Log in
    

Reklama - pod menu głównym, strona główna

Kronika TOPR 9.07.2012.

To był ciepły, ale burzowy  i deszczowy tydzień. Codziennie padało i grzmiało. Niestety burza nie oszczędziła dwojga turystów. Zostali porażeni piorunem. Porażony turysta zmarł po kilku  dniach w szpitalu. Ratownicy w minionym tygodniu mieli sporo pracy. I tak:

Poniedziałek 2.07.

O godz. 10.06. do TOPR dociera informacja, że w rejonie Suchego Kondrackiego W. znajduje się turystka skarżąca się na bardzo silne bóle jamy brzusznej. Nie da rady sama schodzić. Potrzebna pomoc. W tamten rejon wystartował śmigłowiec. Z jego pokładu ratownicy desantowali się w pobliżu oczekującej na pomoc kobiety. Po udzieleniu I pomocy  i założeniu uprzęży ewakuacyjnej  39-letnia turystka z Pabianic została windą wciągnięta na pokład będącego w zawisie śmigłowca i przewieziona do szpitala.

Około godz. 14-tej 64-letnia turystka ze Szczecina schodząc szlakiem z Kościelca , będąc około 50 m powyżej Karbu upadła uderzając głową w kamienie. W wyniku upadku doznała ran głowy i mocnych potłuczeń. Na miejsce wypadku ratownicy polecieli śmigłowcem. Po desancie udzielono rannej I pomocy. Po włożeniu do noszy francuskich została ona windą wciągnięta na pokład będącego w zawisie śmigłowca i przetransportowana do szpitala.
Przed godz. 22-gą  ratownik pełniący dyżur w Morskim Oku  sprowadził znad Czarnego Stawu 50-letniego turystę z Radomia, który nie mając światła i sił miał problemy z samodzielnym dotarciem do schroniska nad M. Okiem.

Środa 4.07.

Przed godz. 13-tą z Kalatówek do szpitala przewieziono 9-cio letnią turystkę, która zemdlała i po ocuceniu nie miała sił by zejść do Kuźnic.
Do podobnego zdarzenia doszło w rejonie Goncisk,  gdzie chwilowo zemdlała 56-letnia turystka z USA. Ratownicy przetransportowali ją do szpitala.
Czwartek 5.07.

Tuż po 10-tej turyści schodzący z Rysów poinformowali TOPR, że przed chwilą na szlak na Rysy poniżej Buli pod Rysami spadła duża lawina kamienna. Szczęściem w tym czasie nikt nie podchodził szlakiem , gdyż sporych rozmiarów głazy , które niosła lawina mogłyby spowodować tragedię. 
Po godz. 11-tej w rejonie Herbacianej Przeł. upadła doznając urazu głowy i kolana 31-letnia turystka z Piekoszowa. Wystartował śmigłowiec. Z jego pokładu ratownicy desantowali się w pobliżu miejsca wypadku. Po zaopatrzeniu turystkę przetransportowano do szpitala.

Piątek 6.07.

W godzinach porannych z 5-ciu Stawów do szpitala przetransportowano 26-letniego turystę z Czech, który upadając doznał ciętej rany nogi.
Przed godz. 11-tą w Dolinie Białego upadła doznając kontuzji ręki 59-letnia turystka z Bydgoszczy. Ranną po udzieleniu I pomocy przetransportowano do szpitala.

Po godz. 18-tej do TOPR zadzwoniła turystka informując, że wraz z mężem schodzili z Ciemniaka w kierunku Zahradzisk. Gdy byli w rejonie Pieca zaczął padać deszcz. Na czas ubierania kurtek  schronili się pod drzewem. Uderzył piorun rażąc turystkę i jej męża. Mąż jest nieprzytomny a ona czuje niedowład nóg. Na miejsce wypadku ratownicy polecieli śmigłowcem. Wypadek zlokalizowano poniżej Pieca. Po desancie i dojściu na miejsce ratownicy przystąpili do reanimacji mężczyzny, którą kontynuowano w czasie dolotu do szpitala. Na lądowisku turystę przekazano załodze karetki S. W drugim locie do szpitala przetransportowano  lżej porażoną turystkę. Niestety 57-letni turysta zmarł w szpitalu w dniu 7.07.

Sobota 7.07.

Po godz. 15.15 turysta schodzący z Krzyżnego do 5-ciu Stawów będąc w rejonie Dol. Buczynowej upadł doznając kontuzji nogi. Z miejsca wypadku został on śmigłowcem przetransportowany do szpitala.
W godz. popołudniowych  z Hali Gąsienicowej do szpitala przetransportowano dwie turystki, jedną z kontuzją nogi, drugą mocno osłabioną długą wycieczką.

Niedziela 8.07.

O godz. 11.40 powiadomiono TOPR, że na szlaku pomiędzy Grzybowcem a  Giewontem znajduje się turysta  z bolesnym urazem stawu skokowego. Turysta po udzieleniu I pomocy został śmigłowcem przetransportowany do szpitala.

Najbliższe dni w Tatrach mają być nadal ciepłe i burzowe. Później  pogoda ma się poprawić. Na wycieczki, do czasu ustąpienia burz radzimy wychodzić wcześnie rano, tak by przed nadejściem burzy (które z reguły pojawiają się wczesnym popołudniem) już powrócić do miejsca zamieszkania. Ostatni wypadek rażenia piorunem pokazuje, że burzy w górach nigdy nie należy lekceważyć . Z chwilą pojawienia się sygnałów nadejścia burzy należy jak najszybciej opuścić granie i wierzchołki i nie chronić się pod samotnymi drzewami.

Źródło: topr.pl

  • Adam Marasek

Wyprawa w Andy nie zwalnia!

Maciek Ostrowski donosi z Peru:

„Klimas się trochę rozchorował, musiał brać antybiotyki i nie za bardzo mógł się wspinać. W ciągu tych kilku dni kiedy się kurował, ja w zespole z Kasią Skłodowską i Maćkiem Janczarem wybrałem się na Artesonraju. Udało nam się zrobić Drogę Słoweńską, która jest wyceniana na TD+, ale wydaje nam się ze ta wycena jest mocno zawyżona. Cała akcja trwała 22 godziny (od namiotu do namiotu) i obfitowała w mnóstwo przygód…

Ostrowski i Klimczak w Peru

Fot. outblog.pl

Kiedy mocno odwodnieni schodziliśmy po nocy przez lodowiec Paron, nagle zobaczyliśmy światło czołówki. Okazało się, że to Klimas po dwóch dniach resta wyszedł nam na spotkanie z termosem Mate de Coca :-) Trudno opisać jak bardzo nam smakowała ta herbata! Następnego dnia popsuła się pogoda więc we czwórkę wróciliśmy do Huaraz.

Fot. outblog.pl

Źródło: outblog.pl

  • Damian

Wyprawa PZA na K2 - akcja znoszenia Oxany

Baza. 7 lipca 2012 - 5 lipca wzięliśmy udział w znoszeniu Rosjanki Oxany Mornevy z ABC (baza wysunięta) do bazy. Wcześniej pod Oxaną zerwała się lina poręczowa i złamała ona nogę. Oxana chciała być pierwszą Rosjanką na K2 - no jasnym jest z tego planu w tym roku nic nie będzie. Szansę bycia pierwszą Rosjanką ma jeszcze Karina Mezowa, która planuje w tym roku atak na tą górę.

Akcja znoszenia Oxany. Fot. polskihimalaizmzimowy.pl

 

W akcji znoszenia Oxany uczestniczyliśmy my i 5 Pakistańczyków. Z bazy wyruszyliśmy po 4 rano a w bazie wysuniętej byliśmy około 6. Po usztywnieniu nogi zaczęliśmy transport w dół.

ABC do bazy jest dokładnie 4.2 km z czego najpierw 300m stromego piargu, potem 500m. stromego, uszczelinionego i skomplikowanego icefallu, prawie 3km normalnego, niezbyt trudnego lodowca i na koniec kilkaset metrów piargów. Nie będziemy opisywać trudności związanych z przetransportowaniem "nienajlżejszej" Oxany, dość powiedzieć, że transport zajął nam ku naszemu zaskoczeniu niecałe sześć godzin. Gdy byliśmy około godziny od bazy sporo osób wyszło nam na przeciw aby pomóc, wzbudziło w nas to mieszane uczucia. Z jednej strony miło było zostać zmienionym przy noszach po kilku godzinach ciężkiej pracy, z drugiej strony w głowie pojawiła się smutna myśl, że każdy chce być bohaterem gdy niewiele go to kosztuje. Wczoraj i dzisiaj w końcu odpoczywaliśmy, poznajemy nowo przybyłych - baza w końcu zaczęła się zaludniać.

Pozdrawiamy 
Adam Bielecki i Marcin Kaczkan

 

Wyprawa odbywa się w ramach programu sportowego "Polski Himalaizm Zimowy 2010 - 2015", który patronatem honorowym objął Pan Bronisław Komorowski Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej. Program ma wsparcie Ministerstwa Sportu i Turystyki a sponsorem generalnym jest PKN Orlen S.A.

  • Damian

Kościelec / Prawy Dziędzielewicz VI

Prawy Dziędzielewicz VI to jedna z najładniejszych propozycji na Zachodniej Kościelca w stopniu VI. Wytyczona w 1939 roku urzeka swoją śmiałością i dziś stanowi wyzwanie dla niejednego wspinacza.

Wycena: VI

Długość:  130 metrów

Czas przejścia: 3,5 godziny

Lokacja:  Kościelec / Zachodnia ściana

Uroda: 5/5

Wystawa: Zachodnia

Charakter: Płyty / Trawersy / Zacięcia / Kominy

Zagrożenia obiektywne: ?

Pierwsze przejście: 1939, 5 lipca - Zdzisław Dziędzielewicz, Zbigniew Kubiński (4 x A0)

Pierwsze przejście zimowe: 1960, 13-14 lutego - Maciej Gryczyński, Jerzy Michalski

Dojście

Z schroniska w Murowańcu docieramy na przełęcz Karb, skąd wyraźną ścieżką trawersujemy poniżej ściany Kościelca. Z czasem ścieżka zacznie wznosić się do góry. Idziemy nią pod Prawego Dziędzielewicza, którego start znajduje się gruszkowatym kamieniu (Miejsce I). Stanowisko na górze. Uwaga na spadające kamienie na podejściu!

Opis

Pierwszy wyciąg szybko przechodzi w zaciłęcie, którym idziemy do góry, lekko w lewo, następnie przechodzimy w delikatne płytowe wspinanie (V+), za to dobrze ubezpieczone spitami. Po przejściu tego odcinka odbijamy w prawo i czwórkowym terenem dochodzimy do stanowiska (2 spity, ring zjazdowy) wspólnego z drogą Matrix. 

Drugi wyciąg biegnie w prawo piękną odpękniętą płytą do góry. Przechodzimy czujne miejsce na płycie i odbijamy w lewo poniżej okapów. Stanowisko mamy pod okapikiem z lewej strony.

Zaraz nad trzecim stanowiskiem wchodzimy w tzw. "Trawers na rękach" (VI). Spity i haki zdecydowanie poprawią naszą psychę. Cały czas wznosimy się lekko w prawo, a następnie już poziomym trawersem dochodzimy do lichego stanowiska z haków. Do góry biegnie Wariant Malczyka, a w prawo Prawy Dziędzielewicz. Stanowisko jest niewygodne i tutaj mały quiz. Nie jestem pewien, czy nie lepiej byłoby iść od razu do czwartego stanowiska (na końcu trawersu). Minusem może być, to że braknie liny, lub będzie duże tarcie na linie? Prosiłbym o wypowiedzenie się w komentarzach osób, które w ten sposób robiły tą drogę.

Jeśli założym stanowisko w zacięciu, to ze stanowiska startujemy w prawo do charakterystycznego filarka (IV), który pokonujemy górą, a następnie schodzimy na dół kominkiem (III). Tutaj znowu w prawo niebanalną skalną półką (miejsce V). Na końcu półki znajdziemy stanowisko.

Piąty wyciąg o nominalnie mniejszej wycenie, może co poniektórych zaskoczyć ;) Startujem płytą, a następnie wbijamy się w ciasny kominek (VI-), po wyjściu z którego wbijamy się w czwórkowe zacięcie, które doprowadza nas do wielkiej trawiastej półki.

Zejście

Albo trawersem do czarnego szlaku, albo zjazdy Sprężyną.

Sprzęt

Zestaw standardowy. Na drodze jest duża ilość spitów i haków.

Historia zdobywania

 

  • 1939, 5 lipca - Zdzisław Dziędzielewicz, Zbigniew Kubiński (4 x A0)
  • 1960, 13-14 lutego - Maciej Gryczyński, Jerzy Michalski

Nikt jeszcze nie dodał historii. Wrzuć w komentarzach!

Ciekawostki

Znasz ciekawostki o tej drodze? Podziel się nimi.

Cytaty

  • "Droga Dziędzielewicza na zachodniej ścianie Kościelca to jedna z trzech wielkich szóstek z roku 1939. Obok drogi Orłowskiego na Galerii Gankowej i Kantu Klasycznego na Mnichu jedna z trzech dróg będących ukoronowaniem taternictwa przedwojennego, dróg o największych trudnościach przebytych w tamtych czasach.
  • O drodze tej mawiano, że życie taternika dzieli się na cztery okresy: pierwszy, kiedy jeszcze o tej drodze nie słyszałeś, drugi - pełen niepokoju - kiedy wiesz już o jej istnieniu i wiesz już, że musisz ją zrobić. Etap trzeci gdy ją robisz i etap czwarty, cechujący się głębokim spokojem - to życie po przejściu drogi. Andrzej Wilczkowski "Miejsce przy Stole"

Znasz wypowiedzi ludzi o tej drodze? Podziel się nimi

Topo

Prawy Dziędzielewicz na zachodniej ścianie Kościelca - Schemat topo

Prawy Dziędzielewicz na zachodniej ścianie Kościelca - Schemat topo. Topo Damian Granowski

Masz topo? Podeślij linka w komentarzach, a chętnie zamieścimy!

Zdjęcia

Masz zdjęcia? Podeślij linka w komentarzach, a chętnie zamieścimy!

Filmy

Wyszperałeś w sieci filmy o tej drodze? Podeślij linka w komentarzach, a chętnie zamieścimy!

  • Damian Granowski

Zamarła Turnia / Droga Klasyczna VI-

Droga Klasyczna VI- na Zamarłej Turni może nie należy do najbardziej litych i pięknych dróg na południowej ścianie. Lecz jest drogą historyczną i koniecznie warto ją zrobić. Stojąc na dolnym trawersie można wtedy stwierdzić, jaką psychę mieli "dziadkowie". Po za tym to kawał dobrego i zróżnicowanego wspinania! Kiedyś miała wycenę V, a teraz po delikatnych obrywach niektórzy sugerują VI-.

Po licznych próbach różnych taterników przeszli ją pierwsi Henryk Bednarski, Józef Lesiescki, Leon Leoria i Stanisław Zdyb w 1910 roku. Wyczyn ten odegrał przełomową rolę w dziejach taternictwa i przez wiele lat droga południową ścianą Zamarłej Turni uchodziła za najtrudniejszą w Tatrach. Przez pierwsze 10 lat po jej zdobyciu powtórzono ją zaledwie 5 razy, ale do 1935 roku przebyto ją już około 70 razy, a do chwili obecnej tysiące razy.

Na ścianie tej, która stała się modna, było sporo wypadków, z których największy rozgłos miały śmiertelne tragedie Stanisława Bronikowskiego w 1917 roku, Mieczysława Szczuki w 1927 roku i sióstr Skotwicówien w 1929 roku.

Zamarła  Turnia

Zamarła Turnia. Fot. goryonline.com

Wycena: VI- (pierwotnie V. Był obryw)

Długość:  120 metrów

Czas przejścia: 2,5 godziny

Lokacja:  Zamarła Turnia / Południowa ściana

Uroda: 2/5, ale warto zrobić ;)

Wystawa: Południowa

Charakter: Kominy / Zacięcia / Trawersy / Płyty

Zagrożenia obiektywne: Kruszyzna na drodze, "górny trawers" oddala się - od dobrych kilku lat - od ściany, więc warto wybrać wariant na wprost do podciętego kominka

Pierwsze przejście:  1910, 23 lipca - Henryk Bednarski, Józef Lesiecki, Leon Loria, Stanisław Zdyb.

Pierwsze przejście zimowe: 1934, 29 kwietnia - w bardzo dobrych, nieomal letnich warunkach. Jan Gnojek, Jan Sawicki, Jerzy Włoczkowski

Dojście

Podchodzimy z schroniska w Dolinie Pięciu Stawów do Dolinki Pustej. Stamtąd żółtym szlakiem w stronę Koziej Przełęczy. Droga Klasyczna zaczyna się u podstawy południowej ściany (z prawej strony. Z schroniska w Dolinie Pięciu Stawów około 1,5-2 godziny podejścia.

Opis

Pierwszy wyciąg zaczyna się łatwym kominkiem (II). Po wyjściu z komina idziemy łatwym terenem (II) lekko w prawo do góry w stronę charakterystycznego komino-zacięcia. Pod nim z lewej strony znajdziemy spita i tam można założyć stanowisko.

Drugi wyciąg startuje do ww. komino-zacięcia (III+). Uwaga na ruchomy blok! Po przejściu go odbijamy lekko w lewo na półeczkę, gdzie znajdziemy trikowy potrzaskany kancik (IV - wygląda trudniej niż jest w rzeczywistości). Po nim już łatwo do dużej trawiastej półki ze stanowiskiem (hak i spit) wspólnym z Lewym Kantem Heinricha

Trzeci wyciąg najpierw biegnie zacięciem (IV), a następnie odbija w lewo. Tutaj zaczyna się słynny "dolny trawers" (IV). Trawers to czwórkowa płyta z dobrymi chwytami i dobrze ubezpieczona hakami. Ekspozycja jest całkiem, całkiem, a odcinek końcowy potrafi zdziwić ;). Wyciąg kończy się na płytowym tarasie w zacięciu (spit stanowiskowy). Warto w tym miejscu porobić fotki drugiemu ;)

Czwarty wyciąg rozpoczynamy ziacięciem biegnącym wprost na charakterystyczny "graniastosłup" (miejsce V), po przejściu którego odbijamy w prawo na wygodną półkę ze spitem. Tam można założyć stanowisko, lub iść dalej do góry do następnego stanowiska, w zależności jak czujem się na siłach. Warto zwrócić uwagę, że na "górny trawers" starczy nam liny (60 metrów), lecz nie jestem pewien, czy starczy jej do następnego stanowiska u podstawy zacięcia (spit). Jeśli nie starczy to możemy założyć stanowisko zaraz po pokonaniu kominka, lub odrobinę wyżej po lewej (2 haki o wątpliwej jakości!).

Wracamy do naszego piątego stanowiska. Z stanowiska startujemy w lewo, skośnie do góry (2 spity), a następnie wbijamy się w "poderwany kominek" (Swego czasu miał V, teraz po obrywie uważane jest to miejsce za VI-). Jest to najtrudniejsze miejsce na drodze. Po pokonaniu go jest już zdecydowanie łatwiej (patrz akapit wyżej).

Piąty wyciąg biegnie dużym, litym zacięciem (IV), które jest ostatnią trudnością na drodze. Tutaj mamy dwie opcje do wyboru, albo po przejściu zacięcia idziemy w prawo na charakterystyczną trawiastą półkę, ze stanowiskiem z dwóch spitów (Master Topo - G. Głazek), albo idziemy w lewo zacięciem (II) na szczyt Zamarłej (np. Kardaś i Święcicki).

zaciecie wyjsciowe na drodze klasycznej na zamarlej turni

Zacięcie wyjściowe na Drodze Klasycznej. Fot. Damian Granowski

 

Zejście

Z górnego stanowiska (przy obelisku) podchodzimy piarżystym żlebikiem na grań i tu mamy dwie opcje do wyboru.

1. Możemy zjechać ze stanowiska po lewej do szlaku i zejść Orlą Percią do Koziej Przełęczy, a stamtąd na południową stronę pod ścianę. Zejście może być problematyczne, jeśli będzie śnieg.

2. Pójść około 30 metrów w lewo do Stanowiska Prawych Wrześniaków i zjazdy tą drogą (spity i kolucho zjazdowe).

Sprzęt

Zestaw standardowy. Spity na stanowiskach, duża ilość haków.

Historia zdobywania

Pierwsze przejście południowej ściany było ważnym punktem w historii taternictwa, a przez długi czas droga ta uchodziła za najtrudniejszą w Tatrach. Przy próbach powtórzenia drogi na ścianie południowej zginęło wielu taterników, m.in. Stanisław Bronikowski w 1917, plastyk Mieczysław Szczuka w 1927, siostry Marzena i Lida Skotnicówny 6 października 1929 (podczas próby pierwszego kobiecego przejścia drogi).

W 1932 r. Stanisław Motyka i Jan Sawicki pokonali ścianę trawersem od Zmarzłej do Koziej Przełęczy. Obecnie na ścianie wytyczonych jest około 20 dróg i kilkadziesiąt wariantów o różnej skali trudności, do najciekawszych należą Kant Pietscha, Aligator, Bombay, Lewa Pilchówka, Prawa Pilchówka, Kant Heinricha, Komarniccy, Lewi Wrześniacy, Prawi Wrześniacy. Wciąż popularna jest również droga klasyczna[4].

1910, 23 lipca - Henryk Bednarski, J.Lesiecki, L.Loria, S.Zdyb 

1927 - przejście bez asekuracji (dwukrotnie!). Stanisław Leporowski!

1934, 29 kwietnia - pierwsze przejście zimowe (w bardzo dobrych, nieomal letnich warunkach). Jan Gnojek, Jan Sawicki, Jerzy Włoczkowski

Fragment prozy Wawrzyńca Żuławskiego

W czasach, gdy główne wysiłki wspinaczy szły w kierunku zdobywania urwisk najwyższych i najwybitniejszych szczytów tatrzańskich, ściana Zamarłej Turni pozostawała jakby niezauważona. Jednakże już w roku 1909 dostrzegli ją i zaatakowali świetni taternicy węgierscy, bracia Gyula i Roman Komarniccy. 4 sierpnia tego roku pierwsi wkroczyli w nie dotknięte stopą ludzką skały południowej ściany. Obrali od razu drogę najwłaściwszą i najlogiczniejszą: wprost w linii spadku wierzchołka, szlakiem, którym później rzeczywiście zdobyto ścianę. Jednakże Komarniccy, napotkawszy pierwsze poważne trudności, uznali, że wyżej teren jest niedostępny. Postanowili zejść i jeszcze tego samego dnia popróbować w innym miejscu. Tym razem zaatakowali wybitne zacięcie wiodące środkiem płytowej ściany, a na lewo od zamierzonej poprzednio drogi w linii spadku wierzchołka. Wśród dużych trudności – bardzo powoli, ale nieustępliwie – posuwali się wspinacze owym zacięciem (noszącym dziś nazwę zacięcia Komarnickich), aż wyprowadziło ich ono na sporą trawiastą platformę. Tymczasem począł się zbliżać wieczór – taternicy postanowili na razie zrezygnować z dalszych usiłowań i zejść na noc do schroniska.

Następnego dnia, znaną już sobie drogą, dość szybko osiągnęli wczorajszą platformę. Gładką pionową ścianką udało im się jeszcze wydostać kilka metrów w górę na oryginalną wąziutką półeczkę, ciągnącą się w poprzek całej ściany Zamarłej, od Zmarzłej Przełęczy aż po Kozią Przełęcz. Wyżej jednak, nad półeczką, piętrzyły się dachówkowato uwarstwione przewieszki bez chwytów i stopni, bez jakichkolwiek możliwości wspinania się. Stary wyga górski, Gyula Komarnicki, nie rezygnuje jeszcze. Postanawia trawersować półeczką w prawo. A nuż dalej otworzy się przed nim jakaś niewidoczna stąd rysa lub kominek. Roman Komarnicki wklinowuje się za sterczący z półeczki blok, uważnie asekuruje brata liną, a Gyula rozpoczyna trawers. Skały wystające ponad półeczką odpychają. Gyula posuwa się z najwyższą trudnością, czołgając się pod przewieszkami. Po chwili musi iść całkiem na zewnątrz – na samych rękach, dla których wyszukuje jakie-takie chwyty, natomiast nogi zwisają mu luźno w powietrzu, nie znajdując oparcia na pionowej płycie.

Wtem, jakiś pozornie mocny chwyt wyrwał się spod ręki, zmęczona druga ręka nie utrzymała ciężaru ciała i wspinacz runął w dół. Asekurujący czujnie Roman nie stracił głowy. Błyskawicznie ściągnął ile się dało liny, zaparł się jeszcze mocniej za blokiem i wytrzymał potężne szarpnięcie. Gyula zrobił w powietrzu wahadło o promieniu ośmiu metrów, tj. tyle, o ile odległy był od brata – i zawisł nie ponosząc żadnej szkody, poza lekkimi potłuczeniami. Obaj wspinacze cali i zdrowi zeszli w dół na piargi. Rutyna wysokogórska, fachowość, rozwaga i zimna krew wzięły górę nad zawziętością groźnej turni. Jednakże ściana pozostała nie zdobyta.

Próby braci Komiarnickim narobiły wiele hałasu w małym ówczesnym światku taternickim. Najlepsi polscy wspinacze ruszyli do szturmu. Aleksander Schiele i przewodnik Jędrzej Marusarz byli o krok od zdobycia ściany, atakowali ją również Władysław Kulczyński i Mieczysław Świerz. Próby szły ciągle szlakiem rozpoczętym przez Komarnickich.

Wreszcie 16 lipca 1910 roku pod ścianą zjawiają się czterej młodzi wspinacze i narciarze zakopiańscy: Henryk Bednarski, Józef Lesiecki, Leon Loria i Stanisław Zdyb. Szturmują ścianę inaczej: rysą nieco na prawo od Zacięcia Komarnickich. I ta próba kończy się odwrotem, ale pozwala wejrzeć dokładnie w ścianę i uczynić doniosłe spostrzeżenie. Mianowicie teren jeszcze bardziej na prawo, w linii spadku wierzchołka, a więc w miejscu, od którego Komarniccy poprzednio rozpoczęli próbę wejścia, daje więcej szans na przejście, niż ich zacięcie. Nie można tylko forsować przewieszek wprost w górę, lecz trzeba spod nich przetrawersować w lewo, do rysy, która otwiera możliwości dalszej wspinaczki.

W tydzień później, 23 lipca, ściana została pokonana. Wielki talent skalny Bednarskiego oraz znakomity instynkt terenowy Lesieckiego skruszyły opór Zamarłej. Spod przewieszek, które odstraszyły i zniechęciły Komarnickich, czterej wspinacze przeszli poziomym trawersem przez niezwykle strome płyty do początku rysy. Trawers (jest to tzw. Dolny Trawers) wyglądał na niemożliwy do przejścia, ale bystre oczy wypatrzyły na nim chwyty i stopieńki – i w rezultacie kluczowy odcinek okazał się wcale nie taki trudny. Rysa, w środku której tkwił oryginalny odpęknięty blok skalny w kształcie graniastosłupa, otwierała rzeczywiście dalszą drogę. Tyle, że powyżej graniastosłupa zdobywcy Zamarłej napotkali ogromne trudności. Przepaść pod stopami stale się zwiększała, a ta gładka, niezwykle stroma ściana ma to do siebie, że niemal bezustannie widzi się pomiędzy nogami piargi doliny.

Rysa doprowadziła do obszernego wgłębienia, z którego trzeba było znów, tym razem dużo trudniej, przetrawersować w lewo (tzw. Górny Trawers) do podnóża krótkiego, zupełnie poderwanego kominka. Kominek ten nastręczał trudności największe, ale i ostatnie. Dalej ściana stała otworem i nietrudny, skalisto-trawiasty teren zaprowadził wkrótce uszczęśliwionych wspinaczy na wierzchołek Zamarłej Turni.

Sukces był ogromny. Wprawdzie zdobywcy ocenili go dość skromnie, określając swą drogę zaledwie jako „bardzo trudną”, jednakże następne przejście, podjęte w roku 1911 przez bodaj najsprawniejszych ówczesnych wspinaczy: kulczyńskiego i prof. Ignacego Króla (drugie przejście), oraz Mariusza Zaruskiego i Aleksandra Znamięckiego (trzecie przejście) przysparzają drodze sławy najtrudniejszej w Tatrach. Opinię tę umacnia w roku 1912 czwarte przejście Zamarłej (Stanisław Porębski z towarzyszem). Wszyscy ci świetni taternicy, zdobywcy wielu ścian i wielu dróg, są zgodni, że zdobycie Zamarłej jest punktem zwrotnym w historii taternictwa. Przyszłość ten sąd potwierdziła: południowa ściana Zamarłej była rekordem polskiego taternictwa sprzed pierwszej wojny światowej, rekordem, który blisko dwadzieścia lat czekał na pobicie. Co więcej – ściana ta stała się miernikiem nowego stopnia skali trudności taternickich, określanego mianem „nadzwyczaj trudne”. Wszystkie dotychczasowe drogi sięgały najwyżej stopnia „bardzo trudnego”.

O Zamarłej mówiło się wiele i pisało w prasie jako o przejściu szalonym, stojącym na granicy ludzkich możliwości, igraniu ze śmiercią. Liczne próby następnych przejść, nieudane bądź wskutek niepogody, bądź najczęściej dlatego, że podjęte były przez wspinaczy nie dorosłych do zadania – ugruntowują ten mit. Rozgłos ściany rośnie z dnia na dzień. Człowieka idącego na Zamarłą opinia publiczna poczyna uważać za mieszaninę szaleńca, bohatera i samobójcy. Zwycięzców, którym udało się przejść ścianę, wieńczy uznaniem niczym greckich olimpijczyków. Młodzi taternicy nocami śnią o Zamarłej. Są tacy, których całe taternictwo sprowadza się do jednego tylko celu: przejść zamarłą.

Jeden Bednarski, zakopiański rzemieślnik, człowiek prosty, dobroduszny i trzeźwy, nie przejmował się tą całą mocno histeryczną atmosferą. Nie dbał o hołdy, nie dał się zasugerować mitom. Ścianę znał – zdobył ją przecież – wiedział, co o niej sądzić. Poszedł na zamarłą jeszcze raz (piąte przejście) i zabrał za towarzysza – kobietę. Na owe czasy czyn wydawał się wprost szaleńczy. Słabe ręce kobiece nie mogły mu przecież zapewnić dobrej asekuracji i w razie odpadnięcia… Ale Bednarski był siebie pewien, czuł, że zdolny jest do przejścia bez oglądania się na ubezpieczenie. Owa kobieta – pierwsza kobieta na Zamarłej – należała do czołowych taterniczek i z pewnością, jak na ówczesny poziom taternictwa kobiecego, wspinała się dobrze. Było to jednak zbyt mało, by samodzielnie pokonać tak poważną, rekordową ścianę, i w rezultacie, po szeregu tragikomicznych przygód, została przez Bednarskiego po prostu wyciągnięta na linie. Złośliwi współcześni twierdzą, że w pustce i ciszy doliny rozlegało się co chwila płaczliwe wołanie:
- Ciągnij pan, panie Henryku! Ciągnij mocno!
- Ady ciągnę, droga pani, ciągnę aże lina trzeszczy! – Pocieszał ją pan Henryk.

Poza tym przejściem kroniki taternickie nie notują w latach od 1912 do 1920 ani jednego powtórzenia drogi na Zamarłą. Prawda, że w części są to lata wojny światowej, gdy mało kto mógł wędrować po Tatrach. Jednakże rozgłos, jaki się wytworzył wokół ściany, nie zmniejszył się ani trochę. Nadal nie brak tych, którzy ją szturmują, i tych, którzy marzą, by stać się jej zwycięzcami.

Do tych ostatnich należeli dwaj młodzi taternicy: Rafał Malczewski, syn wielkiego malarza, Jacka, i sam również w późniejszych czasach znany malarz, oraz jego rówieśnik, dwudziestodwuletni Stanisław Bronikowski. Obaj mieli już za sobą niejeden sukces taternicki, lecz ileż trzeba rutyny, doświadczenia i opanowania, by zwyciężyć ścianę o tak groźnej sławie! Jeśli jednak nie jest się w stanie dokonać tego o własnych siłach, to czemuż nie użyć podstępu? Można przecież od wierzchołka stosunkowo łatwym terenem ponad najtrudniejszy kominek, zawiesić tam linę i zrzucić jej koniec tak, aby umożliwił potem przejście najcięższych fragmentów. Może to i trochę nieładnie, ale cóż – chwała pogromcy Zamarłej nęci, przyciąga jak magnes. Dla zaspokojenia tak wielkiej ambicji można uczynić niejedno. A zresztą czyż spryt nie jest tyleż wart, co siła i zwinność? Czyż w walce nie wolno podejść przeciwnika?

25 września 1917 roku dwaj młodzieńcy wiążą się liną u stóp Zamarłej Turni. Szybko przebywają niższe partie drogi. Teraz Dolny Trawers. Jakże niemiłosiernie eksponowany! Jakże przerażająco wyglądają głazy u stóp ściany! Przypominają kły jakiegoś okrutnego, krwiożerczego zwierza, który cierpliwie, z bezlitosnym spokojem czeka, pewny swej zdobyczy. Przychodzą na myśl rozmaite opowieści o Zamarłej, wyolbrzymione do rozmiarów zabobonu. O różnych przygodach w tej ścianie, o tym, że każdy zespół taternicki musi tu coś spotkać. Młodzieńców ogarnia lęk. Lęk nie przed trudnościami, lęk przed jakąś nieokreśloną grozą wiejącą z tego urwiska.

Ale to nic. Już są w rysie, już pną się do graniastosłupa. Zastają tam hak zdobywców, który służy im do asekuracji. Już widać koniec liny, którą zawiesili poprzedniego dnia. Jest całkiem blisko, zwisa trochę na lewo od rysy, idącej ponad graniastosłupem . Bronikowski idzie pierwszy. Za chwilę dosięgnie liny i skończą się wszystkie strachy, skończy się hipnotyczne oddziaływanie głazów w dolinie, pryśnie magia Zamarłej. Zwycięstwo już pewne! Młody taternik wspina się teraz z nerwowym pośpiechem. Znajduje się piętnaście metrów ponad hakiem, a więc ubezpieczenie jest już niewystarczające, a teren – nadzwyczaj trudny. Mniejsza o to! Bronikowski przestał dbać o asekurację, przestał dbać, czy chwyt, któremu zawierzył, nie ukruszy się za chwilę, bo przecież lina jest tuż, tuż… Trzeba wyjść z rysy trochę w lewo, by jej dosięgnąć. O, właśnie…

Krótki, rozpaczliwy krzyk człowieka, lecącego w przepaść. Piętnaście metrów nad hakiem to trzydzieści metrów lotu w powietrzu. Czy lina wytrzyma szarpnięcie? Niestety! Lina uderza o ostrą krawędź, przerywa się. Bezwładne ciało leci dalej głową w dół. Głazy doliny przybliżają się w jakimś obłąkanym pędzie. Potworne uderzenie, miażdżące kręgosłup, czaszkę, mózg…

Przywiązany resztką liny do haka, dziewiętnaście godzin stał Malczewski na niewielkich stopieńkach, zanim uratowało go Pogotowie. Niżej na piargach u stóp ściany leżał roztrzaskany trup towarzysza i przyjaciela. Zamarła Turnia pochłonęła swą pierwszą ofiarę. Groźna sława szczytu nabrała teraz krwawego blasku.

Szóste przejście, w roku 1920, należy jeszcze do przedstawicieli pokolenia przedwojennego. Dokonuje go Mieczysław Świerz z towarzyszami. Ówcześni młodzi próbują bez powodzenia. Przygód – na szczęście nie tak tragicznych – jest bez liku. Mimo to legenda Zamarłej jakby trochę przybladła. Ucisk psychiczny jest nadal bardzo silny, jednakże w taternictwie poczyna przychodzić do głosu nowe pokolenie – pokolenie dobrych wspinaczy, ludzi podchodzących do sprawy rzeczowo i fachowo, nie znających uprzedzeń, nie wierzących w fetysze i zabobony. Przejście Zamarłej przestaje być dla nich jakąś mistyczną walką z demonem, staje się natomiast miernikiem wspinacza najwyższej klasy, czymś w rodzaju ostatecznego egzaminu na mistrza ścian skalnych. Egzamin ten przechodzą zwycięsko tylko najlepsi z najlepszych. W roku 1923 bracia Sokołowscy (siódme przejście), w następnym bracia Rzepeccy (ósme przejście), a w roku 1926 Witold Dobrowolski, Stanisław Kowenicki oraz Mieczysław Szczuka, niezwykła indywidualność, wybitny artysta-nowator. Był on przywódcą duchowym ówczesnej postępowej młodzieży, a radykalne poglądy społeczno-polityczne ściśle wiązały go z ludźmi grupującymi się wokół sławnej zakopiańskiej „Gospody Włóczęgów”.

Dziesięć zaledwie przejść (dziesiątego dokonał głośny później alpinista polski, Jerzy Golcz z towarzyszem), w ciągu szesnastu lat, które upłynęły od zdobycia ściany – świadczy dowodnie, jak wyjątkowym wyczynem było podówczas pokonanie drogi na Zamarłej. Mit ściany częściowo przełamany w środowisku najwybitniejszych taterników – w szerokiej opinii publicznej utrzymuje się nadal z nie zmniejszoną siłą.

W następnym roku zjawia się w Tatrach człowiek, którego kariera taternicka jest czymś wyjątkowym. Poznaniak, Jerzy Leporowski, lotnik z wojny światowej – nie był dotychczas związany z górami, nie miał żadnych kontaktów ze środowiskiem wysokogórskim, nie znał techniki pokonywania ścian, nie wiedział o istnieniu liny i haków. Miał tylko fenomenalny talent urodzonego wspinacza, fenomenalną siłę mięśni i zwinność, miał namiętną pasję zdobywcy i niesamowitą wprost niewrażliwość na ekspozycję. Swoje taternictwo zaczął samodzielnie – i samotnie. Samotnie pokonał południowe urwiska Ostrego Szczytu, Żabiego Konia, północne zerwy Galerii Gankowej – a więc drogi zaliczane wtedy do najpoważniejszych. Szukał przejść najtrudniejszych i brawurowych.

Gdy pewnego dnia w schronisku w Pięciu Stawach do stołu starych wyjadaczy taternickich przysiadł się nikomu nie znany człowiek i oświadczył w rozmowie, że właśnie trzy dni temu przeszedł samotnie południową ścianę Zamarłej – oświadczenie wywołało oburzenie, kpiny, zarzut mistyfikacji. Po krótkiej, gwałtownej rozmowie grono niedowiarków udało się do Pustej Dolinki i tu – na oczach świadków – Leporowski bez żadnej asekuracji, w fantastycznie krótkim czasie czterdziestu minut pokonał ścianę po raz drugi.

Zdumienie i podziw. Żaden chyba wspinacz nie zyskał w Polsce tak wielkiej popularności jak „człowiek-mucha” – tak nazywała go ówczesna prasa. Leporowski – już w towarzystwie wytrawnych taterników – przechodzi jeszcze szereg wspaniałych ścian.

Mit Zamarłej doznał poważnego uszczerbku. A więc wystarczy talent, sprawność i odwaga, a można bezkarnie – nawet samotnie! – pokonać straszliwe urwisko? Jak zwykle w takich wypadkach część taterników wpada w drugą ostateczność: lekceważenie, przecenianie swych sił, zbyteczna brawura.

Mieczysław Szczuka przechodził już Zamarłą. Przechodził później wiele innych nadzwyczaj trudnych dróg, wśród nich nowy wariant na północno-wschodniej ścianie Mięguszowieckiego, uważany przez niektórych za wyczyn trudniejszy od Zamarłej. O cóż właściwie chodzi? Niewielka ściana niewielkiej turni, mocna skała, haki wszędzie dobrze „siedzą” – ot, kilka długości liny wspinaczki, prawda, że bardzo pięknej, trudnej i eksponowanej.

13 sierpnia 1927 roku Szczuka wraz z dwoma młodymi turystami przybył do Pustej Dolinki. Za kilka dni przyjadą w Tatry jego wypróbowani towarzysze z liny. Mają w projekcie wiele nowych dróg. Tymczasem po co siedzieć bezczynnie? „Wyskoczy” sobie na Zamarłą z tymi oto zupełnymi nowicjuszami. To nic, że jeszcze nie mają za sobą żadnej praktyki taternickiej, żadnego doświadczenia, umiejętności asekuracji. Niech właśnie przeżyją od pierwszego razu najwyższe piękno wspinaczki, niech poczują dreszczyk prawdziwej emocji.

Związują się liną. Szczuka sadza swych towarzyszy na trawiasto-skalistych stopniach. Pokazuje im, jak należy asekurować, jak wypuszczać linę. Wprost zdumiewa nas dzisiaj, jak można było zupełnie surowych turystów zabierać na tak bądź co bądź poważną wyprawę. Szczuka idzie w górę. Posuwa się szybko, wychodzi prawie na całą długość liny. Tu przecież jeszcze całkiem łatwo. Trudności zaczynają się dopiero od Dolnego Trawersu.

Nie znane są przyczyny nagłego, niespodziewanego odpadnięcia Szczuki. Czy ten świetny, ale ryzykancko poruszający się w ścianie wspinacz popełnił jakąś nieostrożność? Czy też może nieumiejętnie asekurujący towarzysze ściągnęli go po prostu zbyt sztywno trzymaną liną? Nie dowiemy się tego nigdy, gdyż obaj ocaleni mieli zbyt mało taternickiej orientacji, by dać jakieś rzeczowe wyjaśnienia. Pozostaje nieubłagany fakt: drugi już trup zabarwił krwią piargi u stóp zamarłej Turni.

Groza ściany odżyła w umysłach ludzkich. Znów opowiadano sobie najrozmaitsze wyolbrzymione historie, znów szeptano, że każdy, kto pójdzie na Zamarłą, tak czy owak musi zginąć tragicznie, że należałoby zabronić szaleńcom porywania się na pewną zgubę.

W środowisku taternickim, jakkolwiek śmierć Szczuki wywołała ogromne przygnębienie, patrzono na tę sprawę inaczej. Nieszczęsny wspinacz popełnił zbyt jaskrawe błędy, by katastrofa mogła spowodować jakieś paniczne nastroje. A zresztą, rozmach taternictwa polskiego w tych latach, jego rozwój ilościowy i jakościowy postępował zbyt dynamicznie, żeby cokolwiek mogło go zahamować. Nie powstrzymała tego rozmachu nawet śmierć największego pogromcy Zamarłej, Leporowskiego, który zginął w następnym roku, odpadłszy z ruchomym blokiem skalnym w czasie samotnej próby pierwszego przejścia północnego filaru Koziego Wierchu (zwanego Filarem Leporowskiego). W tymże samym 1928 roku – aż jedenaście zespołów taternickich przechodzi Zamarłą Turnię.

Zdarzają się – co prawda – nieudane próby, zdarzają się przygody. Dwójka młodych, ale już bogatych w sukcesy taternickie wspinaczy, których nazwiska znalazły się później wśród nazwisk najświetniejszych alpinistów polskich – utknęła w środku ściany i wołała o pomoc właściwie bez żadnych istotnych powodów: złamana psychicznie, po prostu obezwładniona fascynującym oddziaływaniem urwiska. Narciarz nad narciarze, a przy tym wspinacz niezrównany, Bronisław Czech odpada u początku Rysy Bronikowskiego. Z błyskawiczną przytomnością umysłu odpycha się rękami od ściany, obraca twarzą do przepaści i pikuje w powietrzu jak przy skoku na Krokwi. Skacze na spory trawiasty stopień o kilka metrów niżej, odbija się od niego, upatrując w ułamku sekundy następne dogodne miejsca, ląduje wreszcie cały i zdrowy na sporej płytowej platformie, tuż nad przewieszkami, u krańca Dolnego Trawersu.

Postęp taternictwa jest coraz szybszy. Wspinacze polscy pokonują ściany cięższe od Zamarłej, ściany o większym nagromadzeniu trudności. Pokonują już nie dwa metry, jak tam, ale kilkanaście i więcej nieprzerwanie nadzwyczaj trudnego terenu. Przed nie znającym przeszkód rozmachem zdobywców musi się ugiąć północna ściana Żabiego Konia i wschodnia Mnicha, Gierlachu, Filar Leporowskiego i zachodnia ściana Łomnicy. O Zamarłej Turni taternicy mówią z respektem, że droga piękna i trudna, ale mówią bez obaw i lęków – niektórzy zaś poczynają znów zbywać ją pogardliwym lekceważeniem.

6 października 1929 roku pod ścianą Zamarłej zjawiły się dwie młodziutkie, urocze dziewczyny. Szesnastoletnia Lida Skotnicówna i jej osiemnastoletnia siostra Marzena postanawiają podjąć próbę pierwszego czysto kobiecego przejścia drogi. Obie należały do najwybitniejszych taterniczek tamtych czasów. Obie miały za sobą trudne przejścia górskie, a Lida brała udział wraz ze Stanisławskim, Czechem i innymi w zdobyciu takich rekordowych ścian, jak północna Żabiego Konia, zachodnia Małej Śnieżnej Turni, wschodnia Kościelca czy południowa Niebieskiej Turni. Zamarłą znała już wcześniej. Przechodziła ją wspólnie z dwoma świetnymi wspinaczami.

Był to okres, w którym rozwijało się silnie również i kobiece taternictwo. Padały coraz częściej hasła o usamodzielnieniu się taternickim kobiet, o uniezależnieniu od mężczyzn, a nawet o dorównaniu im w wysokogórskim wyczynie. Nie zrażone tragiczną katastrofą dwóch innych taterniczek, Jadwigi Honowskiej i Zofii Krókowskiej, które w poprzednim roku przypłaciły życiem próbę samodzielnego kobiecego przejścia południowej ściany Ostrego Szczytu – siostry Skotnicówny podjęły te śmiałe i ryzykowne hasła. Na tym polu spore sukcesy miała już Marzena, która wspólnie z Zofią Galicówną zdobyła dwie nowe drogi w Tatrach. Obie siostry ponadto przebyły razem kilka dróg średnio trudnych i dwie nieco poważniejsze: północne ściany Kozich Czub i Mnicha. Czuły się dostatecznie przygotowane i dojrzałe do podjęcia tak poważnego zadania, jakim była Zamarła.

Gdy dziewczęta rozpoczynały drogę w ścianie, tuż powyżej Dolnego Trawersu wspinało się już trzech innych taterników: B. Czech, J. Ustupski i J. Wójcik. Niespodziewana obecność kolegów musiała zdopingować siostry do pokazania swej klasy wobec tych świetnych wspinaczy. Toteż bardzo szybko, w doskonałej formie i stylu pokonały niższe partie ściany i Dolny Trawers. Na platformie za Trawersem idąca jako pierwsza Lida zdołała jeszcze dogonić trzeciego z zespołu Czecha. Rozmawiała z nim chwilę, częstowała cukierkami. Gdy tamten ruszył w górę, Lida została, żeby asekurować siostrę, która właśnie przechodziła Trawers. Niemal jednocześnie wspinający się na czele swej grupy Czech rozpoczął Górny Trawers, a Lida Skotnicówna – Rysę Bronikowskiego. Szybko przeszła dolną, łatwiejszą część Rysy. W pobliżu graniastosłupa towarzysze Czecha umyślnie pozostawili hak, by ułatwić dziewczętom asekurację. Dotarłszy do niego Lida założyła swój karabinek, przepięła przezeń linę i bez namysłu zaatakowała przewieszoną część Rysy.

Bronek Czech przeszedł już tymczasem Górny Trawers i tkwił właśnie w poderwanym, przewieszonym kominku, stanowiącym ostatnią poważną trudność drogi. Kominek ten jest tak eksponowany, że wspinacz widzi pod sobą w wielkim skrócie całe urwisko, a niżej głazy doliny. Nagle – w jakimś przelotnym spojrzeniu w dół – ujrzał Czech na tle pionowych płyt urwiska lecący bezwładnie kształt ludzki. Jeszcze sekunda i obie siostry, złączone wspólną liną, runęły w przepaść. Głuche uderzenie, ciała potoczyły się jeszcze rozpędem, zahurkotały jakieś poruszone z miejsca kamienie – i wszystko ucichło. Na piargu zostały dwie ciemne, nieruchome plamy…

Wstrząśnięty do głębi, niemal sparaliżowany grozą Czech najwyższym wysiłkiem woli zdołał się wydostać ponad kominek i ściągnąć tam niemniej struchlałych towarzyszy. Gdyby Bronek nie był tak wyjątkowo opanowany nerwowo – jedna katastrofa mogłaby pociągnąć za sobą drugą.

Pędem przebiegli ostatni fragment ściany i drogę w dół przez Kozią Przełęcz do Pustej Dolinki. Nie mogło być żadnych złudzeń. Obie siostry poniosły śmierć.

Trudno ustalić z całą pewnością, co było przyczyną odpadnięcia Lidy. Może ukruszenie chwytu, a może – co najprawdopodobniejsze – zmęczenie, wyczerpanie fizyczne, skurcz mięśni. Wątłe siły szesnastoletniej dziewczyny były nadszarpnięte długim podejściem pod ścianę – aż z Zakopanego – a także szybkim tempem wspinaczki. Dlaczego jednak zawiodła asekuracja? Przecież lina wiążąca siostry nie wykazała żadnych uszkodzeń?

W następnym roku znaleziono wiszący na owym haku koło graniastosłupa, rdzą pokryty, rozgięty karabinek. Potężne szarpnięcie liny przy upadku rozgięło stalowy pierścień. Być może, gdyby Lida zapięła na hak nie ten, lecz jakikolwiek inny z posiadanych karabinków – byłaby uratowana.

Ukryty błąd w fabrykacji sprzętu asekuracyjnego przypieczętował śmierć obu sióstr.

Lida i Marzena były ostatnimi już ofiarami Zamarłej Turni. Jeszcze w 1932 roku na urwisku, będącym jakby przedłużeniem południowej ściany Zamarłej, w czasie wspinaczki na Zmarzłą Przełęcz zginęli dwaj młodzi taternicy, Wojciech Gąsienica-Marcinkowski i Tadeusz Bośniacki, w okolicznościach dokładnie nie znanych, w wyniku jednakże niewątpliwie błędów asekuracji. Ale już w tym samym 1932 roku następuje dalszy krok w kierunku całkowitego ujarzmienia Zamarłej: czołowi wspinacze tamtych lat, Stanisław Motyka i Jan Sawicki przechodzą południową ścianę w poprzek, od Zmarzłej do Koziej Przełęczy, ową oryginalną, wąską, nadzwyczaj trudną półeczką, na której załamała się ongiś próba braci Komarnickich. Droga ta stanowiąca zresztą bardzo efektowną wspinaczkę poprowadzona jest nieco sztucznie, gdyż trawersuje poziomo ścianę, nie wyprowadzając na wierzchołek. Tak czy owak, po raz pierwszy okazało się, że „klasyczna” droga Bednarskiego nie stanowi jedynej możliwości przejścia ściany. Rozpoczął się ostateczny szturm: końcowy okres zmagań człowieka z urwiskiem.

Wawrzyniec Żuławski, Zamarła Turnia. [w] Wawrzyniec Żuławski, Sygnały ze skalnych ścian * Tragedie tatrzańskie * Wędrówki alpejskie * Skalne lato. Nasza Księgarnia 1967, s. 134-148

Źródło: basiaacappella.wordpress.com

Ciekawostki

  • W setną rocznicę powstania, Droga Klasyczna była szturmowana przez dwóch miłych Panów, którzy w roku 1960 świętowali w ścianie Zamarłej Turni, 50-cio lecie pierwszego przejścia. A byli to Adam Zyzak i Andrzej Popowicz, którzy (mając dobrze po 70-tce)! 

Znasz ciekawostki o tej drodze? Podziel się nimi.

Cytaty

Znasz wypowiedzi ludzi o tej drodze? Podziel się nimi

Topo

Topo zamarłej Turni

Prawa strona południowej ściany Zamarłej Turni - schemat topo. Fot. Grzegorz Głazek, opracowanie: Artur Paszczak. Źródło:  wspinanie.pl

Masz topo? Podeślij linka w komentarzach, a chętnie zamieścimy!

Zdjęcia

Masz zdjęcia? Podeślij linka w komentarzach, a chętnie zamieścimy!

Filmy

Wyszperałeś w sieci filmy o tej drodze? Podeślij linka w komentarzach, a chętnie zamieścimy!

  • Damian Granowski