręka wpada pod linę. Rozrywa mi dwa palce. Na szczęście to tylko wypadła z haka giełgaczka.

Takie małe obsunięcie, a trzęsę się jak galaretka. Z małego palca wiszą jakieś frędzle, jakimś cudem krew prawie się nie leje, więc ponownie wpinam giełgaczki i tym razem umieszczam frienda w idealnym miejscu. Tego dnia podczas wspinania najpiękniej w życiu towarzyszy mi cisza, przerywana wewnętrzną rozmowa z małym palcem lub raczej tym, co z niego pozostało. Odzywa się do mnie cały czas, milknie tylko w chwili, gdy wiszę w coraz to słabszych hakach, próbując przedrzeć się do "Wielkiej półki skalnej". W końcu udaje mi się założyć na niej wspaniałe stanowisko. Jaś dotarłszy do mnie nie podziela mojego entuzjazmu i twierdzi, że półka na której stoimy może w każdej chwili runąć. W rysie powyżej dobija dodatkowego haka. Idzie noc, nie udało się skończyć drogi. Trzeba tu przyjść jeszcze raz. Długo czekaliśmy na ten dzień, ale w końcu nastał. Stajemy pod Gnojkiem, jemy, przebieramy się, Jaś robi się niecierpliwy...

ostatni-wyciag-oksymoron-koscielec.jpg

Końcowe metry Oksymoronu. Fot. arch. Jan Muskat

To do niego należą ostatnie metry Oksymoronu. Zaczął drogę i ją kończy, mistrzowsko przechodząc niebezpieczny i trudny teren, momentami podwieszony, przepasany "leżącymi nitkami" granitowych brył. W końcu i my ze Zbyszkiem osiągamy grań Kościelca. " To była wspaniała przygoda, jedna z najpiękniejszych w moim życiu..."
Jacek Jania

oksymoron-team.jpg

Od lewej: Zbyszek Zając, Jacek Jania, Jan Muskat. Fot. arch. Jan Muskat

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież