Log in
    

Atak Rozpaczy Artura Hajzera wydany po raz drugi

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

"Atak rozpaczy" to książka, która opisuje barwny światek polskiego himalaizmu w latach 80. XX wieku – okresie największej chwały, gdy nasi wspinacze stanowili ścisłą czołówkę światową, niejednokrotnie wyznaczając nowe trendy. Jerzy Kukuczka, Krzysztof Wielicki czy Wojtek Kurtyka to tylko niektórzy partnerzy górscy Hajzera opisani w tej książce. Swobodna narracja, pogłębiona analiza trendów w himalaizmie oraz humor autora sprawiają, że książkę tę czyta się z wypiekami na twarzy. 

Atak Rozpaczy Artura Hajzera

Fragment przedmowy Artura Hajzera (udostępnione przez wydawcę)

Od napisania książki Atak rozpaczy minęły dwadzieścia trzy lata, a od jej wydania dziewiętnaście lat. Ostateczną wersję maszynopisu (już po korekcie
wydawnictwa „Sport i Turystyka”) wziąłem ze sobą do bazy wyprawy pod zachodnią granią Everestu wiosną 1989 roku. Zygmunt Andrzej Heinrich – zanim zginął na tej wyprawie w lawinie – zdążył książkę przeczytać i zapewniał mnie, że jest OK. Już wcześniej pozytywną recenzję dla wydawnictwa napisali Andrzej Paczkowski i Janusz Kurczab – pamiętam, że zalecali pisownię Kangchenjunga i tego trzymam się do dzisiaj. Książka miała mieć nakład 30 000 egzemplarzy, ale po 4 czerwca nowa sytuacja na rynku wydawniczym przerosła wyobrażenie i możliwości „Sportu i Turystyki”, które zanim przeszło w prywatne ręce i stało się częścią wydawnictwa „Muza”, było tak grzeczne, że odesłało mi egzemplarz maszynopisu, rozwiązało umowę, a zwrotu zaliczki nie chciało. Książkę Kukuczki sobie zostawili, a mojej nie chcieli – wcale im się nie dziwię. 

Rynek książki górskiej w Polsce był, jest i będzie trudny./.../ Jej fragmenty przypomniał mi po latach, cytując ją na sali sądowej podczas rozprawy  rozwodowej, adwokat mojej pierwszej żony. Ostatnio, w 2011 roku, kapituła Złotego Jaja, przyznając mi tę „zaszczytną” nagrodę, przywołała moją wyrażoną w książce opinię, że himalaizm zimowy może być łatwiejszy niż letni. Ten drugi przypadek jest o tyle ważny, bo oznacza, że Andrzej Machnik
zdecydował się sięgnąć po moje dzieło i wynotował fragmenty. 

Czyżby jego wartość odkryto po latach? Jest spora szansa na to, że nastąpi renesans zainteresowania tą pozycją literacką gremiów sądowniczych, kapituł, różnej maści komisji. Czytając teraz książkę – ku mojej wielkiej uciesze – natknąłem się na taki opis: „Byliśmy podekscytowani. Nikt z nas nie wspinał się wcześniej po czymś tak wielkim – trzy kilometry pionu”.

Wybrane fragmenty z książki (udostępnione przez wydawcę)

Nasze kontakty z wielkimi miały jednak charakter oficjalny i grzecznościowy. Szczególnie Wojtek Kurtyka zbudował wokół siebie mur: groźna mina, ciemne okulary, walkman i kordon przedstawicielek płci pięknej odgradzały go od otoczenia w sferach wizualnej, akustycznej i fizycznej. Całe dnie przylepiony do plażowego leżaka wsłuchiwał się w ulubiony jazz, eksponując swoje niewątpliwie piękne ciało. Zdaje się, że ta fascynacja jazzem nie była specjalnie na rękę otaczającym go paniom. Taki obraz Wojtka zachowałem w pamięci na kilka następnych lat. Po raz drugi spotkaliśmy się dopiero jako uczestnicy tej samej wyprawy na Manaslu, w 1986 roku. 

Rankiem nasz błogi sen został brutalnie przerwany: obudził nas straszliwy łomot. To Rafał w ciężkich butach wbiegał po drewnianych schodach, krzycząc:
– Widziałem ją! Jest niesamowita, wspaniała! Jego entuzjazm i radość przypominały zdziwienie dziecka, które po raz pierwszy zobaczyło na ulicy
Murzyna. Zazdrościłem mu. Nie wpadłem na to, by o świcie, gdy monsunowe mgły jeszcze śpią, popatrzeć ze wznoszącego się nad Namche wzgórza na południową ścianę Lhotse.

Środowisko alpinistyczne jest niepowtarzalnym konglomeratem przedstawicieli wszystkich profesji, ludzi bardzo różnych, którzy potrafi ą jednak znaleźć wspólny język. Profesor szanuje górnika, a górnik studenta i na odwrót. Wydaje się, że wśród alpinistów nie ma podziałów, a przynależność do określonej grupy zawodowej nie jest żadnym kryterium. Jednak przyglądając się im uważniej, można dostrzec, że jakby niezależnie od swojej otwartości na ludzi różnią się między sobą, podzieleni są na specyficzne podgrupy. Najłatwiej wyróżnić dwie, różniące się ideologią: elitę i cyganerię. Znajdują się one
na krańcach osi różnych postaw, jak dwa bieguny.

/.../Liczniejsza jest grupa druga – cyganeria. „Cyganie” na widok urzędu słabną, programowo odcinają się od wszelkiej papierkowej roboty i w ogóle wszystko olewają. Do życia wystarcza im minimum socjalne, sprzęt i skała. Trudności finansowe zmuszają ich do działania w górach najłatwiej dostępnych: w Tatrach, rzadziej w Alpach; w tej kategorii alpinistycznej potrafi ą być bardzo dobrzy. Co więcej, charakteryzuje ich totalna bezinteresowność. To ostatni Mohikanie taternictwa takiego, jakiego nauczyli nas Chmielowski, Stanisławski, Groński. Jeszcze tylko „emeryci” i  Himalajskie Dziadki nie dbają o sprawy materialne, choć często zajmują oni wysokie stanowiska i potrafią być sprawnymi organizatorami. Kwestie materialne interesują natomiast grupy „kominiarzy” i „przewalaczy”, ale ich scharakteryzujemy przy innej okazji. 
Czasami zdarza się, że któryś z „cyganów” uprze się, żeby pojechać w Himalaje. Niechęć do organizacyjnego wysiłku zmusza go wtedy do wiszenia wysoko na linie, w oparach farb, lakierów i rozpuszczalników, co nadal jest najpewniejszym, choć męczącym sposobem na zdobycie niezbędnych funduszy.

– Krowy idą lodowcem! – krzyknął przerażony Rafał. Tak! Szerpowie przeprowadzali przez przełęcz Menlung (5600 m) całe stado jaków. Robili to nocą, aby zwierzęta nie oślepły na słońcu. Krowy, choć niejedna była poraniona, doskonale dawały sobie radę w lodowcowym terenie. Pokonały przełęcz bez lin poręczowych i zakładania obozów, w czystym stylu alpejskim. Kiedy rano wyszliśmy z namiotu, wydawało nam się, że wszystko to nam się śniło. Niestety przeczyły temu świeże ślady krwi na śniegu. Poza tym, wytężywszy wzrok, widzieliśmy, jak w dole Szerpowie opuszczają zwierzęta pojedynczo, w specjalnych uprzężach, z niewielkiego skalnego progu, który zagradzał wejście w dolinę. 

W wyprawie na Lhotse /Ryszard Pawłowski/ należał do grona faworytów, był drugim kandydatem do zdobycia szczytu. Jest alpinistą o żelaznej odporności psychicznej, konsekwentnym, czasami, jak teraz, upartym. Obstawał przy drodze jugosłowiańskiej nawet wtedy, gdy większością głosów zdecydowaliśmy, że będziemy wspinali się śladem Czechów. Był nieprzejednany. – Olewam was – stwierdził. Mówcie sobie co chcecie, ja jutro idę tam! – wskazał palcem „płucka”, charakterystyczną formację skalną, w której okolicach Jugosłowianie mieli obóz I. 
Ledwo skończył mówić, „płucka” splunęły – potężna lawina z hukiem runęła w dół, przysłaniając całą dolną część urwiska. Był to kolejny, dwunasty głos w dyskusji. Głos ściany, która jakby chciała przestrzec: „Rysiu nie rób tego, posłuchaj kolegów.” W końcu Rysiek dał się przekonać.

O autorze

Artur Hajzer (ur. 1962), taternik i alpinista, należący do ścisłej czołówki polskiego himalaizmu; z wykształcenia kulturoznawca (absolwent Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach). Był współzałożycielem i prezesem firmy Alpinus, która produkowała m.in. wyposażenie alpinistyczne i turystyczne. Obecnie prowadzi firmę HiMountain. 

Dalszą część biografii Artura znajdziecie pod tym linkiem: Artur Hajzer

Wydanie/rok: wydanie II, październik 2012
ISBN 978-83-61968-11-5
Liczba stron: 256 (kolor), oprawa broszurowa
Format: A5
cena det. 34,90 zł

Więcej o książce znajdziecie na stronie wydawnictwa

Książka już dotarła do redakcji, więc niedługo możecie się spodziewać recenzji ;)

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież